![]() |
|
[wieczór 21.08.1972] Skyfall - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [wieczór 21.08.1972] Skyfall (/showthread.php?tid=4325) |
RE: [wieczór 21.08.1972] Skyfall - Laurent Prewett - 01.01.2025 Dodawanie słowa "tylko" do Kierana wydawało się obrazą, a ta nie wychodziła z jego ust. Ich rozmowa toczyła się trzeci raz. Trzeci raz wyglądała inaczej niż poprzednia. Niby dynamika była podobna, ale z jego perspektywy każda różniła się od siebie diametralnie i spotykała go w dodatku w innym stanie. Z podobnymi maskami na twarzy, ale każda z nich prezentowała inne wydanie rzeczywistości. Bał się za bardzo, żeby teraz myśleć, że Kieran był tylko posłańcem. Mimo to tak się działo -przedłużał jego wolę i dzieło. Ile miał w tym swobody, a ile nakazane? Ile było tworzone na siłę, a gdzie faktycznie dobrze się bawił? Chyba tymi rozmowami zabawiał się całkiem dobrze - wyglądał na zadowolonego zarówno w tamtej knajpie, jak i teraz. Ciekawe, czy bawiłby się lepiej, gdyby Laurent zaczął się bardziej szarpać? Wyzywać go na pojedynek, przechodzić z tych spokojnych pogawędek i spacerków do samoobrony magią? Och, był słaby na ciele i nie był wybitnym czarodziejem - Dante to dobrze wiedział. Laurent przekładał całą wiedzę, jaką miał baron Nokturnu na Język, który ku niemu wypychał. Kropla niepokoju drążyła sprawę z powodu tego, że sam do końca nie był pewien, ile nie pamiętał z niektórych spotkań. Ile mógł powiedzieć, albo ile zrobić pod wpływem niektórych specyfików. Niedopowiedzenia były najciekawsze... a niewiadoma najbardziej przerażająca. To, że nic się na tych spotkaniach nie działo, było równie straszne. - Przypomnienie czego? - Złapał od razu nitkę. Tego, co było kiedyś? A może tego, co dzieje się teraz? Strzelał, że to memento mori. Pamiątka dawnego życia, dzięki któremu narodziła się ta wdzięczność. Załapał to zatrzymanie się dopiero po zrobieniu kolejnego kroku. Utrzymywanie głowy uniesionej, a nie wlepianie jej w bruk pod nogami, było ciężkie. Oddychanie było ciężkie. W płucach miał kamienie, oddychał za wolno, głowa zaczynała go boleć. Zaś Kieran się śmiał. To dobrze, prawda? Na pewno nie oczekiwał wzbudzenia strachu. Właściwie niczego nie oczekiwał. - Hmmm... - Przyjrzał się tym pięknym oczom. Taak, zaczynał doskonale widzieć, co widział w nim Dante. Przecież to był psychopatyczny koneser. Zbierał ludzi tak, jak dziewczynki zbierały lalki. A Kieran nie tylko miał charakterną urodę - miał też charakter, którego się poszukiwało. - Nie. - Papier nie mógł być błyszczący. - Wybrałbym ciemny granat, by nic nie przyćmiło twoich oczu. - Piękno należało kultywować, wynosić je na wyżyny. To, co najpiękniejsze, powinno być zaś jak najlepiej wyeksponowane. Ruszenie razem z nim było prostsze niż zatrzymanie się. - Tak. - Choć to w ogóle nie było takie oczywiste. I nigdy nie skrzywdził go... w bezpośredni sposób. I dlatego na jego następne słowa sam uśmiechnął się szerzej, czując malutki przejaw rozbawienia w tej tragedii. [ii]Tragikomedii[/i]. - Kochanie... tacy jak ja nigdy nie brudzą swoich dłoni. - Wyciągnął tą wolną przed siebie. Przed nich. Delikatna, smukła, zadbana, z równiutkimi paznokciami - chyba większość kobiet mogłaby mu pozazdrościć. Zaraz ją jednak cofnął do siebie. Było mu zimno. Za zimno jak na tę temperaturę. Z nerwów. Aż żałował, że nie wziął żadnego płaszcza. Zbliżył się do niego. Do tej różdżki. I kiedy przyjemne ciepło na moment oświetliło jego twarz, a on się odsunął z powrotem na swobodną odległość, dotarła do niego rzecz żałośnie oczywista. Tak straszna, że zrobiło mu się niedobrze z nerwów i zadrżała mu dłoń. Zatrzymał się na moment, zaciągnął dymem. Dobrze, że Kieran akurat zatrzymał się i też nie zamierzał ruszać dalej. Nie wiedział, czy byłby w stanie funkcjonować dalej, gdyby taki Kieran spalił mu twarz. - Co jest ciekawe? - Wypuścił w powietrze ten obrzydliwy dym. Spełniało jednak swoją rolę - ta nikotyna. Trochę pomagała wyrównać oddech, bo do tego zmuszała. Pomagała ukoić myśli. Skierował wzrok na bibliotekę. RE: [wieczór 21.08.1972] Skyfall - Morrigan - 01.01.