Secrets of London
[04.09.1972 - przed południem] responsibility | Geraldine & Astaroth - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [04.09.1972 - przed południem] responsibility | Geraldine & Astaroth (/showthread.php?tid=4342)

Strony: 1 2


RE: [04.09.1972 - przed południem] responsibility | Geraldine & Astaroth - Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.01.2025

To nie tak, że zawsze wybierała tę metodę, często po nią sięgała, ale nie zawsze. Radziła sobie w ten sposób a najgorszymi z potworów, kiedy docierało do niej, że nie może zrobić nic innego. Zresztą tego uczył ją ojciec, a ona naprawdę brała sobie do serca jego lekcje. Była wyjątkowo pilną uczennicą, przynajmniej wtedy, kiedy to Gerard był jej nauczycielem. Od zawsze stanowił dla niej największy wzór do naśladowania, co mogło być dosyć kontrowersyjne, ale naprawdę kochała ojca i korzystała z jego rad. Od najmłodszych lat była w niego wpatrzona jak w obrazek, to on najbardziej jej imponował i co najważniejsze wziął ją pod swoje skrzydła, przekazywał swoją wiedzę, nie wykluczał ją z tego świata tylko dlatego, że była kobietą. Doceniała to, bo miała świadomość, że niektórzy ojcowie woleli, aby ich córki były pieknym dodatkiem do swoich przyszłych mężów. Gerard nigdy nie wymagał tego od niej.

- Tata widzi więcej niż my. - Mimo tego wszystkiego, co się z nim działo, mimo tego, że spadł z tego konia i zdarzało mu się czasem pierdolić głupoty, to nadal nie wątpiła w jego przeczucia. Tym razem również okazały się prawdziwe, nie mogła uwierzyć, że z początku je negowała.

- Thoran był demonem, tata miał rację. - Musiała to powtórzyć, bo miała wrażenie, że do brata nie dociera to, co miała mu do powiedzenia. - Próbował przejąć moje życie. - Nie brzmiało to jakoś specjalnie wylewnie, ale co więcej miałą mu teraz powiedzieć?

- Nigdy bym Cię nie zabiła. - Chyba potrzebował to usłyszeć? Zrobiło jej się gorąco, bo docierało do niej, jak mógł to widzieć. Powiedziała ojcu, że się nim zaopiekuje, że będzie o niego dbała. Jakoś musieli sobie poradzić z tym małym, rodzinnym dramatem. Zawsze istniało ryzyko, to mogło się przydarzyć każdemu z nich, wykonywali specyficzny zawód, gdzie nie można było przewidzieć niczego.

- Nie wylądujesz na czarnej liście, ani ojca, ani mojej. - Starała się brzmieć pewnie, ale była nieco rozbita. Nie sądziła, że Astaroth mógłby sobie coś takiego ubzdurać, chociaż docierało do niej z czego to mogło wynikać.

Co miała zrobić, aby uwierzył jej, że to nie był sen? Mogłaby się zranić, pokazać mu, że jej krew jest prawdziwa, ciepła. Tyle, że nieco obawiała się, że Astaroth straciłby nad sobą kontrolę i co wtedy? To nie był odpowiedni czas na to, aby tak ryzykować.

- To nie jest sen, jestem tu. - Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej, wyciągnęła dłoń, aby chwycić go za rękę, może dotyk, ciepło jej ciała uświadomią go w tym, że to działo się naprawdę.

- Nie przyszłam tu, żeby Cię zabić. Chciałam Ci tylko wyjaśnić to, dlaczego mnie nie było i dlaczego zniknę jeszcze na kilka dni. - Nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna z nim rozmawiać, czuła się z tym źle, nie powinna była go tyle zostawiać samego, a teraz jeszcze zamierzała znowu odejść. Miało to swoją przyczynę, zależało jej na tym, aby przetrawić na spokojnie te wszystkie wydarzenia minionych dni. - Wrócę, już niedługo, wtedy zajmę się Tobą. - Była mu to winna, wypadałoby, aby okazała mu odpowiednią ilość zainteresowania, tyle, że nawarstwiło się tak wiele spraw, z którymi nie potrafiła sobie poradzić.




