Secrets of London
06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: 06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus (/showthread.php?tid=4344)

Strony: 1 2 3


RE: 06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus - Charles Mulciber - 04.01.2025

Twarz Charlesa była łatwa do odczytania, gdy nie chciał blokować tego, co na niej wymalowały emocje. Wciąż był strapiony, odrobinę zdenerwowany, zdecydowanie niespokojny, lecz wiele zmieniło się, gdy objęły go ramiona Rolpha. Stopniał w tym uścisku, odetchnął, a wraz z wydechem spadło wiele z napięcia, które trzymał w ciele. Na krótki moment przycisnął twarz do ramienia Lestrange'a.

- To tylko nerwy. - Obiecał. - Ten... znajomy nie jest kimś, kto może mi zagrozić.

Nie zdawał sobie sprawy z przynależności, którą ustalił Rolph, ale nie przeszkadzałoby mu to. Sprawa Scylli nieco konfliktowała z tym, co było między nimi, ale taki był naturalny tor rzeczy. Mężczyzna potrzebował kobiety oficjalnie. Nieoficjalnie... mężczyźni również mogli utrzymywać koleżeńskie stosunki.

- To nic takiego. Dość dla mnie robisz. - Mruknął, rozluźniając się jeszcze bardziej. Dotyk Rodolphusa działał lepiej niż jakikolwiek alkohol, jakikolwiek narkotyk. W końcu musiał jednak puścić Rolpha i pozwolić mu usiąść. Przywołał dwie szklanki - te same, które wcześniej przygotowywał dla siebie i Baldwina - i kolejnym gestem posłał butelkę, by rozlała piwo do obu naczyń. Połowa dawki mogła tylko ich odświeżyć, lecz nie wpłynąć na umysły. Trunek wciąż był chłodny, mocno gazowany, zupełnie inny od tak powszechnie pitych w Anglii ale. Te w ogóle Charlesowi nie smakowały.

Przesunął szklankę bliżej Rodolphusa.

- Pokłóciłem się z siostrą, ale on... nie wiem, nie wydaje mi się, żeby był wysłany przez Scarlett. - Stwierdził ostrożnie. - To jest ktoś, kto cieszy się zamętem. Baldwin Malfoy, kojarzysz go? - Zdradził w końcu tożsamość swojego prześladowcy. - Poza tym chciałem cię zapytać... Co sądzisz o rodzinie Greyback? Naprawdę są tak godni pożałowania?

Ciemne spojrzenie Charlesa wyrażało nadzieję, ale na co? Tylko Charlie wiedział, co chciał usłyszeć.