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sFgWckh.png[/inny avek] O tak, wydźwięk ich rozmów był różny; za pierwszym razem Laurent nie miał zielonego pojęcia kto w ogóle stoi naprzeciwko niego, więc prowadzili ze sobą niezobowiązującą rozmowę… do czasu – bo Kieran bardzo skutecznie nastraszył Laurenta, nim sobie poszedł. Ich drugie spotkanie upłynęło w duchu rozbawienia ze strony „Averego” i cichej determinacji Laurenta, bo wręczył mu torbę, ze „spłatą długu” dla Dantego… I teraz było to trzecie spotkanie, na którym Laurent niemalże trząsł się jak osika ze strachu, bo doskonale wiedział, co zrobił ostatnio i najpewniej ciągle spodziewał się ciosu. Ten jednak nie nadchodził. Kieran był tak samo łagodny jak za każdym innym razem, nigdy nie tknął Laurenta, ich jedyny kontakt fizyczny, to było podanie sobie rąk na przywitanie za tym pierwszym razem. Gdzie więc znajdował się haczyk? W końcu Laurent nie wywiązał się z umowy i doskonale o tym wiedział. – Że nic nie jest wieczne i pewne, prócz podatków i śmierci – odparł lekko i uśmiechnął się jednym kącikiem ust, w swój charakterystyczny sposób. – Myślałem raczej o ekstrawaganckim pudełku, by nasz wspólny przyjaciel na pewno go nie przeoczył w natłoku innych darów – trochę makabryczne, dyskutować o sposobie dostarczenia własnej głowy na talerzu, ale najwyraźniej Kieran bardzo dobrze się bawił. Uniósł brwi na to ciche „tak”, lecz za chwilę przyszła dalsza część wypowiedzi. – Tak właśnie myślałem. Jesteś na to zbyt delikatny – przyjrzał się wyciągniętej przez Laurenta dłoni, bardzo zadbanej, niemalże damskiej, gdyby nie jej budowa. Ponownie – nie odpowiedział od razu, tylko zaciągnął się papierosem raz jeszcze, a potem niespiesznie wypuścił powietrze przez usta i odsunął od siebie fajkę. – To, gdzie się właśnie znajdujemy. Poznajesz? – zapytał i wskazał ruchem głowy i wzruszeniem ramion na bibliotekę, okazały budynek, z elegancką, bogato zdobioną fasadą. Tuż obok znajdowała się kamienica, w której tydzień wcześniej znalazł się Laurent, zaprowadzony spotkany przez Anthonego, zaprowadzony do własnego mieszkania, gdzie pozwolił mu się odświeżyć… A nieopodal… ten nieszczęśliwy zaułek, do którego Laurent zawędrował i gdzie gówniarze bawiły się jego kosztem. Szare oczy przeniosły się teraz na Laurenta, nie spuszczając z niego wzroku. RE: [wieczór 21.08.1972] Skyfall - Laurent Prewett - 01.01.2025 Surrealizm sytuacji i jej nastrój sprawił, że nawet lekko się uśmiechnął na to stwierdzeni. Znieczulica mówienia o śmierci dokładnie w tym momencie rozwijała swoje skrzydła, bo przecież w innym wypadku myślałby o tym, jakie to przykre myślenie w ten sposób. O to jednak ta śmierć zdominowała rozmowę. Podatki i Ona, Pani na kościanym rumaku. Głowa w papierze, albo granatowym kuferku. Tak, z tą fioletową wstążką. - Nie przegapiłby. Wystarczyłoby, że na wierzchu położyłbym odpowiedni kwiat. - Powiedział to niemal arogancko, a w gruncie rzeczy wcale nie był tego pewien. Niewielu rzeczy był w tym momencie pewien. Niczego prócz tego, że czuł się tak strasznie zmęczony z każdym kolejnym krokiem, że miał ochotę już nie tylko patrzeć na bruk, ale się wręcz garbić. A to przecież byłoby poniżej godności. Nawet w takiej chwili naszła go myśl, że co by ojciec powiedział... - Owszem. To całkowicie smutne, że