![]() |
|
[04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius (/showthread.php?tid=4372) |
RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Cornelius Lestrange - 18.01.2025 Jego niebieskie oczy, o wyrazie psa gończego, bacznie obserwowały towarzystwo, jakby czekał na ich reakcję, ale nie zamierzał nic mówić. Słysząc taką, nie inną odpowiedź, Cornelius wzruszył ramionami. Przez chwilę, w dalszym ciągu milcząc, przyglądał się Geraldine, dając jej do zrozumienia, że nie zamierza komentować ich wyborów, jednocześnie wyrażając w ten sposób swoją dezaprobatę. Nie zamierzał nic więcej komentować, pozostawiając sytuację w niezręcznym milczeniu. Spojrzeniem odprowadził Yaxley do drzwi salonu, zanim obrócił się do Greengrassa. •••
- Zaczynając od początku, zwłoki znaleziono w Little Hangleton, w opuszczonym budynku na skraju miasteczka, na terenach wiejskich. Jej ciało leżało na podłodze, otoczone jakimś rodzajem energetycznej pustki, w pomieszczeniu, które wyglądało jakby nikt nie wchodził tam od lat. Nikt, nawet ona, a jednak tam była, gdyby to jeszcze były okolice Lasu Wisielców, to szło by wyjaśnić niewykrywalną teleportację ze Ścieżek, ale tak... zero, nic, jakby zmaterializowała się w miejscu, w którym nie powinna być. Dzieciaki, które ją znalazły, przezornie zatrzymały się w progu, gdy tylko zauważyły coś nietypowego. Po wstępnym badaniu stwierdziliśmy, że zgon nastąpił kilka godzin wcześniej. Nie znaleźliśmy żadnych śladów przemocy, nic, co mogłoby wskazywać na klasyczną zbrodnię. Toksykologia też nie wykazała niczego niepokojącego. Nie było śladów walki, żadnych obrażeń fizycznych, ale jej twarz była blada, a oczy otwarte, zamglone, ale nie jak u normalnego trupa, tylko raczej tak, jakby wciąż próbowała dostrzec coś, co umknęło jej w ostatnich chwilach. Jej ciało było w dziwnym stanie, nie tylko martwe, ale jakby… odarte z energii, jakby coś w niej umarło na długo przed tym, jak ktoś zakończył jej życie, zniknęła cała jej esencja, a pozostawiono tylko ciało. - Wyjaśnił, ignorując zaskoczenie przyjaciela. - Poza tym żadnych śladów magii, czysto, bardzo czysto, to był, kurwa, najczystszy dom w Little Hangleton. To, co mnie zastanawia, to brak jakiejkolwiek wyraźnej przyczyny zgonu, jednak to, co mnie najbardziej niepokoi, to symbol, który znaleźliśmy obok niej. To coś, co kojarzy się z ich rodzimymi praktykami, z magią, którą obie stosowały. Bez wątpienia ktoś chciał przekazać jej siostrze jasny komunikat, ktoś, kto nie bał się użyć czegoś głębszego niż przemoc, by wywrzeć presję. Iteti mogła mieć dar, ale nawet ona nie zdołała uciec przed tym, co ją dopadło. - Spojrzał na Ambroise'a, zastanawiał się, co teraz towarzysz tak właściwie myśli o tej sytuacji. - Co do Inez, to zniknęła z lokalu na Ścieżkach, wszystko jest opuszczone i wyczyszczone, pusto, wyczyszczone do ostatniego detalu, jakby nigdy tam nie było. Ale co się dziwić? Jej siostra nie żyje, a Inez pewnie się gdzieś kryje, bo nie ma innego wyjścia, ale co do tych, którzy ją szukają, to już inna sprawa. Abernathy i Grimshaw, żaden z nich nie ma za funt rozumu, dobę szukali wyjścia na powierzchnię, więc nic dziwnego, że Inez z łatwością ich przechytrzyła. - Podsumował, po czym zostawił Greengrassowi pole do wypowiedzi. •••
[a]Cornelius spojrzał na swojego przyjaciela z mieszanką zrozumienia i niepokoju, znał go dobrze, znał jego zmagania, te wewnętrzne rozterki, które zdawały się go nie opuszczać. Wiedział, że słowa Ambroise'a płyną z głębi serca, a emocje, które targały Greengrassem, były silniejsze niż jakiekolwiek racjonalne argumenty. Odpuścił. „Wiem, że jesteś świadomy tego, co robisz,” odpowiedział w myślach, ale nie wypowiedział tych słów na głos, „ale czasami to właśnie ta świadomość czyni decyzje jeszcze trudniejszymi”. Jego towarzysz, choć starał się być opanowany, nie mógł ukryć wewnętrznego rozdrażnienia, Corio dostrzegał to w jego oczach i doskonale rozumiał, jak trudna była ta sytuacja. Sam wielokrotnie stawał w obliczu dylematów, które zdawały się nie mieć dobrego rozwiązania. W końcu, z głębokim oddechem, skinął głową, dając do zrozumienia, że rozumie. „Nie będę cię oceniać,” stwierdził w myślach, „ale musisz być ostrożny. Nie da się uciec od przeszłości”. - W porządku. - Z zamyśleniem w oczach, przyjął słowa przyjaciela. - Wypierdalaj stąd z tym płaszczem, to heban. - Nakazał Ambroise'owi usunąć się w trybie natychmiastowym, z wyraźnym politowaniem w głosie, z jego podłogi, po której ten ciągle rozprzestrzeniał strugi wody. Po chwili, z głośnym westchnieniem, udał się do swojego salonu, gdzie czekała na nich Geraldine. Jej dłoń trzymała butelkę alkoholu, co wywołało u niego ironiczny uśmiech. - Wyśmienicie, że się poczęstowałaś. - Skomentował, podnosząc brew. - Chcesz szklankę, czy będziesz pić z butelki? - Bez czekania na odpowiedź, machnął różdżką, a szklanki uniosły się w powietrzu, przelatując obok Geraldine. Nie dodał nic więcej, tylko przyglądał się jej swoimi niebieskimi oczami o wyrazie husky'ego, w których kryło się zrozumienie i lekki niepokój, może również nieco żalu. Kiedy Ambroise wrócił do salonu, Cornelius nie skomentował nowego image'u przyjaciela, przynajmniej nie werbalnie, za to spojrzał na niego z jeszcze głębszą dezaprobatą. RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.01.2025 Zabolał ją komentarz Corio. Nie chciała wyjść na głupią i naiwną, później reakcja Roisa, która tylko to potwierdziła, więc dość szybko ulotniła się z korytarza. Nie chciała teog przeżywać, czuć się tak, jakby robiła coś złego. Wiedziała, że popełniała błąd, ale kto ich nie popełniał? Zresztą już dawno przestała kontrolować cokolwiek, co działo się w jej życiu. Dobrze było na moment odpuścić, pozwolić się sobie zatracić, nie myśleć o niczym. Miała świadomość, że na dłuższą metę to będzie ją pewnie sporo kosztowało, ale aktualnie się tym jakoś szczególnie nie przejmowała. Musiała się uspokoić, no nie chciała robić scen, jasne - to wcale nie było takie proste. Dlatego też z taką czułością trzymała w rękach tę butelkę whisky. To mogło przynieść jej chwilowe ukojenie, nie było to jej przypadku niczym nowym, zazwyczaj uciekała w alkohol, on potrafił być lekarstwem na wszystkie smutki. Miała wrażenie, że siedziała na tej kanapie całą wieczność. Pewnie musieli sobie porozmawiać sami o swoich męskich sprawach, które jej nie dotyczyły. Mogłaby ich podsłuchać, ale nie była pewna, czy chce usłyszeć o czym rozmawiali. Zresztą najwyraźniej stwierdzili, że jej to nie dotyczy, skoro zajęło im to tyle czasu i po przyjściu do salonu nie postanowili się z nią tym podzielić. Cudownie, w takich chwilach, kurewsko brakowało jej Amandy, bo to na nią mogła liczyć w podobnych sytuacjach, teraz ona była sama, a ich było dwóch - nie miała żadnej siły przebicia. W końcu łaskawie się pojawili, a właściwie to zjawił się tylko Corio, Ambroise musiał się gdzieś zgubić po drodze. - Chyba niczego więcej nie mógłbyś się po mnie spodziewać. - Mruknęła cicho do Corio. Dostrzegła ten jego ironiczny uśmiech, jeśli miał ochotę mógł ją oceniać, ale i tak miała to w bardzo głębokim poważaniu. Potrzebowała się napić. Przeniosła wzrok na lewitujące w powietrzu szklanki, cóż - wcale nie były jej do niczego potrzebne, mogła pić z gwinta. - Jeśli chcecie się ze mną napić, to chyba lepiej ze szklanek. - Tak było w końcu dużo bardziej kulturalnie, a oni przecież należeli do elity, wypadałoby się bawić, jak ona. Odnalazła się i zguba. Zmierzyła Ambroisa wzrokiem, nadal bardzo chłodnym, bo najwyraźniej zdążył też się przebrać, kto by się spodziewał, że odrobina wody może komuś sprawiać taki dyskomfort. Przewróciła oczami, gdy zobaczyła, że usiadł na fotelu, jakby była jakaś trędowata. Naprawdę zapowiadało się wyśmienite spotkanie. No nie mogło być lepiej. Nie zamierzała mu tego zapomnieć, a później wypomnieć, nie kiedy mieli wrócić do Whitby, bo przecież mieli to zrobić, nie bez powodu sprowadzili tam swoje zwierzęta. Niby niczego nie zakładali, niby miało to być tylko chwilowe, ale aktualnie w Piaskownicy zamieszkały dwa psy i kot, nikt nie wiedział na jak długo. Czuła, że czegoś jej nie mówią, że coś przed nią ukrywają, ale chyba tak już miało pozostać. Nie do końca chyba należała do paczki, już nie, właściwie to kto ich tam wiedział, od kiedy mieli wspólne tajemnice, być może i Amanda również była z nich wykluczona, nie spodziewała się bowiem, że przyjaciółka ukrywałaby przed nią cokolwiek. Teraz jej to ciążyło, bo razem byłoby im łatwiej się czegoś dowiedzieć, sama pewnie utknie w martwym punkcie - jak zawsze. Ostatnio wszystko było martwe, miała wrażenie, że sama bardziej egzystowała niż żyła. Po tym, co wydarzyło się w jej życiu nie do końca potrafiła odnaleźć jakiś balans. Nie zwlekała. Otworzyła butelkę i nalała whisky do trzech szklanek, które stały na stole. Nie robiła tego według ogólno przyjętych norm, wypełniła je niemalże całe, co mogło świadczyć o tym, że miała chęć dosyć szybko wprowadzić się w nieco lżejszy nastrój. - Byłam w Kniei. - Powiedziała cicho, bo chyba od tego warto było zacząć. Ambroise o tym wiedział, ale wypadałoby też to przekazać Corneliusowi. W końcu przez to się u niego pojawili, wierzyła, że on podsunie im jakiś pomysł na to, co mogliby zrobić z uzyskanymi przez nią informacjami. - To