Secrets of London
[02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4360)

Strony: 1 2 3


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.01.2025

Najbardziej absurdalne w tym wszystkim było to, że Ambroise szczerze nie wątpił w słowa wypowiadane przez towarzyszkę. Nie kwestionował tego, że nawet jako dżdżownica znalazłaby sposób, żeby wkraść się (wpełznąć?) w jego życie. Że prawdopodobnie sama z siebie podjęłaby decyzję o zamieszkaniu w jego kompostowniku, wcześniej wyciągając stamtąd wszystkie inne robaki. Nie za włosy, bo ich nie miały. Nie za czułki - te również nie istniały. Za coś... ...przy pomocy czegoś, bo przecież nie miałaby rąk czy tam łap.
I tak by to zrobiła. Niezależnie od wielkości tudzież formy, metody Yaxleyówny z pewnością miały pozostać takie same, więc Greengrass po prostu przyjął te słowa. Zaakceptował je z tą samą zadziwiającą łatwością, z jaką prowadzili tę coraz bardziej absurdalną rozmowę. No, może poza jednym drobnym faktem.
- Sądzę, że to jednak mój obowiązek - stwierdził poważnie, przyglądając się twarzy dziewczyny. - Co innego, gdybyś była stonogą, bo wtedy miałabyś prostsze życie. A tak? Zbyt długo ci to zajmie - niby czarodzieje żyli całkiem długo, lecz w ich przypadku raczej nie stawiałby zbyt wielu galeonów na to, że byłaby go w stanie tak łatwo odszukać, gdyby już stała się tą pełzającą dżdżownicą.
Chociaż z drugiej strony przecież ani przez chwilę nie wątpił w upór Geraldine. Wszystko to, co działo się między nimi przez ostatnie dwa dni świadczyło samo za siebie. Gdy się przy czymś usrała, istniało niemal stuprocentowe prawdopodobieństwo, że miała to osiągnąć. No, o ile on nie usrał się przy czymś innym. Bowiem wtedy mieli impas. Ten, o którym obecnie nie próbowali mówić.
- Nie wiem, ty mi powiedz - kolejny raz uciekł się do przerzucenia na nią całej odpowiedzialności za ich wspólną wiedzę w temacie robaków.
Tak to miało działać, nie? To była jej część ich układu. On znał się na roślinach, ona odpowiadała za (w tym wypadku) robale. Odchrzaknął, kierując wzrok ku jej zamkniętym oczom.
- Pewnie dziamdziałaby nawet wtedy, gdyby przecięto cię na dwie połowy - stwierdził zgodnie z tym, co przecież mówiono o dżdżownicach. - Mam się bać już teraz czy mogę jeszcze chwilę zaczekać? - Dodał z ledwo słyszalnym parsknięciem.
Tak, znów to robili. Ignorowali to, że ich później nie miało istnieć, ale kto by im tego bronił? Tym bardziej, jeśli sami sobie na to teraz pozwalali?
Była jego najlepszą przyjaciółką. Z kim innym miałby mówić dla mówienia?
- Modliszka jest jak zwierzęca wersja rosiczki. Naprawdę nieciekawy, sztampowy wybór - przytaknął bez wahania, bowiem oba te określenia nijak miały się do tego, czym lub kim powinna być jego Rina. - Koniki polne na pewno mają swoją rolę - co prawda nie zamierzał być ich adwokatem, ale pewnie coś tam robiły, nie tylko skacząc cały dzień po łące. - To pasikonikiem? On zżera inne owady - a jednak po namyśle to także niespecjalnie do niej pasowało, więc chyba rzeczywiście powinni zostać przy tej dżdżownicy.
Szczególnie odnajdując jej znacznie ciekawszą rolę. Profesję nie tylko polegającą na przetwarzaniu resztek materii organicznej w kompost później ładowany w glebę, lecz także rolę polegającą na bezpośrednim posyłaniu wrogów w piach. To była zabawna wizja. Naprawdę absurdalna, ale jednocześnie przyprawiająca go o nieświadomie szeroki uśmiech, nawet jeśli nie do końca mógł się zgodzić z podsumowaniem tej wizji.
- Dżdżownicza wersja jest zajebista, ale chyba mimo wszystko wolę tą, z którą mogę teraz o tym rozmawiać - odrzekł gładko, jakby na dowód dźgając ją palcem w żebra. - Tak, ta jest najlepsza - nie potrzebowała się zmieniać w robaka, żeby mógł ją gdzieś ze sobą zabierać.
Ba. Nie musiała nawet mieścić mu się do kieszonki w koszuli, bo w gruncie rzeczy naprawdę lubił nosić ją na rękach. Podnosić w górę, dając się opleść nogami w pasie albo biorąc w ramiona, ujęty rękami za szyję. Jedynym, czego jeszcze nie robili rzeczywiście był ten futrzany kołnierz ze skunksa, ale tego po prostu nie mieli okazji spróbować. Mimo to wyobrażał sobie jak to miało wyglądać.
- Kręciłabyś głową tę i we w tę - nie musiał zgadywać, bo to było po prostu oczywiste; zamiast tego ponownie nieznacznie się uśmiechnął, kiwając głową. - No dobra, niech będzie kaptur. Tylko bez robienia sobie hamaka. Nie dam ci się dusić - uprzedził w taki sposób, jakby rzeczywiście rozmawiali o czymś, co miało mieć miejsce w przyszłości.
Nie pierwszy raz mimowolnie robili plany na przyszłość. Bliższą czy dalszą. Przychodziło im to wręcz zatrważająco łatwo. Lekką ręką rozmawiali o czymś, co nie miało racji bytu w tych okolicznościach i w ramach, w które sami się wciskali. Przy stawianych sobie sztywnych ograniczeniach, których wcale nie chciał zdejmować.
A może jednak?
Z jednej strony był pewien swego, nie dopuszczając do siebie możliwości tak lekkiego zaniechania. Odpuszczenia wszystkiego, co robił, co zrobił i co zamierzał robić, żeby nie podejmować ryzyka. Z drugiej zaś pojawiały się te wszystkie słowa, te założenia...
...te gesty świadczyły o czymś zupełnie innym. Zaś alkohol nie sprzyjał oporom wobec ich czynienia.
Nijak nie dziwił się, że Geraldine w pierwszej chwili podjęła próbę uratowania butelki. Co prawda mogli w każdej chwili ponownie wybrać się do miasteczka, aby uzupełnić zapasy, bo nie przyniósł ich tak wiele jak mogliby życzyć sobie wypić przez ten dzień, dwa, trzy czy ile pragnęli tu oboje pozostać (a tego przecież nie ustalili), ale to przedsięwzięcie mogłoby się źle skończyć. W tym stanie, w którym oboje zaczęli się powoli znajdować, chyba najlepiej było pozostać w domu lub w jego bliskich okolicach.
A więc tak - ta butelka z zatrważająco szybko topniejącą zawartością była cenniejsza od złota. Nawet nie próbował obrażać się na to, że dziewczyna wpierw ratowała ją, dopiero później zwracając uwagę ku niemu. Tym bardziej, że przecież nie pierwszy raz pokłuł się jeżynami czy innym cholerstwem, choć dawno nie zapiekło go to aż tak mocno. Zemlął przekleństwo w ustach, co nie było trudne z dłonią przyłożoną do warg, starając się zachować neutralny wyraz twarzy.
Miał opory, aby wyciągnąć rękę ku Yaxleyównie. Minęło naprawdę sporo czasu odkąd dawał komukolwiek oglądać swoje urazy, szczególnie tak drobne i całkowicie nieszkodliwe. Tym bardziej przy niej niespecjalnie chciał to robić, mimo łączącej ich historii i wspólnych doświadczeń w zajmowaniu się wzajemnie urazami. Jakkolwiek mocno cenił sobie ich obecny spokój i ciepło, wracanie do tego rodzaju troski mogło być złudne, bardzo mylące.
A jednak wreszcie skapitulował, unosząc rękę i bez słowa podając ją dziewczynie. Oczywiście, że błyskawicznie napinając całe ciało i spoglądając na nią z błyskiem w oczach, kiedy kazała mu nie panikować. Tym bardziej, że przecież nie miał ku temu tendencji, jednak takie a nie inne słowa zawsze wywoływały pewien niepokój.
- To tak nie działa. Nie możesz komuś kazać nie panikować i oczekiwać, że nie spanikuje - tak, zgadza się - strofował ją teraz głównie po to, aby nie cofnąć dłoni w jakimś gwałtownym ruchu, nie przyciskając jej sobie do piersi i nie intensyfikując swojego zachowania.
Wąż. Tak. Oczywiście, że to zawsze musiał być wąż czy inne paskudztwo kryjące się w już i tak niespecjalnie przyjaznych krzakach jeżyn. To nie był pierwszy raz, kiedy coś go pogryzło. Prawdę mówiąc, takie rzeczy zdarzały się częściej niż rzadziej. Przecież były częścią natury. Zagryzł więc zęby, zaciskając usta.
- Czekaj - odmruknął, jednocześnie wycofując rękę z dłoni Geraldine, jednak wyłącznie po to, żeby pociągnąć się do siadu.
Oparł się na jednym łokciu. A przynajmniej usiłował się na nim oprzeć, stanowczo zbyt mocno się przy tym kołysząc, żeby utrzymać się w tej pozycji i nie osunąć się ponownie plecami na ziemię. Zmrużył oczy, marszcząc czoło i biorąc głębszy oddech. Starał się odpowiedzieć na to pytanie w jak najwłaściwszy sposób, jednakże raczej niezbyt satysfakcjonująca odpowiedź sama cisnęła mu się na usta.
- Jestem napruty - oczywiście, że kręciło mu się w głowie i to znacznie bardziej niż mógłby chcieć przyznać.
Nawet na siedząco kołysał się to w jedną, to w długą, co prawda tego nie dostrzegając, lecz fakty mówiły same za siebie. Na leżąco dało się temu przeczyć, zwłaszcza że po niebie cały czas płynęły chmury zaś wrzosy obok nich samoistnie falowały na wietrze. Podnosząc się do siadu, nawet z nogami stabilnie opartymi o podłoże, trudno było zaprzeczyć rzeczywistemu stanowi upojenia.
- To nie powinno wyglądać w... ...tę stronę - skomentował bezmyślnie, dając wrażenie być może nieco zbyt oderwanego od rzeczywistości, kiedy ponownie podał Geraldine swoją rękę. - Nie, nie można wysysać - próbował zebrać myśli, aby spojrzeć na to wszystko w trochę bardziej trzeźwy sposób. - To sprzyja szybszemu rozprzestrzenianiu się ewentualnej trucizny - jakież to były mądre słowa. - A i dla ciebie mogłoby to być szkodliwe - prawdopodobnie mógłby jej to jakoś głębiej wyjaśnić, ale język niespecjalnie chciał współpracować z myślami kłębiącymi się w głowie Ambroisa.
A myśli także nie były zbyt światłe. Tym bardziej, że zamiast powiedzieć jej, co wobec tego powinna zrobić, wyłącznie przeniósł spojrzenie na jej palce ujmujące jego dłoń i bardzo powoli kiwnął do siebie głową.
- Mhm - to działało, to bez wątpienia działało.
Chcąc nie chcąc.


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.01.2025

To było jasne, nie mogło się zdarzyć inaczej. Ona zawsze by go odszukała, znalazła sobie wygodne miejsce tuż obok, najpierw pozbywając się wszystkich innych, którzy mogliby być problematyczni. Tak już miała, potrafiła zadbać o to, co miało należeć do niej, nie znosiła się dzielić, więc musiała zatroszczyć się o to, że będzie tą jedyną, chociaż w sumie to chyba nie było aż tak konieczne. Roise by ją wybrał nawet, jeśli znajdowałaby się w wielkiej rodzinie dżdżownic, wypatrzyłby dokładnie ją i z niej zrobił panią swojego kompostownika, to też było niezaprzeczalne. Tak już mieli, zawsze stawiali na siebie, bez względu na to kto znajdował się obok. Właściwie to nie mieli już tego mieć, tyle, że kiedy dyskutowali o tym w dżdżowniczej wersji to brzmiało tak absurdalnie, że najwyraźniej mogła w to uwierzyć.

- Też prawda, czyli to Ty musiałbyś odnaleźć mnie, jakby coś nie zamierzam się chować, nie będę Ci tego utrudniać. - Wypatrzenie tej jednej, wyjątkowej dżdżownicy i tak było samo w sobie chyba dosyć skomplikowane, więc zamierzała robić, co w jej mocy, aby faktycznie mógł ją znaleźć. Współpraca - dzięki temu mogli osiągnąć naprawdę wiele.

- Jeśli ja mam ostatnie zdanie, to ma moje musi mieć, więc założmy, że ma. - Tak, ich podział jeśli chodzi o wiedzę i umiejętności był całkiem jasny, tyle, że dżdżownice leżały bardzo daleko poza obszarem jej zainteresowań. Nie miały głowy, łap, ani niczego innego, co mogłoby ją zaciekawić. Może były jakieś ciekawe gatunki, drogocenne, na pewno musiały być, pewnie znaleźliby się też i kolekcjonerzy takich stworzeń, ale jako łowczyni potworów miała nieco większe ambicje niżeli zbieranie robali.

- Myślę, że wtedy te dwie połowy zaczęłby mówić, miałbyś przesrane, gdyby się to stało. - Jedna Yaxleyówna potrafiła wkurwić, co dopiero, gdyby znalazły się przy nim dwie? Lepiej było teog nie ryzykować, bo mógłby tego nie przeżyć, no albo zacząłby prowadzić koczowniczy tryb życia, jeśli reagowałby tak jak teraz - wychodząc się przewietrzyć za każdym razem, gdy go trochę zbyt mocno wkurzyła.

- Na Twoim miejscu już zaczęłabym się bać, wiesz, lepiej jest się przygotować na najgorsze. - Kto wie, kiedy miało zdarzyć się to mityczne później. W ich przypadku w ogóle nie powinni się nad tym zastanawiać, bo przecież ono w ogóle miało nie nadejść.

- Tak, to nie ma żadnego polotu, a przecież nie można powiedzieć, że mi go brakuje. - Uśmiech samowolnie wpełzał jej na usta, ta rozmowa naprawdę była wyjątkowo przyjemna, dawno nie pozwoliła sobie odpływać w takie dziwne rejony. Byli pijani, szczęśliwi, czego mogli chcieć więcej? W tym momencie było doskonale, chociaż ich konwersacja należała do naprawdę irracjonalnych.

- Mimo tego, że mają swoją rolę, to spędzają sporo czasu na bezsensownym skakaniu po łącę, przecież nie bez powodu nazywają się konikami polnymi. - Yaxleyówna może i lubiła się bawić, ale nie znosiła marnować czasu na głupoty, nie podobała jej się ta opcja - nadal. - Może i zżera, ale później się pasie? Kto to widział tracić czujność po walce... - Nie do końca miała świadomość, czy etymologia tych nazw faktycznie świadczy o tym, czym konkretnie zajmują się te owady, ale coś musiało w tym być. Przecież nie nazwy tych gatunków nie brały się znikąd.

Cóż, najwyraźniej dżdżownica jako pierwszy wybór została po prostu od razu zaakceptowana, mimo, że na początku się nieco wahała. Aktualnie wydawało jej się to pozostawać jedyną słuszną opcją.