RE: 06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 04.01.2025

Wyczuwał pod palcami rozluźniające się mięśnie, czuł na ramieniu uspokajający się, coraz bardziej równo oddech. Dobrze, że Charles tak szybko odzyskiwał spokój, chociaż być może nie samodzielnie, a dzięki niemu. Lecz gdy człowiek był spokojniejszy, można było porozmawiać bez emocji, które potrafiły zaburzać osąd. Niechętnie wypuścił go ze swoich ramion, żeby usiąść. Szklankę przyjął wyłącznie z grzeczności, nie planował wypijać nawet połowy piwa, jedynie umoczyć usta, żeby nie wyjść na chama. Opanował to do perfekcji, bowiem w tym świecie gdy się nie piło alkoholu, było się uznawanym za dziwaka. I owszem, od czasu do czasu pozwalał sobie na niewielkie ilości, lecz nie robił tego na pokaz. Rozumiał więc, że Charles chciał ukoić nerwy: przecież on sam latem potrzebował tej paskudnej używki, żeby trzymać jako taki pion.
- Malfoyów znam. Baldwina nie miałem przyjemności - odpowiedział, nie kojarząc tego imienia. To znaczy kojarzył oczywiście połączenie Baldwin Malfoy, lecz nigdy nie mieli okazji, by się spotkać. Będzie musiał zapytać o niego Lorraine. - Greyback...
Nie spodziewał się tego pytania. Sięgnął po szklankę, zerkając przelotnie na Charlesa. Widział nadzieję i napięcie, które skrywały jego oczy. Umoczył usta w piwie. Połączenie Greyback i Mulciber kojarzyło mu się okropnie, okropnie źle. Ostatni Greyback był zdrajcą, przez którego musieli zająć się infiltracją tej rodziny. Nie wyszło, jak wiele z "genialnych" planów Roberta. Znowu przyszła mu na myśl Lorraine, z którą wcielili się w dzieci jednego z Greybacków. Westchnął ciężko i ostrożnie odstawił szklankę na stolik.
- Są niebezpieczni - powiedział dość dyplomatycznie, splatając swoje dłonie na kolanie. Wzrok utkwił gdzieś w przestrzeni, na pustej ścianie. - Z tego co wiem, część rodziny to wilkołaki. Nie jestem pewny, czy wszyscy, pewnie nie, chociaż kto wie? Może to klątwa rodzinna. Nie tak dawno jeden Greyback zaginął w tajemniczych okolicznościach i co prawda Ministerstwo nie wie, co się z nim stało, tak jednak niektórzy podejrzewają, że po prostu zabiła go własna rodzina. To nie są ludzie, Charles, lecz...
Rodolphus w końcu spojrzał na Mulcibera uważnie. Nie wiedział, czemu o nich pyta, ale węszył w tym okazję. Okazji by skończyć to, co zaczął z jego wujem, Robertem. W głowie kiełkował mu plan.
- Mogą być przydatni. Ponoć brylują na Nokturnie. Pewnie skrywają wiele sekretów, ale przede wszystkim: mają znajomości. Dlaczego o nich pytasz? I zanim zadasz mi kolejne pytanie: nie, nie jestem przekonany, że każdy z nich jest zły. Uważam jednak, że pewnych wartości rodzinnych nie da się wyplenić, jakkolwiek bardzo by się próbowało - trochę nic, trochę wszystko. Nie miał pojęcia, czy taką odpowiedź Charles chciał usłyszeć, ale nie mógł mu powiedzieć więcej, póki nie będzie wiedział, po co mu ta wiedza. - To tak jak z Mulciberami, Charles. Wasza rodzina ma swój core, swoją dewizę, swoje przekonania. Lecz każdy z was jest inny. I pamiętaj, że nawet wśród zgniłych odpadków potrafią się znaleźć prawdziwe perły.
Przeniósł ciężar ciała na prawą rękę i wsparł się na niej, podczas gdy lewą uniósł, by przesunąć opuszkami palców po policzku Charlesa. Czyżby mówił o nim i uważał go za perłę pośród zgniłych szczątków rodzinnych? Lestrange uśmiechnął się lekko. Jeśli tak, to kto był odpadkiem? On wiedział doskonale. Znał sporo Mulciberów, jednak najbardziej zależało mu na Charlesie. Zaraz za nim był Alexander. Reszta mogła nie istnieć i spłonąć.


RE: 06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus - Charles Mulciber - 04.01.2025

Kiedy Rodolphus chwycił za szklankę, Charles uznał to za swego rodzaju przyzwolenie i sam szybko podniósł naczynie, by upić spory łyk trunku. W butelce wciąż pozostała resztka, w razie braku po prostu sobie doleje. Wraz z zimnym płynem opłukującym gardło poczuł się jeszcze odrobinę lepiej. Nic jednak nie równało się wsparciu Rolpha.

Nieco rozczarowała go wieść o tym, że Lestrange nie zna Baldwina. Co prawda mógł się tego spodziewać - ten Malfoy przecież był nikim - lecz upadało przekonanie Charlesa, że wszyscy czystokrwiści znają się wzajemnie. Szczęśliwie więcej Rolph wiedział o Greybackach… i odpowiedź nawet go ukontentowała.

- Słyszałem o ich wilkołactwie. - Zgodził się, kiwając głową. Czy Scylla była wilkołakiem? A jeśli tak, to co to zmieniało? Zupełnie nic. Jedni mieli piegi, inni niebieskie oczy, jeszcze inni gen likantropii. To się zdarzało. - Dlaczego własna rodzina miałaby zabić tego Greybacka? Sądzisz, że zrobił coś przeciwko rodzinie? ...stadu? - Poprawił się, nie do końca wiedząc, jak wyrażać się o tak niesamowitej grupie.