znaczy byłam w Kniei ostatnio. - Wolała to sprostować, bo przecież każde z nich kiedyś było w Kniei Godryka, a nie można było do niej wchodzić tak właściwie dopiero od Beltane. - wyszłam z niej. - Też dość ważna informacja, jakby się nie domyślił... Mimo zakazu, mimo tego, że czekała tam śmierć, to udało jej się stamtąd wyjść bez szwanku. No, może trochę dostałą po dupie, zważając na to, że Widma karmiły się strachem, ale nadal tutaj była, więc nie było tak źle. RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Ambroise Greengrass-Yaxley - 19.01.2025 Nie wiedział, czego do chuja spodziewał się po tej wizycie, ale chyba ostatecznie go popierdoliło, bo na pewno nie tego. Ani przez chwilę nie pomyślał o tym, co ich wspólny przyjaciel pomyśli na widok ich dwojga stojących ramię w ramię przed jego drzwiami. W istocie, Ambroise nieczęsto przecież przejmował się cudzą opinią na swój temat. Tyle tylko, że teraz to wszystko wyglądało trochę inaczej. To był ten sam człowiek, któremu Greengrass wylewał swoje gorzkie żale przy fajkach i butelce, nie raz i nie dwa komentując domniemaną sytuację z Erikiem Longbottomem i wszystkie inne okazje, przy których wkurwiał się na otaczającą ich rzeczywistość. Kto jak kto, ale Corio wiedział więcej niż ktokolwiek. Paradoksalnie, więcej niż jego Rina, choć przecież Roise nigdy nie chciał być z nią nieszczery. Po prostu nie chciał zbyt głęboko angażować jej w swoje bagno. Usiłował unikać tego na długo zanim stało się nieuniknione, nawet jeśli jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy ze stopnia posrania sytuacji. Nie było to złośliwe trzymanie sekretów przed Geraldine, wyobcowywanie jej, nie wpuszczanie do ich elitarnego kółka. Wiedział zresztą, że to na dłuższą metę było po prostu niemożliwe, bo prędzej czy później i tak miała dowiedzieć się o wszystkim, co trochę zbyt mocno starałby się przed nią ukrywać. Przy nikim innym nie miał aż takiej tendencji do pękania. Do tego specyficznego rodzaju szczerości, której potrzebował, by móc czuć się właściwie. Nieważne jak absurdalnie to brzmiało. Starał się tego nie analizować, nie drążyć zbyt głęboko w przyczynach, dla których prędzej czy później mówił jej więcej niż zamierzał, ale znalazł lukę w systemie. Dopóki nie starał się zawzięcie robić z tego tajemnicy, dopóki mówił jej niektóre rzeczy, omijając sedno i szczegóły tematu, czuł się w porządku. Tak, jakby ją chronił, nie oszukiwał. To dlatego zresztą odszedł w taki sposób. Nie byłby w stanie spojrzeć jej prosto w oczy. Usłyszeć tych kilku kluczowych pytań, na które nie mógłby skłamać, bo przecież nawet kilka dni temu powiedział jej, że wciąż ją kocha. Wtedy też by to zrobił. A potem? Potem wszystko i tak by się zjebało. Jebało się przez cały czas. Slim nie był dla niego niczym istotnym. Tak jak Corio pominął go w swojej wypowiedzi, tak Roise również nie zamierzał dopytywać o tamtego mężczyznę. Nie. Dla niego znacznie bardziej liczyła się Inez, a więc również martwa Iteti. Ta śmierć nie tylko znacząco komplikowała sprawę, lecz również sprawiała, że sytuacja robiła się znacznie bardziej niepokojąca. Prowadząc Astarotha do Dziwnych Sióstr, Greengrass był święcie przekonany, że postępuje właściwie. Ich rodzina od dekad zajmowała się interesem na Ścieżkach. W jego oczach miały jedną z najbardziej stabilnych pozycji wśród ludzi, z którymi mógłby dobijać interesów, by zapewnić młodemu wampirowi to, czego Yaxley potrzebował. Tak bezpiecznie jak to tylko było możliwe. I choć bezpieczeństwo w półświatku było raczej czymś godnym wyśmiania. To pojęcie brzmiało wręcz prześmiewczo, gdy korzystało się z niego w tych okolicznościach... ...to sposób, w jaki nagle karty obróciły się przeciwko nim był jeszcze bardziej absurdalny. Tego przetasowania się nie spodziewał. To wszystko, o czym zaczął opowiadać mu Lestrange, wyłącznie przyprawiło go o jeszcze większą konsternację, ale też ten rodzaj niepokoju, którego Greengrass nie czuł już od dawna. Naprawdę dawna. - Nekromancja? - Rzucił w pierwszej chwili, patrząc wprost w jasne oczy przyjaciela i bezwiednie zaciskając szczękę. - Ale - no, właśnie - ale. Wszystko to, co mówił Cornelius miało tyle samo sensu, co bezsensu. Cała ta otoczka wyglądała naprawdę jednoznacznie, nie powinna pozostać zbyt wielkiego pola do domysłu, jednak nekromancja śmierdziała. Zwłaszcza taka, o jakiej mogłaby być mowa. To musiałby być naprawdę mocny smród. Musiałaby zostawić po sobie wyraźny ślad. Nawet jeśli nie w miejscu, bo przecież Iteti z dużym prawdopodobieństwem przeniesiono. To właśnie na ciele dziewczyny. Tym, którego Ambroise nie mógł zobaczyć, ale mógł je sobie wyobrazić. - Kurwa - nie miał zbyt wielu światłych przemyśleń, przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie spodziewał się niczego z tego, co się działo. To... ...to naprawdę dużo zmieniało. Był Astaroth. Była Geraldine. Cornelius. Inez, która najpewniej faktycznie gdzieś się zaszyła, choć równie dobrze mogła już nie żyć. Byli martwi Slim i Iteti. Chuj wie, kto jeszcze, bo przecież Corio miał też syna. Fabian też mógł dostać rykoszetem w następstwie ich akcji. Tych, które podjęli jak i tych, które były jeszcze przed nimi. - Ten znak - odezwał się po chwili milczenia. - Jesteś w stanie mi go narysować albo chociaż przybliżyć? - Wbił badawcze spojrzenie w Lestrange'a. To nie było wiele. Najpewniej nic, jednak być może mogło im coś o czymś powiedzieć. Tak, by mogli stwierdzić, jak wysoko zaczęło wybijać to szambo. No cóż, przynajmniej Cornelius postanowił odpuścić przy tym temat dalszego strofowania go. Szczególnie, że sytuacja w istocie była tak poważna, że obaj musieli zdawać sobie sprawę z tego, co należało i czego nie należało zrobić. Ambroise parsknął pod nosem, unosząc wzrok w kierunku sufitu i kręcąc głową. - A weź spierdalaj. Było położyć dębową klepkę - odsarknął, jednocześnie bez namysłu unosząc płaszcz Geraldine w dłoni i potrząsając nim jeszcze parokrotnie z prowokacyjnym, choć wymuszonym półuśmieszkiem. Krople wody zmoczyły ściany, podłogę i obu mężczyzn, zanim Roise faktycznie wziął sobie głeboko nigdzie do serca polecenie kumpla i zniknął, żeby się przebrać. Kiedy pojawił się w salonie... ...no cóż. Powinien przywyknąć do tych lodowato zimnych spojrzeń słanych mu przez Rinę. Tym bardziej, że przez ostatnie miesiące napotykał głównie je lub ich zupełne przeciwieństwo - bardzo żarliwe, niesamowicie gniewne piorunowanie go wzrokiem. Wizualny odpowiednik werbalnego spłoń, umrzyj, przepadnij, którego nawet nie musiała do niego syczeć, bowiem doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co miała na myśli. Oczy były przecież oknami dla duszy, prawda? Jakże dziwne było jednak wrócenie do tego całego dystansu dosłownie kilka godzin po znajdowaniu się w swoich ramionach. Po pocałunkach wymienianych w wymiętej pościeli, po łagodności i czułości tak wczesnego poranka, że dało się go jeszcze nazwać nocą. Po cichych słowach, z którymi zebrał się z łóżka, żeby załatwić kilka naglących spraw, obiecując wrócić do domu przed południem. Sam początek dnia był dla niego naprawdę łaskawy. Załatwił najpilniejsze wizyty, kończąc je nawet całkiem przypadkowym zaangażowaniem się w świętowanie w Hogsmeade. Zrobił najpotrzebniejsze zakupy. Wrócił do Piaskownicy, czytając karteczkę pozostawioną mu przez dziewczynę, karmiąc zabranego ze sobą kota i zabierając się za przygotowanie obiadu. Nie miał okazji go dokończyć, ale jeszcze wtedy nie spodziewał się, że ta nagła zmiana planów zamieni ich potencjalnie idealny wrześniowy dzień pełen słońca w londyńską szarówkę i nieustającą ulewę. Deszcz za oknem bił mocno o miedziany parapet, który przez lata zdążył pokryć się już patyną, utleniając się do obrzydliwie jasnozielonego koloru. Kolejnej barwy kojarzącej się z niebiesko-szarym filtrem nałożonym na miasto praktycznie przez całą jesień, zimę i początek wiosny. W Whitby zawsze było jakoś raźniej. Nawet deszcze i burze miały tam nieco inne, bardziej żywe brzmienie. Tutaj? Tutaj było to na swój sposób przytłaczające. Burość za oknem, półmrok panujący w salonie, uderzenia kropli wody o szyby, odgłos wodospadu płynącego z cieknących rynien na obrzeżach kamienicy. To była ta nowa rzeczywistość. Ambroise powinien być z nią zaznajomiony. Poniekąd był, bo przecież nic się nie zmieniło. To było jego życie, nie ten przedłużony pobyt w miejscu, które już nawet nie należało do niego. Cornelius miał rację, nawet jeśli nie powiedział tego na głos (było to dostatecznie wymownie zauważalne w jego spojrzeniu) Greengrass nie powinien o tym zapominać. To dlatego, gdy pojawił się w pomieszczeniu, momentalnie ponownie nabrał dystansu. Stojąc w łazience i płucząc twarz w lodowatej wodzie, parokrotnie posłał sobie naprawdę zniesmaczone spojrzenie w lustrze. Nie był zdesperowany, nie chciał zachowywać się idiotycznie, nie potrzebował robić tych wszystkich rzeczy, które nawet w nim wzbudzały głęboką dezaprobatę. Miał nie mieć już żadnych oczekiwań. Nie przykładać do tego wszystkiego żadnej wagi. Nie nadawać temu głębszego znaczenia niż powinien, czyli tak naprawdę żadnego. A więc dlaczego odczuwał tak intensywny zawód? Był rozgoryczony. Być może nie ział tym na zewnątrz, jednak jego zachowanie mówiło samo o sobie. Jak na ironię, był w towarzystwie