- Czyli jednak wolisz mniej kompaktową wersję, oke, to w sumie sprawia, że będzie mniej komplikacji. - Cóż, nie będzie musiał jej nosić w kieszonce, czy przesadnie pilnować tego, aby ktoś jej nie zdeptał. Wbrew pozorom wersja ludzka miała chyba najwięcej pozytywów, dobrze, że do tego doszedł. Może kiedyś faktycznie zaakceptuje jej obecność w swoim życiu. Nie powinna tego zakładać, rozmawiali przecież o hipotetycznej sytuacji, która nigdy nie miała się wydarzyć...

- i machałabym ogonkiem, kiedy coś by mnie zaciekawiło, ruchomy kołnierz, na pewno zostałby nowym trendem w modzie. - Ktoś musiałby to podłapać, pewnie z początku patrzyliby na Roisa sceptycznie, a z czasem sami zaczęli szukać podobnych dodatków. Tak to już było z modą. - Jasne, żadnych hamaków, to jest zrozumiałe, chociaż nie sądzę, że jako skunksia wersja byłabym w stanie zrobić Ci krzywdę. - Nie było to szczególnie wielkie zwierzę, nie miało zbyt wiele siły, nie musiał się martwić o to, że coś mu zrobi, nawet przypadkiem, z drugiej strony zawsze lepiej było dmuchać na zimne.

Dziwnie było razem rozmawiać o przyszłości, kiedy miała dla nich nie istnieć, nie w najbliższym czasie, w końcu ustalili, że ewentualnie mogliby spróbować, kiedy będą jedną nogą na tamtym świecie (to znaczy bardzo starzy i pomarszczeni). Mimo wszystko przychodziło jej to raczej naturalnie, bo przecież mieli już za sobą wiele podobnych dyskusji, planów, tyle, że zdecydowanie mniej absurdalnych od tych dzisiejszych. Tylko ta irracjonalość powodowała, że nie miała zbyt wielkich nadziei ku temu, że zmienił zdanie, ujebał sobie coś, wiedziała, że nie było szans, aby to się zmieniło. Aktualnie jedno i drugie zderzało się ze ścianą, bo przyjęli zupełne różne strony, nie sądziła zresztą, że w tej sytuacji dojdą do jakiegokolwiek porozumienia, bo niby jak?

Uratowanie tej butelki whisky uważała za spore osiągnięcie zważając na to, że ona również była nieco podchmielona i nie do końca panowała nad swoimi ruchami. Były zdecydowanie powolniejsze niż zazwyczaj do tego bardziej niezdarne, jakoś jednak udało jej się złapać ją w locie. Na pewno jej za to podziękują później. NIe sądziła bowiem, że znajdują się w stanie, w którym powinni wybierać się do miasteczka. Droga na pewno zajęłaby im dużo więcej czasu niż normalnie, a powrót, cóż nie mogła zakładać, że na pewno udałoby im się wrócić.

Czekała chwilę, aż poda jej dłoń, w między czasie odłożyła butelkę bardzo ostrożnie, tuż obok siebie, aby nie daj Morgano nie stało jej się nic złego. - Nie, a dlaczego? Wiesz, wszystko mam pod kontrolą, jak zawsze, zawsze mam wszystko pod kontrolą. - Nie do końca chyba zdawała sobie sprawę z tego, że właśnie dzięki tym słowom mogła wywołać delikatny niepokój. Nie myślała najjaśniej, jej umysł był trochę zaślepiony alkoholem, ale tylko trochę, no nie, nie trochę, bo trudno jej było utrzymać jego dłoń w jednym miejscu, jakby kołysała ją w rytm jakiejś melodii którą miała w swojej głowie.

- Jasne, jesteś napruty, ale czy jesteś w stanie określić, czy kręci Ci się w głowie od naprucia, czy od ugryzienia? - Czy w ogóle była szansa na to, żeby dostrzec między tymi dwiema przyczynami jakąkolwiek różnicę? Pewnie nie. Pytanie, które zadała nie było szczególnie rozsądne. Widziała, że kiwa się na boki, przez co jej wzrok zrobił się jeszcze bardziej mętny. Ona też była napruta, ale musiała udawać, że nie jest, w końcu powinna udzielić mu pierwszej pomocy, tak - oczywiście, że zupełnie nie miała pojęcia, co powinna zrobić.

Skoro nie w tę stronę... Cóż, odwróciła więc jego dłoń w drugą stronę i przyglądała jej się przy słońcu, z tej drugiej strony chyba nie było widać zupełnie nic. - Z tej strony to nie działa wcale, nic nie widać. - Chyba nie złapała jego aluzji, najwyraźniej każde z nich było nieco zagubione w swoim własnym, alkoholowym świecie.

- Przecież bym jej nie połknęła. - To była oczywista oczywistość, czyż nie.

- Wiggenowy! On na pewno pomoże. - W końcu był lekarstwem na wszystkie dole i niedole świata, mimo, że przecież podczas tych krókich lekcji, które jej dawał wspominał o tym, że wcale nie, to ten eliksir nadal zostawał jej pierwszym wyborem.

Zawiesił wzrok na jej palcach, zastanawiała się, czy to nie była jakaś oznaka zatrucia, ale skąd niby mogła to wiedzieć, tutaj nie miała zbyt wielu możliwości, więc jak przystało na rozsądnego człowieka postanowiła to po prostu przeczekać i zobaczyć, czy nie straci przytomności, albo coś, wtedy pewnie faktycznie zacznie się martwić.




RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.01.2025

- Nicniemuszęmojapanno - wyrzucił z siebie na jednym wydechu, nie mogąc zapanować nad drżeniem kącików ust, które w tym momencie zdecydowanie nie chciały z nim współpracować. - Ja po prostu chcę - dodał cicho, skoro i tak nie był w stanie ukryć wyginających się warg.
To, że samoistnie się unosiły, wydawało go równie mocno, co błysk w oczach czy całkowita niemożność utrzymania powagi w głosie. Czuł się rozprężony. Coraz bardziej lekki, bardzo błogi jak na ostatnie miesiące pozbawione jakichkolwiek podobnych chwil. Czasami wydawało mu się, że już nawet zapomniał o tym, jak to się robi. Jak to jest leżeć na plecach na ziemi, spoglądając w niebo i tak po prostu ciesząc się chwilą.
A teraz nagle znów się tu znaleźli. Razem. Tuż obok siebie, wcale nie stroniąc od tego, by być blisko. Nie rozmawiając o tym, co powinni a czego nie powinni. Mówiąc o przyszłości - tak, jednak w ten całkowicie inny sposób, bo przecież nie mieli na myśli niczego, co mogłoby się rzeczywiście stać. Dzięki temu te słowa przychodziły mu bardzo łatwo. A gesty? Gesty same im towarzyszyły.
- Ma. I nie, nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. W żadnym razie nie zdzierżyłbym dwóch takich robaków na raz, w zupełności wystarczysz mi w tej pojedynczej wersji - kiwnął zatem głową, tak jak wspominał - ani przez moment nie zamierzając kwestionować słów eksperta.
Zamiast tego w dalszym ciągu wodził dłonią po skórze dziewczyny, zataczając kółka przy pomocy samej opuszki palca. Rysując wzory na jej kręgosłupie i pozwalając sobie na dotyk, od którego stronił przez tyle długich miesięcy. Teraz, gdy byli tu obok siebie, wszystko wydawało się łatwiejsze.
W przeciwieństwie do tamtych chwil w kuchni, świeże powietrze i wiatr wyjący na wrzosowisku napełniały go wrażeniem orzeźwienia. Może niekoniecznie otrzeźwieniem, ale chyba tego nie chciał.
Wręcz przeciwnie. Raz po raz pociągał kolejne łyki z butelki, wprawiając się w jeszcze głębszy stan upojenia alkoholowego, przez co z mniejszymi oporami sięgał ku temu dotykowi. Potrzebował tego. Oni potrzebowali tej chwili. Tak dawno nie było między nimi dobrze.
- Znasz mnie. Zawsze jestem przygotowany i na najlepsze, i na najgorsze - odparł hardo, błyskając zębami w szerokim uśmiechu, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że na niego nie patrzyła.
Kłamał i nie kłamał. Może tylko trochę naginał prawdę? Odrobinę wykręcał skunksa do góry puchatym ogonkiem, nie do końca myśląc o konsekwencjach tego czynu? Kiedyś rzeczywiście skłaniał się ku rozważaniu kilku wersji wydarzeń. Częściej niż rzadziej myślał o pozytywach, przynajmniej gdy chodziło o nich.
Obecnie? Od blisko dwóch lat życie pisało im... ...mu swoje najczarniejsze scenariusze, więc Ambroise aktualnie raczej nie widział świata w zbyt kolorowych barwach. W jego życiu dominowały najciemniejsze odcienie szarości. Czerń, niewiele bieli, może trochę jasnego popielu, lecz w ostatnich dniach głównie odcienie popiołów i spalonej ziemi.
Aż dziwne, że w tej krótkiej chwili tak łatwo było mu o tym zapomnieć. Zazwyczaj nieczęsto sięgał po alkohol, jeśli już to raczej upijając się szybko i jak najbardziej długotrwale. Najlepiej do odcinki, gdyż niemal każdy pijacki epizod prędzej niż później kończył się głębokim dołem lub narastającą wściekłością.
Teraz? Było mu lekko. Jeszcze kilka chwil i sam nie wiedział czy nie przyjdzie mu tak po prostu zacząć otwarcie śmiać się ze słów Geraldine. Z poziomu absurdu ich rozmowy. Z tego, że było mu teraz tak lekko a whisky coraz bardziej szumiała w jego głowie.
- O nie, nie, nie. Jesteś bardzo kreatywna - zdecydowanie ochoczo jej przytaknął, jednocześnie uśmiechając się do siebie pod nosem; jego dłoń ponownie zatoczyła szlak wzdłuż kręgosłupa dziewczyny, kończąc ruch lekkim zaciśnieciem się na jej talii.
- Czy ja wiem, czy to takie bezsensowne skakanie? Na przykład tu teraz, mogłoby mieć całkiem sporo sensu - mruknął, nie przestając wyginać warg ani nie zmieniając tonu głosu, który w dalszym ciągu był miękki, leniwy, być może trochę zaczepny, lecz przede wszystkim...
...szczery. Pierwszy raz od naprawdę dawna, przynajmniej w jego własnych oczach, bowiem ta cała rozmowa prowadzona przez nich w kuchni nie jawiła mu się jako coś zbyt zrozumiałego. W dalszym ciągu nie wiedział, co zostało powiedziane a co było wyłącznie jego nie do końca trzeźwymi myślami. Świadomie wybierał nie drążenie tego tematu, nie chcąc usłyszeć żadnych pytań mogących popsuć im tę chwilę.
- Wiesz, czasami to nic złego. Móc sobie pozwolić na odpoczynek - skomentował, bezwiednie mrużąc oczy, na moment pogrążając się w znaczeniu wypowiedzianej myśli.
Tak. Przecież już tego kiedyś doświadczyli i to było... ...miłe. Powroty do domu, w którym można było poczuć się całkiem swobodnie. Do miejsca pełnego ciepła i bezpieczeństwa. Tam, gdzie rzeczywiście dało się odpocząć nawet od najgorszego gówna. Gnani tamtymi wspomnieniami, chyba z tego powodu byli tu teraz. Po to, aby przypomnieć sobie tamte czasy.
I to działało. Jakimś cudem działało. Przynajmniej teraz w tej chwili. Choć właściwie chyba nie miało prawa nie działać, bo oboje tego teraz pragnęli. Jutro? Jutro miało być futro.
Miękkie futerko opatulone wokół jego szyi. Z jakiegoś dziwnego powodu ponownie go to rozbawiło.
- A to nie tak, że co najmniej dwie z nich idą ze sobą w pakiecie? - Spytał od razu bez krzty powagi w głosie, jednocześnie potrząsając czupryną. - Nie, nie ma bata, bym dał ci być interaktywnym kołnierzem. Już lepiej, żebyś po prostu chodziła ze mną pod ramię - bo wtedy nie mogła mu się zgubić, nie?
Na tych Ścieżkach, na które nie mieli się razem wybrać. Na których nigdy wspólnie nie byli. O ironio, na które zabrał jej młodszego brata a nie ją, poprzysięgając sobie jednak, że nigdy się o tym nie zająknie. Jak dotąd całkiem nieźle mu to szło.
- Nie wiem. Nigdy cię tak nie nosiłem. Tak właściwie to nie pamiętam, żebyś zbyt wiele razy bywała przy mnie skunksem - rzucił po chwili namysłu, jednocześnie posyłając badawcze spojrzenie w stronę Yaxleyówny.
No, właśnie. Czemu tak właściwie od tego stroniła? Uważał to za całkiem przydatny talent. Z pewnością intrygujący. Coś, co chętnie by zobaczył, zdecydowanie pokuszając się o to, aby posadzić ją sobie na ramieniu czy pozwolić jej opleść mu się wokół szyi. Choćby po to, żeby zobaczyć jak to jest. Choćby dlatego, aby później móc to jakoś skomentować.
W tym momencie wydawało mu się, że nie zrobili całkiem wielu rzeczy, które mogli zrobić. Zawsze zostawiali coś na potem. A teraz? Czy to później naprawdę miało nie nadejść? Ta myśl była absurdalna. Nie chciał patrzeć na to w takich kategoriach, kolejny raz świadomie (tak, jasne) wybierając zatem prostsze rozwiązania.
Pozwalał sobie mówić o wszystkim w taki sposób, jakby rzeczywiście mogli wybrać się razem niedługo na Nokturn albo na Ścieżki. Zrobić te wszystkie mniej lub bardziej głupie rzeczy. Przetestować nowe rozwiązania, dopracować stare schematy, doprowadzić dom do porządku a ich samych do upragnionego spokoju, do powrotu dawnej idylli. Kolejnych dni na wrzosowisku.
Po to były te jeżyny. Sięgnął po nie bez namysłu, dając się porwać wspomnieniu dawnych chwil, gdy leżeli w podobny sposób pośród wrzosów a wszystko wydawało się łatwe i tak słodkie jak owoce dosłownie rozpadające mu się teraz w palcach. I mimo że nigdy wcześniej nie robił tego tak bardzo na oślep, zdecydowanie udało mu się nazbierać całkiem solidną garść owoców zanim...
...no właśnie. Życie kolejny raz o sobie przypomniało. Nawet w tym drobnym geście. Pod postacią dwóch puchnących kropek na jego skórze. Zmrużył oczy, kręcąc głową w wyrazie niedowierzania.
- Zdecydowanie nie brzmisz jak ktoś mający wszystko pod kontrolą - skomentował bez czepliwości, raczej jako stwierdzenie faktu, bowiem w istocie sama raczej nie brzmiała jak ktoś mający władzę nad czymkolwiek, co się teraz działo.
Nie zaniepokoił się... ...chyba. Chyba nie brzmiał jak ktoś zaniepokojony, przynajmniej tak mu się wydawało. Raczej jak ktoś znajdujący się w dokładnie takim stanie, który jej całkiem dosadnie opisał. Był napruty. Niemalże ululany, trochę zbyt mocno, żeby potrafić jasno zebrać myśli, za to zdecydowanie dostatecznie, aby nie przejmować się ewentualnym padnięciem tu trupem.
To byłaby dobra śmierć... ...chyba. Przynajmniej wyciągnąłby kopyta przy czymś, co mu odpowiadało. Przy butelce whisky i swojej kobiecie, która w tym momencie przeznaczała na niego niemal całą swoją uwagę. Niemalże całą, bo pilnowała też alkoholu. Całkiem słusznie. Bardzo logicznie.
- Od... ...kurwa... ...nie wiem - może powiedział to całkiem spokojnym tonem, ani trochę przy tym nie panikując, jednak jego słowa w żadnym razie nie były odkrywcze.
Chciał dać Geraldine właściwą odpowiedź. Tyle tylko, że za cholerę nie wiedział, jaką. Jedno i drugie było dokładnie tak samo prawdopodobne. Być może nie czuł się ani trochę inaczej niż jeszcze chwilę wcześniej, lecz wtedy leżał zaś teraz siedział, kołysząc się to w jedną, to w drugą stronę.
Marszczył oczy i mrużył brwi, nie odrywając wzroku od Geraldine. Ani nie mrugając, co chyba było błędem, bo jej sylwetka zaczęła mu się trochę rozmazywać. Uświadamiając sobie ten fakt, nadrobił to zbyt szybkim zamykaniem i otwieraniem oczu. Samemu nie wiedząc, czy to przez to zaczęło mu się nieco zbyt mocno zbierać na nudności, czy może znów chodziło o truciznę płynącą w jego żyłach.
Spróbował ponownie skupić myśli na Yaxleyównę, przypatrując się jej, gdy zrobiła ten dziwny ruch. Nie do końca rozumiał, po co, ale nie pytał. Tak samo jak nie kwestionował informacji o wypluwaniu jadu, choć w każdym innym wypadku pewnie rzuciłby jakiś zaczepny tekst w związku z tym. Zdecydowanie zbyt mocno zbiła go jednak z tropu swoim kolejnym jakże odkrywczym komentarzem.
- Srakennowy - wymamrotał w nagłym przypływie kąśliwości, mimo że jednocześnie było po nim widać, że w dalszym ciągu nie był w tak fatalnym nastroju, w jakim mógłby być, zważywszy na zostanie ukąszonym przez chuj wie jakiego węża.
No, właśnie. To, że coś go ugryzło (i wyjątkowo nie było to ani sumienie, ani Geraldine) było nie do zaprzeczenia. Nawet przy tych całych zawrotach głowy potrafił stwierdzić obecność dwóch niewielkich plamek na skórze - śladów wbitych kłów, ewidentnie nie za dużego stworzenia, bo rozstaw nie był zbyt szeroki. Pytanie tylko, o jakim typie węża mówili.
Być może nie pracował na oddziale zajmującym się urazami magizoologicznymi, ale będąc specjalistą od zatruć, aż za dobrze wiedział jak bardzo konieczne było dobre rozwiązanie. Tyle tylko, że w stanie, w jaki wprowadził się na własne życzenie (i wcale nie czuł się z tym źle) dosyć ciężko było mu skupić wzrok na krzewach jeżyn.
Abstrahując od tego, że rosły za jego plecami a on nie podjął próby, aby obrócić się w tamtym kierunku. Zdecydowanie bazując w tym momencie na osądzie prawdopodobnie równie pijanej Geraldine. Mimo to nawet nie pomyślał o tym w taki sposób, instynktownie posyłając Rinie pytające spojrzenie. W istocie będące bardziej świdrowaniem jej nim na wylot.
- Widzisz go tam? - Spytał zamiast doktoryzować się na temat czegoś, co już jej przecież kiedyś mówił, cholera.
A może powinien? Z jednej strony wydawało mu się, że nie było ku temu potrzeby. Zaś z drugiej w rzeczy samej odczuwał naglącą potrzebę zrobienia dziewczynie wykładu pod tytułem: dlaczego eliksir wiggenowy mnie wkurwiał, wkurwia i będzie wkurwiać do usranej śmierci, która może nadejść całkiem szybko zarówno dla mnie jak i dla ciebie, jeśli będziemy zagłębiać się w ten temat po raz kolejny.
Zamiast tego wbił spojrzenie w dłoń dziewczyny, zawieszając na niej bardzo długie, milczące spojrzenie zanim ścisnął jej rękę, czując jak dygoczą mu palce. Cały niekontrolowanie się zatrząsł, zaciskając usta zanim rozchylił wargi, mamrocząc cicho.
- Musisz... ...musisz mi powiedzieć... ...na boku. Tuż nad tętnicą udową - zaczerpnął powietrza, patrząc na dziewczynę rozszerzonymi oczami, w których dominowały teraz ciemne źrenice niemal pozbawione tęczówek. - Sprawdź jak to wygląda - jednocześnie nie przestawał ściskać jej dłoni, wręcz splatając ich palce.
To nie była łatwa sprawa. Pasek pozostawał zapięty a materiał spodni i wsunięta w nie koszula skutecznie zasłaniały fragment skóry o którym mówił. Ten tuż przy bliźnie postrzałowej. Doskonale wiedziała, który. Nie musiał jej mówić, zamiast tego mocno zaciskając usta i dalej dygocząc z tym razem już zaciśniętymi oczami.


