Secrets of London
lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu (/showthread.php?tid=4332)

Strony: 1 2 3 4


RE: lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu - The Edge - 06.01.2025

Flynn musiał być człowiekiem ciepłolubnym. Wtulony ciasno w Laurenta, całując go po buźce kiedy ten wtrącał to i owo i zadawał pytania, na które nie uzyskał żadnej odpowiedzi, Crow bardzo chętnie dążył do tego, żeby być przykrytym w całości. Albo kołdrą, albo Laurentem, to nie miało większego znaczenia, póki cokolwiek na nim leżało i go grzało.

- Nie wiem. Dwa łyki ginu to za dużo? - Przesunął palcami po jego włosach, po czym zaklęciem nalał sobie jeszcze i nieelegancko wypił to duszkiem, zanim butelka wraz ze szklanką wróciły na stolik nocny. Korzystanie z magii w ten sposób musiało być wygodne, ale przy Laurencie coraz rzadziej udawał, że nie miało to żadnych ograniczeń - gesty przy rzucaniu zaklęć wykonywał coraz bardziej swobodniej, a tym samym stały się zauważalne. Czarowanie bez różdżki nie mogło być więc sztuką poruszania przedmiotami siłą woli - symbole wyrysowywane czubkiem rdzenia w powietrzu musiały mieć odpowiedniki w ruchach palcami. - Nie chce mi się wstawać, żeby grać na wyzwania - przyznał. Zresztą wątpił, żeby Laurentowi chciało się jakoś wybitnie ruszać, a jedyne „wyzwanie” jakie przychodziło mu do łba było klasycznym „usiądź mi na mordzie”. Swoją drogą - nie był zadowolony z faktu, że chłopak usiadł. Sam wypił ten alkohol w pozycji leżącej i wciąż chciał się do niego przytulać. Przylgnął do niego jak rzep do psiej dupy - położył swój łeb na tych drżących nogach i objął je rękoma. Minęło ledwie kilka sekund i ha - już w sumie nie narzekał - ale ociągał się z odpowiedzią, bo przecież te nogi można było wycałować. - Mmmm - wydał z siebie jakiś dźwięk na znak, że w ogóle zastanawia się nad odpowiedzią, a nie zatonął kompletnie w analizowaniu kształtu jego lewej łydki. - Leżę - zaśmiał się lekko, nie przerywając wędrówki palców i ust - czytam - i uznał za dziwne to, że czytanie przyszło mu do głowy szybciej niż inne rzeczy - chodzę do pubu na mecze albo chleję - wbrew pozorom ani nie gin, ani piwo - ale przecież gdyby chciał napić się tutaj drinka, musiałby zrobić go sobie sam - idę do klubu. Albo się gdzieś szlajam. - Nie powiedział „jaram smacka”, nie sądził jednak aby to było konieczne dla dopełnienia tego obrazu. Tak samo jak doprecyzowanie po co właściwie chodził do klubu. - Lubię... - to wgłębienie na środku jego stopy, gdzie skóra robi się delikatniejsza i ten fragment uda, gdzie skóra naciąga się jakoś bardziej i można go bezczelnie podszczypywać - koncerty.

Podniósł na niego wzrok, nie odrywając się wciąż od dolnych partii jego ciała.

- Też chcesz pytanie? - Odszukał w jego oczach odpowiedzi. - Mhmm... Zacząłeś tak delikatnie... - Spodziewał się czegoś cięższego, nawet jeżeli to jedynie start. Głupio teraz wypaplać coś w stylu „czy gdyby Dante zmienił w sobie to, co ci się w nim nie podobało, to zostawiłbyś mnie dla niego”, więc zamilkł na kilka długich sekund, nie wykonując żadnego ruchu. Zawisł tak, oddychał spokojnie i wreszcie zapytał Uważasz się bardziej za chłopaka czy dziewczynę? i wrócił na dół.


RE: lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu - Laurent Prewett - 06.01.2025

Bycie przylepą, kiedy i druga strona nią była, miało tylko swoje plusy. Przeciwskazania mogły się pojawiać wyłącznie wtedy, kiedy siedząc z kimś na spotkaniu nagle poczułby na swoim kolanie jego dotyk. Bo jak tu się skupić na innych, kiedy zazdrosny partner chciał cię rozpraszać, a ty w dodatku chciałeś dać się rozproszyć? Malutki mankament, można by rzec. Szczególnie kiedy współdzielone ciepło tej chwili odpowiadało im obu.

- To w sam raz, żebyś mnie nie ululał do snu. - Bo chyba teraz nawet nie wpadłby w żaden konkretny nastrój - teraz chyba po prostu by go zmorzył sen. Zmęczenie tymi ostatnimi dniami, spełnienie w ramionach Flynna i alkohol. Trio będące idealnym przepisem na ułożenie go do snu. Może prawie idealnym. Pod warunkiem, że rano nie obudziłby się z bólem głowy. Cieszy mnie to. - Spoglądał z ciekawością na te drobne gesty, które wykonywał, zastanawiając się, czy one były zawsze, a on po prostu tego nie zauważał? Czy może coś się zmieniło? I do głowy mu nie przyszło, że to może być kwestia ukrywania tego. Myślał, że czarnowłosy się gorzej czuł, był bardziej zmęczony, albo wymagało to normalnie od niego większego skupienia. Ewentualnie - że po prostu tego nie dostrzegał. Zaraz jednak stracił tym zainteresowanie, bo coś się do niego przykleiło i wywołało uśmiech na jego wargach. Położył dłoń na jego głowie i pogłaskał go czule. - Na jakie mecze? - Zapytał zupełnie odruchowo, z tej ciekawości pełzającej po jego głowie ledwie trochę mniej namolnie niż po jego nogach pełzały dłonie i usta Flynna. Zgoda, jednak ta gra nie była całkowicie zła, kiedy ktoś kolejny raz oddawał ci hołd pocałunkami. To skutecznie rozpraszało od myśli, których wcale nie chciał teraz mieć w głowie. Teraz... tak jakby w ogóle chciał je mieć. A było to pytanie automatyczne, bo przecież według reguł gry - nie było dodatkowych pytań. Ta oświecająca myśl dotarła do niego dopiero po fakcie. Tak samo jak chciał zaraz zapytać jakie koncerty. Jakie puby. I jak to - do pubów na mecze? Jak to miało działać? Konsternacja tym tematem go rozproszyła - a jeszcze bardziej rozproszył go dotyk na stopie, od którego znów się uśmiechnął na krótki moment.