dwojga z tych nielicznych ludzi, którzy zawsze potrafili go przejrzeć. Może nie czytali mu w myślach... ...całe szczęście, choć jednocześnie może wtedy byliby mu w stanie powiedzieć, co on sobie do chuja myślał?, bo sam nie wiedział... ...ale nie mógł zaprzeczyć, że znali go i jego reakcje jak mało kto. A on nie przyszedł tu, by być upominanym czy ocenianym. Ani po to, by czuć się źle z własnymi decyzjami, których sam i tak już nie pochwalał, a jednak brnął w nie mimo to, bo nie potrafił się przed tym powstrzymać. Ani po to, by musieć kolejny raz znosić chłód ze strony osoby, z którą spędził ostatnie pięć dni. Najwyraźniej tylko po to, żeby znowu czuć się, jakby wyrosła między nimi ostra ściana klifu, niczym te otaczające ich skrawek plaży w Piaskownicy. Mimo to nijak tego nie skomentował. Kolejny raz odwzajemnił spojrzenie Yaxleyówny, mając wrażenie, że pokój wypełnia się chłodem. Cóż, przynajmniej nie ziali na siebie ogniem, choć sam nie wiedział, czy to nie byłoby lepsze. Zimno nie było w ich naturalnym stylu. To... ...czymkolwiek to było... ...to przypominało mu o tamtym wrażeniu doznanym pamiętnej nocy w Kniei. I no właśnie, Knieja. Po to się tutaj znaleźli, czyż nie? Po to, aby poruszyć ten temat z Corneliusem. Teraz kolejny raz stającym niemalże dosłownie między młotem a kowadłem. No cóż, taka była już chyba ich nowa rzeczywistość. Wcale nie lepsza. Tak zła jak tylko mogła być. Słysząc początek wypowiedzi Geraldine, Ambroise sięgnął po szklankę z alkoholem, mocząc w nim usta. Milczał. Tym razem to była jej część historii. RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Cornelius Lestrange - 19.01.2025 Cornelius spojrzał na swojego przyjaciela z powagą, gdy ten urwał w połowie zdania, znał jego myśli, doskonale wiedział, dokąd zmierzał Ambroise. - Jeśli to nekromancja, to byłaby niezwykle zaawansowana, takie praktyki zawsze zostawiają ślady, nawet minimalne. Czarne zaklęcia, rytuały, cokolwiek to jest, to nie jest coś, co można tak po prostu zatuszować. A tu? Tu nie ma nic. Totalna pustka, jakby nic nigdy nie miało miejsca, jakby nikt nie rzucał zaklęć, jakby nikt nie próbował się teleportować w tę ani we w tę. Nie było żadnej obecności magii, można by pomyśleć, że to miejsce było wręcz odizolowane od wszelkiej energii, jakby to nigdy nie było dotknięte przez żadne czary, co, przyznasz mi rację, nie ma racji bytu w Little Hangleton, tam nawet psy szczekają klątwami. Musimy, z zespołem, przyjrzeć się temu z innej perspektywy, bo to, co widzieliśmy, nie pasuje do żadnego schematu, który znam. - Stwierdził z powagą, przerywając milczenie, które zapadło po sugestii Roise'a. - Nie mogę pokazać ci zwłok, wiesz, jak to jest, miejsca też nie. A co do siostry zmarłej… wątpię, by przyszła, nawet jeśli by ją wezwano. Ukryła się, uciekła, na pewno już wie, może planuje zemstę na kimś, ale nie przyjdzie, nie teraz. Nie sądzę też, że Inez zdecyduje się odebrać ciało, kiedykolwiek. - To byłoby bardzo śmiałe założenie, że kobieta pojawiłaby się nie tylko na powierzchni, a także w samym ministerstwie magii, prędzej świnie nauczyłby się sztuki lewitacji. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Uczucie niepokoju ścisnęło jego serce, gdy pomyślał o tym wszystkim, nie mógł pozbyć się niepokoju, który narastał w nim z każdym dniem. Stracił już jedną bliską osobę, a ta tragedia dotknęła go zbyt mocno. Jego zmarła żona nie miała nic wspólnego z mrocznymi interesami, które rządziły miastem. Była niewinna, a jej strata wciąż bolała. Teraz patrzył na Ambroise'a, który wplątał się w skomplikowany układ z obiema siostrami. Zastanawiał się, czy jego przyjaciel zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, w które się pakował. Wówczas ból był jak ostrze, które wbijało się głęboko w jego serce, a teraz, widząc Ambroise'a, obawiał się, że historia może się powtórzyć, to było jeszcze bardziej prawdopodobne. Przyjaciel był uwikłany w coś niebezpiecznego, w grę, w której stawką była nie tylko reputacja, ale i życie. - Jasne, mogę ci opisać ten symbol. Nie wiem, czy będę w stanie go odtworzyć, zdajesz sobie sprawę z tego, że raczej marny jest ze mnie artysta. - Cornelius odetchnął głęboko, przywołując obraz znaku w pamięci. Zaczął opowiadać, gestykulując dłonią, jakby próbował odtworzyć obraz w powietrzu. - Przy ciele leżał mały, wykonany z brązu amulet, na którym znajdował się skomplikowany wzór. Ten znak, który tam był, przypominał mi coś z brujería, tej meksykańskiej magii. Wyglądał jak stylizowany pentagram, ale z dodatkowymi, krętymi liniami, które splatały się w chaotyczny sposób, tworząc coś w rodzaju wiru. - Cornelius spojrzał na Ambroise'a, który stał obok niego i kapał z płaszcza. •••
Stanął w salonie, wpatrując się w butelkę w dłoni Yaxley. Gdy usłyszał jej cichą uwagę, nie mógł powstrzymać się, żeby nie wzruszyć ramionami. Przemieścił się w kierunku okna, wziął kartkę i pióro z szuflady biurka, i przysiadł na fotelu. Jego myśli krążyły wokół komentarzy, które mogłyby paść w tej chwili z jego ust, a uśmiech mężczyzny stał się jeszcze bardziej wyrazisty. Mimo to, Corio zrezygnował z wypowiedzi. Czuł, że nie zamierzała się zdenerwować jego oceniającym wzrokiem, w głębi duszy wiedział, że jej to nie obchodziło. Miała swoje priorytety, a w tej chwili najważniejsze było dla niej jedno, napić się. Kiedy dostrzegł jej wzrok przesuwający się po lewitujących szklankach, poczuł, jak jego usta wyginają się w kolejnym ironicznie pobłażliwym uśmiechu. Miał ochotę ocenić jej postawę, ale wiedział, że i tak nie ruszało jej jego zdanie. Była zbyt zajęta myślami o drinku. Miał świadomość, że dla niej picie z eleganckich szklanek było tylko kolejną konwencją, której tak naprawdę nie musiała przestrzegać. - Cóż, jeśli szklanki są zbyt eleganckie, możemy zawsze wrócić do tradycji chlania napojów wysokoprocentowych prosto z gwinta. Ale, Geraldine, wiesz, że nie przystoi nam trzymać się z dala od dobrych manier. Jesteśmy elitą, znajdujemy się w domu, więc może lepiej skorzystać z tej drobnej przyjemności, jaką dają nam szklanki. - Obserwował ją z pewnym rozbawieniem, zastanawiając się, co siedziało jej w głowie, gdy tak wpatrywała się w ten błyszczący trunek. Zapadła chwila ciszy, w której oczekiwanie na Ambroise'a wypełniało pokój. •••
Cornelius rysował piórem na kartce, skupiony na tworzeniu wzoru, jednocześnie nieustannie spoglądając na mówiącą Geraldine. Słuchał jej uważnie, jednocześnie szkicując na papierze coś, co przypominało stylizowany pentagram, choć z dodatkowymi, krętymi liniami splatającymi się w chaotyczny sposób. Rysunek był kiepski, jakby stworzony przez dziecko, koślawy i niezdarny. Próbował nie unosić brwi, choć z trudem udawało mu się zachować obojętność. Nie był zdziwiony, że Geraldine znalazła się w Kniei, nie czuł nawet zawodu w związku z jej postępowaniem, bo to po prostu do niej pasowało, jej temperament i skłonność do kłopotów pasowały do tego miejsca jak ulał. Kiedy kobieta oznajmiła, że udało jej się stamtąd wyjść, Cornelius posłał jej nieco kpiące spojrzenie. - Trudno tego nie zauważyć. - Skomentował, nie przestając rysować, jego ręka przesuwała się po papierze, tworząc chaotyczne linie. - Czy przez to, że byłaś w Kniei, masz jakieś kłopoty z Ministerstwem? Mam ci pomóc? - Zdawał sobie sprawę, że przyszła z Roisem, który również był medykiem, wątpił w potrzebę jakiejkolwiek interwencji uzdrowiciela, zwłaszcza byłego, nie praktykującego, więc myśl o kłopotach z systemem prawnym nasuwała mu się sama przez się. Bez słowa przesunął rysunek w kierunku Ambroise'a. Szkic sprawiał wrażenie dziecięcego, koślawego i niechlujnego, jakby Cornelius nie przywiązywał do niego większej wagi, koncentrując się bardziej na rozmowie z Geraldine, co było prawdą. RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.01.2025 Priorytetem Yaxleyówny było uspokojenie się, a nie konkretnie sięgnięcie po alkohol. Wiedziała, że jest to jedna z prostszych metod, zresztą miała naprawdę parszywy dzień i nie zamierzała się z tego tłumaczyć, drugim sposobem na walkę z wkurwem, z tych, które najbardziej działały było danie komuś po mordzie, więc z dwojga złego chyba lepiej, że wybrała ten pierwszy? Wydawał się być bardziej cywilizowany. - To nie szklanki dają nam przyjemność, a ich zawartość. - Odburknęła cicho. Nie miała pojęcia, czy Corio nie zauważył, że już jest wystarczająco zirytowana, naprawdę chciał tego, żeby doszła do skraju przez jakieś głupie komentarze o szklankach? To nie miało większego sensu. Oddychaj Yaxley. Nie pojawiła się tu przecież po to, aby się kłócić, wręcz przeciwnie, mieli zasięgnąć języka, dowiedzieć się czegoś więcej, szkoda tylko, że Lestrange zaczął rozmowę od dawania im dobrych rad w temacie, w którym niekoniecznie tego potrzebowali. Nie miała pojęcia dlaczego, ich przyjaciel sięgnął po pióro i kartkę i co tam w tej chwili bazgrał, nie było to jednak coś, co jej dotyczyło, przynjamniej tak się wydawało Geraldine. Sięgnęła po szklankę, do której wcześniej nalała sobie bursztynowego trunku. Wpatrywała się w Lestrange'a i prychnęła głośno, gdy usłyszała jego słowa. Naprawdę? Czy naprawdę sądził, że dałaby się wplątać w jakiekolwiek kłopoty związane z Ministerstwem. - Nie jestem głupia, nie narażam się im, nie znoszę tej pierdolonej