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.01.2025

- Widzę, że wracamy do punktu wyjścia. - No, jasne, że musiał skorzystać z ich ulubionego argumentu, jakże mógłby sobie tego odmówić. Po raz kolejny przewróciła oczami, bo to było bardzo oczywiste, nic nie musiał. Często przecież to podkreślali. - Jak chcesz to jeszcze lepiej. - Przymus zawsze brzmiał dużo gorzej, niż chęci, czyż nie? Nie będzie musiała przejmować się tym, że go do czegoś zmusza. Wspaniale się składało.

Ogólnie nie spodziewała się, że to wyjście na zewnątrz będzie wyglądało w ten sposób. Nie po tej rozmowie, którą odbyli w kuchni, która należała raczej do tych mocno melancholijnych. Jak widać świeże powietrze i alkohol bardzo pomagały zmieniać nastawienie. Teraz było lekko, bardzo lekko, jakby te ostatnie kilka godzin wcale się nie wydarzyło. Nie pamiętała, kiedy właściwie czuła taką beztroskę jak teraz, leżąc na jego piersi i rozważając sytuacje, które nigdy miały sie nie wydarzyć.

- No co Ty, nawet jeśli to byłabym ja? Nie poradziłbyś sobie z dwoma? No coś Ty. - Podpuszczała go dalej, kto jak kto, ale akurat Roise potrafił sobie owinąć ją wokół palca, na pewno udałoby mu się ułożyć jakoś te dwie dżdżownice, tyle, że później z tych dwóch mogły się zrobić cztery... a z czterema mogłoby być dużo gorzej.

Ten dotyk, którym ją teraz obdarzał był zupełnie inny od tego, który dawali sobie wcześniej - przepełnionego pożądaniem i nienasyceniem. Przynosił spokój, ukojenie. Powodował, że wszystkie złe myśli gdzieś umykały, skupiała się więc tylko na tej chwilowej lekkości. Było zbyt przyjemnie, aby przejmowała się rzeczywistością, która kiedyś ich dosięgnie.

- No tak, nie da się zaprzeczyć. Gotowy na wszystko. - Cóż, Roise również wydawał się być w wyśmienitym humorze. Nie chciała negować tego, że jej zdaniem wcześniej zdecydowanie szukał najgorszego, nie widział żadnych pozytywów, ale szkoda jej było psuć ten krótki moment, gdy wszystko wydawało się być dobrze.

No właśnie, wydawało się, bo to była tylko krótka chwila, złudzenie? Otumanienie alkoholem i świeżym powietrze, sama nie do końca wiedziała co. Ogólnie trudno jej było nazywać to wszystko, co działo się między nimi. Nie do końca potrafiła się w tym odnaleźć, ale to aktualnie nie powinno być istotne. Postanowiła się cieszyć tym momentem, nic więcej. Skończyć z analizowaniem, sama przecież wspominała o tym, że to może wyjść im na dobre. Przesadne rozważania nie doprowadzały do niczego. Trzymała się tego, żeby po prostu pozwolić im popłynąć.

- Cieszy mnie to, że znowu się zgadzamy. - Nie, żeby uważała siebie za jakąś bardzo kreatywną, ale właściwie nigdy nie brakowało jej głupich pomysłów. Działa bardzo spontanicznie, co kończyło się różnie, ale dzięki temu jej życie nie było szare, raczej pełne kolorów, bardzo intensywnych.

- Skakanie samemu wśród wrzosów? Nadal uważam, że nie, to zupełnie bezsensowne. - Próbowała się nie roześmiać, ale ciągle przecież mieli na myśli konika polnego? Prawda? Trzymała się więc tej wersji i negowała sens jego istnienia.

Zastanawiała się, czy Roise będzie wiedział o tym, że podczas tej rozmowy w kuchni nie do końca panował nad tym, co mówi. Nie miała pojęcia, jak właściwie działał eliksir, który mu podała. Jej przewagą było to, że gdy pojawił się w Piaskownicy był już nieco wstawiony, więc może faktycznie nie zauważy, że ona maczała w tym swoje palce, tak byłoby najlepiej.

- Czasami tak, oczywiście, ale pasikoniki na pewno robią to bardzo często. - Nie widziała niczego złego w odetchnięciu od czasu do czasu. Pozwoleniu sobie na chwilę relaksu, tak jak chociażby teraz. Teraz było im tu dobrze, potrzebowali takiej chwili oderwania się od rzeczywistości, ale odpoczywanie zbyt często? Mogło rozleniwiać, a to wiązało się z traceniem uwagi, długotrwale nie mogli sobie przecież na to pozwolić. Miała tego świadomość, nie teraz, nie kiedy na świecie działo się tyle złego.

Wiedziała, że oni razem potrafili wyważyć balans, dobrze im było razem. Mogli od czasu do czasu zaszywać się z daleka od całego świata, zatracać się w sobie, a później wracać do tej szarości. To było dobre, dzięki temu znajdowali równowagę w tym wszystkim. Teraz? Cóż, teraz wszystko przechylało się w jednym kierunku, nie do końca najlepszym.

- Cóż, to prawda, to musi być pakiet. - Nie widziała innej możliwości. - Gdybym chodziła z Tobą pod ramię nie mógłbyś mnie chować, ale to dobrze, w sumie nie ma się chyba czego wstydzić, co nie? - Zawsze jej przecież powtarzał, że nie powinni być razem widziani, aby nikt nie wziął jej na swój cel przez ich powiązania, tym razem jednak opcja była zupełnie inna. Taka o jakiej mówiła od samego początku. Nie bała się tego, co może jej się stać przez to, że byli blisko. Uważała wręcz przeciwnie, że to mogło nieść ze sobą same plusy, dobrze, że zmienił zdanie - nawet jeśli to były tylko chwilowe mrzonki.

- Korzystam z tej umiejętności dosyć rzadko, kiedy nie mogę się gdzieś zmieścić jako człowiek. - Faktycznie nie zmieniała się w skunksa zbyt często, nie tylko przy nim. Wolała swoją ludzką wersję, bo wtedy czuła się silniejsza, jednak nie dało się zaprzeczyć, że czasem była do tego zmuszona, bo jako człowiek należała do tych większych. Nie wszędzie można było się wepchnąć pod ludzką postacią.

- To też można zmienić, skoro chciałbyś zapoznać się bliżej z moją skunksią wersją. - Kolejny punkt, który mogli dopisać do reszty rzeczy, które nigdy się nie miały wydarzyć. Bardzo łatwo im teraz przychodziło mówienie o przyszłości. Wynikało to pewnie z irracjonalności tej rozmowy, wszystko co mówili było bardzo oderwane od rzeczywistości.

- Może nie brzmię, ale czuję, że ją mam. - Tak, na pewno. Ona zawsze miała wszystko pod kontrolą, nawet jeśli nie miała? To wcale nie było takie trudne. Wrzucona w każde gówno potrafiła się w nim odnaleźć, może nie do końca odnaleźć, ale jakoś przetrwać i przeżyć? To chyba nie było najgorszym rozwiązaniem.

Tak, była nawalona, ale nie zamierzała pozowlić mu tutaj zejść przez ugryzienie jakiegoś byle pierwszego, lepszego węża. Zresztą z tego co pamiętała takie ugryzienia nie były szczególnie problematyczne. Roise był bardzo dużym chłopcem, więc taki mały wąż nie powinien zrobić mu jakiejś wielkiej krzywdy? Może to myślenie było bardzo pokrętne, ale chyba ją uspokajało.

- To chujowo, że nie wiesz, bo ja też nie wiem, więc jeśli nie wiemy razem, to chyba nie ma nam kto pomóc. - Sama czuła, że obraz jej się rozmywa, więc to może faktycznie był alkohol. Wolała wierzyć w tę wersję. - Też jestem napruta i trochę kręci mi się w głowie, to znaczy wszystko faluje, a mnie nic nie ugryzło, więc może to przez to? - Kiedy była pijana zaczynała mówić zdecydowanie szybciej, no i wyrzucać z siebie więcej słów, dokładając do tej jej walijski akcent, który się pojawiał w takich momentach - zaczynało być coraz bardziej zabawnie.

- Powinnam pamiętać o tym, że nie lubisz mojego ulubionego eliksiru, nadal się nic nie zmieniło? - Jakże mogłaby o tym zapomnieć. Ambroise był przeciwnikiem jedynej, słusznej metody leczenia, którą stosowała Yaxleyówna. Rozbawiło ją to strasznie, ale próbowała walczyć z uśmiechem, który pchał się jej na usta, bo przecież musiała być poważna. Miała zająć się ratowaniem go przed otruciem, nie powinno jej to bawić, niestety ciężko jej szło zachowanie powagi. Szczególnie, kiedy się tak słodko irytował, chociaż może irytacja była zbyt wielkim słowem. - Nie kąsaj tak, wystarczy, że jedno z nas zostało już ugryzione przez węża. -  Nie mogła się powstrzymać przed krótkim komentarzem.

- Czy go widzę? - Przeniosła wzrok ponownie na krzaki, które znajdowały się za nimi. - Nie, chyba sssssspierdolił. - Dodała uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Nie powinna być dumna z tego, że pozwoliła uciec jego oprawcy, ale cóż, jakoś tak wyszło? Była pijana, zajęta udzielaniem pierwszej pomocy, a do tego w między czasie chroniła ich butelkę z alkoholem, no kolejnej czynności nie mogła wziąć już na siebie, mimo, że to ona powinna być tą najbardziej naturalną.

- Co? - Palce mu zaczęły dygotać? Może powinna była podejść do tego poważniej? Najwyraźniej jad dopiero zaczął działać. Kurwa. Podeszła do tego zbyt lekkomyślnie, wpatrywała się w Roisa z szeroko otwartymi oczami, no i co teraz, co ona niby miała zrobić? Nie panikować, przede wszystkim, jasne, jasne, na pewno to będzie takie proste.

Nie wydało jej się to dziwne, że z ugryzienia na dłoni przeszedł do tętnicy udowej, no kurde, dygotał, musiała przecież udzielić mu pomocy. Nie postępowała zbyt logicznie. Nie pierwszy raz zresztą. To on był tutaj medykiem nie ona, nie zamierzała kwestionować tego, o czym mówił.

Musiała, mimo, że przecież nic nie musiała... Jasne, tętnica udowa. Ścisnęła mocniej jego dłoń, a drugą ręką zaczęła pozbywać się tych wszystkich ubrań, które przeszkadzały jej w obserwacji miejsca, o którym wspominał. Nie była przy tym delikatna, nie tym razem, nie było na to czasu, bo przecież jej tutaj odpływał. Musiała działać szybko! Bez zawahania więc sięgnęła do jego paska (robiła to już wiele razy, nie było to dla niej nic niekomfortoweg) i go rozpięła, później podniosła koszulę do góry, jednym płynnym ruchem, aby w końcu zacząć zsuwać mu spodnie, tak chodziło przecież o jego życie! Gdyby tylko wiedziała...




RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.01.2025

Tak. Po prostu nie mógł powstrzymać się przed powracaniem do ich stałych odzywek. Do tekstów, które zawsze przychodziły im łatwo, bo były poniekąd wpisane w ich wspólną rzeczywistość. Tak teraz jak zawsze. To się chyba nie zmieniło. Prawdę mówiąc, w tym momencie łatwo dało się zapomnieć o tym wszystkim, czego już nie było i nie mogło być. Przez chwilę nagle znów byli szczęśliwi.
- Otóż - zaczął, mrużąc przy tym oczy w wyrazie kompletnej dezaprobaty wobec tego, w jaki sposób to ujmowała. - Ja nie mówię, że bym sobie z tym nie poradził. Doskonale wiesz, że to nie byłoby dla mnie problemem, inaczej nie mówilibyśmy o pąklach - tak, powiedział to całkiem lekkim, płynnym tonem, ani przez chwilę nie zastanawiając się nad wydźwiękiem własnych słów; zresztą chodziło o efekt, prawda?
No i poniekąd nie kłamał. Pąkle ludzi takich jak ona czy on zwykły być bowiem miniaturowymi kopiami większych dżdżownic. Może nie dosłowną połówką rozpołowioną przy pomocy ostrego kamyka, ale czymś na ten kształt. Ba. Jeśli należało patrzeć na to pod tym kątem, wydając różnorodne opinie na temat rozpoławiania robaków, to do tych dwóch szamoczących się kawałków było bliżej...
...im dwojgu? Co znaczyło, że sam też był w takim razie kurwa dżdżownicą? Nawet nie stonogą, która miałaby talent do szybkiego przemieszczania się na swojej zajebiście dużej ilości nóżek, tylko właśnie tym robakiem, bo takiego wybrała Geraldine. Westchnął ciężko, kręcąc głową z pobłażliwością.
- Nie zdzierżyłbym tego. Nie, że nie dałbym sobie rady - poprawił dziewczynę w taki sposób, aby nie pozostawić jej ani grama wątpliwości.
Choć jednocześnie sam nie wątpił przy tym w to, że jeśli chciałaby się go jeszcze ponownie przyczepić to z pewnością znalazłaby kolejny powód do dziamdziania. Gdy usiłowała go podpuszczać, nie było zmiłuj. Zawsze potrafiła odnaleźć lukę w jego logice.
A kiedy stawiała to w ten sposób, Ambroise nie potrafił nie zareagować. Nie zwykł przecież odpuszczać tam, gdzie ktoś inny (szczególnie ona, zwłaszcza ona) usiłował wmówić mu, że nie istniał cień szansy na powodzenie. Bowiem wbrew słowom wypowiadanym przez Rinę, ton głosu dziewczyny świadczył o tym, że usiłowała mu rzucać wyzwanie. Wkręcała go, aby wreszcie przyznał coś, czego wcale nie zamierzał zrobić. A on?
On był pijany. Bardziej niż to sobie założył, gdy wychodził wtedy z domu, niemalże trzaskając drzwiami. Bardziej niż w ostatnich miesiącach, choć za ostatnim razem, gdy tu był (tyle tylko, że samotnie) pierwszą rzeczą, jaką uczynił po powrocie do domu. Było zawalenie się w trupa. Jednakże wbrew pozorom, teraz nie był tego bliski. Był pijany, ululany, ale nie nawalony w ten sposób, który miałby go wkrótce doprowadzić do całkowitej odcinki.
Przeciwnie - czuł się wypełniony jakąś dziwną energią. Nie, nie dziwną, bo przecież czuł ją nie raz i nie dwa. Tyle tylko, że nie było mu to dane od bardzo dawna. Tak dawna, że teraz po prostu pozwalał sobie na płynięcie z prądem. Robienie i mówienie tych wszystkich rzeczy, przed którymi jeszcze moment wcześniej miałby opory.
To nic nie zmieniało. Niczego nie ułatwiało, bo nie mogło. Ale też nie komplikowało. Już nie. W tej chwili wszystko było takie proste. Zupełnie tak, jakby nieświadomie udało im się odnaleźć portal prowadzący ich do jednej z zamierzchłych chwil. Do wtedy, kiedy było jeszcze o co walczyć, choć jednocześnie wcale nie trzeba było tego robić.
Świat nigdy nie był prosty. Życie nigdy ich nie oszczędzało, ale przecież nie zawsze rzucało im płonące kłody pod nogi. Zresztą nawet wtedy byli w stanie jakoś sobie z tym poradzić. Lepiej bądź gorzej, jednak za każdym razem, gdy tylko wspólnie podejmowali tę próbę.
Zatracili to już dawno temu. Wiele miesięcy idących (a właściwie to zapierdalających) już dosłownie w lata. A jednak w tym momencie wydawało mu się, że cokolwiek takiego się stało, nagle jednak ponownie potrafili ze sobą rozmawiać. Snuć plany. Dalekie i bliskie, tak naprawdę wszystkie, które tylko ślina przyniosła im na język. Leżeć tuż obok siebie i tak po prostu patrzeć na świat w lepszych barwach. Pozytywniej. Ostatnio nie bywał pozytywny.
- A żebyś wiedziała - skwitował bezczelnie, unosząc przy tym brwi i choć tego nie widziała, wciąż robiąc przy tym tą cholernie pewną siebie minę.
Tak, ponownie się ze sobą zgadzali. Tym razem nie wyczuł ironii w jej słowach. Ani przy pierwszym razie, gdy mówili o nim. Ani przy słowach traktujących o jej własnej kreatywności. Już to wielokrotnie ustalali, prawda? Miał ją za naprawdę kreatywną kobietę. Dosłownie na każdej płaszczyźnie życia, jakiej się dotykała. Nie szło czuć przy niej rutyny czy nudy. Zawsze coś się zmieniało. W tym momencie starał się pamiętać tylko o tej części na lepsze.
Co w tym miejscu nie było takie trudne. Być może wychodził tu wkurwiony, ale wspólnie mieli z tym wrzosowiskiem naprawdę dobre wspomnienia.
- Fakt. Dużo lepiej skacze się z kimś - odpowiedział tak gładko, jakby w dalszym ciągu rozmawiali o pasikonikach czy konikach polnych a nie o czymś, co w istocie sugerował jej tymi słowami.
Tak naprawdę chuja wiedział na temat łąkowych robaków i sensu ich istnienia. Geraldine z dużym prawdopodobieństwem miała całkowitą rację, cisnąc po tych miniaturowych stworzonkach a on był w stanie jej to przyznać. Może nie na głos, ale we własnej głowie już tak.
We własnej głowie miał całkiem sporo myśli na tematy, na które zazwyczaj milczał. Tego dnia dając im opuszczać jego usta bardziej intensywnie niż zazwyczaj, idąc za ciosem nawet wtedy, kiedy nie do końca był tego świadomy. Mówiąc o rzeczach, o których powinien i nie powinien mówić. Tworząc scenariusze i plany, które nie miały się ziścić.
- Nigdy nie było się czego wstydzić. Dziewczyno, czy ty się widziałaś w lustrze? - Odparował od razu, cmokając trzykrotnie na to, co powiedziała.
Bo on ją widział i bez lustra. Patrzył na nią bardzo często, nawet właśnie w tej chwili. Ostatnimi czasy raczej ponownie głównie kątem oka, choć też nie zawsze. Czasami robił to otwarcie, ciskając w nią gromami z oczu albo łypiąc posępnie, ale w gruncie rzeczy w dalszym ciągu był gotów bronić swojej aktualnej reakcji. Nawet, jeśli doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to nie dokładnie to miała na myśli.
- Natomiast tu jest pies pogrzebany. Jak mam cię chować, skoro nie mogę tego robić, gdy jesteś... ...no, taka - machnął ręką w powietrzu, zataczając nią koło i na moment niezbyt rozważnie opierając butelkę na kolanie. - Ścieżki to miejsce, w którym... ...to nie kwestia wstydu, nie? Gdyby mi cię ukradli, to przez te twoje dziamdzianie pewnie by mi cię zaraz oddali - o ironio, jak łatwo było teraz żartować z czegoś, za czym w normalnych trudnych okolicznościach kryło się znacznie więcej skomplikowanych obaw. - Ale przez ciebie i to jak wyglądasz... ...a wyglądasz... ...wiesz jak wyglądasz... ...masz lustro... ...bylibyśmy cholernie widoczni - zakończył, ignorując własny płaczący się język i te chwilowe zbaczanie z głównego wątku.
W rzeczywistości to byłoby zarazem równie trudne, co wręcz banalnie proste. Przynajmniej, gdy mówili o tym w taki a nie inny sposób. W tej chwili mogłoby się wydawać, że robiąc plany, które nie miały wypalić, odnajdywali pewien zatarty wspólny język. Mówili o rzeczach, które dotyczyły nawet tych drażliwych tematów, robiąc to w tak lekki sposób, że momentalnie odbierali im całą powagę.
Alkohol i wspólne towarzystwo. Jej policzek na jego piersi, jego dłoń oparta na jej ciele. Wszystko było prostsze, gdy było się pijanym właśnie w ten sposób.
- Do kieszonki - nie wiedzieć, czemu wydawało mu się to teraz całkiem zabawne. - Albo raczej do kaptura. Kiedyś spróbuję cię zmieścić w kapturze. Teraz wolę zostać przy zapoznawaniu się z twoją normalną wersją - nie to, żeby skunks nie był normalny.
Bo był. Ambroise stosunkowo szybko dowiedział się o tym talencie, jaki miała, więc nie miał żadnego problemu z przyjmowaniem takiego a nie innego stanu rzeczy za bardzo normalny. Wręcz nie wyobrażał sobie swojej dziewczyny bez tego małego, futrzastego dodatku. Nawet, jeśli widział go wyłącznie kilka razy w życiu.
Choć przynajmniej ją widział.
Węża nie.
Ten cholerny wąż wypełzł na niego z zaskoczenia.
- I ty mi mówisz, że masz kontrolę? - Powtórzył po niej tamte słowa, całkiem celowo nadając im bardziej paniczne brzmienie niż powinno pojawić się w takiej sytuacji, bowiem w jego głowie klarował się już pewien plan.
Niezbyt ostrożny tak jak nieostrożne i pochopne było jego sięganie na oślep po jeżyny. A jednak w gruncie rzeczy (a w jeżynach węże) nie wydawało mu się, żeby to ugryzienie było zbyt niebezpieczne. Był dużym chłopcem. Niewiele trucizn (jak i eliksirów w zwykłych dawkach) miało na niego jakieś wyjątkowo mocne i błyskawiczne działanie.
- Nie wiem, Rina, nie wiem czy to alkohol. To może być niebezpieczne, jeśli nie zajmiemy się tym szybko - powiedział z udawanym znużeniem, próbując zachować powagę, co było dla niego ogromnym wyzwaniem.
A potem już nim nie było. Nie, gdy tak lekkim tonem głosu ni stąd, ni zowąd zaproponowała mu ten cholerny eliksir wiggenowy? Co miało być następne? Episkey rzucone z myślą o zasklepianiu nim ran, bo przecież było podstawowym zaklęciem medycznym. Wywrócił oczami, unosząc wzrok w kierunku nieba. Bardzo znacząco. Bardzo...
...kąśliwie.
- Nigdy nic się nie zmieni. Gdy tylko wrócimy do naszego domu, wypierdolę stamtąd wszystkie zapasy tego dziadostwa - żeby jej nie kusiło, tak?
W ich domu nie musieli mieć takich rzeczy. Nie, skoro mieli zdecydowanie dostatecznie dużo innych środków medycznych. Czegoś, co nawet bez zażycia, wyłącznie po spojrzeniu na buteleczkę działało lepiej niż jego ulubiony eliksir. Poza tym, jak śmiała tak bezczelnie się z niego naigrywać?
Słysząc jej słowa, stłumił jednak parsknięcie czy komentarz o tym, by uważała, żeby to on jej nie pokąsał czy to, że chyba już powinna zacząć rozważać sssspierdalanie za tym wężem. Nie, miał coś znacznie lepszego. Dużo, dużo lepszego. Skoro tak stawiała sprawę, karty zostały rozdane a rozgrywka właśnie się zaczęła.
- Gówno - tak, to cisnęło mu się na usta, które mimo wszystko spróbował zacisnąć w wąską linię, jednocześnie chybocząc się w tym coraz mniej siadzie a bardziej już półsiadzie.
Nie spodziewał się, że dziewczyna tak łatwo da mu się wkręcić. W tym momencie cieszyło go nikłe pojęcie Geraldine na temat pomocy medycznej. Mimo że starał się wyglądać na osłabionego, kołyszącego się nie od alkoholu a od jadu, który jakimś cudem magicznie teleportował się z jego dłoni w okolice tętnicy udowej... ...jak?... ...no cóż... ...nie zadała mu tego pytania, więc nie musiał na nie odpowiadać. W środku dygotał od tłumionego śmiechu, podczas gdy na zewnątrz raz za razem wydawał z siebie może nieco zbyt przesadne sapnięcie, jednocześnie wcale nie musząc udawać, że się trzęsie. Próby powstrzymania rechotu same w sobie zapewniały mu dostatecznie dramatyczną otoczkę.
Siedział dygocząc ze śmiechu, gdy patrzył na swoją ukochaną, która z niepewnością spoglądała to na niego, to na jego ubrania. W dosłownie jednym momencie zaczynając je z niego ściągać. Rozpinać mu pasek, niemal wydzierać koszulę ze spodni. Nie była przy tym zbyt delikatna, ale nijak nie chciał dać jej tego do zrozumienia. Wręcz w dalszym ciągu brnął w tą całą otoczkę, coraz słabiej ściskając jej dłoń, jakby opadał z sił.
W momencie, gdy poczuł, że jego żart osiąga szczyt, nagle opadł na plecy, niemalże ciągnąc ją za sobą. Ich dłonie wciąż były splecione, więc nie miałby najmniejszego problemu z tym, aby przyciągnąć do siebie Geraldine, momentalnie rezygnując z całej tej słabości, która rzekomo zaczęła trawić jego ciało. A jednak tego nie zrobił. Sam osunął się na plecy, przymykając oczy i skupiając się na unoszeniu i opuszczaniu klatki piersiowej.
- Rina, ja... ...ty - zaczął cichym, chrapliwym głosem, pozwalając jego ciałem wstrząsnął tłumiony śmiech.
Uniósł wolną rękę, próbując dać jej znać, żeby zbliżyła się ku niemu.


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.01.2025

Przyszło im całkiem naturalnie odnalezienie się w tej chwilowej sielance. Kiedyś mieli to na co dzień, ich życie nie zawsze było kolorowo, ale nie brakowało w nim podobnych momentów do tego - całkiem beztroskiego i przyjemnego. Tak było zdecydowanie prościej, nie musieli zastanawiać się nad tym, co mogło albo nie mogło przynieść jutro, szkoda było nie wykorzystać okazji, która się nadarzyła. Właściwie to niczego nie wykorzystywali sami wprowadzili się w taki nastrój.

- Chętnie bym to sprawdziła. Szkoda, że nie potrafię się jeszcze rozdwajać. - To na pewno mogło być ciekawym doświadczeniem, chociaż zdecydowanie wolałaby, aby druga ona nie znajdowała się zbyt blisko. Tak właściwie to czy mogłaby być zazdrosna o samą siebie? Pewnie tak, znając Yaxleyównę byłoby to możliwe.