niektórzy rozumieją tylko ten język. Przemoc. - A jaki rozumiał Kieran? Kolejna niepewna - i nawet nie do końca dotyczyła kwestii tego, że szarookiego nie znał. Ta niepewna związana była z tym, że nie do końca był przekonany, czy dobrze teraz robi mówiąc cokolwiek. Czy czasem nie powie za dużo, albo za mało. Łatwo stracić kontrolę nad własnym umysłem, kiedy stawał się pływający, gdy ty sam wydawałeś się wędrować obok własnego ciała. Unosić wraz z dymem w ciepłą, nie do końca pochmurną noc. - Myślałeś o tym, że może być dla ciebie inna alternatywa, niż to? - To życie, w których packa fajek mogła stać się jeszcze większym memento. Dopisał sobie plusik za wstrzelenie się z odpowiedzią chociaż znowu - mogła być ona fałszywa. A on nie miał wcale siły śledzić twarzy Kierana i każdego jego ruchu. Szczególnie, że mężczyzna wydawał mu się niezwykle wprawnym kłamcom. Odrobina roztargnienia i irytacji wpełzła na jego twarz, gdy został zmuszony do skupienia na tym miejscu. Biblioteka Parkinsonów kojarzyła mu się z jednym - Victorią. A to też wcale mu się przy tym nie podobało. Pewnie gdyby mieli jej zagrozić wyśmiałby go w twarz. Proszę, próbuj. Chciałby zobaczyć, jak próbują. To byłaby reakcja w dobie kryzysu, później panika całkowicie by go pochłonęła. Lecz to chyba nie o to chodziło. Ześlizgnął się wzrokiem z biblioteki na otoczenie. Szukał odpowiedzi na zadaną zagadkę pod tytułem "domyśl się", ale Victoria zajmowała chwilowo większą część jego głowy. Co on wymyślił znowu... I z Victorią również było to powiązane. Ostatnio działo się tu... uch, na Pokątnej działo się wiele rzeczy, ale przy bibliotece był tylko... ach..! Przy bibliotece był ostatnio, kiedy te dzieciaki ukradły mu różdżkę. O to mu chodziło? - Trudno nie poznawać. - Odparł lakonicznie. Owszem, trudno, w końcu bibliotekę znali wszyscy. - Proszę, wyłóż mi swoją puentę. RE: [wieczór 21.08.1972] Skyfall - Morrigan - 02.01.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sFgWckh.png[/inny avek] – A co, jeśli ktoś odwróciłby je do góry nogami? Nie byłoby widać twojego kwiatka – Kieran uniósł w górę jedną brew, ewidentnie zastanawiając się głębiej nad tym całym konceptem. Nie wyglądał na typa, który zna się na kwiatkach, swoją drogą, pewnie odróżniłby różę – bo takie wręcza się damom w uniwersalnym języku miłości. Pewnie wiedział też jak wyglądają chryzantemy, bo to tak bardzo pogrzebowe… – Wybrałbyś kwiat pasujący do ciebie czy do mnie? – pociągnął jednak dalej tę rozmowę, pozornie niezobowiązującą, ale oboje przecież wiedzieli, że każde wypowiedziane pomiędzy nimi słowo ma jakieś znaczenie. – Są to ludzie bez wyobraźni, Cukiereczku – przemoc rysowała obrazy krwią, makabryczne pejzaże, wszystkie w odcieniach szkarłatu, karmazynu i burgundu, w późniejszym stadium ciemnej umbry. – Jak byłem małym szczylem to nie wiedziałem o tym co myśleć. Ale teraz sądzę, że nie ma – pozwolił popłynąć odpowiedzi – znowu: czy była szczera, czy była to może wprawna bajeczka? Ile z tego, co mówił Kieran było prawdą, a ile mogło być fikcją napisaną specjalnie na tę okoliczność? Avery obserwował Laurenta, nie umknął jego uwadze grymas irytacji, to jak długo blondyn wpatrywał się w budynek, szukając odpowiedzi na pytanie zadane przez szarookiego. Jego zastanowienie, jakby szukał powiązań pomiędzy kropkami, których liczb nie znał i nie wiedział, w jaki kształt powinien je połączyć. – Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, panie Prewett – leciutko skinął mu głową, po czym na moment odwrócił głowę w kierunku innym niż biblioteka, w ten zaułek, którego z ich miejsca nie było widać. – Tydzień temu został pan tu napadnięty, czy nie tak? I stracił pan coś cennego. Wybacz