instytucji, zresztą nie są specjalnie bystrzy, to byłoby ujmą dla mnie, gdybym wpakowała się w jakieś kłopoty z urzędnikami. - Nigdy nie miała problemu z tym, aby dzielić się swoją opinią na temat Ministerstwa. Zwłaszcza teraz, w czasie kiedy podchodzili do problemu w bardzo opieszały sposób i praktycznie nie było słychać o żadnych postępach związanych ze sprawą Widm. Widm, które zaczęły wyłazić z lasu, eweoluować, co zresztą miała udokumentowane na pierdolonym zdjęciu. Musiała zaangażować się w sprawę, znaczy nic nie musiała, ale czuła, że jest to jej jebany obowiązek, bo przecież była pierdoloną łowczynią potworów, kto jeśli nie ona? - Nie po to tu przyszlismy. - Musiała się skupić, żeby wrócić do tematu, bo odkąd pojawili się w mieszkaniu przyjaciela bardzo łatwo było ją rozproszyć, a to nie powinno mieć miejsca. - Gdy byłam w Kniei, pojawiło się parędziesiąt widm. Najpewniej by mnie tutaj z wami nie było, gdyby nie to, że trafiłam w lesie na kamienny krąg, kromlech. - Starała się mówić spokojnie, po kolei, aby nie ominąć żadnych szczegółów. - Na tych kamieniach były wyryte runy, podejrzewam, że tylko to spowodowało, że nie mogły nas dopaść. - Do stwierdzenia tego, nie trzeba było być szczególnie światłym. - Wydaje mi się, że te runy mogą nas ochronić przed tymi istotami. - Tutaj właśnie tkwił problem. - Nigdy nie uczyłam się run, nie wiem, czy potrafiłabym je odtworzyć, próbowaliśmy tam dzisiaj dotrzeć, ale chyba przeceniłam swoje umiejętności. - Teleportacja zakończyła się fiaskiem, miała o to do siebie żal, była jednak nieco rozbita, a translokacja - cóż, nigdy nie była jej ulubioną dziedziną magii. - Wypadałoby więc skorzystać z najprostszej metody i wyciągnąć moje wspomnienia, żeby moi znajomi, którzy całkiem biegle posługują się runami mogli je zobaczyć. Schody zaczynają się tutaj, bo nie zamierzam zgłaszać tego do ministerstwa, bo pojawiłam się tam nielegalnie. - Po pierwsze złamała oficjalny zakaz związany z wchodzeniem do Kniei, po drugie zrobiła to pod swoją animagiczną postacią, o której nie wiedział nikt poza Roisem. - Pewnie masz jakieś informacje, gdzie można znaleźć myślodsiewnię? - Na pewno był bardziej zorientowany od nich, z tymi swoimi znajomościami w Ministerstwie. - Te runy mogłyby się przydać mieszkańcom Doliny, szczególnie, że te popierdolone Widma zaczęły wychodzić z Kniei i pojawiać się w Dolinie, kto wie, kiedy postanowią iść dalej. One są kurewsko niebezpieczne. - Nieczęsto padały z jej ust podobne słowa dotyczące jakichkolwiek istot. W tym wypadku miała wątpliwą przyjemność spotkać się z nimi bliżej, widziała, co potrafią zrobić z człowiekiem i nie życzyłaby nikomu spotkania z nimi twarzą w twarz. Nie patrzyła na Ambroisa, kiedy próbowała streścić ich wspólnemu przyjacielowi to wszystko, bo zdążyła już mu to opowiedzieć wcześniej, miał świadomość jak wygląda sprawa. Dopiła w końcu zawartość swojej szklanki i poruszyła jeszcze jeden temat. RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.01.2025 Ambroise milczał. Milczał bardziej niż zazwyczaj, bardziej niż kiedykolwiek a warto było wspomnieć, że w ostatnich tygodniach zdecydowanie zbyt często brakowało mu słów. Czuł się z tego powodu zdecydowanie bardziej wściekły i przybity niżeli usiłował okazywać. W dalszym ciągu starał się trzymać fason, nawet jeśli doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego starannie budowane pozory nie były w stanie oszukać co najmniej trzech osób, z których dwie znajdowały się z nim tu i teraz w tym mieszkaniu. To zdecydowanie nie poprawiało mu już i tak coraz bardziej parszywego nastroju. Szczególnie, że wszystko, o czym mówił Corio roztaczało przed Roisem raczej całkiem wymowny obraz. Gdyby jeszcze chodziło o niego samego, pewnie nie czułby się z tego powodu aż tak zagrożony, jednak niespełna dwa tygodnie wcześniej zapoznał z tym środowiskiem młodszego brata Geraldine. Wtedy wydawało mu się to rozsądnym posunięciem. Teraz? Szambo znowu wybiło. Znacznie bardziej niż mógłby to przewidzieć, choć przecież po tylu latach spędzonych w tym środowisku powinien przywyknąć do tego, że zmiany i przetasowania przychodziły nieoczekiwanie. I zazwyczaj przynosiły ze sobą co najmniej chaos, jeśli nie liczne śmierci i problemy dla Ministerstwa, które wtedy nie mogło już udawać, że problem szarej strefy i miasta w mieście nie istnieje. Pozwolił Corneliusowi mówić praktycznie do momentu, w którym spojrzenie przyjaciela świadczyło o tym, że Lestrange niemal całkowicie wyczerpał temat. Odezwał się wyłącznie w kilku momentach, przede wszystkim w celu zapytania o wspomniany znak, kiwając głową na opis amuletu. W istocie chuja wiedział, o czym mówi Corio. Jasne - stylizowany pentagram sam w sobie nie był niczym szczególnym. Tak samo jak różnorodne wariacje na temat kół, wirów czy obłych linii. Osobno te elementy występowały dosyć często. Razem również był w stanie wymienić je w co najmniej kilku konfiguracjach, ale na amulecie z brązu? W miejscu całkowicie pozbawionym śladów jakiejkolwiek magii? Wyssanym z energii dokładnie tak samo jak zwłoki, przy których leżał symbol? W dodatku będące jedną z sióstr, które rzeczywiście w naprawdę zaawansowanym zakresie zajmowały się latynoamerykańską czarną magią, nawet jeśli na to nie wyglądając, mając w niej swoje naprawdę głębokie korzenie. - Jeśli to faktycznie ma związek z brujería to jest kompletnie poza moim zakresem. Nie pytaj, w jakim celu, ale stanowczo zbyt głęboko dotykałem się już rumuńskiego i starogreckiego. Te tłumaczenia to była wielotygodniowa mordęga a ostatecznie i tak do niczego nie doprowadziły. Wątpię, by tu mogło być inaczej - zaczął ostrożnie, starając się zachować dla siebie wszystkie niepotrzebne informacje, bo zdecydowanie nie zamierzał roztrząsać tego, co pchnęło go w kierunku ślęczenia nad obcojęzyczną literaturą i wielogodzinnego wgapiania się w słowniki aż zaczynały piec go oczy a umysł odmawiał posłuszeństwa. To był trudny okres w jego życiu. Ambroise w pewny momencie stwierdził co prawda, że prowadzący go do najlepszego, co kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić (a o czym nawet nie myślał ani tym bardziej tego dnie planował), jednak ponownie głęboko zakwestionował to wiosną siedemdziesiątego pierwszego. Wszystko to, co wydarzyło się między opętaniem podczas zlecenia wykonywanego w opuszczonym dworku a pamiętnym chłodnym porankiem pod koniec kwietnia wiele lat później było... ...trudne. Przynajmniej z perspektywy tego człowieka, którym teraz był. Znów podchodzącego do świata ze znacznie większą rezerwą i zdecydowanie bardziej realistycznym podejściem. Jasne, hiszpański z pewnością mógł być znacznie łatwiejszy od wspomnianych przez niego języków. Czy tym bardziej od medycznej albo herbologicznej łaciny. Mimo wszystko, Ambroise nie miał jednak nawet najmniejszych wątpliwości, że nie dysponowali taką ilością czasu. Natomiast najprostsze rozwiązanie, jakim byłoby przerzucenie odpowiedzialności na Ministerstwo Magii zdecydowanie nie wchodziło w grę. Daliby im wtedy znacznie więcej kart niż potrzebowali mieć urzędnicy. Z całym szacunkiem dla Lestrange'a, który przecież technicznie sam też należał do organów prawnych. Mimo to, Roise raczej nie wyobrażał sobie, że przyjaciel mógłby pójść z tym wyżej, otwarcie wskazując na kilka potencjalnie przydatnych grymuarów zawierających w sobie informacje i poprosić o wsparcie w zakresie znalezienia tłumacza. Nie narażając się przy tym, oczywiście, na pytania czy podejrzenia odnośnie wykazywania zainteresowań tą dziedziną. Jedyną opcją byłaby próba sprzedania Ministerstwu historyjki na tyle przekonującej, by siedzący tam idioci sami wyszli z myślą o podobnym rozwiązaniu, nakazując Corneliusowi zorientować się w zakresie odpowiedniej literatury, ale na to ponownie nie mieli zbyt wiele czasu. - Podejrzewam, że skoro wiadomość miała być skierowana do Inez to pozostaje ona główną osobą, która byłaby w stanie dać wam... ...nam... ...dać nam dostatecznie szybką i trafną odpowiedź, zanim wszystko do reszty się spierdoli, ale tak jak mówisz. Na to raczej nie możemy liczyć - stwierdził nie ukrywając nie tyle rozgoryczenia, co głębokiej frustracji z tego powodu. Ponownie - nie chodziło tu tylko o niego. Mógł nie przepadać za wampirzym chłystkiem, jednak to w dalszym ciągu był brat Riny, zresztą sam Roise też go kiedyś wyjątkowo lubił, więc nie chciał, żeby to eskalowało do kolejnego dramatu. Mieli tu i tak stanowczo zbyt wiele tragedii. - Pozostaje też możliwość, że ten wisior, medalion, amulet... ...jak zwał tak zwał... ...wcale nie należał do kogoś, kto chciał coś przekazać. Mniemam, że braliście pod uwagę, że mogła za tym stać sama Inez? Praktyki honorowania zmarłych są raczej powszechne w takich środowiskach - stwierdził po chwili namysłu, jednak nie poszukując w tym zbyt wiele pozytywów. - Mogła zresztą sama wyczyścić miejsce. Z jakiegoś powodu nie zabierając zwłok siostry. Cholera ją wie, zawsze była nieprzewidywalna - jednocześnie będąc jedną z najbardziej przewidywalnych osób na Ścieżkach, co mówiło samo za siebie? - To wydaje mi się równie prawdopodobne co nierealistyczne, bo to Iteti, nie ona za każdym razem wybierała się na powierzchnię. Inez nie była tam od chuj wie jak dawna, sama się tym chełpiła - dodał, jednocześnie mrużąc przy