RE: [04.09.1972 - przed południem] responsibility | Geraldine & Astaroth - Astaroth Yaxley - 26.01.2025

Thoran wcale nie był demonem, ale nie chciałem się spierać z Geraldine. Ojciec bredził. Wszyscy widzieliśmy więcej, więc jeśli byłby demonem, to byśmy o tym wiedzieli. A tu nic! Jedynie braterska niechęć, szczególnie wtedy, kiedy zostałem wampirem. Wcześniej... nie pamiętałem jak to z nami było, ale byłem wtedy bardziej skupiony na swoim życiu niż na problemach rodzinnych. Szalałem, żyłem! Piękne czasy.
Teraz miałem ponownie umrzeć. Pierwsza śmierć tak bardzo wyryła mi się w głowie, że teraz każde stykanie się z nią, z jej zapowiedzią, sprawiało, że paraliżował mnie strach. Nie lawirowałem na granicy. Ja zamieniałem się w przerażony kamień. Teraz jednak nie miałem godzić się z pierwszymi promieniami słońca, tylko dekapitacją. Jeszcze nie tak dawno myślałem o tym, jak bardzo ceniłem sobie swoją głowę, a szczególnie to, że trwała na swoim miejscu. Teraz to się zmieniało.
Drgnąłem przerażony i otworzyłem oczy by wpatrywać się w jej dłoń na mojej skórze. Nie zabijałem, nie zabijałem, nie zabijałem dotykiem. To było tak dziwne, że niemożliwe, więc podniosłem spojrzenie na jej twarzy by zobaczyć na niej oznaki bólu albo szoku, albo czegokolwiek, co mogło świadczyć o jej zbliżającej się śmierci, ale wyglądała na niewzruszoną. Przynajmniej tym gestem. Bo moim stanem... chyba się przejmowała.
Może to nie był sen? Albo inny sen, zaskakujący. Inny, mający dać w kość. Bardziej w kość. To nie mógł być sen pocieszenia, słodkiego otulenia do snu, po którym w końcu wstanę wypoczęty.
- Na pewno wrócisz?! Może nie wrócisz. Coś jest nie tak, coś zdecydowanie jest nie tak - stwierdziłem, znowu przypatrując się swoim dłoniom. Czyż to nie były dłonie śmierci? Długie, kościste palce. Chłód. Bladość. Może odpadnie skóra za parędziesiąt lat i będę samymi kośćmi. - Thoran nie był demonem. Ja jestem wampirem. A Laurent? Laurent Prewett żyje?! - zapytałem ją, bo się znali. Może wiedziała?! Albo i nie. Gdzieś była. Gdzieś wyjechała. Zabiła Thorana. A może to się nie działo... Zbyt absurdalne by było prawdziwe.
Znowu te ręce, te dłonie... A może to jednak...?
- Mam ciepłe czy zimne ręce?! Może ja żyję?! Czy ja żyję?! Jestem człowiekiem?! - pytałem, robiąc sobie przeogromną nadzieję. Zbyt wielką, ale sen mącił mi w głowie. Mogłem go tym skierować na te dobre tory, tak teoretyzowałem, ale byłoby miło, gdyby to się spełniło. Może nawet Geraldine nie byłaby taka blada i zmęczona. Może nawet by się uśmiechnęła? - Gdzie jedziesz? Czy to wakacje?! - dopytałem. Czułem ciepło jej dłoni. Ogrzewała mnie. Było mi tak miło z tym uczuciem.