Jego nastrój poprawił się odrobinę. Spojrzał na Rolpha z lekkim uśmiechem.

- Malfoy mówił wiele złych rzeczy o Greybackach. Wiem, że nie warto jest... generalizować. - Zawahał się delikatnie. Nie wszyscy Mulciberowie byli tacy, jak Robert. Nie wszyscy tacy, jak Alexander. Ale czy nie byłoby lepiej, gdyby więcej osób brało przykład z Alexandra? - Uważasz, że moja rodzina to odpadki? - Zapytał, lecz bez złości, lgnąć do dotyku. - Pracuję z pewną Greyback, młodą panną, bardzo utalentowaną we wróżeniu, ale też przez to często nieobecną. Nie wydaje się wcale zła, Rodolphusie. Musisz mieć rację, nie wszyscy są tacy sami, nawet jeśli jest wilkołakiem.


RE: 06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 04.01.2025

- Nie mam pojęcia - odpowiedział, chociaż sam przed chwilą wymyślił tę plotkę. Nikt w Ministerstwie nie uważał, że Greybackowie zabijali się nawzajem, lecz Lestrange nie widział żadnych powodów, by nie puścić odrobiny plotek ze swojej strony. Nie lubił Greybacków poza jedną: Scyllą. Ach, gdyby wiedział że to o nią Charlesowi chodzi... - Możliwe, że to był powód. Wydaje się być prawdopodobny. Zdradził swoich i dostał to, na co według nich zasługiwał.
A to już była prawda, o której Charles wiedzieć nie musiał. Nie odpowiedział mu też na pytanie co do odpadków, uśmiechnął się tylko niewinnie, zupełnie tak jakby nie miał nic złego na myśli. Chociaż w głębi duszy pogardzał niemal każdym z jego rodziny. Na pierwszym miejscu tej drabiny nienawiści plasował się jego ojciec, Richard.
- Uważam, że jaśniejesz bardziej niż pozostali - odpowiedział, wcale jednak nie odpowiadając na pytanie zadane przez Charlesa. - Również z jedną zdarzyło mi się współpracować. Jest cudowną osobą, chociaż odrobinę dziwaczną. Kto z nas jednak nie jest dziwny na swój sposób?
Zapytał filozoficznie, gładząc Charliego po policzku. Wróżenie, młoda, Greyback... Spojrzał na Mulcibera z ciekawością. Czyżby świat był na tyle mały?
- Nie mów mi, że pracujesz ze Scyllą Greyback? Chyba że w ich rodzinie jest więcej młodych, utalentowanych wróżbitek, które sprawiają wrażenie, jakby myślami były gdzie indziej? - zastanawiające było też, że miałby z nią pracować. Nie miał zajmować się świeczkami i rozwijaniem własnego biznesu? W czym byłaby mu potrzebna Scylla jeśli chodzi o biznes świeczkowy?


RE: 06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus - Charles Mulciber - 04.01.2025

Charles nie podejrzewał, że Rodolphus może nie tyle rozpuszczać plotki, co mijać się z prawdą i dzielić własnymi przypuszczeniami. Jeśli chciał, by słowa poszły dalej, to źle trafił, bo Charles nie tyle nie miał zainteresowania niesprawdzonymi informacjami, co nie miał z kim o nich rozmawiać.

- To uczciwe. Jeśli robi się na przekór własnej rodzinie... cóż, ja coś o tym wiem. - Stwierdził, bo nie było sensu, by zasłaniać się przed własnymi winami. W jego przypadku jednak, sprawa była łatwiejsza, bo nie zdradził rodziny, a jedynie przyniósł jej wstyd. Nie było powodu, by zabierać mu głowę.

Uniósł dłoń, by nakryć nią dłoń Rodolphusa, by przytulić do niej swój policzek. Czuł się przy nim spokojny i szczęśliwy, a było to odczucie zupełnie inne, niż to, które kiełkowało ku Scylli. Być może dlatego nie widział tej dwójki jako konfliktujących ze sobą sił.