tym oczy, bo w gruncie rzeczy to też można było rozpatrywać w różnych kategoriach. Niekoniecznie musiała być szczera w swoich przechwałkach, czyż nie? Prawdę mówiąc, nikogo stamtąd nie należało podejrzewać o zbytek prawdomówności. Tak czy siak, sytuacja nie wyglądała kolorowo a on... ...on czuł się z tym raczej parszywie. Przez ostatnie dni dał sobie odczuć niemal wszystkie możliwe uczucia, skupiając się przede wszystkim na tym, czego brakowało mu przez ostatnie półtora roku. Pozostanie w Whitby było zarówno impulsywną, jak i zatrważająco przemyślaną decyzją. I tak, jasne - to nie było łatwe. Nie stworzyli sobie tam z Geraldine całkowitej sielanki, jednak Roise w pewnych momentach niemalże zapominał o tym wszystkim, co sprawiało, że starał się trzymać od niej na dystans. Że odszedł bez głębszego wyjaśnienia, że nie pozwalał żadnemu z nich nie tyle na powrót do przeszłości (bo to przecież już robili), co na powolną próbę odbudowy szans na wspólną przyszłość. Nie chciał tego przyznawać. Nawet przed samym sobą. Starał się sprawiać wrażenie kurewsko wytrwałego w swoich przekonaniach, ale dopiero ta wizyta była dla niego jak lodowaty kubeł wody. Zimniejszej od tej kapiącej teraz na hebanową podłogę Lestrange'a. Zakończyli temat, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że wyłącznie na teraz. Na te kilka godzin, bo szambo nie miało ponownie wybić. Ono cały czas tryskało w górę. Nie będąc zresztą jedynym problemem, jaki mieli. Cholerne bagno rozciągało się jak okiem sięgnąć. Okiem, które Ambroise postanowił wbić w zawartości szklanki, gdy tylko pojawił się w pomieszczeniu. Był wyraźnie zdystansowany i małomówny. Zdecydowanie, dostrzegalnie pogrążony w swoim własnym świecie, nawet jeśli w teorii powinien skupić się na opowieści płynącej z ust Riny i uzupełnianiu jej o szczegóły istotne z punktu jego własnych doświadczeń. Mimo to milczał, patrząc jak światło rozszczepia się w złotawej cieczy w szklance, jednocześnie kątem oka obserwując ruch dłoni Corio. W pewnym momencie drgnął, mocniej marszcząc brwi i rozchylając wargi, jednak zaraz ponownie je zamykając. Zamierzał dać Corneliusowi (i Geraldine) dokończyć. Dopiero, kiedy kawałek papieru znalazł się tuż przed nim, Ambroise odchylił głowę w tył, powoli wypuszczając powietrze z płuc. - Celtycki - stwierdził w momencie, w którym Geraldine przerwała, by dopić zawartość swojej szklanki; bezwiednie wyciągnął też rękę po butelkę, żeby móc dolać jej alkoholu. - Northumbriański, nie latynoamerykański - uściślając, sam również sięgnął, by jednym łukiem opróżnić szklaneczkę. W złym momencie. W bardzo złym momencie, bo na dźwięk imienia Astarotha niemalże się zakrztusił. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że Geraldine wie, że to, co zamierza powiedzieć o bracie tyczy się też całej sytuacji, jednak tak się nie stało i... ...nie ulżyło mu. - Zaatakował cię? - Odezwał się, wyrwany ze swojego stanu, jednocześnie posyłając zaniepokojone spojrzenie w kierunku Yaxleyówny. Kurwa. Brakowało im jeszcze tylko paranoi jej brata. Tego też zdecydowanie nie było w bingo. RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Cornelius Lestrange - 22.01.2025 wiedza o świecie ( ◉◉◉◉○): temat myślodsiewni [roll=PO] [roll=PO] Corio stał w korytarzu swojego mieszkania, światło lampy rzucało ciepły blask na jego twarz, podkreślając zmarszczki, które pojawiły się na czole w wyniku długich godzin pracy. Słowa Ambroise'a brzmiały w jego uszach jak echo. Mężczyzna kiwnął głową, nie przerywając przyjacielowi, ale w głębi duszy czuł narastającą frustrację. - Brujería. - Powtórzył cicho, jakby próbował wymazać to słowo z umysłu. - Liczyłem, że może coś wiesz, ale zawsze, kiedy sprawa wydaje się niemożliwa do rozwiązania, pojawia się jakieś dodatkowe gówno. Czy tam, jak może powinienem powiedzieć, „la mierda”. - Jego myśli wróciły do ostatnich dni, ciał, które leżały na stole sekcyjnym, spojrzeń świadków, które skrywały więcej, niż mogły ujawnić. W każdej z tych spraw był fragment prawdy, który czekał na odkrycie. Patrzył na przyjaciela, widząc zmęczenie w jego oczach, wiedział, jak ciężko było mu zmagać się z podobnymi sprawami, gdy był w nie uwikłany. Cornelius wiedział, że jego przyjaciel miał rację, gdy mówił o trudności w zrozumieniu i przetłumaczeniu starych tekstów. Tłumaczenie było jednym z najtrudniejszych zadań. Każdy znak i pojedyncza fraza mogła być kluczem do zrozumienia tego, co się wydarzyło, albo wręcz przeciwnie, mogła to wszystko bardziej skomplikować, jeśli byłaby niepoprawna. Jego myśli krążyły wokół słów Ambroise’a, które brzmiały równie prawdopodobnie i nieprawdopodobnie. Wzrok Lestrange miał utkwiony w podłogę, której deski były lekko zniszczone, co przypominało mu o upływie czasu i o tym, jak wiele rzeczy mogło się zmienić, gdyby tylko los zechciał być łaskawszy... albo Ambroise i Geraldine trochę bardziej suchszy, Cornelius nie mógł patrzeć na wodę kapiącą z płaszcza ze skóry. Nie dość, że puchła mu podłoga, to ciuchy Yaxley, będąc zbrodnią na stylu, od zawsze, wzbudzały w nim głęboki sprzeciw. Dopiero możliwość przywłaszczenia koszul Ambroise'a przez Geraldine, nieważne, że w wątpliwych okolicznościach, ratowała oczy Lestrange'a. Cornelius, wbrew pozorom stwarzanym przez zawód, był estetą - albo pedantycznym krytykiem, chamem i burakiem, w zależności od tego, kogo by spytać - i mimo, że uwielbiał tę dziewczynę, to jej styl wypalał mu kubki smakowe w oczach.[/b] - Inez... Tak, zgadzam się, była nieprzewidywalna. - Odpowiedział Cornelius, starając się zachować spokój w obliczu rosnącego napięcia. - Ale to właśnie czyni ją tak niebezpieczną w tej sytuacji. Jeśli to ona mogła być zamieszana w czyszczenie miejsca zbrodni w taki sposób, to nie możemy tego zignorować. - W jego głosie brzmiała nuta niepokoju, bo wiedział, jak blisko tej sprawy był Ambroise, a także, jak blisko serca tej historii znajdowała się Geraldine, z uwagi na powiązania z Greengrassem, a był jeszcze Astaroth, o którego zaangażowaniu jeszcze nie wiedział. - Praktyki honorowania zmarłych, o których wspominasz... W takich środowiskach mogą się zdarzyć dziwne praktyki. Mogą być dla niej hołdem, ale równie dobrze, mogą być sposobem na zatarcie śladów albo na przekazanie informacji, albo na chuj wie co. Znamy Inez. Czasami nie przewiduje konsekwencji swoich działań, wizje Iteti pomagały jej panować nad sytuacją. To też może być coś, co ją przerasta. - Mówiąc to, z trudem próbował zrozumieć, co mogło kierować decyzjami kobiety, która zawsze była enigmą. Niezależnie od przemyśleń, Cornelius nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ten medalion, wyrwany z kontekstu przedmiot, był istotnym, ale tylko fragmentem znacznie większej układanki, której sens wciąż im umykał. •••
Z lekkim uśmiechem, który nie schodził mu z twarzy, spojrzał na nią z wyraźnym rozbawieniem. Owszem, zawartość szklanek była istotna, lecz nie można było ignorować oprawy. W eleganckim salonie, przy blasku kryształowych żyrandoli, każda kropla wykwintnego trunku w krysztale nabierała szczególnego znaczenia, w norze to byłoby smutne, godne pożałowania pijaństwo w środku dnia. Nie byłby sobą, gdyby nie doceniał harmonii między zawartością a oprawą, która tworzyła pełnię przyjemności. - Wiesz, że jestem zwolennikiem harmonii w życiu. Dlatego wolę, aby wszystko wokół mnie było tak samo starannie dobrane, jak to, co leje się do tych szklanek. - Powiedział, jego ton był lekko prześmiewczy, a zarazem pełen wdzięku, Corio czerpał satysfakcję z wytrącania Geraldine z równowagi byciem tak bardzo „ąę”, szczególnie, że później nie miewał problemu, żeby brodzić butami w łajnie, wsadzać palce pomiędzy jelita, albo jeść kanapki w obecności rozciętych zwłok. - Ale oczywiście, jeśli preferujesz picie byle jak i z byle czego, nie zamierzam ci tego zabraniać. - Odpowiedział, starając się przybrać ton, który mógłby wydać się lekko wyniosły, ale w rzeczywistości miał w sobie nutę żartu. •••
Geraldine - bez cienia wątpliwości, które mógłby mieć, gdyby nie znali się tak dobrze - wiedziała, co zamierzało paść z ust mężczyzny. Cornelius, patrząc na nią z mieszaniną zrozumienia i frustracji, westchnął głęboko, próbując znaleźć odpowiednie słowa. - Nie zesraj się. •••
Niestety „twoja stara” nie wchodziła w grę, nawet, jeśli stara Geraldine była tak zabawna jak stare pozostałego dwojga ludzi. A szkoda, bo Cornelius miał w repertuarze całkiem sporo tekstów o starej Yaxley i dementorach rzucających w nią patronusami. •••
Było też wakacyjne pierdolenie twojej starej na basenie, którego nie oszczędzał Roise'owi, tworząc ku temu playlistę na winylach. •••
Jego stara, tak dla odmiany, była tak martwa, że jej ulubionym napojem była formalina. •••