RE: [04.09.1972 - przed południem] responsibility | Geraldine & Astaroth - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.01.2025

Nie mówiła mu o tym wcześniej, może to był błąd? Może powinna coś wspomnieć o śledztwie, które prowadziła przez całe lato, o rzeczach, które się dowiedziała. Nie chciała jednak niepokoić brata, angażować go w ten problem, bo przecież nie był w najlepszym stanie. Zresztą niedawno Thoran chciał się go pozbyć, wiedziała, że nie przeszedłby wokół tego obojętnie, poszedłby z nią do tamtej jaskini, a wtedy? Mogła go stracić ponownie, tym razem na zawsze, nie mogła sobie na to pozwolić. Wybrała białe kłamstwo, w sumie to nawet nie kłamstwo, bo to, że mu o czymś nie wspomniała wcześniej to nie było kłamstwo? Chujowe usprawiedliwienie, ale działało, przynajmniej przed samą sobą. To musiało jej wystarczyć.

Astaroth nie wyglądał dobrze, jakby był zawieszony między jawą, a snem. Czuła, że dzieje się z nim coś niedobrego. Będzie musiała mu pomóc, już niedługo, tylko najpierw upora się ze wszystkimi swoimi demonami, chociaż czy faktycznie mogłaby, aż tyle zwlekać? Nie do końca, sytuacja nie wyglądała dobrze. Nie mogła stawiać siebie ponad bratem, ale naprawdę chciała najpierw zająć się swoimi własnym bałaganem, aby móc mu poświęcić odpowiednią uwagę. Do tego zmarł Cain, nie była na jego pogrzebie, nie miała pojęcia dlaczego zmarł i jak doszło do tej śmierci, ale obawiała się tego, że może to mieć coś wspólnego z tym, że Thoran zabrał mu jego wspomnienia, to ją męczyło, co jeśli z Roisem stanie się to samo? Nie miała pojęcia, jak to możliwe, że jej życie po jego śmierci stawało się jeszcze większym bałaganem. Musiała doglądać Roisa, Astarotha, najprościej byłoby mieć ich razem w jednym miejscu, ale przecież z Greengrassem dali sobie ledwie chwilę, sama nie wiedziała na co, tylko trwali razem na zgliszczach ich wspólnego domu dając sobie coś, nawet nie nadzieję, bo przecież wiedzieli, że jej już dla nich nie ma.

Ciało Astarotha było zimne, nadal się nie przyzwyczaiła do tego, że nie było jak dawniej. Starała się jednak nie dawać po sobie znać, że coś jest nie tak, nie chciała mu tego robić.

- Wrócę, zaufaj mi, proszę. - Nie chciała go zawieść, a miała wrażenie, że ostatnio nie robiła niczego innego.

- Thoran był demonem, zrozumiesz, jak pokażę Ci wszystko, co znalazłam, czego się dowiedziałam, ale nie teraz, to nie jest odpowiedni moment. - Zresztą miała wpaść tu tylko na chwilę, sprawdzić jak się ma, niby to zrobiła, nie spodziewała się jednak, że zastanie go w takim złym stanie. Niestety miała na głowie te sprawy niecierpiące zwłoki, za dużo próbowała chyba brać na swoje barki, bo nic z tego, co zakładała jej się nie udawało.

- Dlaczego miałby nie żyć? Czemu interesuje Cię Prewett? - Nie miała pojęcia, że byli blisko, musieli być blisko, skoro go o nią pytał? Pojawiła się luka w informacjach, które posiadała i musiała ja uzupełnić.

Westchnęła ciężko, gdy usłyszała jego kolejne pytanie. Poczuła chłód, nie był on jednak spowodowany tym, że dotykała jego zimnej dłoni, ogarnęło ją to okropne poczucie bezsilności. Musiała jednak być jego kotwicą, musiała powiedzieć mu prawdę, chociaż przecież tak bardzo chciała, żeby żył, żeby żył jak dawniej. - Żyjesz, ale nie jesteś człowiekiem, jesteś wampirem. - Nie chciała wypowiedzieć tych słów, nie zamierzała mówić, że nie żył, bo w końcu stał przed nią, może nie do końca ciepły, nie do końca taki, jak był dawniej, ale to nadal był on, jej młodszy brat.