- Jaśnieję, bo dajesz mi możliwość. - Odparł, utrzymując spojrzenie. Na chwilę przestał nawet interesować się alkoholem. - Dziwaczna? Tak, to Scylla! - Ucieszył się, gdy w końcu padło jej nazwisko. - Znasz Scyllę? Na Odyna, Rodolphusie, czyż Scylla nie jest wspaniała? - Zachwycił się, nie puszczając jego dłoni, ale odsuwając ja od swojej twarzy. - Jest nie tylko śliczna i urocza, ale też mądra. Wiesz, że potrafi wróżyć ze wszystkiego? Nawet z okruszków po cieście?

Charles podekscytował się odrobinę za bardzo.


RE: 06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 04.01.2025

Zanotował w pamięci tę odpowiedź. Nie dlatego, żeby obchodziła go rodzina Charlesa, przynajmniej nie ta rodzona. Od niedawna przecież Mulciber należał do organizacji. Nie był może śmierciożercą, ale to była tylko kwestia czasu. Wierzył w to, że z takim podejściem, jakie miał - czy to do przemocy, czy zemsty, czy czystej krwi - nadawał się doskonale. Potrzebował tylko trochę czasu, by się wykazać, a Rodolphus zamierzał mu w tym pomóc najlepiej jak umiał. Chciał, by Charles dowiódł przed Mistrzem, że zasługuje na znak.

Dostrzegł to niezdrowe zainteresowanie Greybackówną. A więc jednak miał w tych wszystkich pytaniach jakiś interes. Uśmiechnął się lekko. Co prawda nienawidził dzielić się ludźmi, lecz w przypadku użyczaniu ich kobietom nie miał najmniejszego problemu. Widać było, że Charles bardzo polubił Scyllę i wcale mu się nie dziwił: i on ją lubił, chociaż nie w taki sposób, jak Mulciber. I nie tak mocno, zdecydowanie nie tak mocno. Młoda, dziwaczna wróżbitka była jednak jedną z jego ulubionych osób i wcale nie dlatego, że miał interes w tym, by dowiedzieć się więcej o Greybackach.
- Znam. Pomogła mi niedawno w pewnej sprawie w pracy - odpowiedział, zabierając rękę. Nie do końca odpowiadało mu szczebiotanie na temat kobiety, podczas gdy mieliby trzymać się uroczo za rączki. - Jest wyjątkowa, to prawda. I niezwykle zdolna. Nie miałem pojęcia o okruszkach, ale wiem, że jest osobą, która może doścignąć samego Dolohova. Jest przy tym bardziej urocza od niego.
Taka była prawda. Miał się z nią spotkać i porozmawiać o dziwnej wróżbie, którą dał mu Morphues, lecz zrezygnował. Nie był pewny czy chciał poznać własną przyszłość, szczególnie że niezbyt wierzył we wróżby. W jasnowidzenie wierzył, lecz to było co innego. No i też nie było to coś, co zawsze było klarowne. Longbottom przepowiedział mu jednak ostrożność, bo będzie kroczył wraz ze Śmiercią. Na moment się zawahał, lecz sięgnął po szklankę i wziął maleńki łyk.

Kroczył ze Śmiercią, dał się jej nawet otulić ramionami w Mauzoleum. Dowiódł, że był gotowy umrzeć za Mistrza, przyjął nie tylko truciznę, lecz także zginął we własnym umyśle, wyzbywając się pewnej cząstki jego samego, która mogłaby go blokować w przyszłości. Czy to była prawdziwa Śmierć? Nie wiedział, ale był pewny, że wtedy, w sierpniu, jakaś jego część umarła.
- Mówiłeś, że razem pracujecie? Czyżby skrywała również talent związany ze świeczkami? - zapytał, powracając szybko do rzeczywistości. Tamtego Rodolphusa już nie było.


