Secrets of London
[25.08.1972] Stay and decay // Astaroth x Laurent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [25.08.1972] Stay and decay // Astaroth x Laurent (/showthread.php?tid=4247)

Strony: 1 2


RE: [25.08.1972] Stay and decay // Astaroth x Laurent - Astaroth Yaxley - 01.02.2025

Tak, miło było śmiać się w czyimś towarzystwie. Było miło w ogóle się śmiać, uśmiechać, czuć nawet lekko. Bez całego tego obciążenia, wiecznego strachu, głodu i poczucia winy. Gdybym mógł na powrót tak żyć, możliwe, że oddałbym wszystko za tę opcję.
I za możliwość posiadania przyjaciół, którzy nie będą się mnie bali. Brakowało mi towarzystwa tłumów, brakowało beztroskiej zabawy. Och tak.
- Ja również nie chciałbym... opowiadać szczegółów w niektórych przypadkach - stwierdziłem tylko, wzruszając ramionami na wdzięczność Laurenta. Skromność z mojej strony? Możliwe. A może bardziej wyrozumiałość. Granica się przesunęła, świat stanął na głowie, skoro porywałem się na wyrozumiałość względem półselkie, a jednak! Los dawał mi po dupie, udowadniając, że WSZYSTKO było MOŻLIWE. Dosłownie wszystko. Łowca stał się bestią. Potwór stał się przyjacielem. Albo stawał się.
Zerknąłem ponownie na niego, zastanawiając się, czy to faktycznie mogło być możliwe. Laurent na pewno nie był wrogiem. Przyjacielem raczej również nie, bo nie krzywdziło się przyjaciół, a ja to zrobiłem. Jemu. Był więc... znajomym? Dobrym znajomym, któremu wyrządziłem wiele złego, a mimo to wciąż nie wzbraniał się przed rozmową ze mną? Teraz właściwie wchodziliśmy w przestrzeń, w której zaczynaliśmy być partnerami w zbrodni czy też partnerami biznesowymi, więc to już brzmiało lepiej niż drapieżnik-ofiara.
Wróciłem spojrzeniem do przestrzeni przede mną. Może ubrudzę sobie ręce, ale przynajmniej oddam trochę długu. Przyczynię się jakoś do sukcesu Laurenta.
Albo też nie ubrudzę sobie rąk, tylko częściowo wrócę do bycia dawnym Astarothem. W celach biznesowych co nieco zatracę się w zabawie...? Żeby zauroczyć sobą jakieś dziewczęta podatne na uroki młodych, przystojnych bogaczy.
- Brzmi prosto, o ile wyjdę z tej nadmiernej ostrożności - wyznałem, uparcie nie patrząc na Laurenta. Kątem oka widziałem, co robił swoimi dłońmi, ale nie ważyłem się kusić losu bardziej. Już i tak przesadzałem, ale... Ale tak było ostatnio. Granica była cienka, niewidoczna. Łatwo będzie ją przekroczyć, jeśli będę właśnie taki. - W jaki sposób mogę uzyskać zaproszenie? Te monety? - zapytałem, bo to w tej chwili było najbardziej istotne. Może z Kimi popracuję nad swoim dawnym urokiem osobistym, ale wpierw potrzebowałem mieć możliwość w ogóle znaleźć się tam, w środku tego Rose Noire.
Ugh. Przez myśl mi przeszło, że skoro oferowali tam wymarzone niebo, to nawet dostanę na bogato krwi. Wiedziałem, że to było złe. Kuszące i złe. Nie powinienem o tym myśleć, ale mimowolnie się uśmiechnąłem na tę wizję.
HALO! Astarothcie Erebie Yaxleyu! Powinieneś się skupić na głównym celu misji!!!


RE: [25.08.1972] Stay and decay // Astaroth x Laurent - Laurent Prewett - 06.02.2025

Wyrozumiałość. Mieli jej za dużo względem siebie. Laurent czasami za bardzo chciał. Za bardzo chciał pomóc, za bardzo chciał dobrze, a ludzie czasem nie chcieli dać sobie pomóc. Nie chcieli, żeby ktoś za nich załatwiał ich sprawy, zajmował się ich problemami. Czasem najlepsze, co mogłeś dla drugiej osoby zrobić, to zostawić ją w spokoju. Ją i wszystkie te zagadnienia, którymi się chciał (albo i nie chciał) zajmować. Kwitnące życie miało wiele wymiarów - to Astarotha również. Mógł utracić bicie serca, ale nie utracił tego, że tutaj był i mógł ciągle doświadczać nowych rzeczy. Zmieniać świat wokół siebie i zmieniać siebie samego. Śmiech. Dźwięczne słowo, które owijało się wokół człowieka jak pasma słońca opływające policzek.
On na to naprawdę zasługiwał. Tylko potrzebował kogoś, kto pomoże mu w to uwierzyć.