- Czy pąkle nie żyją w morzu? Dżdżownice też mają pąkle? - Chyba nieco nie ogarniała tematu tych robaków, wstyd, ale trzeba było jej to wybaczyć, bo zdecydowanie specjalizowała się w tych większych zwięrzętach, a do tego magicznych. Nie w jakiś tam dżdżownicach.

- Jasne, jasne. To po prostu brzmi lepiej, chyba i ty i ja zdajemy sobie sprawę z tego, że gdybyś znalazł się w towarzystwie dwóch takich jak ja, ba, gdybyś chciał się nimi opiekować - bo przecież nie musiał, to juz ustalili, że on niczego nie musiał - to prędzej, czy później byś ochujał. - Jedna to czasem było zbyt wiele, a co dopiero dwie. No na pewno nie byłby w stanie ich dopilnować równocześnie, nie było na to żadnych szans. Uśmiechnęła się przy tym szeroko, bo trochę była z tego powodu dumna, jakby jeszcze było z czego, ale cóż, nie da się ukryć, że Yaxleyówna uważała swój chaos za coś wspaniałego, przynajmniej w tej chwili, bo przecież zdarzały się momenty, kiedy samej zainteresowanej to przeszkadzało.

Tak, to poniekąd było rzuceniem wyzwania. Geraldine lubiła to robić, i uwielbiała też udowadniać innym, że nie są w stanie jej podołać. To nie było niczym nowym, taki już miała charakter, Ambroise nie był w tym wyjątkiem, wręcz przeciwnie. Wiedziała, że on również jest kurewsko uparty, co czyniło go zdecydowanie silniejszym przeciwnikiem, a zatem wygrana z nim smakowała zdecydowanie najlepiej z wszystkich możliwych.

Yaxleyówna też nieco się spiła, a alkohol potęgował u niej chęć rywalizacji. Należała do tego grona osób, które zawsze pierwsze reagowały na rzucenie w ich stronę słów typu JA TEGO NIE ZROBIE, TO CZEKAJ POTRZYMAJ MI PIWO. Nie było to może szczególnie chlubnym zachowaniem, ale tak już miała, nie dążyła za bardzo do tego, aby to zmienić.

Zresztą przecież tylko sie przekomarzali, to nie było nic wielkiego. Łapali się za słówka podczas tej całkiem przyjemnej rozmowy. Nic wyjątkowego, kiedyś często komunikowali się ze sobą w ten sposób, tak już mieli. Lubiła to, zresztą bardzo jej brakowało jego towarzystwa. Teraz poczuła się trochę tak, jakby tego jednak nie stracili, może nadal to w sobie mieli? Inaczej przecież nie przychodziłoby im to tak lekko, to siedziało w nich ciągle, zresztą jak wszystko inne. Nie dało się walczyć z tym, w jaki sposób na siebie patrzyli i co do siebie czuli. Tej więzi nie dało się zniszczyć, w końcu istaniała nawet po tym półtora roku przerwy, która się między nimi pojawiła.

Opory zostały gdzieś za drzwiami domu, kiedy opuścili go w pośpiechu, zdecydowanie już ich nie mieli. Zresztą Geraldine od samego początku chyba niczym się nie przejmowała, Roise w końcu do niej dołączył, co powodowało, że wreszcie znajdowali się po jednej stronie. Nie walczyli teraz ze sobą, tylko razem snuli te dziwne wizje, wypełnieni pozytywną energią. Tak było im najlepiej, kiedy patrzyli w jedną stronę, to było dużo prostsze, niż walka między sobą, której raczej nikt miał nie wygrać.

- Wiem, bardzo dobrze wiem. - W końcu nie znali się od dzisiaj, nie miała problemu z tym, aby przyznać mu rację, czy powiedzieć coś miłego, bo to chyba było całkiem miłe? Ambroise z lekkością potrafił odnaleźć się w każdej sytuacji, przewidywał wszystkie możliwe zagrożenia, co na pewno było zaletą, bo miał plan na wszystko, w przeciwieństwie do niej, która raczej po prostu wpadała, robiła zamieszanie z nadzieją, że jakoś to będzie.

- Czy to jakaś propozycja? Jakbym została konikiem polnym to mam się odezwać? - Tak, ciągle wspominała o tych stworzeniach, chociaż wiedziała, że już dawno przestały być one tematem ich rozmowy, jakoś tak było prościej? Nie mówić konkretnie o tym, co miał na myśli, chociaż się tego domyśliła.

- Nom, czasem muszę na siebie spojrzeć, ale nie robię tego zbyt często. - Szczególnie ostatnio, bo zdawała sobie sprawę, że zdarzało jej się wyglądać lepiej. Mimo tego, że lato mieli za soba, i spędziła sporo czasu na zewnątrz to jej skóra zrobiła się nieco blada, nie odpuszczały jej też cienie pod oczami, bo była zwyczajnie zmęczona tym wszystkim, co działo się w jej życiu.

- Taka? To miał być komplement, czy raczej nie? - Próbowała to wyczuć, ale średnio jej to wychodziło, bo niby jaka? TAKA? To nic, że przed chwilą zapytał ją o to, czy widziała się w lustrze, co raczej powinno ją skłonić do tego, żeby wzięła to za komplement, musiała zapytać wprost.

- Pogrążasz się Roise, na pewno by mnie nie oddali, jeszcze zrobiliby mnie swoją królową... - Wydawała się być bardzo pewna takiego obrotu spraw. Jakże ktoś mógłby chcieć ją oddać, gdyby poznał jej wszystkie zalety? No hejj, zrobiliby wszystko, aby ją przy sobie zatrzymać.

- No nie da się ukryć, że jestem bardzo widoczna, z racji na mój nietypowy wzrost, ale już przestałam się tym przejmować. - Miała świadomość, że zwracała na siebie uwagę, no trudno było nie zwracać na siebie uwagi, gdy było się wyższym od sporej części mężczyzn. O to mu chodziło? Chyba tak, no wyglądała, jak wyglądała przecież akurat na to nie miała najmniejszego wpływu.

Nigdy jak dotąd nie mówił w ogóle o możliwości zabrania jej ze sobą na Nokturn. Nie chciał tego robić, starała się ro rozumieć, mimo, że przecież sama też tam bywała. Nie wydawało jej się, aby wiele zmieniło to, gdyby zaczęli pojawiać się tam razem. Teraz jednak sugerował jej, że po prostu bał się, że ktoś może mu ją ukraść, no to był naprawdę poważny argument, z którym trudno było dyskutować. Jasne, powinna go uświadomić, że przecież ciężko byłoby ją ukraść, no bo była duża, nie dałoby się tego zrobić dyskretnie.

- Kiedyś to przetestujemy, teraz już nie ma innego wyjścia, musimy to sprawdzić. - Skoro tak ochoczo o tym dyskutowali, to nie było innego wyjścia. Wypadałoby sprawdzić, czy to faktycznie zadziała. - Przy zapoznawaniu się? Przecież my się znamy, jak nikt inny Roise. - Przynajmniej tak się jej wydawało, no nie, była tego pewna. Znali się przecież, to niby co to miało być za zapoznawanie się pod taką postacią.

Doszukiwała się w tym logiki, ale szło jej to trudno, bo była pijana. Nie myślała już jasno. Zresztą bardzo szybko powinna wytrzeźwieć, skoro ugryzł go wąż, ale nawet to jej nie pomogło. Stres nie działał, a powinien, coś się popsuło?

- Nie będziesz mi mówił, co mam, a czego nie mam, chyba ja sama wiem najlepiej! - Jego słowa nie pomagały, widać było po niej, że zaczęła panikować, a to nie mogło przynieść niczego dobrego. Bała się, że nie będzie w stanie mu pomóc, chociaż, czy faktycznie miała ku temu powód? No nie, zdecydowanie nie, bo to nie mogła być przecież jakaś kobra, czy inna czarna mamba. Byli w Wielkiej Brytanii, a tu nie było zbyt wielu gatunków jadowitych węży.

Ambroise niestety tylko potwierdzał te jej nieuzasadnione obawy, przez co coraz bardziej zaczęła się denerwować, bo co jeśli faktycznie nie zdąży, jeśli on zejdzie na jej warcie? To by było bardzo słabe, nie mogła do tego dopuścić.

Nie wspomniała o Episkey, bo nie czuła się na siłach, aby rzucać jakiekolwiek zaklęcie medyczne, nigdy nie doszła do tego etapu, gdyby tak było to pewnie wyciągała by tę opcję zaraz po wiggenowym, aktualnie więc pozostawała jej ta jedna możliwość. - Cóż, wtedy nigdy więcej nie będę mogła Ci pomóc. - Odparła, jakby faktycznie mieli mieć jakąś przyszłość, chociaż przecież nie powinna. Po tej rozmowie, którą odbywali jednak czuła, jakby faktycznie czekały na nich kolejne możliwości, bo przecież mieli wspólne plany. Tak, tylko, żeby je spełnić Roise musiał przeżyć ten atak węża.

Spanikowała, w takich sytuacjach nie myślała racjonalnie, szczególnie jeśli chodziło o medycynę na której znała się praktycznie wcale. Cóż, bardzo łatwo było ją wkręcić, nabrałaby się chyba na wszystko, co by jej powiedział i zasugerował, bo bardzo, ale to bardzo chciała mu pomóc, a on to okropnie wykorzystywał. Dupek.

Nie zauważyła tego, że dygotał ze śmiechu, nie, wydawało jej się, że naprawdę jest to spowodowane tym ugryzieniem... Jakże nawina była. Zaczęła go rozbierać, tak, bo przecież kazał jej to zrobić - to go posłuchała. Bardzo bystre posunięcie.

W końcu nagle padł na ziemię, źrenice jej się rozszerzyły, bo pierwsze o czym pomyślała to to, że faktycznie nie zdążyła, tyle, że po chwili do jej uszu dotarł jego tłumiony śmiech. Nie, nie zagrał z nią w ten sposób? To nie było możliwe, prawda?

- Nie, Łajzo, nie zrobiłeś tego! - Dotarło do niej, że ją podpuścił. Nosz kurwa mać. Naprawdę to zrobił. Co za idiota, albo ona była idiotką, że w to uwierzyła.

Nachyliła się w końcu nad nim, skoro ją do tego zachęcał, oczy jej błyszczały, nie wiedziała, czy jest na niego wkurwiona, czy bawił ją ten żart. - Zabiję Cię za to na ament. - Rzuciła jeszcze cicho, a przy okazji oparła wolną rękę na jego klatce piersiowej.




RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.01.2025

- Mhm. Wielka szkoda. Popracuj nad tymi niedociągnięciami, bo są wręcz żenujące - naprawdę starał się utrzymać neutralny, całkiem poważny ton głosu, tym bardziej, że nie mógł zbyt energicznie kiwnąć głową nie uderzając nią o ziemię.
Jasne, tak, oczywiście. To było nie do pomyślenia, aby kobieta w jej wieku, szczególnie będąca tak uparta i zawzięta w zaznaczaniu swojej obecności w życiach wszystkich ludzi dookoła siebie nie potrafiła się jeszcze rozdwajać. No, po prostu żenada, bo on w jej wieku miał już za sobą co najmniej cztery próby przepołowienia (z tym, że wymierzone przez kogoś w niego, nie do końca na jego własne życzenie, ale to były tylko szczegóły, nie? tylko szczegóły).
Co prawda, być może wcale nie musiała tego robić w ten dosłowny sposób, o którym mówili. Nie potrzebowała dawać się wsadzić w jedną z tych gigantycznych skrzyń jak na pokazach w obwoźnym karnawale czy w cyrku Bellów. Wystarczyło, aby załatwiła sobie to mityczne cacko zwane zmieniaczem czasu...
...choć w jej rękach mogłoby być zwane czymś bardziej w stylu czasorozpierdalacza albo po prostu narzędzia do ochujowywania ludzi. Szczególnie jego, bo on przecież zwykł z nią spędzać naprawdę dużo czasu.
W tym momencie nie myślał o tym, że już tego nie robiła, że od miesięcy coraz mocniej liczonych w latach nie bywali już ludźmi, którzy przeznaczali sobie większość czasu wolnego. Wbrew temu, co się wczoraj stało, nie wracali już razem do domu. Nie mieli wspólnych spraw. Nie łączyły ich poranki w kuchni, wieczory w salonie, obiady na mieście i spacery po wrzosowiskach. Jedynym, co ich obecnie łączyło byli znajomi, z którymi jednak też nie spotykali się już razem.
No, może poza nielicznymi okolicznościami, kiedy to rzeczywiście wypadało, aby znaleźli się w jednym pomieszczeniu. Robiąc dobrą minę do złej gry, choć nie do końca byli w stanie powstrzymywać się na dłuższą metę przed ciskaniem ku sobie gromów rzucanych oczami.
Sam nie do końca wiedział, co było bardziej absurdalne. To, co robili podczas urodzin Fabiana w marcu tego roku. Cała ta jawna-niejawna niechęć wraz z przesadnie kulturalnym zachowaniem i dystansem przepełnionym chłodem. Ich neutralny sojusz (chyba już martwy; cóż nie zajęło im to zbyt długo) nawiązany wczorajszego wieczoru podczas rozmowy na ganku.
A może to, co robili w tej chwili. Tak łatwo, gładko i nieprzemyślanie powracając do tamtych lat. W gestach i w słowach. W planach, czczym rzucaniu odniesień do nieistniejącej przyszłości i do zamierzchłej przeszłości. W kompletnym braku baczenia na to, co będzie później, bo teraz znakomicie bawili się w swoim wzajemnym towarzystwie.
- Dżdżownice też żyją w morzu? - Nic więc dziwnego, że poszedł za ciosem, pytaniem odbijając pytanie. - Myślałem, że tylko pąkle - no cóż, to ona była tu niezaprzeczalnym ekspertem w zakresie fauny, więc jeśli łączyła dżdżownice i pąkle, umieszczając je w obu tych środowiskach...
...to chyba był w stanie uwierzyć jej na słowo, że oba te rodzaje... ...zwierząt?... ...stworzeń?... ...robaków?... ...oba rodzaje tego czegoś, czym były żyły zarówno w środowisku wodnym, jak i lądowym. Były jak kraby czy żaby? I po prostu same decydowały o tym, gdzie chciały obecnie bytować.
Poniekąd w dalszym ciągu zupełnie tak jak Geraldine, która swego czasu całkiem samowolnie uwiła sobie gniazdko w jego głowie i drugie wewnątrz piersi, pozostając tam na długie lata. I w dalszym ciągu mając tam swoje miejsce. Nieważne jak bardzo starał się, aby tak nie było, bo to nie powinno w ogóle wchodzić w grę. Już nie. Ona i tak się tam pchała a on...
...chyba już doszczętnie ochujał, bo jej na to teraz pozwalał. Sam zabrał ją ze sobą na zewnątrz. Wyciągnął ku niej dłoń zamiast wyjść w pośpiechu. Zdecydował się nie tylko nie być tu sam, lecz także gestem dać jej do zrozumienia, że cokolwiek się między nimi działo (lub nie działo) wciąż mogła się do niego przytulić. Mogli tu razem leżeć, pijąc alkohol i na chwilę zapominając o bolesnej rzeczywistości.
Jeśli to nie było ochujanie to prawdopodobnie nie mógł z nią ochujać. Nawet, jeśli nagle by się rozdwoiła. Nawet musząc opiekować się dwiema równie upierdliwymi Yaxleyównami.
- Usrałbym się - dobrze, że nie zesrał - a nie ochujał. To ty byś miała ze mną podwójnie przejebane - oznajmił usiłując zachować pełną powagę, mrużąc przy tym oczy i bardzo nieznacznie kręcąc głową.
Bez wątpienia oboje byli wyjątkowo uparci. Cholernie wytrwali w swoich postanowieniach. Nie mógł powiedzieć, że chciałby zobaczyć jak próbowałaby go doprowadzić do ochujania, ale...
...nie ochujałby. Jednak doszedł do tego wniosku. Nie dałby jej tej satysfakcji.
- Jakbyś została konikiem polnym - zaczął bardzo poważnie - to nie próbuj do mnie pisać - chyba nie musiał mówić, dlaczego, prawda? w przeciwieństwie do dżdżownic, koniki polne miały bowiem miniaturowe łapki (nawet całkiem wiele miniaturowych łapek, choć nie pamiętał, ile dokładnie) ale raczej nie były w stanie utrzymać pióra i mogły przypadkiem utopić się w kałamarzu.
- Po prostu wskocz kiedyś na kawę i zobaczymy, co z tego wyniknie - stwierdził gładko, brnąc w tę narrację, mimo tego, że chyba oboje doskonale wiedzieli, że nie to miał na myśli mówiąc o wspólnym skakaniu między wrzosami.
Podjął jednak co najmniej dwie próby złożenia tej całkiem wymownej propozycji (przynajmniej jak na jego pijaną jaźń) i w obu przypadkach Geraldine zgrabnie przeskoczyła z powrotem w temat robali, więc Ambroise ostatecznie skwitował to machnięciem ręki. Prawie wylewając przy tym alkohol, co w tym momencie zabolałoby bardziej niż to odrzucenie.
Tym bardziej, że mimo wszystko jakoś nie potrafił się na nią gniewać. Nie w tej chwili, gdy było między nimi tak dobrze. Błogo i całkiem zabawne, szczególnie jak na okoliczności, przez które znaleźli się w Whitby.
- No - słysząc tę specyficzną nutę w tonie głosu Riny, najzwyczajniej w świecie nie był w stanie sobie tego darować; ani myślał dawać jej teraz jasną odpowiedź - taka - kląsnął językiem o podniebienie. - Poza tym nie wiedziałem, że aspirujesz do bycia królową degeneratów i żebraków - stwierdził bez mrugnięcia okiem, bo jakoś nie wydawało mu się to specjalnie prawdopodobne, żeby jego ukochana przez ten cały czas postanowiła wykształcić w sobie przemożne pragnienie stworzenia sobie nowej struktury w poświatku, na której czele mogłaby stanąć.
Być może doskonale wiedział, że z dawien dawna kręciła nie do końca legalne interesy. Równie dobrze, co ona zdawała sobie sprawę z jego wkładu w czarny rynek (nawet jeśli dużo przed nią zatajał, nie chcąc jej mieszać w swoje ciemne sprawki). Natomiast jakoś powątpiewał w to, aby mogła zostać Królową Nokturnu albo tym bardziej Panią Ścieżek.
- Wygląda na to, że musisz częściej spoglądać w lustro - dodał, kolejny raz nie zająkując się w temacie głębszych wyjaśnień tego, co miał przy tym na myśli.
Tak, może tego nie powiedział, ale całkowicie bezczelnie i świadomie używał w stosunku do niej tego mitycznego domyśl się, czerpiąc z tego tak dużą satysfakcję, że przez ten jeden krótki moment był w stanie rozważyć, czy kobiety nie robiły tego w imię podobnego zamysłu. Wyłącznie po to, aby z rozbawieniem spoglądać jak towarzystwo usiłuje stwierdzić czy ich słowa są komplementem, czy w istocie obelgą.
- Twój nietypowy wzrost? - A jednak kolejne słowa Riny wywołały u niego zmrużenie oczu i coś na kształt zagubienia; więc chyba mieli rewanż? - Za chuja nie wiem, czym miałabyś się tutaj przejmować - stwierdził bez zawahania, jednocześnie poruszając nosem w wyrazie skonfundowania. - Jesteś bardzo widoczna, nie da się tego ukryć, okay, ale nie to miałem na myśli - miał nikłe wrażenie, że tymi prostymi słowami wyłącznie się pogrążał, bo wobec tego niemal nie było szansy, żeby nie spytała go o to, co w istocie miał na myśli.
Toteż z tego (jednakowoż nie tylko z tego) powodu postanowił ją w tym ubiec, przekierowując temat na zupełnie inne tory. Tak, aby nie musiał tłumaczyć się ze swojej logiki. Teraz bardziej pokrętnej niż kiedykolwiek, co nietrzeźwej.
- Przypominam, że nic - zaczął, nawet nie starając się skończyć tego osławionego zdania, samym tonem głosu dając jej już do zrozumienia to, co zamierzał powiedzieć.
Zamiast tego wyłącznie wzruszył ramionami, poprawiając się trochę, bo przygniatany wrzos zaczął łaskotać to w kark. Moment później teatralnie westchnął, unosząc wzrok w kierunku nieboskłonu i niemal wywracając oczami.
- Zapoznawaniu się, Rina, zapoznawaniu się w tym sabatowym sensie - uściślił, nawet jeśli nie było ku temu potrzeby, bo doskonale wiedział, że tylko udawała niewiniątko. - Choć raczej nie czekając do Beltane, bo Beltane - kolejny raz zmrużył oczy, po drodze na moment gubiąc wątek - Beltane jest cholernie późno a ja chcę cię poznać teraz. To wszystko, co się zmieniło, bo... ...wiele się zmieniło, nie? - I nawet, jeśli teraz rozmawiali o tym w tak lekkim tonie, sama ta myśl mogłaby być całkiem przytłaczająca.
Zmienili się. Nie byli już fizycznie dokładnie tymi samymi ludźmi. Mieli okazję się o tym przekonać, znajdując się tuż obok siebie tamtego poranka i popołudnia, ale chyba nie to miał teraz na myśli. Chciał wiedzieć, usłyszeć, poznać. To było równie głębokie, co płytkie, bo w gruncie rzeczy sprowadzało się do jednego.
Do tego, że mu jej brakowało. Tuż obok siebie i gdzieś tam dalej, kiedy wciąż mógłby napawać się myślą, że wkrótce oboje wrócą do domu i ponownie znajdą się w zasięgu swoich rąk. W ramionach, którymi mógłby ją opleść. W uścisku, który nie nosiłby w sobie ani krzty desperacji, bo nie musiałby tego robić. W geście mającym ją ku niemu przyciągnąć, który nie byłby dosyć teatralną (choć ze wszech miar udaną; nawet był z siebie dumny) mistyfikacją.
- Geraldine, bądź poważna - upomniał ją, zaciskając zęby. - To mógł być wąż rzeczny - już sam ton głosu Ambroisa mówił sam za siebie, jakim przekleństwem byłoby to, gdyby stworzenie, które go ukąsiło rzeczywiście było tak niebezpieczne jak wąż rzeczny.
Albo raczej wonsz żeczny, jednakże Greengrass nie znał się przecież aż tak bardzo na faunie, by stosować odpowiednie określenia. Wystarczyło, że wiedział, z czym mogli się mierzyć, już teraz czując się tak bardzo słabo...
...musiał, po prostu musiał paść na ziemię. Trucizna już buzowała w jego żyłach. Gorąco rozlewało się po ciele targanym drgawkami i tylko jedno, jedno było go w stanie ocalić...
...tyle tylko, że pomoc nie nadeszła, bo Geraldine, ta łajza, nagle zawisła nad nim, kładąc nacisk dłoni na jego klatce piersiowej. Dusząc go.
O cholera.
- Ależ czego? - Wcale nie zamierzał tak łatwo jej tego odpuścić, nie planując przyznać się do tego, co mu teraz zarzucała a nawet wręcz przeciwnie - planował iść w zaparte, gryząc wnętrza swoich policzków tylko po to, aby zachować powagę. - Ja tu cierpię, Geraldine, ten wąż wypełzł tak nagle... ...i to, że go nie widziałaś... ...to znaczy, że był... ...nie tylko niewidzialny, ale też pewnie miał ku temu powody. Nie maskowałby się tak, gdyby nie był niebezpieczny - mimo że w dalszym ciągu usiłował odgrywać swoją nie do końca starannie zaplanowaną rolę umierającego, obdarzając ją zdyszanym, ciężkim szeptem...
...no cóż, nie do końca był w stanie zapanować nad innymi reakcjami swojego ciała. Nad powstrzymywanym śmiechem i wrażeniem gorąca ogarniającego ciało na myśl o tym, że jeśli tylko pozwoli sobie zacząć się śmiać, niechybnie nie będzie mógł przestać. Już teraz bolała go przepona.
- Pamiętaj, że jak mnie zabijesz to stanę się dębem - wymamrotał pod nosem, choć dostatecznie głośno, by była go w stanie usłyszeć.
Przez ten cały czas w dalszym ciągu miał teatralnie zamknięte oczy, nawet jeśli kąciki jego ust lekko drżały. Czy tego chciał czy nie, nie mogły już pozostawać neutralnie ułożone. Wciąż próbował tłumić zarówno uśmiech, jak i śmiech, jednak jego wargi same wyginały się w górę. Tym bardziej, gdy przez jego mocno podpity umysł przeleciała jeszcze jedna myśl. Jeśli to w ogóle było możliwe - jeszcze bardziej absurdalna.
- Kochałabyś mnie wtedy? - Szach-mat, Geraldine, szach-mat.


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.01.2025

- To prawda, czas najwyższy się tym zająć. - Wtedy to dopiero mogłaby uprzykrzać życie innym. Aktualnie nie do końca była w stanie odpowiednio zajmować się wszystkim, szczególnie ostatnio, bo te wszystkie problemy się napiętrzały i tak naprawdę nie była w stanie poświęcić każdemu z nich wystarczająco uwagi, przez co wszystkie były rozwiązywane po macoszemu. Może dobrym pomysłem było faktycznie zainteresowanie się tym, czy istnieje jakaś metoda, która pozwoli jej się rozdwoić. To wcale nie było takie głupie.

- Istnieją morskie dżdżownice, no, nie nazywają się dżdżownicami, ale działają w miarę podobnie. - Musiała się na ten temat wypowiedzieć, jako specjalistka, no wypadało. Kto jeśli nie ona. Tyle, że robiło się coraz bardziej absurdalnie, sama nie do końca wiedziała o czym rozmawiają i czy to, co mówi faktycznie ma sens.

- Paklę też, tak, pąkle też. - Potwierdziła, chociaż już nie była taka pewna tego, co mu potwierdzała. Zdecydowanie odpływała, alkohol powodował, że jej umysł pracował nie do końca jasno, wręcz przeciwnie zaczynał powoli przestawać łączyć fakty.

Nie uważała jednak, że to coś złego, zresztą Ambroise na pewno nie zauważy jej pomyłek, nigdy nie negował tego, co miała do powiedzenia na temat stworzeń. Nie wydawało jej się również, że będą pamiętać zbyt wiele z tej rozmowy, nie po tej ilości whisky, którą w siebie wlewali.

Może to i lepiej? Szkoda by było znowu się rozczarować. Szczególnie, że teraz mieli przykłada na to, że potrafiło być nadal między nimi dobrze, tak dobrze jak kiedyś. To było odmianą. Jeszcze wczoraj przecież przystanęli na tym, że zostaną swoimi sojusznikami, tyle, że sojusznicy nie zachowywali się w ten sposób. Nie szukali dotyku, gdy tylko mieli ku temu okazję, nie przytulali się do siebie, nie leżeli razem rozważając o przyszłości, nawet tej bardzo abstrakcyjnej i niemożliwej.

- Chciałabym to zobaczyć. - Miała świadomość, że Ambroise potrafił być bardzo wytrwały w swoich postanowieniach, ale nawet on miał pewne granice, chętnie by je ponownie przetestowała, tym bardziej gdyby miała możliwość pomnożyć to przez dwa.

- Faktycznie to mogłoby się okazać mocno problematyczne. - Pisanie tymi małymi rączkami? Zapewne zajęłoby jej to całe konikopolne życie. Szkoda byłoby je stracić na to, aby napisać list. Zdecydowanie miał w tym rację. - Jasnę, wskoczę, tak będzie prościej. - Nie wydawało jej się, aby koniki polne w ogóle piły kawę, ale to w tej chwili nie miało najmniejszego znaczenia. Większość rzeczy o których rozmawiali była wyjątkowo irracjonalna, a i tak znajdowali kolejne sprawy i tematy do poruszenia. Przychodziło im to wyjątkowo lekko, zapomniała już, że kiedyś robili to często. Przychodziło im to naturalnie, wtedy było najlepiej. Nie sądziła, że może się to powtórzyć, nie po tym co im się przydarzyło, nie po tym, co sobie powiedzieli, ale jak widać nadal potrafili to robić. To zostało w nich, nadal mogli sobie to zaoferować.

- Taka - sraka - nadal nic jej nie chciał wyjaśnić, cóż, powinna się z tym pogodzić, miała się domyśleć sensu jego wypowiedzi, szkoda, że myślenie było aktualnie czynnością, która nie do końca jej wychodziła. Cóż, jakoś będzie musiała sobie poradzić z tą niewiedzą.

- Zawsze chciałam mieć swoich poddanych. - Nie było różnicy, czy byliby to kryminaliści, czy żebracy. Fajnie by było mieć kogoś, kogo mogłaby wysyłać na posyłki, kto akceptowałby jej wszystkie pomysły i wykonywał polecenia. Nie miałaby szczególnie wysokich wymagań do tego, jakie byłyby to osoby.

Chociaż w sumie, musiałaby się wtedy o nich martwić, przejmować tym, czy nie dadzą dupy, a to by było dla niej zbyt wiele, ledwie była w stanie zapanować nad sobą samą, nie, nie nadawałaby się na królową, zdecydowanie.

- Nie mogę tego robić, bo jeszcze popadnę w samozachwyt. - Nie wyobrażała sobie spędzania zbyt wielkiej ilości czasu przed lustrem. Jasne, zdarzało jej się spoglądać na swoje odbicie ale nie uważała tego za coś obowiązkowego. Nie przywiązywała zbyt wielkiej wagi do tego, jak się prezentuje, to nigdy nie było szczególnie istotne dla Yaxleyówny. Miała inne priorytety w swoim życiu niż spuszczanie się nad swoim wyglądem.

- Jasne, jasne Roise. - Chociaż w sumie to nic nie było jasne, ale nie zamierzała go bardziej dociskać. Chyba rozumiała dokąd zmierza, nie chciała wymuszać na nim żadnych niepotrzebnych komplementów, zresztą kiedyś ciągle ją nimi zasypywał, teraz pozostawiła to domyślaniu się, o co mu konkretnie chodziło.

- Tak, tak, uznajmy więc, że chcemy tego spróbować? - To brzmiało lepiej, czyż nie? Nigdy jej chyba nie da zapomnieć o tym, że nic nie musiał, czasami to bywało mocno upierdliwe.

- Beltane to właściwie już było. - Nie wydawało jej się, że mieli chęć czekać rok, aby nadrobić zaległości. Jasne, rozumiała do czego zmierzał. Sabatowy sens, to wszystko wyjaśniło. - Nie wiem, czy wiele się zmieniło, coś na pewno, wiesz, nie da się nie zauważyć, że czas płynął i dalej płynie. - Nie miała pojęcia od czego powinna zacząć i co tak naprawdę chciał wiedzieć. Nie mogła się z nim podzielić wszystkim, co się u niej działo, bo nie była dumna ze sporej części rzeczy, które robiła, aby walczyć z tym uczuciem pustki, która się pojawiła. Podejmowała spontaniczne decyzje, które miały przypomnieć jej o tym, że jest w stanie jeszcze cokolwiek poczuć. To nie było szczególnie rozsądnym zachowaniem, wiedziała, że nie przyniosło jej nic innego poza chwilowym zapomnieniem. - Za to Mabon mamy na wyciągnięcie ręki. - Może to święto nie mogło dorównać Beltane, bo wiązało się z czymś zupełnie innym, ale mogli sobie pozwolić na drobne zmiany w świętowaniu, czy coś. W końcu to oni byli panami swojego losu.