mi za te ćwiczenia umysłowe, ale lubię patrzyć, jak zapalają się twoje oczy, kiedy zaczynasz kojarzyć fakty – dodał i uśmiechnął się niewinnie. – Jak myślisz, gdzie teraz znajduje się twoja różdżka, hmm? RE: [wieczór 21.08.1972] Skyfall - Laurent Prewett - 02.01.2025 Zauważył w tej grze pewną skłonność Kierana, która mogła nawet grać na jego korzyść. Równie dobrze mogła być atutem nie pozwalającym zdziałać czegokolwiek. Stopującym Kierana i zatrzymującym go przy Dante. Tym atrybutem było spoglądanie na każdą możliwość oczywistość, jak i nieoczywistość, jaka mogła się wydarzyć w danej sytuacji. Chyba stanowiło to cechę wspólną ludzi, którzy żyli po tej ciemnej stronie miasta. Musieli mieć oczy dookoła głowy o wiele bardziej niż przeciętny zjadacz chleba. Choć to, jak bardzo to manifestowałeś, zależało też od tego, na jakim progu żyłeś. Ignoranci chyba tam długo nie przeżywali. Rozdeptani przez byle pierwszego rzezimieszka, który postanowił wycelować w gwiazdy. I również się przejechał na swoim odważnym czynie. Nie miał teraz głowy do tego, by w pełni próbować rozebrać to na czynniki pierwsze. Jak i do tego, by wchodzić w grę na temat przesuwania pudełek, które i tak nie zostało wysłane. Nie zostanie. Na pewno nie tego dnia. - Kwiat pasujący do ciebie puściłbym na morze... - Zdanie miało znamię zdania, na którego kontynuację czekasz. A ono niby się zakończyło, niby nie, czekasz, a kontynuacji nie ma..? Nie ma, ale miała być. Tylko Laurent się opamiętał. Zaskoczyło w nim proste stwierdzenie: on nie wie. Albo wiedział? Czy wie, kto dokładnie nasłał na niego zabójcę? Zabójcę Fontaine. Że to nie Fontaine..? Nie, przecież nie mógł nie wiedzieć. Nie mógł przyjść tylko po pieniądze... mógł przyjść po tą urażoną dumę. By posmarować zemstą swoje wargi tak, jak kobiety smarują szminkami usta. Zagubił się w tych myślach. - Do skrzynki przyczepiłbym kwiat lukrecji. By Dante na pewno jej nie zignorował. - Wyjaśnił. Dodał coś innego. Chyba pasowało? Spijało się? I tak chciał to dopowiedzieć, więc oto było. Akurat na oczekiwanie objawienia z biblioteką. Nie bardzo wiedział, jakich emocji Kieran oczekiwał, bo ewidentnie ich chciał - ku własnej zabawie, co było gorszące w tym momencie. Ujmujące. Bycie podziwianym i miłość do atencji to jedno, brak miłości do bycia małpką w zoo - drugie. A jednak był i aktualnie te emocje były banalne z niego do wyczytania. Zabawy w zgadywanki były wspaniałe, oj tak. Nie teraz. Nie tu. Tęsknym widokiem stawały się ławki przed samą biblioteką, ale nie poświęcił im zbyt wiele chwil namysłu. - Och, bardzo mi zależy na mojej starej różdżce. - To miało być bardzo wiarygodne kłamstwo, a wyszedł, o zgrozo! - cynizm. Odetchnął i strzepnął dym z papierosa, opierając wolną dłoń na wewnętrznym zgięciu drugiej ręki. Miało być przekonujące kłamstwo, bo gdzieś w tej zdrowej świadomości zdawał sobie sprawę, że to nie było mądre - tak wypstrykaćsię z kart. Wyszło jak wyszło. - Moje gratulacje. Postawcie ją w gablotce, niech cieszy oczy tego zboczeńca. - Zagrożenie, jakie mogło to stwarzać i problemy, z jakimi mogło się wiązać, chwilowo do niego nie docierały. Ignorował je. Bo przecież co niby takiego mogliby z nią zrobić. RE: [wieczór 21.08.1972] Skyfall - Morrigan - 02.01.