- Oczywiście, że za... - Oczywiście. I ta oczywista, automatyczna odpowiedź zamarła i zagubiła swój koniec. Za chłopaka. Przecież był mężczyznom. Ta go wychowywał ojciec, byłby zawiedziony, gdyby to miało prawo się zachwiać. Nie chciałby zostać kobietom - dzień spędzony w kobiecej formie był wspaniały, ale to nie był on. Czy to ciało czyniło go tym, kim był? Tylko że... wydawało mu się, że stał na drugim biegunie od mężczyzn, których znał. - Za... - Zaciął się, więc zamilkł. Jego zagubione spojrzenie uciekło od Flynna, bo łatwiej było teraz spoglądać na morze za oknem. - chłopa...ka? - Odpowiedział w końcu. Nie potrafił powiedzieć z całą stanowczością, że uważał się za kobietę - przecież nią nie był. Ani nie potrafił powiedzieć bez uczucia fałszu, że za mężczyznę. Przynajmniej nie tu, z nim, kiedy chciał być szczery. - Nie jestem pewien. - W takiej chwili czuł wstyd i niepoprawność wszystkiego, co robił, jak się zachowywał i jak odbiegało to od tego, jaka rola przypadła mu w społeczeństwie. Ale to było tylko chwilowe, krótkie przejście tych myśli. Spojrzał kontrolnie na Flynna. - Wyznaj mi coś, co najbardziej chciałbyś przede mną ukryć. - Jakkolwiek dziwnie nie byłoby to sformułowane wyznanie... ale chyba jasne w swoich podstawach. - Wyznanie. - Dorzucił na swoją rundę.




RE: lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu - The Edge - 06.01.2025

Crow zaśmiał się cicho, kiedy usłyszał dodatkowe pytanie. Tak naprawdę nie bolało go to, że musiał cokolwiek doprecyzować, więc zrobił to, nawet jeżeli nie krył rozbawienia.

- Gała - powiedział, jeżeli to nie nasunęło mu żadnego obrazu, mówił dalej: Futbol. Jeżeli nadal nic: mugolskie kopanie piłki. Dalej tłumaczyć mu się już nie chciało, więc jeżeli wciąż widział zmieszane spojrzenie - obiecał, że mu to kiedyś pokaże, ostrzegając przy tym, że najpewniej zanudzi się na śmierć. Powód tego, dlaczego siedział tam z samymi facetami i jedynie nieliczni zapraszali do pubów w trakcie meczu swoje żony, był dla niego oczywisty.

- Chciałem wiedzieć, czy wolisz być nazywany księżniczką, czy królewiczem. - Uśmiechnął się widząc, jak ten się nad tym waha. Rozumiał go nawet bardziej, niż ktokolwiek by go o to podejrzewał, chociaż jego wnioski były zgoła inne. Nie postrzegał się jako osoby pośrodku. Nie był brakującym ogniwem, ani kropką przesuniętą na spektrum płci. W jego opinii to było... płynne. Teraz, po tym seksie i mogąc przykleić się do jego zgrabnych nóg, Crow czuł się tak absolutnie męsko jak tylko potrafił (niekoniecznie przemawiały do niego argumenty, że bycie gejem czyniło go mniej męskim), ale dobrze wiedział, że znów nastanie dzień, w którym ktoś otoczy go ramieniem, a on zamruga i znów poczuje to dziwne uczucie w podbrzuszu, zadzierając głowę i kryjąc za woalką rzęs prawdę o tym, jak inaczej zaczęło smakować powietrze. - Jesteś absolutnie przepiękny - powiedział jeszcze raz, wciąż nie folgując sobie w zwyczajnym obmacywaniu go, póki nie powiedział dość. Alkohol skutecznie powstrzymywał myśl, że być może stawał się coraz bardziej natrętny, ale ostatecznie padła treść tego wyzwania, a on puścił zębami krawędź jego bielizny, znów strzelając mu w skórę napiętą gumką. - Mhm. - Przestał nawet ocierać się kroczem o jego nogę, dosyć jasno potwierdzając, jak łatwo było wybić go z rytmu. - Nie wiem, co to jest. - Paskudne kłamstwo. Mógłby wymieniać rzeczy, których nie chciał mu powiedzieć masowo. Jedna za drugą. Były ich dziesiątki. Miał dekady lat życia robienia rzeczy paskudnych i nie chciał się z nich obnażać, a do tego dochodziło wiele wad jego charakteru, których blondyn nie poznał, a wiązały się z ryzykiem rychłego rozstania. - Chodzi ci o coś, przez co będziesz wkurwiony, czy po prostu coś, o czym nie mówię? - Zapytał i nawet nie musiał widzieć jego reakcji, żeby wiedzieć, że grabi sobie jeszcze bardziej. Teraz już na pewno jeżeli nie powie czegoś dostatecznie mocnego, wyjdzie na kompletnego durnia, skoro sam zaproponował tę grę. Podziękował sobie w duchu za ten gin, ale jednocześnie skarcił wszechświat za mocną głowę. Może gdyby upijał się dwoma łykami, byłoby mu nieco łatwiej.