RE: 06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus - Charles Mulciber - 04.01.2025

Uśmiechał się, jakby wszystkie troski go nie dotyczyły, jakby wciąż nie miał zaczerwienionych kostek dłoni po tym, jak te zderzyły się z twarzą Baldwina. Był spokojny i zadowolony, rozmawiając z Rolphem i to o nikim innym, jak Scylli. Wszystko, na czym mu zależało, było na wyciągnięcie ręki. Nie przegapił lekkiego wygięcia ust Lestrange'a i uznał to za aprobatę. Skoro również on lubił Scyllę, nie było niczego, co stałoby na drodze bliższemu poznaniu. W chwili, gdy słyszał taką opinię z ust Rodolphusa… nawet zdanie ojca odchodziło na drugi plan. Ojciec słuchał wuja, który nie zawsze miał rację, a po tym, jak wuj odszedł, Richard skupiał się na zbyt wielu rzeczach i z pewnością musiał na nowo ustalić swoje priorytety. Mulciber postanowił, że to przyzwolenie na razie mu wystarczy. Najwyżej postawi ojca przed faktem dokonanym, jeśli świat będzie sprzyjał.

- Nie wiedziałem, że ma połączenia z Ministerstwem. - Powiedział wprost, pamiętając, że tam pracował Rodolphus. Nie mógł domyślić się, że to nie o tę pracę chodziło. Niechętnie puścił rękę Rodolphusa, ale przysunął się, by siedzieli bliżej. - To z okruszkami, to taki żart. Ale wspominała o potędze krwi. - Dodał, by nie zabrzmieć zupełnie niedorzecznie. Niektóre żarty powinny pozostać między nim a Scyllą (i Lyssą). - Może używać krwi do wróżenia. Ale zazwyczaj jej wizje przychodzą same. Zresztą, wiesz, znasz ją. - Zakończył zachwyty, nim zapędzi się za daleko. - W porządku? - Dopytał, widząc, że Lestrange się waha. Czyżby jednak nie spodobała mu się relacja ze Scyllą? - Nie miałem jeszcze okazji rozmawiać z panem Dolohovem. Ale pracuję dla jego żony, pani Dolohovowej.- Wyjaśnił szybko, siadając nieco bardziej bokiem, zwijając nogę pod sobą. - Pomagam jej w sprawach administracyjnych i w tworzeniu kadzideł. To moja normalna praca. Świeczki są po godzinach. - Wyjaśnił, zaraz też przypomniał sobie kolejny powód, dla którego chciał zobaczyć Rolpha. - Właśnie! Mam dla ciebie kadzidła. Na sen, te, które obiecałem.

Charles rozgadał się, a nastrój miał już o wiele lepszy niż ten, w którym Rolph go zastał.


RE: 06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 04.01.2025

- Bo nie ma. Poprosiłem o jej pomoc w jednej sprawie, bo mieliśmy problem z dostępnością pracowników Departamentu Tajemnic, z komnaty Przepowiedni - odpowiedział zgodnie z prawdą. Lestrange nie miał okazji jeszcze współpracować z Greybackówną przy innych sprawach, chociaż wiedział o naśladowcach i znał ich tożsamość. Nie mógł udawać, że nie cieszył się, że ktoś z takim talentem został zwerbowany w ich szeregi. Potrzebowali więcej takich osób. - Tak, w porządku. Nie każda sprawa, którą zajmujemy się w Departamencie Tajemnic, jest przyjemna. W zasadzie to prawie żadna nie jest przyjemna. Ta, którą zajmowaliśmy się ze Scyllą, również do nich nie należała.
Nie kłamał: sprawa tych masek była... Skomplikowana. I dziwna. Co prawda nie była jakoś specjalnie frapująca, nie dla niego, lecz była idealną wymówką, by wyjaśnić to krótkie zamyślenie. Gdy Charles się przysunął, objął go odruchowo ramieniem. Pracował dla pani Dolohovej... Rodolphus roześmiał się.
- Pani Dolohova? Czyżbyś miał na myśli moją kuzynkę, Anneleigh Dolohov, wcześniej Lestrange? - spojrzał na Mulcibera z rozbawieniem. Świat był jednak bardzo, bardzo mały. Charles niby starał się usamodzielnić i wplątać w rzeczy, które sam wybrał, lecz w końcu wszystkie niteczki prowadziły do jednego rodu: Lestrange. Nawet wśród Śmierciożerców najwyższą rolę, oczywiście oprócz Mistrza, pełnił Lestrange. Również z głównej linii, tak jak Anne. - Nie mogłeś lepiej trafić, jeśli mam być szczery. Anne to jedna z lepszych kobiet, które znam. Ma wielkie serce, jest trochę surowa, ale sprawiedliwa i uczciwa. Jak się trzyma? Po tym, co się stało na weselu Blacków, wyszła nieco wzburzona.
Nie widział Mulcibera na weselu, ale równie dobrze mógł go nie zauważyć. Na weselu było bardzo dużo ludzi, a on był zajęty najpierw rozmową z Prewettem, a potem z Anneleigh. No i potem wyrosły im pióra. Cóż, nie nudzili się tego dnia. Na wieść o kadzidłach, nieznacznie przesunął dłonią po ramieniu Charlesa.
- To miłe z twojej strony. Przydadzą się, ciężko mi zasnąć w nowym miejscu - czy zasnąć w ogóle.