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sFgWckh.png[/inny avek] Musiał mieć oczy dookoła głowy, bo zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa; nie był bezosobowym cywilem, a ktoś, kto miał dom… albo przynajmniej bezpieczną przystań na Nokturnie i pod nim. Była bezpieczna, bo wiedział, jak się poruszać, co mówić i komu, kogo unikać, a kogo nie, że nie można go tknąć i dlaczego, gdzie można odbić swój obcas, a gdzie zdecydowanie nie. Była bezpieczna, bo znana, bo był ostrożny – a był ostrożny i miał oczy dookoła głowy. To był odruch, jak ten, gdy patrzysz raz w jedną, raz w drugą stronę, chcąc przejść przez ulicę – zwłaszcza w mugolskiej części Londynu. – Dlaczego na morze? – chyba nawet nie spodziewał się do końca drugiej części zdania. Ta odpowiedź pasowała do jego pytania na pewien przekorny sposób. A kiedy Lukrecja wspomniał o lukrecji, tylko kiwnął głową, najwyraźniej ta odpowiedź go zadowoliła. Czy to konkretnych emocji oczekiwał, czy po prostu jakichkolwiek? Tego blasku zrozumienia w oczach, rozluźnienia mięśni w chwili uświadomienia, gdy w twoim umyśle otwierają się nowe możliwości, połączenia pomiędzy rzeczami. – Nie potrzebuję twojej różdżki – odparł, jakby zależało mu na tym, by Laurent wiedział, że nie miał z tym nic wspólnego. Był wszak tylko posłańcem, Ustami, Językiem. – Ale dla niego to chyba pewnego rodzaju trofeum. Nie był zadowolony z zawartości torby, jaką mi przekazałeś – jak mógł być, skoro urażona duma barona Nokturnu została jeszcze raz tknięta niemal w samo serce? – Chciał, by ci przekazać, że to nie prezenty się zwraca, a to, co się skradło – pieniądze, a może chodziło o serce? O ile ktoś taki jak Dante w ogóle je kiedykolwiek posiadał. – Grasz w bardzo niebezpieczną grę, Cukiereczku… Ale to już moje słowa, nie jego. RE: [wieczór 21.08.1972] Skyfall - Laurent Prewett - 02.01.2025 Temu człowiekowi, który tak szybko łączył wątki i miał tak lotny umysł, chyba właśnie powiedział o słowo za dużo. Morze. Albo i nie? To nie był wielki sekret, Dante doskonale wiedział. I tak, bał się, że chorobliwie chowana przez niego skóra mogłaby dostać się w jego ręce. To byłby kolejny bardzo prosty krok w celu zabicia go. Zawsze wiedział, że jest próżny, ale w tych chwilach aż samego siebie zaskakiwał tym poziomem. Jak bardzo pozbawiała go woli życia myśl, że miałby już nigdy nie pływać między falami jako jedność z nimi. I już na zawsze być skazanym na ląd. Nigdy już nie mieć szansy na znalezienie swojej rodziny. - Powstaliśmy z morza. Oceany kiedyś pochłaniały ten świat, powstało w nim pierwsze życie, nim wyłoniły się lądy. - Czy to jednak dlatego wybierał morze? Nie. Puścił kwiat na wodę również dla Dante. Puścił go dla Crowa, który, jak sądził, zmarł w wybuchu w ścieżkach. Bał się, że miał dwa życia na sumieniu. To był cień, którego nie potrafił wymazać ze swojego życia. Tymczasem okazało się, że obaj mężczyźni mieli się dobrze... a skoro tak... może powinien podejrzewać tego, który jutro pewnie przyjdzie do jego domu, o jakąś współpracę..? - To mój dom. Słona woda podobna do słonych łez to mój dom. - Nawet jeśli miał drugi - ten na lądzie, po którym to zresztą lądzie bardzo sprawnie się poruszał. - Jeśli miałbym kogoś pożegnać - żegnałbym go z sercem. Powierzając go falom, które mnie stworzyły. - I bez których by nie istniał, nie był tutaj, nie poznał nigdy Kierana. Mogli snuć makabryczne wizje, a Laurent mógł próbować sobie racjonalizować swoje wybory, jakich dokonywał. Sumienie pozostawało jednak sumieniem. W gruncie rzeczy nie chciał niczyjej krzywdy. Jeśli po nią sięgał to już tylko dlatego, że kończyły mu się opcje. - Domyślam się. - Nie tego, że nie miał z tym niczego wspólnego. Tego, że dla niego było to trofeum. Bo ten brak bezpośredniego powiązania w pierwszej chwili potraktował z przymrużeniem oka. Temat zadziałał lepiej niż ten papieros - przeniósł jego pulę emocji ze stresu zduszającego w środku do niezadowolenia. Była to całkiem szybka przemiana, ale nie gwałtowna. Pula emocji nie zmieniła się całkowicie - na chwilę doszła jedynie nowa. - Jestem zbyt pruderyjny na wulgarność, ale możesz mu przekazać, że