Coś, co chciałby przed nim ukryć. Ha... śmiesznie, z Alexandrem też tak sobie leżał, pił z nim wódkę i mówili sobie różne rzeczy. Podobno mówienie tych rzeczy nie miało sprawić, że kiedykolwiek się rozstaną. Na zawsze razem, tak?

- Eh. Kurwa. - Już wolałby powiedzieć o tych oczach, ale nie potrafił tego w żaden sposób wpleść w to pytanie. „Najbardziej nie chcę ci powiedzieć, że urodziłem się z uszkodzonym czymśtam wzrokowym” z ust seryjnego mordercy brzmiało bardziej jak drwina niż wyznanie. - Na pewno chcesz to słyszeć? - Spojrzał na niego jeszcze raz, ale kontynuował od razu, bo kiedy tylko opuściło to jego usta, dotarło do niego, co robi. - Czasami - ugryzł się w język - no dobra, nie czasami. - Czasami zawsze. - Nie potrafię się powstrzymać. Wiem, że nie powinienem tego robić, ale ktoś rozpina rozporek, a mi nagle wysiadają nogi i mózg. Po prostu to robię, nawet jeżeli tego nie chcę. - Chociaż przez zdecydowaną większość swojego życia chciał. Ale to nie było wyznanie o złym dotyku. Okej, nie dokończył tego, dlaczego bał się o tym powiedzieć, ale przecież nie musiał. Bo pociął się w tym domu w tej pieprzonej wannie i przyznał do tego, że to nie były jednostkowe sytuacje. Alexander się za to darł, Cain w ogóle nie chciał o tym słuchać. Każdy kto zorientował się, że nigdy nie będzie znaczył dla niego tyle co Fontaine potrafił zniknąć z dnia na dzień. - Ja... - Chętnie wróciłby do dotykania go, ale nie zrobił tego, póki nie dostał jasnego sygnału, że mógł to zrobić. - Yh. Powiedz mi coś, co jest dla ciebie ważne, ale będę wiedział to tylko ja. Nikt inny.


RE: lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu - Laurent Prewett - 06.01.2025

Słowo "gała" było ostatnim, które kojarzyłoby mu się ze sportem, chyba że do sportu zaliczymy seks. Więc w pierwszym momencie otworzył szerzej oczy w szoku, ale zaraz słowo się zmieniło i poprawiło. Fut...bol... Słowa potrafiły być bardzo mylące, tutaj też wcale nie znaczyło, że chodzi o piłkę i stopę, chociaż nazwa na to jak najbardziej wskazywała. I potem przyszło potwierdzenie. Kopanie piłki przez mugoli. Ale że jak. Przystał na to, że zaprezentowanie mu tego będzie najlepszym pomysłem. Chyba będzie najlepszym pomysłem? Coś nowego do zobaczenia - bardzo fajnie! Zobaczenie jak mugole kopią piłkę w barze... to mogło być bardzo specyficzne doznanie i nie brzmiało wcale nudno.

- Księżniczkom. - Na to pytanie potrafił odpowiedzieć bez problemu, chociaż to nawet nie do końca było pytanie - ledwo stwierdzenie. Powinno go ta odpowiedź do poprawnej odpowiedzi, ale jakoś niekoniecznie było  to nadal oczywiste. Nie dało się zaprzeczyć temu, że między nogami miał członka, a nie waginę, a to już samo przewracało mu w takim zagadnieniu mózg do góry nogami. I wcale nie czuł, po tamtym jednym dniu, że chciałby zostać kobietom. Czy to jednak jakaś kwestia przyzwyczajenia? Oparł dłoń na jego plecach i przesuwał czule palcami po jego skórze, przypatrując się na nowo jego twarzy. Nic nie wybuchło. Nic złego się nie stało. Flynn się tylko lekko uśmiechnął, wcale nie był zawiedziony ani zły. Tak jakby mogło tak być. Jakby to nie był żaden problem. Przekładał mu jeszcze nogi,  nadstawiał je, albo rękę do obcałowania - w całkowitym przeciwieństwie do założenia, że uważał to w tej chwili za natrętne. Uśmiechną się przez moment. Być może powinien zapytać w następnym pytaniu, czy kiedyś pieprzył wiłe - i czy był ładniejszy od niej.

Za szybko powiedział? Jak zwykle - nie pomyślał? Kiedy padło to pytanie to gdyby wisiało jeszcze przez moment, Laurent by się pewnie wycofał. Pociągnięto za sznurek prowadzący do stanu alarmującego o czymś, o czym się wiedzieć nie chciało - nie po to było w końcu ukrywane. Z drugiej strony... wpatrywał się w niego intensywnie, bo z drugie strony jaki sens miało kolejne kłamstwo? Jaki sens miała kolejna relacja, w której wszystko będzie tylko formalnie dobrze wyglądać, a pod spodem będzie przegniłe i zepsute? Był przekonany, że były takie rzeczy, których mówić się nie powinno. Był też przekonany, że o większości jednak mówić powinni. Nie było jednak czasu na wycofanie się - na szczęście.

Na szczęście, bo to nie pozwalało bardzo gorzko się zaskoczyć w pewnym momencie. Z oczątku Laurent nie załapał, o co chodzi. Czemu miałby się o to obrazić... ale tego pytania nie sformułował na głos, bo dotarło do niego to, co Flynn ujął okrężnie. Mówił dokładnie o tym, że jak ktoś otworzy przed nim nogi to go po prostu przeleci. Tak po prostu.

I nagle wszystko znowu wydawało się brudne i pozbawione sensu. Pozbawione smaku. Bez większego znaczenia, bo dzisiaj tutaj, a jutro takie rzeczy będzie mówić komuś innemu. Nagle to miało sens. Wszystkie te sytuacje, jego słowa... tak, wanna. Czuł się winny, a nie potrafił się oprzeć. Jak on miał tego nie zrozumieć? Rozumiał. Chciał być dla Flynna tym światem i nie chciał być jak Aydaya - płacąca za wychodzące dziwki w domu, żeby nie gadały o tym, że ruchały Edwarda. A co gdyby on... jemu też się tak działo. Dlatego chciał szukać pomocy i o zgrozo - trafił na Perseusa. Oddech mu się znowu zaburzył przez zebranie na płacz, ale nawet oczy mu się nie zdążyły zaszklić. Kiwnął mu gestem dłoni - niech kontynuuje.