Mieliby prawie miesiąc na to, aby zapoznać się po raz kolejny. Otworzyć się przed sobą, opowiedzieć o tym wszystkim, co im się przytrafiło, gdy ich drogi się rozeszli. Być może dzięki temu mogliby spojrzeć na siebie jeszcze inaczej, znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania, które się pojawiły. Określić jakoś to, co mogli sobie dać. Nie chciała się ponownie od niego dystansować, czuła, że nie byłaby to dobra decyzja, nie po tym, jak dostrzegła, że mogą wrócić do tego, co mieli kiedyś. To też znajdowało się na wyciągnięcie ręki, tak jak teraz.

- Tak właściwie to nie mógł być wąż rzeczny, bo tu nie ma żadnej rzeki. - Tak, miała świadomość, że wonsz rzeczny był niebezpieczny, ale jego obecność w tym miejscu im raczej nie groziła, no chyba że przyplątałby się tutaj zupełnie z dupy, wolała jednak zakładać, że tak nie było, bo wtedy to na Roisa czekałąby co najwyżej kaplica.

- Jak mogłeś? Ja naprawdę myślałam, że możesz umrzeć! - Dodała nieco teatralnie, bo mimo wszystko bardziej ją to bawiło, niż irytowało. Wkręcił ją, łyknęła wszystko, co jej mówił jak pelikan, i jeszcze nadal miał czelność w to brnąć. Co za kanalia.

- Wręcz przeciwnie, nie musiałby się maskować, gdyby był niebezpieczny, przecież to oczywiste. - Czy w ogóle był jakiś wąż? Nie no, przecież widziała, jak spierdalał, chyba? W to też zaczynała wątpić, zwłaszcza, że jej wzrok też płatał jej figle i aktualnie obraz nieco jej się rozmazywał, co było winą wypitego przez nich alkoholu.

- Grozisz mi? - Tak, może na moment wypadło z jej głowy to, że wcale nie tak łatwo będzie się go pozbyć z tego świata na zawsze. W końcu Greengrassowie zmieniali się w te drzewa, które później rosły w Kniei. To było dopiero dziwne.

Nigdy nie zastanawiała się, jak właściwie to działa. Czy ten dąb mógłby później wyczuć, że do niego przychodzi, czy wiedziałby, że ona to ona, czy słyszłaby, że do niego mówi? To było naprawdę interesujące. Zresztą nie miała w ogóle pojęcia, że będzie dane jej to sprawdzić, bo przecież mogła umrzeć pierwsza, nie no, na pewno umrze pierwsza, jeśli nadal będzie się prowadzać w ten sposób. Kurde, to był całkiem niezły argument za tym, aby nieco zmienić przyzwyczajenia, bo chciałaby sprawdzić jak to działa, z drugiej strony na pewno nie chciała, aby Ambroise umierał... Mrugnęła dwa razy pospiesznie, bo trochę odpłynęła w tych swoich drobnych rozmyśleniach na temat ewentualnej zmiany Roisa w dąb.

- Przecież wiesz... - To było bardzo proste pytanie. Może absurdalne, ale faktycznie miało rację bytu, bo przecież akurat prędzej on stanie się dębem niż ona robakiem.

- Zawsze będę cię kochać Roise. - Bez względu na to, czy będzie starcem z demencją, czy kawałkiem drewna, to nie miało żadnego znaczenia, bo przecież to nadal będzie jej Roise.

- Obraziłbyś się, jakbym ucięła sobie jedną gałąź i zrobiła z niej łuk, wtedy zawsze miałabym Cię przy sobie... - Tak, bo łuk na pewno jej się przyda jak będzie stara i ślepa, ale wolała wiedzieć, że jakby co ma jego przyzwolenie na takie czynności.

W końcu przestała przyciskać swoją dłoń do jego klatki piersiowej, i nachyliła się jeszcze bliżej jego twarzy. Wpatrywała się w mężczyznę z uśmiechem na ustach, widać było, że walczy ze sobą i próbuje się nie śmiać, jej włosy delikatnie muskały jego policzki. Cóż, nie spodziewała się zupełnie, że to wyjście na zewnątrz potoczy się w ten sposób, ale było miło, naprawdę miło.




RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.01.2025

- W istocie - przytaknął starając się zachować przy tym powagę.
W dalszym ciągu nie zamierzał jej mówić, że najprostszym rozwiązaniem byłoby wobec tego załatwienie sobie jednego z tych pięknych, błyszczących zmieniaczy czasu, które rzekomo gdzieś tam istniały i były wykorzystywane przez wielu różnych ludzi (w tym najpewniej przez większość polityków z Ministerstwa, bo chuje byli dosłownie wszędzie). Bowiem przy talencie i uporze Geraldine, to było zatrważająco możliwe, że byłaby w stanie to zrobić. Ukraść jakiś czy wymodzić od kogoś a wtedy...
...lekko mówiąc: miałby przesrane. Szczególnie teraz przy tym wszystkim, co już wiedziała, zapewne nie dałaby mu żyć. Co gorsza, przecież nie miał zielonego pojęcia, na jakiej zasadzie działały te narzędzia (o ile w ogóle działały) i mógł się tylko domyślać ich ograniczeń.
Na tej samej zasadzie jak mógł spekulować na temat morskich dżdżownic i innych takich, bo za cholerę się na tym nie znał. O pąklach też nic nie wiedział.
Tak właściwie to z tego wszystkiego mógł mówić wyłącznie o konikach polnych, bo nawet miał odrobinę praktycznego doświadczenia z tym, że nie - koniki polne, pasikoniki czy inne skoczki raczej nie tolerowały kofeiny. Nie to, żeby nią gardziły. Nie. Pod jej wpływem zaczynały za to miotać się jak popierdolone...
...a tego raczej nie potrzebował od Yaxleyówny. Wtedy jeszcze mogłaby stać się szarańczą, zdecydowanie uprzykrzając mu życie, ojebując rośliny w ogrodzie i tak dalej, przez co ich spotkanie prawdopodobnie zakończyłoby się kolejną awanturą. A on, choć bez wątpienia miał naprawdę dobry słuch, raczej nie wyobrażał sobie pochylać się ku niej tak mocno, żeby słyszeć jak najeżdża na niego cienkim, piskliwym głosikiem.
Musiał w ogóle mówić, że nie dałby się obrażać w ten sposób? Prędzej wykorzystałby swoje długie nogi (na pewno dłuższe od jej w tamtej formie) w celu oddalenia się od stolika kawowego. A wtedy mogłaby na niego skoczyć, ba!, niechybnie by na niego skoczyła i by go użarła.
Chyba jednak tak wcale nie było prościej. Natomiast zamiast szczegółowo przybliżać Geraldine powody tej nagłej zmiany zdania, jaka wydarzyła się poza jej świadomością, Ambroise nieznacznie pokręcił głową. Odchrzaknął cicho, kierując wzrok ku kępie trawy w oddali poruszającej się na wietrze.
- Właściwie to cała ta przemiana w konika polnego - zaczął, mrużąc oczy i szukając słów innych od tych, które cisnęły się na jego język. - Już lepiej pozostań taka - tak, zgadza się, ponownie nie zamierzał przybliżać jej tego, co kryło się pod tym określeniem.
- Tak? Chcemy - no, bo skoro była taka to musiał jej w tym ulec, bo robiła to, co sprawiało, że nie był jej teraz w stanie odmówić.
- Było i będzie. Przypominam, że całkiem blisko nam do końcówki roku a od niej będziemy już rzut kapeluszem do kolejnego - stwierdził bez mrugnięcia okiem, ani myślał przyznawać teraz rację Geraldine, nawet jeśli bez wątpienia ją miała.
Byli zdecydowanie dalej kolejnego Beltane niż poprzedniego, tego minionego. Musieliby czekać na nie naprawdę długo. A raczej nie sądził, aby mieli w sobie na tyle dużo cierpliwości. Nie po tym, do czego sami doprowadzali. Nie przy tym jak wyglądały ich obecne stosunki. Te tu i teraz. Te błogie i przypominające o tym, co było kiedyś. Co mogliby mieć w dalszym ciągu, gdyby tego nie spierdolili. Gdyby ich życie było łatwiejsze a historia potoczyła się inaczej. Wtedy wcale nie musieliby rozmawiać o tym, co ich ominęło. Nadrabiać opowieści, zatrzymując dla siebie pewne fakty.
- Mhm - odmruknął. - Czas płynie. Nie da się temu zaprzeczyć. Za to te twoje coś na pewno? Nie wmówisz mi, że nie masz nic do powiedzenia. Ani tym bardziej, że sama nie masz żadnych pytań - że nie ciekawiły jej niektóre fakty, że nie analizowała niektórych spraw, że nie patrzyła na niego w nieco inny sposób, że nie chciałaby poznać jego myśli.
Ba, jeśli to byłoby możliwe, momentami odnosił wrażenie, że najchętniej wydrapałaby mu oczy, żeby dostać się przez nie do jego głowy i poznać wszystko, co chciała wiedzieć. Tym bardziej, że w dalszym ciągu dostrzegał jak bardzo drażniło ją jego milczenie. To byłoby poświęcenie, które byłaby w stanie ponieść.
A potem? Gdy już by się wszystkiego dowiedziała? Potem...
...nie było żadnego potem, mimo tego, w jaki sposób to teraz przedstawiali. Mimo że w momencie, w którym Rina wspomniała mu o Mabon, on kiwnął głową, unosząc kąciki ust i uderzając językiem o podniebienie zanim się do niej odezwał.
- Mabon też może nam pasować - przyznał bez namysłu, jednocześnie posyłając Yaxleyównie nieco niepoważne spojrzenie. - Evelyn nie wmanewruje mnie w swoje stoisko, ty nie będziesz musiała wracać tak szybko do Snowdonii. Pokręcimy się chwilę pomiędzy stoiskami na Pokątnej albo zaliczymy jakiś festiwal, po czym wrócimy do domu zanim dzień przeminie - w końcu to było święto przemijania, nie?
Miało przeminąć nawet bardziej niż wszystkie inne dni. Przeminąć jak ten moment teraz, nawet jeśli o tym nie myśleli. Przeminąć jak możliwość zrealizowania tych planów, bo choć o nich mówił, niczego jej teraz nie obiecywał. Nie śmiał. To były tylko puste słowa. Mrzonki, czcze gadanie pijanego człowieka. Dokładnie tak jak spekulacje na temat robaków, skunksów czy ich wypraw na Nokturn.
A jednak miło było to robić. Miło było móc się poczuć znacznie lżej, nawet wtedy, kiedy los ponownie spróbował im o sobie przypomnieć pod postacią tego, cóż, raczej faktycznie nie węża rzecznego, bo nie było tu rzeki. Najbliższym rzece był okoliczny strumyk, raczej zbyt wąski i płytki, by pomieścić tam taką bestię, ale z braku laku? Nie przeszkadzało mu to w jego mistyfikacji.
- Jest. Jest tu całkiem niedaleko. Kanał Connerie - nawet się nie zająknął.
Potrafił iść w zaparte a w tym momencie zdecydowanie zbyt mocno go to wszystko rozbawiło. Cała ta reakcja Geraldine, jej nagle poplątany język, jej walijski akcent, gwałtowne ruchy, panika słyszalna w każdym tonie i w każdej nucie głosu. Dłonie na jego brzuchu, rozpięty pasek, ciepło jej skóry.
- Bo mogę - odbił od razu. - Dzisiaj. Tu i teraz. Zaraz. Za chwilę. A wtedy, co? Będziesz żałować, że przestałaś mi pomagać - bo bardzo chciała mu pomóc, nie?
Bez wątpienia. Więc czemu przestała?
- Jasne. Tak. Przecież to oczywiste. Oczywista oczywistość. Tak to działa. Mhm. Jasne. Złap go i mu to powiedz jak już ci tutaj zejdę na ament. Może wtedy się zreflektuje - a może i nie, bo przecież mówili o wężu, który nie bez powodu krył się w krzewach jeżyn zamiast otwarcie pełzać po ziemi zaznaczając swoją dominację.
Gdyby w istocie było tak jak to przedstawiała Geraldine, nie mieliby najmniejszego problemu z tym, aby dostrzec teraz prowodyra całej sytuacji i dowiedzieć się, co tak właściwie użarło Greengrassa. Choć właściwie, Ambroise chyba wcale nie musiał się tego dowiadywać. Czymkolwiek to bowiem było, wbrew temu całemu teatrzykowi, który odstawił, nie wywarło na niego żadnego wpływu. Nie umierał.
Wręcz przeciwnie. Już nawet odpuścił udawanie, że może być inaczej, dosłownie w przeciągu kilku sekund przestając tłumić śmiech i wybuchając nim całkowicie głośno i otwarcie. Tak, cholernie go to bawiło.
- Jak mam ci grozić, skoro to ty mi grozisz? Nie da się grozić grożeniem - odparł bez namysłu, starając się zapanować nad szczekliwym rechotem, od którego zaczęła go boleć przepona.
Tym bardziej, że w istocie to było całkiem możliwe, prawdopodobne i zdecydowanie często przez niego wykorzystywane. Może nie w stosunku do Riny, bo jej raczej nie śmiałby tak po prostu grozić bez nawet odrobiny namysłu (nie to, że wcale, bo czasami celowo się do tego posuwał; tyle tylko, że wtedy prawie zawsze  myślał, ważąc pozytywne i negatywne aspekty narażenia się na jej zaciętość). Ale w stosunku do wielu innych ludzi, w których otoczeniu się obracał. Zaś w ostatnim czasie nie było to raczej zbyt spokojne grono.
W istocie było naprawdę wiele sensu w przerzucaniu się ostrzeżeniami. Dzięki temu można było wybadać stopień rozłożenia sił bez konieczności wdawania się w faktyczną potyczkę. Większość starć kończyła się na tym słownym etapie i tylko część faktycznie eskalowała do spełniania gróźb. Z tych, które miały okazję dojść do fizycznego etapu, jak do tej pory udawało mu się wychodzić względnie cało, ale szanse na zostanie dębem były...
...cóż. Z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, właściwie to może w drugą stronę - z dnia na dzień coraz wyższe. Nie chciał o tym rozmawiać z Geraldine. Nie zamierzał jej tego komunikować. Zresztą przecież poniekąd dali sobie do zrozumienia, że odkąd ich ścieżki się rozeszły, oboje raczej spiralowali w dół.
To nie była chwila na psucie im tym tego, co tu mieli. Tych paru momentów błogości. Całkiem dziecinnej radości, może zniżania się do szczenięcych żartów, ale po jej reakcji dostrzegał, że i ona nie miała nic przeciwko temu, by sobie na to pozwolić. Cokolwiek teraz mieli, nie chciał tego zmieniać, wracając do tematów poruszanych w kuchni.
Przecież wiedział - tak, ale wciąż naprawdę miło było to usłyszeć. Zamknąć oczy, wsłuchując się w dźwięk tych słów i czując to wewnętrzne ciepło.
- Łuk? - Powtórzył po niej raczej bezmyślnie, nie otwierając oczu, ale unosząc brwi. - Nie kuszę, tak? Łuk? - Musiał się upewnić, aby nie mieli tu żadnych niedopowiedzeń, bo w kuszę zdecydowanie nie dałby się wmanewrować. - Na łuk masz moje przyzwolenie - stwierdził powoli, być może nie myśląc już zbyt trzeźwo, ale raczej nie potrzebując wiele czasu na głębokie przemyślenia, aby zgodzić się na coś takiego. - Poza tym zawsze masz mnie przy sobie - sam nie wiedział czy to było zapewnienie, czy może upomnienie, by nie myślała, że może być inaczej.
Czy coś jeszcze innego, bardziej złożonego lub skomplikowanego. Niespecjalnie analizował teraz znaczenie własnych słów. Tym bardziej, że liczył się głównie ten najprostszy sens, najbardziej jasny przekaz. W jego własnych oczach raczej pozbawiony przesadnego romantyzmu, ale całkiem...
...czuły, szczery i bądź co bądź całkiem ciepły. To, do czego teraz doszli. Ten stan spokoju i błogości, który osiągnęli. Nie mieli go od bardzo dawna. Tak dawna, że już niemal zapomniał jak to jest. Nie ścinać się ze sobą, nie piorunować się spojrzeniem, nie baczyć na każdy gest i słowo. Po prostu trwać w tej chwili.
- Myosotis sylvatica - mruknął, jednocześnie nieznacznie się krzywiąc, gdy kosmyk włosów dziewczyny połaskotał go w nos. - Ten rodzaj błękitu - nie wyciągnął jednak ręki, by go odgarnąć, tylko uniósł kąciki ust, otwierając przy tym oczy i powoli ponownie się uśmiechając. - Jak niezapominajka - i jak niezapominajka, nie dawała mu o sobie zapomnieć. - Mysie uszko. W dosłownym tłumaczeniu, wiesz? Niezapominajka, myosotis to dosłownie mysie uszko, czaisz? Nie wiem, kto na to wpadł, ale musieli się tam całkiem nieźle bawić, by połączyć ten kwiat akurat z myszą - stwierdził, nawet nie zastanawiając się nad wypowiadanymi słowami. - Choć jeszcze ciekawsza jest logika przy bylicy piołun. Psia ruta to jako pierwsze, ale wiesz, że to też wormwood a po łacinie - urwał dosłownie na ułamek sekundy, mimowolnie poszerzając uśmiech. - Artemisia? Artemisia absinthium, dokładniej mówiąc - Artemisia, Artemis...
...jeden pies. Jedna psia ruta. Jedna dżdżownica i roślina dosłownie mająca robaka w nazwie. Nie było przypadków, nie? Jego logika nie była już zbyt logiczna, myśli płynęły swoimi torami. Był na to stanowczo zbyt podchmielony, za mocno skupiony wyłącznie na tym jednym. Na wpatrywaniu się prosto w oczy Geraldine, powoli unosząc wolną rękę i zatrzymując ją na boku talii dziewczyny.
- Co ja mam z tobą zrobić, artemisio myosotis? - Tym razem przesunął dłoń z talii dziewczyny, bezmyślnie odgarniając włosy z jej (i przy okazji swojej) twarzy, wsuwając Geraldine dwa kosmyki za ucho.