tę różdżkę na wszelkie zadowalające go sposoby wykorzystać. - Pruderyjność. Tak, grzecznościowa. Laurent widział i doświadczył rzeczy, o których mówiło się szeptem. Wstyd? Nie miał w sobie żadnego wstydu. Nie było jednak tajemnicą, że zazwyczaj nawet najbardziej ostre przekleństwa zamieniał cytując kogoś na łagodne superlatywy. - Och, zabolało. - Ciężko było nie zauważyć satysfakcji w drobnym uśmiechu Laurenta, który się przebił przez tą aurę zmęczenia. - Wiedziałem o tym już w momencie, kiedy poszedłem do Fontaine. - Wiedźma Podziemi, straszak małych dzieci. Wróg numer jeden Dante i na odwrót. Laurent miał teorię, że oni tez kiedyś byli kochankami... niesamowite było jednak to, że żaden drugiego nie potrafił zniszczyć. - Dziękuję za ostrzeżenie. Może nie pożyję na tyle długo, żeby się bardziej o tym przekonać. - Teraz to on się ruszył. W kierunku najbliższej ławki, przy której ustawiono śmietnik, żeby zgasić końcówkę papierosa i wrzucić ją do metalowego pojemnika. Nie był tym człowiekiem, który rzucał kiepy pod nogi i je deptał. - Mylisz się jednak, że nie ma alternatywy. Zawsze jest. - Podniósł wzrok na mężczyznę. I teraz, skoro jednak różdżka nie była żadną tajemnicą, wyciągnął swoją i przesunął nią w powietrzu. Wszystko po to, by usunąć z siebie ten paskudny zapach. I znów czuł tę wodę kolońską. Ten przyjemny zapach perfum Kierana. - Rozmawialibyśmy tak samo, gdybyś myślał inaczej? - Czy zakładał, że Kieran był interesowny? W bezinteresowność chciał wierzyć, ale tutaj było chyba o to ciężko. Natomiast nie, nie robił takiego założenia. To pytanie miało teraz cel zwrotny - by zobaczyć reakcje Kierana. Jego śmiech, politowanie, znużenie? Zainteresowanie? Opuścił różdżkę i schował ją z powrotem. RE: [wieczór 21.08.1972] Skyfall - Morrigan - 02.01.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sFgWckh.png[/inny avek] Pamięć to bardzo zabawna rzecz prawda? Lubiła płatać figle, w chwilach rozkojarzenia zapominało się rzeczy ważne, by przypomnieć sobie o czymś kompromitujących w najmniej odpowiednim momencie, a potem nie dawało spokoju, niektóre myśli wżerały się w umysł, wierciły w nim dziury jak robaki w grzybach… Czy Laurent rzeczywiście powiedział o słowo za dużo? Ach, niegrzeczna foczka… Kieran nie wydawał się zaskoczony, gdy Laurent zaczął mówić o morzach, oceanach i słonej wodzie. Nie w ten sposób, jakby usłyszał o czymś, co miałoby całkowicie odwrócić jest sposób myślenia o danej sprawie. Chyba więc wiedział na temat młodego Prewetta całkiem sporo, ale ile powiedział mu Dante, bo było mu to potrzebne? A ile przemilczał? Ile zaś dowiedział się sam, z tych rozmów – niewielu, ale za to jakże intensywnych. Obfitych w emocje. – Dużo płaczesz, Laurencie? – chyba pierwszy raz zwrócił się do niego jego imieniem, nie nazwiskiem, nie „panem”, nie Lukrecją i nie określeniem, które wymyślił sam – Cukiereczkiem. Złapał za te słowa, za porównanie słonej wody do słonych łez i pytanie… wypłynęło samo. Jak łódka na tym słonym morzu. – Żegnałbyś z sercem nawet tych, którzy są po drugiej stronie? – jak Dante, jak Kieran. Jak ci, którzy wyrządzili mu krzywdę, wiele, wiele złego. – Pruderyjny, ach tak… – nie uwierzył mu, jak mógłby, skoro sam musiał mu powiedzieć o zdjęciach, w których posiadaniu był Dante. O zdjęciach, które miały Prewetta przywołać do porządku… a jedyne, na co natrafiał, to robienie na przekór. Tylko komu, Dantemu czy sobie? A może jedno i drugie? – Mam mu to przekazać w twoich dosłownych słowach, czy wolisz, żebym jednak darował sobie tę pruderyjność i uciekł się do wulgarności? – uniósł znowu jedną brew i zmierzył Laurenta szarymi oczami na wskroś. Jakby właśnie próbował z niego czytać. Tylko co