- Chodzi o... jakąś rzecz czy coś bardziej niematerialnego? - Odetchnął ze zmęczeniem, wracając do głaskania go. - Sekret... - Och, wiedział, jaki to sekret, ale aż ciężko mu się na sercu złożyło. Nie chciał tego mówić. - Znasz już wiele moich sekretów, o których inni nie mają pojęcia. - I o których nie chciał mówić innym. - Mam problem z wymyśleniem czegoś wartościowego... - Miał ochotę jednak napić się więcej tego ginu, chociaż już poczuł charakterystyczny, delikatny szum w głowie. - Trzymam najcenniejszy przedmiot w swoim życiu w garderobie. W magicznej kieszeni czarnej marynarki. Druga w pierwszej szafie po lewej stronie. - I chyba ją przełoży, bo inaczej zwariuje. - Jeśli to stracę... Flynn, jeśli to stracę to prędzej czy później umrę. To będzie tylko kwestia czasu. - Co za gra... - Będziesz takie rzeczy opowiadał też każdemu innemu? - Już nie pytał o to, czy chodzi o pytanie czy wyzwanie - przyjął, że Flynnowi to obojętne. Takie - rzecz jasna chodziło mu o ich seks sprzed chwili.




RE: lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu - The Edge - 06.01.2025

Ostatecznie nie zobaczył jego miny, bo się na to nie odważył. Oczekiwanie znalezienia odpowiedzi w jego oczach nie miało sensu, kiedy zacisnął własne. Sam wytykał sobie we własnej głowie, na jakie dno się stoczył. Wiedział dobrze, że opinia o Crowie nie była zbyt dobra i nie dziwił się temu - ale okrucieństwo i agresja nigdy nie były preferowanym przez niego sposobem rozwiązywania problemów. Zwyczajnie pojawiła się i działała dobrze, aż wreszcie przesiąknął nią tak, jak przesiąka się papierosowym dymem. Wcale nie lubił ranić innych jeżeli sobie na to nie zasłużyli, a już w szczególności nie chciał ranić ludzi na których mu zależało. Więc czemu to robił? Pamiętał swoje myśli kiedy w zasięgu wzroku pojawił się Cain. Był bardzo głęboko świadomy tego, że to się nigdy nie uda, a jednak robił to. Raz za razem. Nawet wtedy kiedy wrócił do cyrku był pewny, że nigdy nie spełni oczekiwań swojego brata, ale Alexander podniósł kołdrę, rujnując to jak grzecznie spał od tygodnia na podłodze czekając na zbudowanie własnego wozu i... Co miał niby do stracenia, skoro i tak chciał się zabić? No właśnie. On zwykle nie miał do stracenia nic poza czyimś zaufaniem.

Najgorsza była ta cisza. To, że nie usłyszał żadnego komentarza, nerwowego parsknięcia. Żadnej złości, którą mógłby ostudzić. Żadnych pytań, zarzutów z których mógłby się wyłgać, zamiast tego gra trwała dalej, a on już przeżywał konsekwencje, które jeszcze nie nadeszły. Żałował, że zapytał, zamiast pozwolić tej ciszy trwać. Może gdyby potrwała trochę dłużej, faktycznie by o tym porozmawiali.

Ale nagle było to - zapewnienie, że już łączyły ich jakieś sekrety. Już łączyły ich myśli, którymi nie dzielił się z innymi. Pociągnął nosem. Nie widział wcześniejszego gestu, więc przysunął się do niego i oparł brodę na jego boczku, patrząc do góry pytająco. Czy mógł? Czy jednak powinien dać mu spokój? Chciał się do niego przytulić i trwać tak znów. Wystarczyłoby tylko tyle. Pojawiła się dłoń na jego głowie i wraz z nią nabrał trochę spokoju.

Ledwo udało mu się przetrawić tekst o tym czymś, czego Laurent nie mógł stracić, kiedy jego własne wyznanie uderzyło go w drugi policzek.

- Nie. Ja... - Znów warknął, nie mogąc ułożyć tego w jakąś całość wartą przekazania. Nic tutaj nie było warte przekazania. Kolejna cholernie smutna historia o jego życiu - o poszukiwaniu bliskości, której nie dawał mu ktoś inny, o czymś złym czego na początku niby nie chciał robić, ale po czasie wchodziło mu to w nawyk i stawało się normalne. Nie potrafił wytłumaczyć tego Alexandrowi. Zaczął pleść jakieś bzdury o Pani Bovary, nie zrozumieli się nawet w najmniejszym stopniu. I nagle coś do niego dotarło. Odrobinę zaskoczył się tym, że nie dotarło to do niego wcześniej. - To nie wygląda jak z tobą. - Bo z nim robił coś więcej niż seks. Z nim rozmawiał. Z nim stawał się ofiarą nieoczekiwanej pomocy i zrozumienia. Nie dało się czegoś takiego przyrównać do klękania na obszczanej podłodze pubu. To fakt, że uległ pokusie i zdradził z nim kogoś, kto nawet nie miał pojęcia o jego skrzywieniu, ale ostatecznie... ta pokusa była czymś więcej. Laurent skutecznie ukradł go komuś innemu wcale tego nie oczekując. - Nakrzycz na mnie jeżeli chcesz - właściwie to by to preferował - ale porównujesz wypięcie się przed obcym kolesiem i szybkie podciągnięcie gaci do pokazania ci tego kim jestem. Mówiłem ci przed chwilą prawdę. - Zamilkł na moment. Nie usłyszał „pytanie” ani „wyzwanie”, więc nawet nie wiedząc czy ta gra nadal się toczy zapytał. - Cz-czy to sprawia, że nie chcesz mnie przy sobie? - I był tym wyraźnie zdenerwowany. - Wiem, że jestem gównem, ale naprawdę nie chcę - zazgrzytał zębami - cię stracić.