Cornelius, słuchając słów Geraldine, przyglądał się jej uważnie, starając się wyłapać każdy szczegół w jej opowieści. Nie był zdziwiony, że weszła do Kniei, bo znał Yaxley i jej skłonność do podejmowania ryzykownych decyzji. W końcu, kto inny mógłby zignorować ostrzeżenia i wejść tam, gdzie czaiły się niebezpieczne widma? Jego twarz była nieco zamyślona, a w oczach można było dostrzec cień niepokoju, mimo że sam nie był zdziwiony jej działaniami. To w końcu Yaxley, wszyscy w ich gronie zdawali się być w jakiś sposób przyciągani do niebezpieczeństw, które inni uznaliby za szaleństwo. Widma, które zaczęły wychodzić z Kniei, były niebezpieczne, a ich pojawienie się w Dolinie mogło wywołać chaos. Słuchał, jak opowiadała o kamiennym kręgu, o runach, które mogły ochronić ją przed niebezpieczeństwem. Zamknął oczy na moment, starając się wyobrazić sobie tamtą sytuację. Kamienny krąg, runy, które mogłyby chronić… Znał dobrze moc symboli runicznych, choć sam nie był biegły w ich odczytywaniu. Miał jednak świadomość ich mocy. Po chwili milczenia, z jego ust wydobył się niski, stonowany głos. - Kamienny krąg? - Powtórzył, mrużąc oczy. Zaraz jednak jego umysł zaczął się kręcić wokół potencjalnych konsekwencji. Geraldine wydawała się zdeterminowana, ale on czuł, że nie wszystko jest takie hop siup, nie tylko trudności z myślodsiewnią, wiele więcej. - To może być kluczowe. Jeśli runy rzeczywiście mogą nas ochronić, to musimy je zbadać. Widma w Kniei to dramat, jeśli pojawiło się ich parędziesiąt, to sprawa jest poważniejsza, niż myślałem. Zaraz jednak jego umysł zaczął się kręcić wokół potencjalnych konsekwencji nie widm, a posunięć Yaxley. Geraldine wydawała się zdeterminowana, ale on czuł, że nie wszystko jest takie proste. Podniósł wzrok znad rysunku, który szkicował na ławie, i spojrzał na Geraldine. Kiedy podniosła kwestię myślodsiewni, skinął głową. Wiedział, że jego znajomości w Ministerstwie mogłyby się przydać, ale podchodził do tego z ostrożnością. W jego oczach mogli dostrzec mieszankę zrozumienia i nieufności, które od lat towarzyszyły mu w relacjach z ministerstwem. W końcu, po chwili milczenia, wyraził swoje przemyślenia na głos. - Myślodsiewnia… Tak, może być to trudne do znalezienia, tym bardziej, że jeśli chcesz uzyskać te wspomnienia, musimy działać ostrożnie. Zgłaszanie tego do Ministerstwa… Fakt, to nie jest najlepszy pomysł, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak się tam pojawiłaś. - Powiedział, zerkając na nią przenikliwie. Wiedział, że władze nie tolerowały takich incydentów. - Wiesz, Geraldine, jeśli miałbym wskazać najbardziej naturalne miejsce, gdzie mogłabyś znaleźć myślodsiewnię, to bez wątpienia byłoby to ministerstwo, zwłaszcza w Departamencie Tajemnic. Departament Tajemnic z pewnością korzysta z takich narzędzi. W biurze koronera czasami mamy możliwość użyczenia myślodsiewni, zwłaszcza, gdy są one niezbędne do prowadzenia śledztw, ale musisz wiedzieć, że nie ufam nikomu z ministerstwa w takich sprawach, nawet najbliższym współpracownikom. Mogliby cię wydać w mgnieniu oka. Uważam, że co najmniej połowa z tych dupków, którzy mnie otaczają, działa dla Voldemorta i bez wahania mogliby dać mu cynk o wszystkim, co tam się dzieje. Dlatego twoje unikanie ministerstwa jest jak najbardziej uzasadnione. Jasne, może Mulciberowie się wynieśli, z całym szacunkiem dla rodzinki Ambroise'a, ale w Departamencie Tajemnic nadal kręcą się węże o różnych intencjach. Nie ma sensu ryzykować, kiedy nie wiadomo, kto może być twoim wrogiem. Dystans, który zachowujesz, jest całkowicie uzasadniony. Wiesz, jak jest. Lepiej trzymać się z dala od ministerialnych układów, bo w końcu nikt nie jest tam całkowicie czysty. Nie ma co ukrywać, że po wszystkich latach, moje zaufanie do ludzi tam pracujących jest... Delikatnie mówiąc, wątpliwe. Nikt tam nie jest całkowicie godny zaufania, nawet ja sam mam swoje za uszami, o czym, chyba, wszyscy wiemy. - Urwał, z namysłem rozważał, gdzie można by znaleźć myślodsiewnię. W końcu przypomniał sobie, że skoro istniał odbiorca, istniał dystrybutor i producent. Wiedział, że twórcami tych niezwykłych urządzeń byli Bagshotowie, rodzina znana ze swoich skomplikowanych wynalazków. Z pewnością mieli myślodsiewnie w swoim posiadaniu, przeznaczone do prywatnego użytku, ale z racji ich statusu i ochrony, którą otaczał ich Departament Tajemnic, Geraldine musiałaby podchodzić do sprawy z dużą ostrożnością. Zorganizowanie spotkania z Bagshotami mogło wymagać nie tylko dyplomacji, ale również ostrożnych kroków, aby nie narazić się na nieprzyjemności ze strony władz. - Wiesz, jeśli chodzi o myślodsiewnie, to jest jeszcze jedna możliwość. Bagshotowie są ich twórcami. Można je u nich pozyskać, na pewno mają kilka tych urządzeń do swojego prywatnego użytku, ale wiesz, oni są również pod protekcją Departamentu Tajemnic, więc trzeba to załatwić ostrożnie, żeby nie narobić sobie kłopotów, sprawa nie jest taka prosta. Szczerze mówiąc, nie wiem, która opcja byłaby mniej ryzykowna. Osobiście stawiałbym na Bagshotów, choć z drugiej strony, zawsze istnieje ryzyko, że ministerstwo się o tym dowie. Tak czy inaczej, musimy działać z głową. - Cornelius zdecydował się włączyć w sprawę, nie pytając, czy powinien dać im coś więcej niż tylko informację. Spoglądał po twarzach pozostałej dwójki, intensywnie myśląc o kolejnych krokach. Jego ręka wciąż szkicowała pentagram na kartce, odwzorowywał symbol, mając zamiar pokazać go swojemu przyjacielowi.[/a]•••
Cornelius, z nieco zmarszczonym czołem, przyglądał się pokracznie naszkicowanemu pentagramowi, to było najlepsze, na co było go stać, jeśli chodzi o jego zdolności artystyczne. Miał nadzieję, że to miało wystarczyć. Nie mógł zrozumieć, dlaczego ten symbol, którego znaczenie wydawało się oczywiste i nieoczywiste, miałby być związany z tą sprawą. Doszli do dwojakich wniosków, oba były tak samo prawdopodobne, to mogła, ale nie musiała, być wiadomość do Inez, jak i sama Inez, składająca hołd martwej siostrze. Odpowiedź najprawdopodobniej kryła się w samym znaku i tym, co miał przedstawiać stylizowany pentagram, jego zdaniem latynoamerykański. Gdy pokazał rysunek Ambroise'owi, nie pozostało mu zbyt wiele do powiedzenia. Czekał na reakcję przyjaciela, mając nadzieję, że ten, z uwagi na swoje związki z tematyką, mógł rzucić jakieś światło na sytuację. Cornelius odczuł ulgę, że mógł liczyć na pomoc przyjaciela w tej zagadkowej sprawie, ale dopóki nie wiedział, na czym stali, i czy Ambroise mógł coś powiedzieć, nie pozwalał sobie na zbyt wiele nadziei. Kiedy Ambroise, z wyrazem twarzy, który sugerował głęboką znajomość tematu, stwierdził, że pentagram nie ma nic wspólnego z latynoamerykańskimi wierzeniami, lecz wywodzi się z tradycji celtyckiej, Cornelius uniósł brwi, zaskoczony tą informacją. Na moment wstrzymał oddech, próbując zrozumieć, co to mogło oznaczać w kontekście sprawy, nad którą pracował.[/a]- Rzeczywiście? To nie brujería? - Zapytał, gdy zaskoczenie ustąpiło miejsca chęci rzucenia przekleństwa, przed którym powstrzymał się. - Muszę przyznać, że nie miałem pojęcia, to zmienia stan rzeczy. - Niechętnie, bo niechętnie, przyznawał się do przeoczenia. Szczególnie, że w końcu w jego zawodzie, wiedza o symbolach i ich znaczeniu mogła okazać się nieoceniona, więc niewłaściwe założenia były dla niego potwarzą dla samego siebie. Nie kwestionował oceny, bo wyszła z ust kogoś z głęboką wiedzą w temacie. Już wiedział, że sprawa zmieniła tor, teraz była tak samo zagmatwana, jak wcześniej, ale nie dlatego, że musiał szukać kogoś, kto potrafił przekazać mu informacje na temat meksykańskiej czarnej magii, a kogoś, kto znał się na zwyczajach Celtów. Takich osób było więcej, ale nie do końca to byli ci właściwi ludzie, bo najwłaściwsi nie obracali się w wyższych sferach, prawdę mówiąc, nieczęsto wychodzili z podziemi. W bardzo dosłownym znaczeniu, czekała go wycieczka na dół, bo istniało zbyt duże prawdopodobieństwi, że spece od dochodzeń, których wysłało ministerstwo, teraz to już by nie wrócili. - Potrzebne mi to jak kurwie pantalony. - Mruknął sam do siebie, mimo tego, że zdawał sobie sprawę z wymowności tych słów, szczególnie dla kogoś takiego, jak Ambroise, bo o obecnych powiązaniach Geraldine z podziemnymi ścieżkami, Cornelius nie wiedział i nie pytał. Wziął sobie do serca pamiętną rozmowę z kumplem i nie poruszał z nią, ani przy niej, tego tematu. Przyjął tę informację do wiadomości, wiedząc, że jego przyjaciel potrafił oceniać ryzyko, nawet, jeśli czasami błędnie. Ufał mu, bo Ambroise dostarczał mu częstych wskazówek i informacji. - Roise. Zaczął w odpowiednim momencie, kiedy Yaxley zamilkła. - Czy znajdziesz niedługo czas, może być tak jak zwykle, żeby przybliżyć mi coś więcej na ten temat? Albo może masz jakąś literaturę, idealnie tu na górze, bo sprawa, jak wiesz, jest nagląca, która mogłaby mi pomóc? - Dodał, z nadzieją w głosie, podczas, gdy ich towarzyszka dopijała alkohol. Nie czuł się winny tej lekkiej dygresji, jaką zrobili, bo sytuacja była złożona i wymagała jednoczesnego poruszania kilku tematów. Jego myśli pędziły, starając się połączyć wszystkie wątki, które w tym momencie wydawały się chaotyczne, zawartości szufladek w głowie Corneliusa zaczęły się przegrupowywać, analizując nowe okoliczności. W międzyczasie jego wzrok przesunął się na Geraldine, słowa o paranoi u młodszego brata dotarły do niego, jasne i wyraźne. RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.01.2025 Tym się chyba różnili, Yaxleyówna przez miejsca w których bywała zupełnie przestała zwracać uwagę na takie nic nie znaczące szczegóły, właściwie to nawet średnio obchodziło ją to, co w siebie wlewała. Nie było to typowym zachowaniem dla kogoś o jej statusie, ale nie zawsze otaczała się luksusem. Podczas swoich długich wypraw zdarzało jej się bywać miejsca oddalonych