RE: 06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus - Charles Mulciber - 04.01.2025

- Sądziłem, że Ministerstwo będzie miało swoich wróżów. - Mruknął, przysuwając się do Rodolphusa, skoro ten na powrót zaprosił go w swoje ramiona. Oparł głowę, ciesząc się bliskością. To było lepsze nawet od trzymania się za dłonie. - Mam nadzieję, że Scylla nauczy się od pana Vakela tyle, ile tylko może, a później ruszy dalej, żeby rozwijać skrzydła. Może nawet w Ministerstwie. - Snuł, domyślając się, że jeśli będzie przy Scylli, gdy ta osiągnie limit u Dolohova, sam pchnie ją dalej. Nie znał dobrze Greybackówny, lecz wydawała się lubić stałość. Byłoby szkoda, gdyby to ją blokowało. - Żałuję, że nie mogę pytać o wasze sprawy. Może i nie są przyjemne, ale wydają się diabelnie interesujące dla takich szaraczków, jak ja. To ty, no i Scylla, zajmujecie się prawdziwą magią.

Z początku nie pojął, dlaczego Rolph się śmieje, ale nie zmartwiło go to. Sam uśmiechnął się szerzej, gdy umysł sam zasugerował mu, że może być to kwestia zajęcia.

- No co? To tylko praca! - Wyjaśnił, ale kiedy Lestrange przyznał się do pokrewieństwa z Annaleigh, aż spojrzał na niego, choć musiał ledwie przekrzywić głowę. - Twoja kuzynka? Żartujesz, prawda?! - Dopytał, lekko dźgając go w żebra. Jak mógł nie uwielbiać Rodolphusa, gdy ten sprawiał, że nawet najgorszy dzień kończył się tak dobrze, z nim u boku? - Pani Annaleigh jest wspaniała, to prawda. Jest bardzo zapracowana, pomaga w Mungu i w Ministerstwie. To mój wuj, Anthony Shafiq, mnie jej polecił, zna ją z Ministerstwa właśnie. To znaczy, nie jest moim prawdziwym wujem, ale tak go nazywam. - Zdradził kolejne powiązanie. - Pomagam jej tak, jak mogę, żeby ją trochę odciążyć. A co działo się na weselu? Pamiętam, że dostałem jakieś zaproszenie, ale to były moje pierwsze dni w Londynie. Sądziłem, że nie wypada się tam pojawiać.

Z jednej strony chciał podarować kadzidła Charlesowi od razu, z drugiej zaś, odsunięcie się było niewykonalne.

- Wolałbyś wrócić tutaj? Tu lepiej śpisz? - Zatroszczył się od razu. Rolph wiedział, że wystarczyło słowo, by bracia wynieśli się z jego mieszkania. - Coś cię trapi, Rolph? Mogę ci jakoś pomóc? Jeśli chcesz... mój brat wróci dopiero za trzy godziny. Możemy się do tego czasu zdrzemnąć. - Mruknął, lecz nie do końca wyłącznie troskę miał na myśli.