W jego głosie czuć było alkohol. Mimo tego miał ochotę jeszcze się doprawić.


RE: lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu - Laurent Prewett - 06.01.2025

Powiedzenie, że spodziewał się wierności aż po grób i po wieczność byłoby jakże słodkie - tak samo słodkie, jak nadmierne szybkie zapraszanie do swojego domu kogoś takiego, jak Flynn. Nazywanie go partnerem, mówienie o kochaniu. Wszystko to było za szybko. Ładnie powiedziana bajka, którą mógł zahaczyć w swojej głowie jak jeden z wisiorków na łańcuszku, który potem ubierze na szyje. Dekoracja. Bajka. Mrzonka. Czym jednak była wierność dla takich ludzi jak oni? Wypaczonych przez tak chorą potrzebę cielesnej bliskości... Flynn to wynosił na jeszcze wyższy poziom. Blondyn miał pewność co do tego, że gdyby mu kondycyjnie dorównywał to mogliby nie wychodzić z sypialni, albo przynajmniej wracać do niej - zaczynając przed śniadaniem, potem gdzieś po obiedzie i jeszcze po kolacji. Gdzieś w międzyczasie Flynn wisiałby przyklejony do jego nogi jak miś koala. Więc może to jednak tkwiła wina gdzieś w nim, albo w takim Alexandrze, że nie wypełniali tej potrzeby. Nie... to pewnie był tylko czynnik wpływający na częstotliwość albo prawdopodobieństwo, a może nawet nie miało to znaczenia? Chyba po prostu powinien o to wszystko zapytać. Tak... po prostu.

Po prostu - jakby to było takie proste.

Flynn znowu robił minę szczeniaczka. Plosiem, psygalnij mniem. Pogłaskał go raz, drugi, trzeci, po czym sięgnął po dużą poduszkę, żeby ją zgiąć, podłożyć pod siebie i ułożyć się na niej wygodniej. Położył dłoń na karku Flynna i zachęcająco do siebie przyciągnął. Nie zamierzał teraz rezygnować ze swojego ciepłego okrycia i pieszczot... chyba że ze strzelania gumką. Też sobie szczenię znalazło zabawkę...

Choć logika podpowiadała, żeby go wyrzucić za drzwi i zatrzasnąć je. Powiedzieć, że chyba sobie kpi, że wprost mówi o tym, że zamierza kogoś pieprzyć tylko dlatego, że ściąga majtki. Że skoro tak - jednak na niego nie zasługuje! Przecież nikt nie powinien się na to godzić, tak? A jednak mnóstwo ludzi godziło się na to i na o wiele więcej gorszych rzeczy. A Laurent nie chciał go skreślać przez to, co wiedział już od początku - że ten człowiek miał tego pierwszego, teraz ma jeszcze tego drugiego.

Proszę powiedz, że to prawda. Nie mów kłamstw. Nie czaruj, bo chcesz coś bardzo zyskać. Kłamstwa były doskonałe na dzień, miesiąc, rok. Czasami udawało się je przeciągać naprawdę długo, ale w końcu się wyłaniały. Zepsute, zgniłe i brzydkie. Wtedy już niczego nie dało się uratować. Laurent bardzo chciał, żeby to, co usłyszy, było prawdą. Żeby to wszystko było prawdą. Jakie to było przedziwne, że jego niema prośba została spełniona. Może widział to w jego niebieskich oczach. Może teraz to on sam stał się takim... szczeniaczkiem, który tylko chciał, żeby ktoś go przygarnął... i już nie odstawił tylko dlatego, że nieco wyrośnie, zmieni się, albo okaże się, że wymaga więcej opieki, niż pisali w kwestionariuszu.

- Jestem kiepski w krzyczeniu. - Przypomniał mu i uśmiechnął się do niego ulotnie. - Ufam ci, Flynn. - Więc proszę, nie złam tego zaufania. - Widzę to i lepiej rozumiem. Jakie to jest dla ciebie trudne. - Oczywiście, że było mu smutno, a ten smutek wynikał zarówno z powodu tego, że będzie sam przez to kiedyś płakał - i to pewnie nie raz. Wynikał też jednak z tego, że wiedział, że Flynn był ofiarą siebie samego. Nie przestawał go głaskać. Przeniósł się teraz z jego głowy na łopatki. - Nie, mój drogi. To nie sprawia, że cię nie chcę. - Uśmiech powrócił na jego twarz - ten łagodny, który jak balsamiczna maść koił oparzenia. - Nie mów tak o sobie. - Nie doceniał siebie samego. Ciągnął siebie samego w dół i opinie o samym sobie. Chociaż przy tym temacie... jakże to było zrozumiałe. To poczucie winy. Ucałował jego wargi. - Przecież ci powiedziałem, że chciałbym ciebie. Więc sobie z tym poradzimy. Razem. - Pogłaskał jego policzek. - Tylko mnie nie okłamuj. Proszę. - Cokolwiek by się nie wydarzyło. Nawet gdyby pięciu na raz rozpięło ten rozporek. - Chcesz dalej grać? - Upewnił się, bo mogli przejść na na całkowicie lżejsze pytania, zrezygnować... albo pozostać przy tym, jak to brnęło. - Co lubisz czytać? - Wrócił do tego, co wyszło z jego pierwszego pytania. - Pytanie.