z dala od cywilizacji do których musiała się przyzwyczaić i nie miała z tym najmniejszego problemu. Nie do końca więc rozumiała te zachcianki innych osób związane z kryształami i tą dalszą otoczką. Nie to, żeby jej własne mieszkanie wyglądało jak menelnia, aczkolwiek podchodziła do tego bardziej praktycznie. Większość mebli, czy ozdób była stworzona ze skór, czy kości stworzeń które upolowała. - Mam świadomość, że wśród naszych kręgów to raczej typowe. - Elita lubiła pokazywać poprzez tą całą otoczkę swój status, jej zdaniem to raczej nie było za bardzo istotne, mogliby przeznaczyć te galeony na jakiś bardziej szczytny cel, ale z drugiej strony ich sprawa, skoro to sprawiało im przyjemność, to kimże była, aby ich oceniać. - Preferuję picie, naprawdę jest mi wszystko jedno, czy będę pić z kryształowych lub złotych szklanek, czy prosto z butelki. - Westchnęła jeszcze ciężko, bo nie wydawało jej się, aby ten problem był aktualnie szczególnie istotny. - Chyba Ty, urzędasie. - Dodała jeszcze, z kpiącym uśmieszkiem na twarzy. Nie, żeby przeszkadzało jej to, że Corio należał do tych wybitnych jednostek, jakimi byli pracownicy ministerstwa, skoro się w ten sposób realizował, to naprawdę cudownie. Nie zmieniało to jednak faktu, że gardziła tym urzędem i większością jego pracowników. Uważała, że brakuje tam kompetentnych ludzi, a stołki były przekazywane między sobą tylko i wyłącznie przez koneksje, to nie powinno być tolerowane, ale chyba szybko nie miało się to zmienić. Jakoś tak się składało, że cała ich trójka nie miała szczęścia do starych, chociaż przy siedzących tutaj mężczyznach ta Yaxleyówny nie była wcale taka najgorsza, przynajmniej była, gdzieś obok, mimo, że bardzo wkurwiająca, to jednak miała szansę wykazać jakiekolwiek zainteresowanie jej osobą, to mogło się kiedyś przydać, w przeciwieństwie od starej pod ziemią, czy gdzieś we Francji. To nie tak, że tym razem Geraldine zachowała się skrajnie nieodpowiedzialnie bez żadnego powodu. Po prostu pobiegła tam za dziewczyną, która na jej oczach zmieniła się w wilkołaka, bo nie chciała, żeby tamtej stała się krzywda. Dziwnym trafem znalazł się w Kniei również chłopak, który zmieniał się w niedźwiedzia. Pod animagiczną postacią, jakoś udało im się dobiec to tego dziwnego kręgu. Gdyby nie to, pewnie też nie przetrwaliby nocy. To było dziwne, bo wilkołaki nie powinny się zmieniać ot tak w ciągu dnia, dlatego właśnie postanowiła zainterweniować, poczuła, że był to jej łowczy obowiązek, zresztą pożałowała tego gdy tylko znalazła się w lesie, a Widma zaczęły pojawiać się znikąd. Wtedy nieco pożałowała swojej decyzji, ale jak zawsze miała więcej szczęścia, niż rozumu, bo trafiła na ten kromlech, właściwie to oni wszyscy się w nim znaleźli: wilkołak, skunks i niedźwiedź, zaprawdę fantastyczna mieszanka. Przetrwali noc, to nie tak, że Widma zupełnie na nich nie działały, pamiętała chłód ogarniający jej ciało i umysł, ale jednak nie były w stanie przekroczyć kręgu, dzięki czemu nie wyssały z nich życia, więc w sumie to całkiem niezła opcja im się trafiła. - Tak, musimy, właśnie tutaj jest pies pogrzebany, próbowałam się tam teleportować, ale moje umiejętności związane z translokacją są chujowe i mi to nie wyszło. Wolałabym uniknąć ewentualnej powtórki, albo jeszcze gorzej - znalezienia się w środku Kniei nie do końca tam, gdzie miałam, bo wtedy nie wróżę powrotu z lasu. - Była zła na siebie, że nie udało jej się odnaleźć tego miejsca, znaczy odnaleźć - odnalazłaby je, gorzej było z tym, aby zabrać tam ze sobą specjalistów. - Najprostszą i najbezpieczniejszą opcją jest więc ta myślodsiewnia. - Tak naprawdę nie widziała żadnej innej, no poza ponowną próbą teleportacji do lasu, ale tej chyba lepiej było uniknąć. - Tak, to nie może być oficjalnie zgłoszone, na pewno nie przeze mnie. - Zresztą nie do końca ufała innym pracownikom ministerstwa, kto wie do czego mogliby wykorzystać takie informacje, nic nie było pewne, a Yaxleyówna zdecydowanie wolałaby, aby to, czego się dowiedziała nie pozostało wykorzystane przez kogoś na swój własny użytek, chuj jeden wiedział, czy Czarny Dzban nie chciałby się o tym dowiedzieć, w końcu to po tym, jak jego poplecznicy zaatakowali Knieje pojawiły się tam Widma. Słuchała uważnie tego, co mówił Corio. Departament Tajemnic, zmrużyła na chwilę oczy, żeby pomyśleć o tym, czy ma tam kogoś na tyle zaufanego, aby mogła go poprosić o pomoc. Cóż, tak naprawdę to nie była co do tego w pełni przekonana, wolała też uniknąć mieszania do tej sprawy kolejnych osób. Kiedy jednak Cornelius wspomniał o Bagshotach... cóż, w jej oczach pojawił się błysk. - Isaac. - Mruknęła cicho pod nosem. Cóż, jemu ufała, przyjaźnili się przecież w szkole, a ostatnio nawet odnowili znajomość, wydawało jej się, że odezwanie się do niego może być ich najlepszą możliwą opcją. - Znam dosyć dobrze jednego z Bagshotów, myślę, że mógłby mi pomóc. - Wisiał jej przysługę, przynajmniej zdaniem Geraldine za to, że pojawił się u niej pod prysznicem i miał szansę ją tam zobaczyć nagą, to mógł być całkiem niezły argument do negocjacji, a przede wszystkim sam przekazał jej zdjęcia Widma, które znalazł w piwnicy jednego z domów w Dolinie Godryka, na pewno był więc zainteresowany sprawą. Nie miała pojęcia, co za kartkę sobie przesuwali, co to były za wspaniałe rysunki, zresztą też zauważyła, że chyba o czymś jej nie mówili, rozmawiali o swoich sprawach, tak jakby jej tutaj nie było. Nie zastanawiała się szczególnie długo nad tym, co zamierzała zrobić. Dopiła zawartość swojej szklanki, po czym bardzo szybkim i dyskretnym ruchem sięgnęła do swojego skórzanego, ciężkiego buta. Nie znosiła być ignorowana, nie przyszła tutaj po to, aby robić za ducha. Wyciągnęła zza cholewy buta sztylet, wyprostowała się i rzuciła nim w powietrzu, tak aby przemknął między mężczyznami i zatrzymał się na ścianie. Chciała im przypomnieć o swojej obecności. Wbiła swoje spojrzenie w Roisa, gdy Lestrange wspomniał coś o literaturze na górze, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Najwyraźniej zapomniał jej powiedzieć o tym, że zamieszkał w tej kamienicy. Cóż, nie mogła mieć mu tego za złe, prawda? Nic ich przecież ze sobą nie łączyło, nie musiała o nim wiedzieć takich podstawowych informacji, szkoda tylko, że ją to nieco poruszyło. - Nie zaatakował mnie, chciał, żebym to ja go zaatakowała. - Nie zdziwiło ją, że o to spytał, bo przecież Astaroth miewał już takie epizody, co było dosyć problematyczne, bo przecież z nią mieszkał, chociaż próbowała udawać, że mają wszystko pod kontrolą. - To nie to co u ojca. - Próbowała jakoś zebrać myśli, chyba wypadałoby wspomnieć Corneliusowi o tym, co wydarzyło się ostatnio. Szczególnie, że udało im się jakoś pozbyć tego problemu. Wcześniej nie chciała go angażować w sprawę, bo to było mocno niebezpieczne, a brakowało tylko tego, żeby Fabian przez nią stracił ojca. - Powiedziałam mu, że zabiłam Thorana, mojego brata bliźniaka. - Nim to zrobiła jej młodszy brat zachowywał się dziwnie, ale później było tylko gorzej. - Okazało się, że nigdy go nie miałam, w sensie brata bliźniaka, to był demon, który chciał przejąć moje życie, więc się go pozbyłam, w sumie to pozbyliśmy. - Przeniosła spojrzenie na Roisa chcąc zaznaczyć jego wkład w to, że jakoś udało im się rozwiązać problem. - On chyba nie rozumie tego, że to był demon, sama nie wiem, sugeruje, że skoro zabiłam Thorana, to teraz czas na niego, bo jest pierdolonym wampirem, ale nigdy nie zabiłabym brata, nawet jeśli jest potworem. - Wolała dodać ten szczegół, bo to chyba nie było, aż takie oczywiste. RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.01.2025 Nie ukrywał, że w zakresie wspomnianym przez Corneliusa miał całkiem spore luki. Prawdę mówiąc wynikające z tego, że nigdy nie było mu to w żaden sposób potrzebne do szczęścia. Do nieszczęścia też nie, ale tu miał całkiem sporo okazji pozyskać wiele zbędnych, nieszczęśliwych umiejętności i talentów. Miał wiedzę botaniczną dotyczącą roślin pochodzących z tamtych rejonów, udowodnił ją nawet nie tak dawno podczas spotkania w magazynach Ministerstwa Magii, gdzie zresztą był również w stanie rzucić zdanie bądź dwa na temat zwyczajów magicznych czy religijnych praktykowanych przez czarodziejów z rejonów Ameryki Łacińskiej, ale brujería? Ten rodzaj mrocznej magii nigdy go nie interesował. A może powinien? Bowiem kiedy Corio przywołał to określenie, w głowie Ambroise zdecydowanie pojawiła się myśl o konieczności uzupełnienia wiedzy na ten temat. Nie bez przyczyny - od co najmniej końca czerwca coraz bardziej poważnie zastanawiał się nad zakończeniem spraw na Wyspach. Nad zażegnaniem tyłu kryzysów, ile mógł udźwignąć na swoich barkach. Prawdopodobnie po drodze angażując się w kolejne, niekoniecznie takie, które faktycznie byłyby na jego siły, ale miał tendencję, by to robić. Zajmując się tym wszystkim, o czym teraz rozmawiali a potem składając wypowiedzenie w szpitalu i znikając, informując o tym wyłącznie najbliższe mu osoby. I to nie wszystkie, prawda? Rozmawiał o tym z Geraldine. Wtedy na ganku czy później powiedział jej, że to mogło być najlepsze rozwiązanie ich cholernie uwikłanej, skomplikowanej sytuacji. A Meksyk? Peru? Gwatemala? Mógł spróbować znaleźć tam sobie zdjęcie. Doskonale wiedział, że nie ułożyć