zobaczył? Wzruszył za to ramionami, kiedy Laurent stwierdził, że Dantego zabolało. Och tak, zabolało z pewnością. Nie było sensu zaprzeczać. Ruch z kradzieżą różdżki, jakkolwiek nagły i mogłoby się wydawać, że nierozważny, okazał się być niezwykle skuteczny, tyle, że Laurent nawet nie wiedział, kto stał za tą brawurową kradzieżą. – Hmpf – jeśli Kieran był zaskoczony wspomnieniem o Madame Fontaine, to zręcznie to zamaskował. – Widzę, że tak jak kiedyś nie miałeś instynktu zachowawczego, tak nadal nie wyciągnąłeś żadnych wniosków – stwierdził, mierząc sylwetkę Laurenta wzrokiem. Kiedy selkie ruszył w kierunku ławki, Kieran odczekał przepisowe dwie sekundy i ruszył za nim, nadal ćmiąc swojego papierosa, a po chwili rzucił go na ziemię przy koszu, zadeptał butem, po czym… schylił się, by resztę wyrzucić i uśmiechnął się czarująco do Laurenta. Nie odpowiedział mu, za to spojrzał się w kierunku biblioteki, być może po raz pierwszy zmieszany słowami, jakie usłyszał. – Nie wiem – być może było pierwszymi szczerymi słowami, jakie dzisiaj powiedział. A może wcale nie pierwszymi, może pod poszewką kłamstwa, kryło się zadziwiająco dużo prawdy? RE: [wieczór 21.08.1972] Skyfall - Laurent Prewett - 02.01.2025 Och tak, pamięć psociła i nawet potrafiła zmieniać całe fragmenty wydarzeń. Wydaje nam się, że tak doskonale coś pamiętamy, a tymczasem okazywało się, że pamiętamy jedno wielkie nic. Alternatywną wersję rzeczywistości, gdzie nie zgadzało się nawet miejsce, zmienieni byli ludzie, kontekst potrafił się wywrócić do góry nogami. Wszystko przez te pieprzone emocje. Potrafiliśmy też zapamiętywać rzeczy dobrze, ale zapominać je, albo wypaczać, pod wpływem chwili. Dokładnie tego zmieszania co rusz doznała Laurent teraz. Zdradzał nas nasz własny mózg, który powinien teraz pracować z taką precyzją, jak żyletki goliły włosy z męskiego lica. Tymczasem on zawodził. Zawodziło też ciało. - Tak. - Każde słowo może zostać użyte przeciwko tobie... Myślał o tym i trzymał się tego. Granica między manipulacją, niedopowiedzeniami, kłamstwami a prawdą zupełnie się tutaj zacierała. Kieran miał rację - Laurent potrafił nie wiedzieć, w którą stronę się obrócić, dlatego wybory podejmowane były bardzo instynktownie. To jednak nie był jego naturalny stan. Rodził się ze stresu, wychodził ze smutku, miał swój początek w zwątpieniu i niepewności. Nie było w tym nic zdrowego dla człowieka uczącego się planować i kochającego mieć wszystko pod kontrolą. Toczące się koło nabierało rozpędu. Ciężko było się z niego wyrwać. Na następne pytanie nie odpowiedział od razu. Usiadł na tej ławce, bo utrzymywanie pionu było męczące w tym spotkaniu z założenia. Jego głowa ciągle biła na alarm, nie ważne co usłyszał, nie ważne, co zrobił i co sam powiedział. - Każdy z nas ma swoją historię. - Jakże zabawnie było o tym mówić przed tą biblioteką - miejscem, które było domem dla całej historii świata. Gdzie spoczywało mnóstwo biografii i prywatnych zapisków. Potarł o siebie dłonie, bo zadrżał z poczucia chłodu. - Szkoda mi, że historie niektórych były na tyle smutne, by doprowadzić do równie smutnego życia. - Ciężkiego. Okupionego krwią. Niektórzy nauczyli się to lubić, a jeszcze inni mieli chorą duszę od urodzenia. I tych ludzi też mu było żal. Miłość, ta zdrowa i silna, wydawała się towarem deficytowym w dzisiejszych czasach. - Ach... daruj sobie. - Lekko machnął ręką. Zamknął oczy, podpał głowę na dłoni. - Ten jego pomysł z takim sposobem przekazywania informacji... jest żałosny i poniżej mojego poziomu. - Zagrały tu ostatnie nuty tej irytacji i akurat nie mówił tego na przekór - mówił całkowicie szczerze. Co to była za szopka... pewnie w mniemaniu Dante odpowiednia, ale