RE: lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu - The Edge - 06.01.2025

Nie potrzebował głębszego namawiania. Przylgnął do niego szczelniej, ciaśniej. Znów otoczył go rękoma, gubiąc twarz w jego boku. Nie kontynuował tej wędrówki, ale pewnie zaraz do tego wróci. Jeszcze tylko kilka ciepłych oddechów rozbijających się o gołą skórę ud, kilka słodkich słów, na które tak naprawdę nie zasługiwał. Tak samo jak nie zasługiwał na czyjekolwiek zaufanie. Ile razy obiecywał komuś tę miłość do grobowej deski, ile razy wierzył w to, zarzekał się, że to ta jedyna miłość na zawsze? A jednak leżał właśnie w łóżku ze swoją najnowszą zdobyczą i co właściwie zmieniło się poza tym, że mówił trochę więcej? Ktoś inny pomógł mu się zmienić, nauczył go, jak się rozmawia, ale to Laurent spijał z tego śmietankę. Patrzył, jak wyrzuca z siebie kolejne wyznania i prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest świadkiem zdarzenia absolutnie poza zasięgiem kogokolwiek innego niż on i Bletchley. Znał od lat ludzi uważających się za jego przyjaciół, niewiedzących o nim nawet kropli tego, co wiedzieli o nim oni.

Jakie to w sumie było trudne? Jego największym problemem do pojawienia się w tym obrazku Laurenta było to, że trochę bał się momentu, w którym Alexander i Cain się spotkają. Znał ich tak dobrze, aby wiedzieć, który z nich pierwszy rzuci sarkastyczną docinką, który pierwszy uderzy drugiego pięścią, który się na niego obrazi, a który z triumfem parsknie, bo problem usunął się z drogi sam. Cóż, teraz agresywna opcja zniknęła z radaru, zostały ta dająca mu radość z codzienności i ta wyrozumiała do granic możliwości i ludzkiego pojęcia, jeszcze zanim otworzył gębę i przyznał się do tego, że w ogóle jest ktoś jeszcze. I to wszystko ułożyło się w ten sposób kiedy tak bardzo się starał (czytaj: oddawał się całej trójce w każdym tego słowa znaczeniu tak długo, jak był chciany i łgał tak długo jak miało to sens). Powiedział dzisiaj do Laurenta wiele słodkich słówek, siebie zaś gnoił, ale znał przecież prawdę, tylko uciskał ją głęboko w czeluść podświadomości, żeby nie mieć jej cały czas w radarze. Może nie miał ciała leśnej rusałki, może nie miał oczu, w których tonął każdy rozmówca, jakiego widział w duecie z Laurentem, może nie śpiewał czarująco i nie ociekał pieniędzmi, nie miał stylu godnego prezentacji na brytyjskich salonach, ale wystarczył jeden dobrze zagrany uśmiech, jedno przygryzienie palca, jedno spojrzenie bystrych oczu i nagle okazywało się, że wcale się od siebie tak nie różnili. Wybrali tylko inną kurtkę i odcień szminki. Zabłądzili po przeciwnych stronach spektrum. Ich najbliżsi znajomi, widząc ich razem, wywracaliby oczami i wróżyli szybkie rozstanie lub dramat. A jednak żadne z nich nie chciało z tego rezygnować - może byli siebie warci?

- Okej - powiedział cicho. I później dodał jeszcze jedno okej, cichsze.

Pocałował jego udo i przez chwilę milczał. To było... proste. Za proste. Było w tym nie okłamuj mnie proszę, jednocześnie czuł się okłamany.

Zastukał palcami o jego kolano.

- Mmmh - znów wydał z siebie dziwny dźwięk - co lubię czytać? - A nie co czytał? - Takie krótkie, nieprzyjemne nowele o śmierci, jak Maska Czarwonego Moru Edgara Allana Poe. O, albo Doktor Jekyll i pan Hyde. - Miał więcej przykładów kosmicznych i nie tylko horrorów przerażających i chwytających za serce w zły sposób. - Ale czytam głównie techniczne rzeczy. - Nie lubił książek pisanych przez czarodziejów, bo to zawsze były jakieś pompatyczne baśnie i legendy, przynajmniej w jego percepcji. To zaś nudziło go diabelnie.

I co, teraz miał pytać o tego Dante...?

- Lubisz dziewczyny?

Czy tylko ruchał się za pieniądze i przysługi?

Jakim kurwa cudem to pytanie wydawało mu się odpowiedniejsze niż to o Dante?


RE: lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu - Laurent Prewett - 06.01.2025

Dokładnie tak - co się zmieniło niby w piktogramie życia, żeby tutaj miało być inaczej? Laurent nie wierzył wcale w swoją wyjątkowość, nie wierzył w to, że tutaj jest inaczej - pewnie tak samo inaczej było z Alexanderem, tak samo inaczej było dla niego z Razielem. Wszędzie było inaczej, bo każdy oferował mu inne doznania. Poczucie żałości i nawrót wszystkiego, co zniknęło przez te kilka dni jeszcze będzie bardziej przytłaczające. Teraz chyba chronił przed tym alkohol. Bo w końcu: znów to samo, znów tak samo, znów takie błaganie, żeby było inaczej, żeby nie kłamać, żeby... ach. Zaufanie było naprawdę tragiczną walutą. Przecież nie mógł obwiniać o wszystko Flynna i mówić, że byłby bez win. Oczywiście, że malował sobie doskonałą rzeczywistość, w której wcale nie potrzebował nikogo innego, ale już siebie za dobrze znał. Miałyby mu naprawdę wystarczyć tylko oczy Flynna? Tak bardzo kochał to, że ludzie się za nim oglądali, że nie oprze się, kiedy spotka go taka sytuacja. I wtedy co? Tylko czy potrafił sobie wyobrazić sytuację, że jeśli miał kogoś, kogo chciał mieć, tę jedną osobę, to już nikt inny go na siebie nie nakręci..? To było takie... to było straszne. Nie chciał sobie tego nawet inscenizować. Że naprawdę mógłby się dać komuś oczarować, bo zawsze miał w sobie poczucie, że chce się związać z kimś na całe życie - i całym sobą. Lecz znów - czy to nie była bajeczka? Przecież przestał w to nawet wierzyć, że coś takiego dojdzie do skutku.