RE: 06.09.1972 - Help me, I'm losing myself. Charles i Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 04.01.2025

- Bo ma. Ale wszyscy nagle są niezwykle zajęci - westchnął teatralnie, przewracając oczami. Prawda była taka, że w Departamencie Tajemnic istniało ogromne ryzyko, że się postrada zmysły. A osoby z trzecim okiem były na to narażone nawet nie podwójnie, a potrójnie. Był deficyt, to było jasne. W ciągu jednego lata zginęły co najmniej dwie osoby z jego departamentu. Być może było ich więcej, lecz dawno przestał liczyć. Gdy ktoś znikał, to nowe osoby pojawiały się na jego miejscu, lecz Komnata Przepowiedni była inna. Nie każdy miał dar, łatwiej było znaleźć Niewymownego zafascynowanego śmiercią lub ludzkim mózgiem, a nie jasnowidzów.

Objął Mulcibera mocniej, a gdy ten dźgnął go lekko w żebra, wygiął się, chcąc uniknąć bliższego kontaktu z jego palcem.
- Nie żartuję. Anneleigh to moja kuzynka, siostra Louvaina i Loretty Lestrange. O tej dwójce musiałeś słyszeć gdy przybyłeś do Londynu. Louvain pracuje teraz w Ministerstwie, ale był członkiem drużyny Quidittcha. Loretta z kolei jest wybitną malarką. Anne nie mogła być inna, też jest wyjątkowa - wyjaśnił, wiedząc że Charles nie wychował się w Anglii. Lecz musiał mieć jako takie pojęcie o świecie. Anneleigh co prawda nie była aż tak sławna jak jej rodzeństwo, lecz była równie popularna w nieco innych kręgach. - Wuj? Anthony Shafiq to twój wuj?
No proszę. Krąg znajomości powoli się zacieśniał, bo przecież z Shafiqem również robili pewne... Nie do końca legalne rzeczy. Pozostawała jeszcze Lorien, ale o tym, co jej zrobił z Robertem, wolał Mulciberowi nie wspominać. Lepiej żeby nikt o tym nie wiedział: a wiedział tylko on i Robert. Z czego Robert już nie żył. Może jeszcze Richard, ale tym zajmie się w swoim czasie.
- Dobrze, że się nie pojawiłeś. Oprócz bójki między kilkoma osobami, pojawiły się dziwne drinki, które zmieniały ludzi w zwierzęta. Dodatkowo był szlamowaty cyrk. Rozmawiałem już z Perseusem, ktoś chciał mu zaszkodzić - zdradził, prezentując narrację, którą oboje z Blackiem wybrali. Nie miał interesu w tym, by oczerniać magiterapeutę. Uśmiechnął się nawet lekko, bo gdy emocje opadły, to ta cała sytuacja była nawet zabawna. - Ktoś też dolał czegoś do zupy. Kelner nas niechcący oblał i wyrosły nam pióra. Udało się to ogarnąć, ale strach pomyśleć co by się stało, gdyby którykolwiek z gości wypił chociaż łyżkę zupy.
Przeniósł dłoń na włosy Charlesa. Przeczesał je ostrożnie palcami. Czy tu lepiej spał? Nie powiedziałby, chociaż faktycznie: do tego mieszkania już się przyzwyczaił. Lecz skoro już nie było jego... To raczej to by nie pomogło.
- Nie, myślę że nie to jest problemem. Przyzwyczaję się, ale nie mogę pozwolić sobie na brak snu - brak snu oznaczał niestabilność, a on nie zamierzał już nigdy dopuścić do tego, by być niestabilnym. Zbyt wiele w tej chwili od niego zależało. - Drzemki rozregulowują zegar biologiczny.
Odpowiedział, mocniej przyciskając Charlesa do siebie. Może jednak on tego potrzebował? Może był jak Perseus, który cierpiał na dziwną przypadłość, którą był niespokojny, nieregenerujący sen gdy nie było drugiej osoby obok?
- Jeżeli chcesz, będę obok - powiedział czule, odgarniając mu włosy z czoła. - Będę cię pilnował.