on sam aż niedowierzał, że uznał to za odpowiednio... co? Karcące? Poniżające dla drugiej strony? - Wyciągnąłem. - Wnioski, a praktyka... mogliśmy się tutaj rozmijać. I niekoniecznie wyciągnął je też w satysfakcjonującym kierunku. Prosta odpowiedź zawisnęła w powietrzu. Smutne. Laurent w New Forest próbował pomagać ludziom. Najchętniej dawał prace właśnie tym, którzy najbardziej jej potrzebowali. Albo dom osobom, które nie miały swojego. Jakiś start - jakikolwiek nowy - który mógłby im pomóc. Również spoglądał teraz w stronę biblioteki. W swoim tiku obracał pierścionkiem na palcu. - Jednak masz rację. - Uśmiechnął się blado. - Gdybym wyciągał jakieś wnioski przestałbym próbować pomagać wszystkim wokół i zajął sobą. - Powoli był tym zmęczony, bo powoli nie miał już czego rozdawać. - Pewnie wtedy płakałbym mniej. - Założył nogę na nogę. Miał w głowie kolejną z wizji, jak piękną szpilką byłoby podetknięcie kogoś, kto wydaje się chcieć pomóc, a potem... zdradza. RE: [wieczór 21.08.1972] Skyfall - Morrigan - 02.01.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sFgWckh.png[/inny avek] Mina, jaką zrobił Kieran, mogłaby być nazwana nawet współczującą. Laurent powoli przybierał aurę smutnego, zbitego psiaka, którego zdecydowanie przytłaczało… wszystko. Gra, w którą sam zaczął grać, chcąc udowodnić sobie i Dantemu, że nie będzie tak, jak to sobie wymyślił i wymarzył stary zboczeniec. To była gra na wyniszczenie – obu stron, ale największym przegranym jest ten, kto oprócz tego, że ma miękkie serce, ma też miękką dupę. I raczej nie były to cechy, które można by przypisać Dantemu. – Nie każdy ma luksus wyboru – czasami nie było tej alternatywy, nie było sił czy środków do tego, by zmienić bieg swojej historii. Takich ludzi w świecie było mnóstwo, prawda? Ale czy był takim człowiekiem Kieran? Osoba, która niewiele mówiła o sobie, raczej dopiero wtedy, kiedy Laurent pytał – a czy mówił szczerze i prawdziwie, to już zostawało w gestii Laurenta, by ocenić, czy wierzy w jego słowa. – Wolałbyś, żeby teraz zamiast mnie stał tutaj Dante? – spojrzał na Laurenta niemalże z politowaniem. – Jesteś pewien, że chciałbyś mu to powiedzieć w twarz? – wszak w całym tym swoim planowaniu, potrafił być równie nieprzewidywalny i robić coś pod wpływem… chwili. Rzadko. Ale ileż razy zdarzyło się to w kierunku Laurenta? – Oboje dobrze wiemy, że to, że jestem tu ja, a nie on, to dla ciebie błogosławieństwo – Laurent już teraz miał problem trzymać swoje nerwy na wodzy, a co dopiero byłoby, gdyby to Dante swoją osobistością i aurą, oraz wielkim ego, zajął najbliższe otoczenie. – Już teraz jesteś bliski do tego, żeby się trząść. Ciekawi mnie jak bardzo być drżał w jego obecności – mówił to powoli, z zastanowieniem. Nie zajął obok Laurenta miejsca na ławce, stał obok niego, mając doskonały widok na selkie i resztę ulicy. – I jakie to wnioski, skoro popełniasz te same błędy? – brzmiał nawet nieco prowokacyjnie, na ile prowokacyjny mógł być ten zblazowany głos, ale coś w jego tonie mogło pozwolić tak myśleć. Laurent jednak nie odpowiedział od razu, za to się zreflektował… – Gdybyś wyciągnął jakieś wnioski, to nie robiłbyś na złość Dantemu. Mówiłem ci już, że i tak otrzymałeś specjalne traktowanie, bo kto inny śpiewałby inaczej i nie miałby okazji odkupić swoich win – szare oczy mierzyły wątłe ciało Laurenta, gdy ten tak siedział i drżał z powodu chłodu wieczoru. Słońce chyliło się już za horyzont, malując niebo w swój fantazyjny kolor zwiastujący, że jeszcze trochę i zrobi się ciemno, a pierwsze gwiazdy już zaczynały nieśmiało pokazywać swoje twarze. – Nie robisz nic, by płakać mniej. Będziesz tylko płakać więcej – przestroga? Przepowiednia? |