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.01.2025

Zapewne słyszała opowieści o zmieniaczach czasu, nie wpadła jednak teraz na to, że to mogłaby być metoda, po którą mogłaby sięgnąć, zresztą, czy w nie wierzyła? Nie do końca. Najpierw musiałaby zweryfikować to, czy one faktycznie istnieją, czy jest to kolejna legenda, która nie ma potwierdzenia w rzeczywistości. Jej mózg jednak aktualnie nie myślał do końca racjonalnie, więc nie wpadła na taki pomysł, z drugiej strony może to i lepiej, ile by miała nowych problemów, gdyby istniała jeszcze jedna ona? Cóż, wolałaby tego nie sprawdzać, bo to mogłoby być zbyt wiele nawet dla dwóch Yaxley.

Nie do końca chyba potrafiła sobie wyobrazić spotkanie dwóch koników polnych przy kawie, niby jak mieliby trzymać w rękach filiżanki, i czy w ogóle było możliwe stworzenie takich drobnych naczyń? Czy mieliby sobie najpierw wszystko przygotować, a później zmienić się w te robaki? To mogło być trudne i bardzo czasochłonne, zresztą nie miała pojęcia w jaki sposób organizm takiego zwierzęcia zareagowałby na kawę, a co jeśli byłoby to dla niego zbyt wiele i odszedłby z tego świata? Chyba wolała nie ryzykować, taka śmierć dopiero byłaby głupia, może faktycznie lepiej pozostać przy ludzkiej postaci, tutaj przynajmniej wiedziała na co faktycznie może sobie pozwolić.

- Tak, chyba lepiej poskakać pod postacią człowieka, to bezpieczniejsze. - Może i dobrze, że się zgodzili. Poskakać, czy tam pójść na kawę, czy robić jeszcze inne rzeczy. Nie musieli zmieniać się w robaki, aby spędzać ze sobą czas, to było im zupełnie niepotrzebne. Zresztą przecież bardzo lubiła tą normalną wersję Ambroisa, nigdy tego nie ukrywała.

- No to mamy jasność, musimy tylko wybrać jakiś dogodny termin. - Określić go, bo kiedy narzucą sobie datę, to trudno im się będzie od tego wykręcić, przynajmniej Yaxleyówna tak miała. Jeśli coś miało zostać zrobione kiedyś to było bardzo duże prawdopodobieństwo, że nie wydarzy się nigdy. Wolała więć sięgać po konkretne terminy. Nie to, żeby wydawało jej się, aby w tym przypadku mogło to pomóc w jakikolwiek sposób, bo przecież nie powinni mieć wspólnych planów, już nie.

- Niby blisko, ale jednak daleko. - Mieli dopiero wrzesień, wiele się mogło wydarzyć do końca roku, zważając na to, że ten ostatni czas był naprawdę paskudny. Jakoś nie miała zbyt wielkich nadziedzi związanych z przyszłością, bardziej w drugą stronę, zastanawiała się, jak życie może jej dopierdolić, żeby nie czuła, że zaczyna być zbyt spokojnie.

Nie wydawało jej się zresztą, że należeli do osób, które byłyby w stanie tyle czekać, to prawie dziewięć miesięcy, z ich cierpliwością... raczej nie było szans na to, aby to zaakceptowali, więc warto było szukać jakichś alternatyw, a że czarodzieje lubili świętować na pewno jakaś znalazłaby się bardzo szybko, właściwie to przecież nie musiała daleko szukać, jeszcze w tym miesiącu trafiło się Mabon.

- Tak naprawdę nie wiedziałabym od czego powinnam zacząć, zresztą co nieco już ci opowiedziałam, walczyłam z różnymi stworzeniami, z różnymi demonami, a przede wszystkim ze sobą. Nie wiem też, na które pytania chciałbyś mi odpowiedzieć, raczej pewnie wolałabym, żebyś mówił to, co wydaje ci się być ważne. - Nie miała pojęcia, czy eliksir, który mu podała nadal działał, nie chciała, żeby znowu niepotrzebnie zaczęli się kłócić, nie kiedy ta chwila, która działa się teraz była zupełnie inna niż te wcześniejsze. Szkoda jej było psuć ten wyjątkowy moment.

- Liczyłam na to, że znowu dostanę jakieś fajne gadżety, wiesz, że mam szufladę, w której trzymam te wszystkie rzeczy, które kiedyś mi dałeś. - Może nie powinna tego mówić, ale miała do nich pewien sentyment, znalazłaby się tam nawet ten szal, który trafił w jej ręce w dzień, w który się poznali, chomikowała wszystko co było z nim związane. - Tak, wrócimy do domu i będziemy myśleć o tym, co przeminęło. - a co jeszcze nie. To były mrzonki, przecież nie mieli już ani domu, ani wspólnych wspomnień, przynajmniej nie ostatnio. Mimo wszystko dobrze było sobie pomarzyć, oderwać się na moment od szarej rzeczywistości i poczuć się tak, jakby to faktycznie miało jakiś sens.

Wszystko minie, ta chwila minie, te wspólne dni, które sobie dali przeminą, co dobre miało się skończyć, przecież zawsze tak było. Mogli sobie dyskutować o swoich wspólnych planach, nie była jednak przekonana co do tego, czy uda im się zrealizować. Niby Mabon miało się odbyć już za kilka tygodni, ale nie była w stanie sobie wyobrazić tego, co z nimi będzie do tego dnia. To wszystko było kruche niczym tafla lodu.

- Myślisz, że stamtąd przypełznął, czy może opanował tajną sztukę teleportacji? - Zawsze mógł to być magiczny wąż rzeczny bardzo niebezpieczny, ale to chyba byłaby już przesada, nawet oni nie powinni mieć takiego szczęścia, chociaż kto to właściwie wie? Przytrafiały im się często bardzo dziwne rzeczy. Może nie powinno jej to wcale dziwić.

- Och, no jasne, bo możesz, to odpowiedź na wszystko. - Wspaniale, zaczęła panikować zupełnie bez sensu, bo mógł. No, doskonały argument, nie ma co. Nie powinna się spodziewać niczego więcej. Potrafił wykorzystać sytuację, zdecydowanie nie można mu było tego odmówić. - Chciałbyś, abym Ci dalej pomagała? Wiesz, że nie musiałeś udawać rannego? Wystarczyło ładnie poprosić, a pomogłabym Ci się rozebrać. - Bo chyba ku temu zmierzał, jasne otoczka związana z tą całą pomocą wyglądała zdecydowanie lepiej, ale nie musiał wcale sięgać po takie podstępy, przecież wiedział.

- Najpierw musisz zejść, wtedy zacznę go szukać. - Nie zamierzała się nigdzie stąd ruszać, przynajmniej nie teraz. Zwłaszcza, że ustalili już, że wąż ssspierdolił, także bez sensu było teraz rozpoczynać polowanie. No i Roise nie wyglądał jakby faktycznie to ukąszenie sprawiło mu jakikolwiek dyskomfort, chyba nie musieli się martwić tym, co to był za wąż.

Szkoda, że dopiero teraz to zauważyła, cóż, niezłą szopkę odstawił, nie spodziewała się, że jest takim dobrym aktorem, ułatwiał to na pewno fakt, że ona naprawdę przejęła się tym, że to mogło być coś poważnego. Alkohol nie ułatwiał jasnego myślenia, nie był jej sprzymierzeńcem, jeśli o to chodzi.

- Wszystko się da! - Odbiła, bo przecież właśnie to robił, groził jej, że zostanie drzewem, a ona nie do końca umiała się z nimi obchodzić, nie miała pojęcia, w jaki sposób działały, nie udzielił jej na ten temat żadnego instruktażu, czuła, że mogło to się skończyć jeszcze gorzej, niż z pomocą medyczną, której mu kilka razy udzielała. Nie chciałaby go uszkodzić jako drzewa, wtedy chyba całkiem by odszedł z tego świata, całkiem szkoda, zwłaszcza, że miał możliwość na nim zostać na zawsze? Chyba na zawsze, w sumie rośliny też kiedys umierały, tyle, czy te ich magiczne drzewa też? Pojawiało się coraz wiecej pytań, ale to nie był odpowiedni moment na ich zadanie, i tak zapomniałaby odpowiedzi.

Nie zakładała zresztą, żeby Ambroise szybko miał się stać tym drzewem, miał przed sobą w końcu praktycznie całe życie, jeszcze przyjdzie czas na to, aby się doinformowała. Nie, że miało ich już nic nie łączyć, musiała to wiedzieć, tak czy siak, bo przecież na pewno będzie go odwiedzać, kiedy umrze, no i o ile umrze tuż przed nią. To była w końcu loteria, w ich przypadku nic nie było pewne. Nie było sensu o tym dyskutować, bo to spowodowałoby, że skupiliby się na tym, co nie jest przyjemne, zbyt dobrze jej było, gdy ta rozmowa przyjęła taki lekki i niezobowiązujący ton. Szkoda byłoby z tego rezygnować.

- i tak byś nie wiedział, co z Ciebie zrobiłam, więc co to za różnica. - Nie mogła uwierzyć, że znowu wracał do tej nieszczęsnej kuszy, to chyba miało ciągnąć się za nią do usranej śmierci. W tym pryzypadku był naprawdę, cholernie pamiętliwy, ależ się usrał.

- Nie, żebym chciała Cię oszukać, pewnie byś mnie zaczął straszyć gdybym to zrobiła, czyli mamy umowę, zrobię sobie z Ciebie łuk. - Wolała nie sprawdzać, jak do końca działają te drzewa. Nie chciała, aby się na niej mścił po śmierci za taką pierdołę. Przystała więc przy tym łuku.

- Właściwie, to prawda. - Czuła jego obecność, nawet jeśli nie było go przy niej. Nie potrafiła wyprzeć Roisa ze swoich myśli, zawsze znajdował się gdzieś obok. Nie dało się temu zaprzeczyć, tak chyba miało pozostać, bez względu na wszystko. Ich więź była inna od wszystkich, od zawsze to czuła, mimo, że próbowali się tego pozbyć, zapomnieć o sobie, to przecież nie mogli tego zrobić. Potwierdzała to ich rozłąka, bo teraz zachowywali się tak, jakby wcale do niej nie doszło, mimo, że minęło już tyle czasu.

Nie spodziewała się, że poruszą teraz jeden z jej ulubionych tematów. Nazwy łacińskie, uwielbiała, gdy je rzucał. Typowo dla siebie zmrużyła przy tym nieco oczy, jakby próbowała sobie coś przypomnieć, tyle, że cóż, no nie - pod tym względem nic się nie zmieniło. To nie była jej działka, nadal nic nie rozumiała z jego gadania.

- Fakt, niezapominajki są niebieskie. - Akurat to wiedziała, był to jeden z tych kwiatów, które potrafiła nazwać. - Nie widzę podobieństwa do myszy, żadnego, może mam za bardzo zamknięty umysł. - Próbowała to sobie aktualnie zwizualizować, ale nie szło jej to zbyt dobrze, w ogóle miała problem ze skupieniem się na czymkolwiek. Całą swoją uwagę zwracała na to, aby przypadkiem się nie zachwiać.

- Co oni mają z tymi nazwami od zwierząt? - Nie miała pojęcia, że istnieje ich, aż tak wiele, ale najawyraźniej pojawiała się jakaś tendencja. - Sugerujesz, że gdybym była rośliną, to musiałaby to być ta psia ruta? Już chyba wolałabym zostać dębem, jak ty. - Nie miała pojęcia, jak wyglądała bylica piołun i dlaczego dziwnym trafem miała z nią tak wiele wspólnego, wolała tego nie sprawdzać.

Kącik ust drgnął jej w usmiechu, kiedy poczuła jego dłoń na swojej twarzy, fakt, włosy przeszkadzały, plątały się między nimi, przez co nie mogła za bardzo mu się przypatrywać, teraz miała ku temu lepsze możliwości. - A co byś chciał? - Cóż, miał naprawdę szerokie pole wyboru, chętnie rozważy różne propozycje. - Mam nadzieję, że nie zapomnieć, skoro już mówiłeś o niezapominajkach, to może od tego zacznijmy? - Szczególnie, że od kiedy wyszli z jaskini to towarzyszył jej ten dziwny niepokój, na który za bardzo nie miała wpływu.