- Och! Znam wiersze Poe. - Spojrzał teraz tak z ukosa na Flynna, bo przecież ten człowiek poezji nie lubił. Ale z drugiej strony nie znał żadnych opowiadań ani książek tego autora. Tak, mugolską poezję można było znaleźć wśród jego półek, ale wiedza na temat ich literatury się tam kończyła. Był wyłącznie tutaj konsumentem, nie znawcą. Techniczne rzeczy... - Na przykład? - Znów zapytał jakoś tak automatycznie. Techniczne... znaczy jakie? Jakieś związane z majsterkowaniem? Matematyczne? - O konstrukcjach, instalacjach? - Czy może jednak coś jeszcze innego?

- Lubię... Ale nie tak samo, jak mężczyzn. - Pod tym stwierdzeniem mogło się kryć całkiem sporo, co sobie uświadomił - że było to całkiem nieprecyzyjna odpowiedź. - Zawsze wiedziałem, że chciałbym związać swoje życie z mężczyzną. Preferuję mężczyzn pod wszystkimi względami. - Chociaż jak myślał o swoich kochankach to nie mógłby powiedzieć, że czegokolwiek im brakowało... poza Fontaine. Jej brakowało piątej klepki, ale z nią nie był dlatego, że go zauroczyła osobowością. Mówienie o tym było trochę surrealne w tym momencie. Tuż po tej jakże krótkie rozmowie zakończonej po prostu "okej". Zaczął intensywnie obracać pierścionek na swoim palcu. - Chciałbyś mieć prawdziwe dokumenty? - Mieli na ten temat małą pogawędkę... i chciał w sumie do tego wrócić. Nie to, żeby mu na tym zależało - jemu samemu. Jak znał swoich najbliższych to... ach, zresztą. Jego ojciec mieszał się w jakieś sprawy mafii, a Atreus obijał mordy, jakby sam był bandziorem. A jego najlepsza przyjaciółka sama spotykała się z wampirem. Doprawdy - kto miałby go pod tym kątem oceniać. Ale tylko pod tym. Bo pod każdym innym, jak bardzo byli siebie warci, jak zły wpływ mógł mieć Flynn, jak bardzo mógł go zranić, bo pobawi się, a potem znajdzie kogoś lepszego i porzuci. Laurent sam widział taki mały scenariusz w swojej głowie. Chociaż starał się bardzo mocno i chciał uwierzyć w to, że może być inaczej. Dlatego chciał dom z salą ćwiczeń dla niego. Dlatego chciał... pleść przyszłość. Wspólną. Wystarczyło tamto proste zapewnienie, żeby zrobiło mu się trochę lepiej.




RE: lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu - The Edge - 06.01.2025

Nie znał „wierszów Poe”. Zdziwiłby się pewnie widząc je gdzieś - bo dlaczego miałby pisać wiersze? A nawet gdyby na nie natrafił, to by mu pewnie nie zapadły w pamięć. Nie dlatego, że nie potrafił ich zrozumieć ani docenić, po prostu... Był trochę uparty. Nie podobało mu się to i już, jak sobie człowiek coś tak postanowi to się tego podejrzanie mocno trzyma, jakby dostał na tę rzecz alergii.

I niby znaleźli jakiś punkt wspólny, mogli się właśnie wymienić fascynacją i informacjami, ale wcale nie zaczął rozmowy na ten temat. Powód był dosyć prosty - on nigdy z nikim o literaturze nie rozmawiał. Czasami, kiedy sytuacja ułożyła się w jakiś sposób, faktycznie nawiązywał do czegoś co przeczytał, ale żeby się wymieniać doświadczeniami? Żeby sobie polecać autorów, dzielić opiniami - nie. Nie doświadczył tego.

- ...o fizyce. - Doprecyzował, skoro to było oczekiwane. Jeżeli nic w oczach Laurenta nie rozbłysło, to dodał swoje wyjaśnienie. - Matematyczny opis działania świata. - Czy istniał lepszy? Nie sądził. Nie miał po co używać trudnych słów ani wymądrzać się na ten temat, zresztą nie lubił tego zupełnie i co najwyżej wciąłby się w rozmowę dwóch uczonych po dłuższej ciszy, gdyby zauważył w niej jakąś niedokładność. Sam z siebie nie zakładał, że ktokolwiek zechciałby o tym słuchać. Oprócz jednej osoby, która go o to poprosiła.

Nie lubił dziewczyn. To znaczy powiedział, że lubił - ale wcale nie brzmiało to tak jakby je lubił. Crow ani nie podzielał tego braku entuzjazmu (przecież widział ładną, mądrą, silną kobietę - spali z tą samą!), ani nie ucieszył się z tej odpowiedzi. Tym razem nie zapytał z zazdrości, tylko dla siebie. Nie naburmuszył się, nie zezłościł, nie wytknął mu nic, jedynie wrócił do zabawy tym ślicznym strojem.

- Czy chciałbym... To jest dziwaczne pytanie - zauważył, po czym dopytał czym są te prawdziwe dokumenty. - Gdybym ich naprawdę potrzebował, to bym je sobie załatwił. Jak ich nie potrzebuję... To tylko zbędny papier. - Fikcja. Jedyne do czego potrzebny był akt urodzenia to ślub. Ślub, którego mieć nie będzie. Do Fontaine nie wróci, Alexander zmienił zdanie i nie chciał mieć go za żonę. Cainowi nie zdążył opowiedzieć o swojej fantazji, a Laurent... „Chciał związać się z mężczyzną”. Ta potrzeba zostanie spełniona, a mężczyźni ślubów ze sobą brać nie mogli.