- To nie do końca wakacje, muszę ułożyć sobie w głowie pewne sprawy, wrócę niedługo, za kilka dni, zabiorę psy, żeby nie sprawiały Ci problemu. - Znowu nie mówiła mu prawdy, jeszcze nie określili z Roisem, kiedy wrócą do Londynu, ale na pewno ten czas powoli się zbliżał. Musieli przestać trwać w zawieszeniu, musieli wrócić do normalnego życia, nie mogli ciągle uciekać od rzeczywistości, która zresztą ciągle im o sobie przypominała.




RE: [04.09.1972 - przed południem] responsibility | Geraldine & Astaroth - Astaroth Yaxley - 04.02.2025

Jak mogłem ufać Geraldine? W ostatecznym rozrachunku to ona żyła, a Thoran nie. Już nie miał prawa głosu, nie mógł się bronić, zaś zwycięzca po raz kolejny miał napisać historię... Czy ja też skończę jako potwór?! Którym w sumie byłem, ale... Nie oddam się w tej nowej wersji pod stryczek, nie uniżę głowy, tylko pewnie zginę jako bestia, która rzuciła się na nią znienacka. I CHCIAŁA WYSSAĆ JEJ KREW!
Co właściwie tak też mogło się skończyć. Tak mogło się skończyć nawet ostatnio, gdyby nie interwencja Ambroise’a. Potwór. Byłem potworem. Tak to już się stało. Tak pozostanie. Do mojej ostatecznej śmierci.
Ale w żaden sposób tego z siebie nie wyrzuciłem, nie powiedziałem ani słowa, wpatrując się w Geraldine, jakbym mógł odczytać w jej twarzy jakieś ukryte znaczenia jej słów, jakbym mógł przewidzieć, dzięki jej spojrzeniu, jak ten sen się zakończy. Tyle że... nie mogłem. I nie mogłem odgonić myśli, które pomknęły ku Laurentowi i wspomnieniu tak żywemu, że musiało być prawdziwe, że nie było snem, bo... on tam leżał w moich ramionach. Konał. Mógł skonać, ale rozmawialiśmy. W barze. Chociaż to mogło być inaczej. Może jednak pierwsze po drugim, a nie drugie po pierwszym?
- Bo piłem krew, jego krew... Ale nie wiem, nie jestem pewien, czy potem widziałem go żywego, czy to było naprawdę - stwierdziłem niczym w transie, próbując przywołać prawdziwą linię pamięci, tej związanej z realnym światem, realnym życiem, nie-życiem, egzystencją Chore to było, ale... Sen. Nie chciałem widzieć snów. Nie chciałem ich pamiętać. Jedno mieszało mi się z drugim.
Ale... żyłem? Nieee, jednak nie żyłem. Nadzieja zgasła z moich oczu szybciej niż się w nich pokazała. Jestem wampirem. Dalej jestem wampirem. W.A.M.P.I.R.E.M.
Nie chciałem by widziała to rozczarowanie na mojej twarzy, więc odchrząknąłem. Zmieszałem się. Łudziłem się, ale łudziłem się we śnie. Czy może na jawie? Cóż, nieistotne.
- Powinnaś zrobić sobie wakacje - odezwałem się w końcu by nie było ciszy, tej rozdzierającej mnie od środka ciszy. Miałem ochotę wziąć eliksir i dalej iść spać. Skoro Geraldine nie chciała mnie zabić, to należało jej się pozbyć. - Psy i tak udają, że nie istnieję - przyznałem, choć w duszy sobie dopowiedziałem, że może faktycznie nie istniałem. Łypały na mnie wzrokiem, kiedy naruszałem ich przestrzeń, ale ogólnie mnie olewały. Na początku nie mogły się do mnie przyzwyczaić. Teraz byłem cieniem. Nie śmiercią, tylko cieniem.
- To ja idę... A ty zrób sobie wakacje. Zabierz psy, tak - powtórzyłem, będąc już myślami przy eliksirze. Coś mi z tyłu świergotało, że nie powinienem, bo miałem obowiązki, ale... jakie obowiązki? We śnie?