- Wierzę, że pewnego dnia uwierzysz i ty - że cokolwiek mi powiesz, ja powiem ci "wybaczam". - Jeśli słońce mogło dotykać policzka, to ciepło uśmiechu Laurenta mogło dotykać ludzkiej duszy. Miał go naprawdę wiele dla osób takich, jak Astaroth. Wierzył. W to, że miał serce po właściwej stronie, tylko gubił się w ciemności. Ta ciemność jednak może sprawiła, że on sam uwierzył - bestia wcale nie musiała być bestią. Mogła być najłagodniejszym stworzeniem na tej ziemi. - Na razie wiem, że wybaczenie jest dla ciebie bardziej przerażające niż stawianie czoła ciemności. - Żeby przyjąć wybaczenie trzeba było być na to gotowym. Wiedział o tym najlepiej - samemu sobie nie potrafił wielu rzeczy przebaczyć. Ten 'znajomy'. Ten 'brzmi-to-lepiej-niż-drapieżnik-ofiara'. Brzmiało, na pewno brzmiało. Równie dobrze brzmiało "partner biznesowy". Blondyn był oczarowany tym, co przed sobą widzi, a serce łamało się, że to, co widział, ledwo trzymało się kupy. Rozpadało się, rozsypywało między palcami jak piasek.

- Popytaj ludzi z otoczenia. Wśród bogatych. Ktoś na pewno będzie mógł cię wprowadzić. - Bo to było aż nadmiernie ważne. Był ciekaw, czy taki Kieran mógłby tego dokonać... ale najpierw musiałby się z nim w ogóle kontaktować, a do tego potrzebowałby... ach, cóż. Odpadało. - Monety nie warto kraść ani kombinować w ten sposób. Ktoś się może zorientować. To dość zamknięta społeczność, która rzadko wpuszcza osoby... przypadkowe. - Owszem, brzmiało łatwo i trudno jednocześnie. I tak, czuł się źle, że w ogóle go o to prosił. - Nie mogę w tym pomóc bezpośrednio, ale jeśli dowiem się w trakcie czegoś pomocnego, albo kto teraz ma wstęp do tego miejsca - dam znać. - Nadal był ciekaw, co by się stało, gdyby się tam pojawił. Niekoniecznie sam. Przed nim jeszcze była katorżnicza pogadanka z ojcem. Czas dopiero miał pokazać, co z tego wyniknie. - Wiesz... tam na pewno będą mogli nieco ugasić twoje pragnienie. - Bo mówić o tym, że to misja... ale miał szczerą nadzieję, że to miejsce też będzie chociaż odrobiną ulgi dla tego wampira. Chociaż troszkę.




RE: [25.08.1972] Stay and decay // Astaroth x Laurent - Astaroth Yaxley - 08.02.2025

Wybaczenie... Nie sądziłem bym mógł uwierzyć. Zbyt wiele syfu robiło się wokół mnie w związku z moją przypadłością. Coraz więcej przewinień obciążało moje barki. Nie tylko wspomnienia fizycznych okrucieństw, ale też psychicznych tortur. Wszystko to tylko dla zdobycia krwi. Stałem się stuprocentowym potworem i nawet nie wiedziałem kiedy. Może to było to ugryzienie wampira, w tym moja śmierć, a może było to już dawno temu? Zdecydowanie wcześniej niż mógłbym się do tego przyznać? Laurenta chciałem zabić przecież jeszcze jako człowiek, więc... z perspektywy czasu już wtedy byłem potworem.
Więc w ostatecznym rozrachunku wybaczenie znajdowało się dla mnie poza granicami jakiegokolwiek rozumienia. Nadzieja Laurenta we mnie tylko dokładała oliwy do ognia. Nawet nie próbowałem się łudzić, że istniało dla mnie wybawienie. Zostałem potępiony miesiące temu i nie mogłem tego cofnąć. Tyle w temacie. Klamka zapadła.
To było trafione. Laurent najwyraźniej nie tylko bogactwo i piękną buźkę odziedziczył po ojcu. Fakt faktem, że wybaczenie sobie było dla mnie bardzo przerażające, zbyt straszne bym śmiał chociażby o nim myśleć.
Na szczęście dostawałem szansę od losu by chociaż trochę zadośćuczynić swoim przewinieniom, a przy okazji również zająć głowę innymi sprawami. Zamierzałem potraktować prośbę Laurenta poważnie i czułem już w kościach, że będę musiał odświeżyć dawne znajomości, te same, które zerwałem w styczniu, aby dotrzeć tam, gdzie znajdowały się ważne dla niego tajemnice.
- Poradzę sobie - stwierdziłem pewnie, bo znałem wiele osób, które znały kolejne osoby. Nie pierwszy raz będę załatwiał sobie wejściówki do nietypowych miejsc. Problem stanowiło coś innego - mój głód, ale nie chciałem nim zawracać głowy Laurenta. Z tym musiałem poradzić sobie sam. Może ta szpila, co to ją kupiłem, nie okaże się gównem dla naiwnych i serio coś zadziała? Myślenie o tym, że mógłbym tam kogoś spić i to może do cna było... złe. Ech, dobre i złe. Nie powinienem był, a jednak słowa Laurenta o pragnienia sprawiły, że zrobiło mi się ciepło. Można to było porównać z dawnym podnieceniem, aczkolwiek było to znacznie inne uczucie. Niebezpieczne i mniej... sexy. Bardziej takie, które potrafiło czynić ze mnie potwora, jeszcze zanim ruszyłem z kłami na ofiarę. Taaa... Załączy mi się jak nic manipulant.
Ale dla obcych wcale nie musiałem być miłym. Zresztą, jak nie ja, to ktoś inny... skrzywdzi te dziewczęta? Chłopców? Oby nie dzieci. Ugh. Nie powinienem tracić gardy, skupienia. Tak, trzeba było się skupić na misji, a nie na własnych pragnieniach. Bądź co bądź nie robiłem tego dla siebie, tylko dla Laurenta. Spłacałem siłą zaciągnięty dług.
A jednak coraz bardziej coś cieszyło się w głębi mnie. Ta bestia. To była jak nic ta bestia.
- Wybacz... Nie powinienem się uśmiechać - odezwałem się po chwili. - Każda myśl odnośnie TEGO sprawia, że moje ciało drży niecierpliwie. To silniejsze ode mnie - stwierdziłem, jakbym myślał może o wyższych uciechach. Pewnie ktoś z boku mógłby tak pomyśleć, ale ja po prostu chciałem pić, wkoło, nieskończenie pić krew.