Wybity tym z rytmu wciąż wahał się nad tym, czy powinien powiedzieć to na głos. Ale musiał kiedyś wziąć się w garść, tak? Zbywanie tego dowcipami i udawanym dystansem kiedyś się wyczerpie.

- Laurent... - znów zaczął od jakiegoś wstępu, zamiast to z siebie wyrzucić od razu. - Czy gdyby Dante zmienił w sobie to, co cię od niego ostatecznie odrzuciło, to wróciłbyś do niego? - I czy nie powiedział mu o tym całym niegroźnym panie Avery dlatego, że posiadał w sobie ten sam pociągający czar co jego przeszły oprawca? Ależ to było cholernie irytujące - brak możliwości wyrzucenia tego lęku ze swojej głowy. W powrocie do niego zawierało się przecież nieme, a jednocześnie bardzo głośne zostawisz mnie dla niego.


RE: lato, 24 sierpnia 1972 // projekt hobbitonu - Laurent Prewett - 07.01.2025

Przewędrował palcem po jego ramieniu i nakreślił kant jednego z tatuaży, jaki się tam znalazł. Nie trzeba być znawcą sztuki, żeby zobaczyć prostą rzecz - większość z tych tatuaży była robiona... inaczej. Miały inny styl. Nie mówiąc o tym, że próżno było na jego ciele szukać kompozycji. Był tak samo chaotyczne jak życie, które prowadził. Chciał poznać historię każdego z tych tatuaży. Co się za nimi kryło i jaki był cel ich wykonywania. Czy to dlatego, że mu się tatuaże podobały. Wszystko powinien zacząć od pytania: a czy mój ci się podoba..? Temat tatuaży, tak jak książek, zachęcał właściwie do eksploracji - a jednak sam Laurent tak samo chwilowo te książki porzucił. Chyba nie temu miała służyć ta gra - takim banalnym pytaniom. Dlatego właśnie była zła z założenia. Służyła do tego, żeby dzieciaki wyżywały się na sobie wzajem, a jeśli czegoś nie chcesz robić, na coś nie chcesz odpowiedzieć, to będą cię wytykać palcami, wyśmiewać i obrażać. Bo przecież trzeba mieć luz! Z Flynnem ta gra taka nie była.

- Oooch... to brzmi bardzo ciekawie. - W jaki sposób matematyka w ogóle miała opisywać ten świat? Wyobrażenia i zagadnienie chwyciło jak dobra przynęta grubą rybę. Na chwilkę przyćmiła cały szereg zastanowień i rozmyślań. Więc to też było coś mugolskiego, tak? Flynn wydawał się bardzo lubić mugoli. A może on się wychował w jakimś środowisku im bliskim?Chciał go zapytać o to dzieciństwo, ale nie chciał wywoływać jakichś złych wspomnień. Wydawało mu się, że już i tak wystarczająco mieszające pytanie zadał.

Przekreślił w swoim umyśle temat zaproszenia Flynna do społeczeństwa i świata w tym konspekcie, skoro były mu niepotrzebne. Imię... to nadane i wpisane w dokumentach imię stało się dla niego ważniejsze od spotkania z Vakelem. Nagle to, jak do ciebie mówili, wydawało mu się skarbem. I wcale nie był przekonany, że lubiane do tamtego spotkania przez niego "Laurent" nadal było tak samo fajne. Właściwie - już nie było.

Z Flynnem tak nie było, a i tak pojawiło się pytanie, które sprawiło, że Laurent odszukał z szokiem jego spojrzenia. Upewnił się tym samym, że się wcale nie przesłyszał.

Co to w ogóle było za pytanie..?

- To bardzo... złe pytanie... Flynn... - Bardzo bajkowe, tendencyjne. Pytanie-pułapka. Bo jak miałby powiedzieć szczerze "nie"? Tak z uwagi na to, co teraz ich łączyło? Ale to pytanie zawierało w sobie obietnicę pełni jego szczęścia. Mężczyzna, który miał w piździe opinię publiczną, że trzyma ślicznego chłopca na kolanach, którego może całować, z władzą, siłą, z obietnicą na zawsze i na wieczność, bez fałszu i kłamstw, zdrad... Bajka. Flynn właśnie się go pytał, czy gdyby mógł dostać się do bajki to czy by z tego skorzystał. Poprawił się niespokojnie i trochę podciągnął wyżej na poduszce. - Flynn, on mnie... on... - Miałby powiedzieć też "tak"? Starał się być tak bardzo wyrozumiały... wybaczający. Ale zaufać mu - raz jeszcze? I jeszcze pytał o to po tym? Laurent ułożył dłoń na klatce piersiowej, czując znów w niej nieprzyjemny uścisk. Uciekł wzrokiem of Flynna, zaczął szybciej oddychać. Duma jakby to wyczuł - słychać było jak zerwał się ze swojego posłania i zaraz stanął w drzwiach sypialni z uszami postawionymi w sztorc i czujnym spojrzeniem. - On mnie odurzył i zgwałcił. A potem pozwolił mnie gwałcić innym. - Taka to była właśnie bajkowa historia o naiwności i zakochaniu. Powiedział to na głos i poruszył się - podniósł się do pozycji siedzącej w potrzebie ruszenia się, odejścia stąd, schowania się. Ale zwolnił. Nie wstał z łóżka, bo przecież to głupie, przecież nie ma przed czym uciekać. Nie ma przed kim. Właściwie to nawet nie mógł uciekać. Przecież to Dante powinien to robić. Pokręcił przecząco głową, opierając na jej bokach dłonie. - Nie... nie chciałbym... - A jednak... a jednak nie potrafił powiedzieć, że go nie kochał. Że niczego do niego czuje. Bo wszystko, co było przed tym, było dokładnie jak to - kradzież samego księżyca z nieba. Ale to nie była bajka, Dante był sobą, a Laurent dusił się samą świadomością, że ten człowiek istnieje.