RE: [04.09.1972 - przed południem] responsibility | Geraldine & Astaroth - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.02.2025

Geraldine żyła, tyle, że co to było aktualnie za życie? Jej brat, ten prawdziwy przestał jej ufać, to nie było przyjemnym uczuciem. Chciała mu opowiedzieć o wszystkim, wyjaśnić, ale najwyraźniej nie do końca docierało do niego to, co miała mu do przekazania. Kolejny problem, który powinna dopisać do tej niekońączej się listy. Nie miała pojęcia, jak to wszystko ogarnie i kiedy tak się wydarzy. Miała wrażenie, że coraz więcej gówna dzieje się w jej życiu, że decyzje, które podejmuje są irracjonalne. Może faktycznie powinna była wprowadzić Astarotha wcześniej w sprawę, może wtedy byłby w stanie to zrozumieć? Chciała go chronić, postąpiła tak dla jego dobra, a teraz miało jej się to odbić czkawką.

Nie zabiłaby Astarotha, pomimo tego, że stał się potworem, nigdy nie zrobiłaby mu krzywdy, znała przecież inne metody, dzięki którym mogłaby go spacyfikować. Zresztą nie bez powodu rodzice chcieli, żeby to z nią mieszkał, wiedzieli, że będzie w stanie sobie poradzić z bratem i jakoś mu pomóc. Ostatnio może nie była najlepszą siostrą, ale zamierzała to zmienić, bo ogarnęła największą część syfu, jaki wydarzył się w jej życiu.

Zamurowało ją, gdy wspomniał o tym, że pił krew Laurenta. Gdyby to był ktoś nieznajomy, pewnie by jej to nie ruszyło, ale jednak to była jedna z osób, które kojarzyła, które były dosyć znane w magicznym świecie. Nie doszły do niej żadne informacje o jego śmierci, gdyby Astaroth go zabił to na pewno zaczęliby szukać sprawcy, więc może wcale nie było tak źle, powinna się tym zainteresować.

- Dowiem się, czy żyje. - Powinna to sprawdzić, z Astarothem naprawdę musiało być źle skoro nie rozróżniał tego, co było prawdziwe, a co nie. Już niedługo będzie musiała wrócić do domu, żeby się nim zaopiekować w odpowiedni sposób, musiała tylko do końca się ogarnąć, miała nadzieję, że te kilka dni nic nie zmieni.

Nie dziwiło jej wcale, że chciałby, aby to wszystko było snem. To, co mu się przytrafiło to było naprawdę wiele, szczególnie dla kogoś ich pokroju, najgorszy scenariusz - stał się tym, na co polowali. Ryzyko, które niósł ze sobą zawód, który wykonywali, tylko dlaczego on, dlaczego właśnie jego to spotkało? Na to pytanie pewnie nigdy nie uzyska odpowiedzi.

- Za kilka dni wrócę. Doprowadzę siebie do porządku i wrócę, już będę. - Tak, nie zamierzała odkładać tego w nieskończoność, musiała wrócić do Londynu, do tej rzeczywistości, w której przyszło im żyć, chociaż chętnie nadal by trwała w zawieszeniu, w Whitby, gdzie problemy wydawały się nie istnieć. Nie mogła jednak ciągle przed tym wszystkim uciekać.

- Już niedługo będę przy tobie. - Nie mogła zostać tutaj teraz, nie kiedy nie wyjaśniła tego, czym zaczęła się rano zajmować. Wzięła więc psy i opuściła mieszkanie, pewna jedynie tego, że za kilka dni faktycznie będzie musiała się pojawić tutaj z powrotem, na stałe, by dać mu oparcie, którego potrzebował.


Koniec sesji