RE: [25.08.1972] Stay and decay // Astaroth x Laurent - Laurent Prewett - 13.02.2025

Powinien czuć się o wiele gorzej, kiedy teraz spoglądał na Astarotha. Współczuł mu, oczywiście. To uczucie nie przemijało. Co jednak z tym uczuciem, które powinno być budowane na podeście sumienia? Dobre serce. Tyle osób mu mówiło, że ma dobre serce. Miał. Ma? Na pewno miał serce zbyt dobre, tak uważał. Prowadzone drogą naiwności i gorzkim uczuciem potrzeby kochania ludzkości. W jakimś stopniu cieszył się, że mu to mija. W innym - nie cieszył się wcale. Zmiany nie musiały być złe, mogliśmy je jedynie źle wykorzystać. Mogły być co najwyżej bolesne. Nauczkami wyciąganymi chociażby z tego, że z pragnienia, prędzej czy później, rzucisz się do czyjegoś gardła i nie będziesz mógł się powstrzymać. To była nauczka. Więc - zmiany. Na niektóre nie mogliśmy nawet samodzielnie wpłynąć. Niektóre zaś pozostawały poza zasięgiem naszej decyzyjności. Ktoś po prostu wybierał za nas. Układał jakąś piramidkę decyzji, która jemu samemu miała pomóc - no bo komu innemu? Nam? Wampir, który przemienił Astarotha mógł nawet myśleć, że mu pomaga. "Ratuję go". Kiedy śmierć była lepsza od życia? Tam, gdzie musiałeś kraść życie innym, żeby samemu funkcjonować? Brzmi jak całkiem niezły przykład.

Biedny, biedny Astaroth... Na twarzy Laurenta nie gościła jednak litość, nie było tam pożałowania. Była łagodność. Wyrozumiałość. Akceptacja. Zabarwione kroplą smutku, która wynikała z tragicznej historii, która miała szansę ich podzielić, a teraz on sięgał po coś, po co nie powinien. Albo może powinien? Skoro już wiedział, że chyba nie ma szans liczyć na pomoc osób najbliższych?

- W porządku. Rozumiem. - Akceptował. Nie mógł tego zrozumieć w pełni, bo musiałby tego doświadczyć. To doświadczenie zaś leżało poza polem jego zasięgu i nie chciał tego zmieniać. Coś na podobieństwo czuł chyba tylko wtedy, kiedy ta dziwna maź trytonów ubrudziła mu pysk, gdy ugryzł Perseusa i nie potrafił się powstrzymać. - Nie chcę, żebyś traktował moją prośbę jak zobowiązanie. Twoje bezpieczeństwo jest najważniejsze, Astarothcie. Bardzo mi zależy, żebyś na siebie uważał i jeśli coś będzie nie w porządku - wycofał się odpowiednio szybko. - By nie parł do przodu jak szaleniec. - Dziękuję ci za to miłe spotkanie. Powinniśmy się umówić. Na jakąś herbatę, żebym nie był znowu pijany. I może tak, żeby niekoniecznie mieć widownię. - Chciał to zakończyć jakimś żartem, chociaż drobnym. Akurat brak widowni był ważny. Z jednej strony - powinien być, mniejsza szansa, że Astaroth coś odwinie. Z drugiej zaś strony im mniej ich razem widziano, tym lepiej. Mniejsza szansa, że dostanie się istnienie tej relacji do niepowołanych oczu i uszu. - Uważaj na pocztę. Nie ufaj sowom w przesyłaniu wrażliwych informacji. - Powiedział, kiedy już się podniósł, ale jeszcze gestem dłoni dotykał stolika. - Miłego wieczoru, Astarothcie.


Koniec sesji