sobie życie, ale z dwojga złego - to zawsze była jakaś możliwość. To, że chwilowo nie poruszał tego tematu po raz kolejny wcale nie oznaczało, że przestał o tym myśleć. - Znajdziemy ją - odpowiedział krótko, wbijając poważne spojrzenie w przyjaciela. - Zdecydowanie szybciej niż ktokolwiek z Ministerstwa - ale żaden z nich nie miał tu nawet najmniejszych wątpliwości, prawda? - Wybiorę się na Ścieżki. Powęszę i dam ci znać - nie było innej możliwości, zwłaszcza, że musieli działać szybko. Zbyt wiele od tego zależało. Być może nie mówił Corio wszystkiego, ale to też musiało się zmienić. Tyle tylko, że nie z Geraldine siedzącą za ścianą. Nie, gdy była tak blisko, że mogłaby coś przypadkiem usłyszeć, bo wtedy... ...nie chciał dokładać jej kolejnych problemów. Ani sobie więcej konieczności wyjaśniania wkurwionej dziewczynie, czemu do cholery tak bardzo angażował się w coś, co w jej oczach nie powinno być jego sprawą. Tu także nie mieli jednorodnego zdania. Jakiejkolwiek jasności, wspólnego frontu. Tu też stali po przeciwnych stronach podejścia do problemu. Nie potrzebowali teraz o tym mówić. Szczególnie, że był ktoś inny, kto mógł zamiast niej zaangażować się w naprawdę pojebanej sytuacji, bo już i tak siedział w tym naprawdę głęboko. Łączenie interesów Ministerstwa i pokątnych sprawek nie było dla nich pierwszyzną, nie? Wymieniali się informacjami, współpracując w takim zakresie, który zapewniał im obu korzyści. Teraz też nie było inaczej. Musieli jednak porzucić ten temat. Przynajmniej na moment, bowiem Lestrange wciąż musiał naszkicować mu opisywany przez siebie znak. Robił to bez słowa, na co Roise również reagował milczącą aprobatą. Jednocześnie wsłuchując się w słowa Riny, które doskonale był w stanie przewidzieć nie tylko przez to, że znał już temat z jej, ich strony, lecz także znał ją. Jej podejście, przynajmniej ono nie uległo aż takiej zmianie. Nie na tej płaszczyźnie. Nie skomentował słów Corneliusa, nie przytakując na słowa, że sprawa w istocie jest poważniejsza niż ktokolwiek sądził. W istocie był całkiem milczący, zwłaszcza jak na siebie. Nie było jednak potrzeby, aby wchodził między wyjaśnienia Yaxleyówny a wywód Lestrange'a, który zdecydowanie posiadał cholernie dużo całkiem przydatnych informacji. Nie bez powodu i zdecydowanie właściwie wybrali udanie się do niego w tej sprawie. Tak właściwie to wtrącił się jedynie w momencie, w którym padło to konkretne nazwisko. - Mulciberowie byli wierzchołkiem góry lodowej. Tak właściwie to większość ma wyjebane na konflikt, chcą tylko robić interesy. Sami się usunęli. Natomiast Rookwoodowie? Carrowowie czy Borginowie? Tym szczególnie bym nie ufał - stwierdził powoli, jednocześnie wsłuchując się w alternatywę przedstawianą przez Lestrange'a. Bagshotowie - wyśmienicie. O ile nie miał nic do samej rodziny, nie był także zdziwiony informacją o protekcji ze strony Ministerstwa, o tyle to jedno imię, które wypowiedziała Geraldine... ...oczy Ambroisa mimowolnie się zmrużyły a wargi wygięły w niezadowolonym grymasie. - Israak... ...wyśmienicie - nie dodał: że masz i w dalszym ciągu podtrzymujesz tak wybitne znajomości, Rina, natomiast nawet nie próbował ukrywać pogardy. Tak. Był cholernie zazdrosny o tego typa. Tak. W tym momencie mogłoby się wydawać, że nie miał do tego prawa, ale szczerze na to pluł. Rzeczywiście było to jedyne sensowne wyjście, jakby nie patrzeć. Innego na ten moment nie dostrzegał, no chyba że... ...niemalże otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zamknął je bez słowa, pochylając się za to ku przesuniętemu ku niemu rysunkowi. - Northumbriański. Bez dwóch zdań - skwitował krótko, jednocześnie przenosząc wzrok z rysunku na Corneliusa, gdy ten zadał mu pytanie o czas na zajęcie się sprawą; bez wahania pokiwał głową, starając się nie spoglądać przy tym na Yaxleyównę ani nie myśleć, co to oznacza. A znaczyło tyle, że ich wspólne dni właśnie zaczynały dobiegać końca. Czas uciekał im przez palce. Niemal całkowicie się skurczył. Wyparował. Mieli rozstać się bezpowrotnie i... ...coś ścisnęło go w piersi, gdy o tym pomyślał. Odruchowo zamknął oczy, niemalże nie zwracając uwagi na kolejne słowa Corio, zanim nie dotarł do niego ich podwójny sens. No kurwa. Nie powiedział dziewczynie o swoim londyńskim miejscu a ona zdecydowanie miała to teraz wyłapać. Był tego bardziej niż pewien. Mimo to zrobił dobrą minę do złej gry, kiwając głową. - Mam. Podrzucę ci to jeszcze dziś, gdy tylko skończymy rozmowę - stwierdził, przenosząc wzrok na Geraldine dokładnie w tym samym momencie, kiedy pomknęło między nimi rzucone przez nią ostrze. Nie mrugnął. Nie skrzywił się. Nie zareagował. Świst był szybki, pęd powietrza wyczuwalny, ale rzut na tyle błyskawiczny, że mężczyzna nawet nie zdążył zareagować na rozwój sytuacji. - Już nie - musiał to powiedzieć, posyłając jej przy tym spojrzenie spod uniesionych brwi: serio? Spojrzenie jego zielonych oczu ani na moment nie przesunęło się z tęczówek Geraldine. Nie skrzywił się ani nie zamrugał. Nie posłał jej grymasu ani uśmiechu. Po prostu patrzył prosto w twarz Yaxleyówny, będąc całkowicie świadomy tego, że choć teraz nic nie mówiła, w domu (jakim absurdalnie nieprawdziwym słowem to teraz było) mieli powrócić do tego tematu. Wbrew wszystkiemu, nie czuł się winny, że nie powiedział jej, gdzie mieszka przez większość czasu spędzanego w Londynie poza szpitalem. Sama też nigdy go o to nie spytała. Mimo tak bliskiej odległości, może nawet trochę za bliskiej, ich ścieżki nie zbiegły się przez praktycznie półtora roku. Nie unikali się, przynajmniej on nie robił tego w celowy sposób. Pojawił się na urodzinach Lestrange'a, mimo świadomości, że Yaxleyówna też zazwyczaj na nich bywała. W końcu zawsze przychodzili tam razem. Tymczasem mijały godziny a jej nie było. Cornelius w żaden sposób nie skomentował tego faktu. Zresztą w tamtym okresie uparcie milczał odnośnie tych tematów. Ponownie powrócili do nich dopiero z początkiem tego roku. Mniej więcej wtedy, kiedy Greengrass kupił mieszkanie przy Horyzontalnej. Nie zrobił tego całkowicie celowo. Szukał czegoś, by stanąć na nogi po nagłej utracie jedynego miejsca w Londynie, do którego wracał po pracy bez konieczności teleportacji do Doliny, szwendania się po pokojach gościnnych u kolegów, wynajmowania pokoju w Dziurawym Kotle czy czegoś równie upokarzającego, o czym obecnie nie chciał myśleć. Mieszkanie nad przyjacielem pojawiło się nagle. Trafiło na rynek po śmierci jego właścicielki, która to zresztą pozostawiła po sobie całkiem sporo odrobinę nawiedzonych rzeczy. Nie tyle przedmiotów osobistych, bo te zabrała jej raczej pazerna rodzinka, ale bardziej solidnych mebli czy mniej konwencjonalnych elementów wyposażenia wnętrz. Dzięki temu dostał niezłą cenę... ...i kilka tygodni zabawy, ale było warto. Z początku był sceptycznie nastawiony. Nie chciał mieszkać tak blisko swojej przeszłości. Ilekroć przechodził obok tamtego budynku coś ściskało go w piersi. Coś, czego nie dało się załatwić w taki sposób jak kwestii dobytku po byłej lokatorce. Te wszystkie uczucia na zawsze miały mieszkać w jego sercu. W bolącej piersi i w ociężałych ramionach. Nie mógł nic na to poradzić, więc co mu pozostało? W pewnym momencie zaczął to akceptować. Przynajmniej na swój pokrętny sposób. Rany dalej bolały, ale miał już gdzie spędzać większość londyńskich nocy. Poza niewielkimi wyjątkami jak urodziny Fabiana, gdy potrzebował wydostać się z budynku, nie czekając na nikogo ani na nic, nawet jeśli wewnątrz tak bardzo chciał to zrobić. Zostać tam na klatce schodowej. Mniej wstawiony niż pozwoliłoby mu rzeczywiście to zrobić, zdecydować się na ten krok, rzeczywiście odczekać te kilka, kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt minut. W jednej chwili dając się ponieść, próbując wyjaśnić to wszystko, co sprawiało, że ciskali w siebie gromami. Powiedzieć Geraldine to, co padło między nimi dopiero pół roku później. Może spróbować ją przeprosić, pocałować, zabrać na górę zamiast gwałtownie wyjść z budynku, trzaskając ciężkimi drzwiami kamienicy i tamtego wieczoru podejmując kolejne drastycznie idiotyczne decyzje. Ale na to było za późno. Tak samo jak na czucie jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Wytrzymał intensywny napór spojrzenia błękitnych oczu, bo nie był miękki. Wiedział, na co się decyduje i zdawał sobie sprawę z tego, że być może prędzej czy później przyjdzie im się skonfrontować. Padło na później - to już było dla niego zaskoczeniem, lecz także nie wywołało u niego nawet drgnięcia powieki. - Ależ oczywiście, że chciał - skwitował, akurat tym nie będąc specjalnie zdziwiony. Zaskakiwało go naprawdę wiele rzeczy. Ostatnio znacznie więcej niż mógłby chcieć przyznać. Jednakże nie to. Mimo ich ostatnich kontaktów i sposobu, w jaki wtedy zachowywał się Astaroth, Ambroise nadal mu nie ufał. W dalszym ciągu miał go za niebezpiecznego i porywczego. Raczej nie do końca godnego zaufania. Nie tak łatwo ufał ludziom... ...a wampirom? No, tu już zupełnie ni chuja. Nie tak szybko. Być może nie nigdy, choć w ostatnich miesiącach powoli uczył się nigdy nie mówić nigdy. Zawsze mogło się coś wydarzyć, zawsze mogło się coś zmienić. Dotychczasowy los nauczył go, że zazwyczaj na gorsze. Zaczął już otwierać usta, aby powiedzieć coś jeszcze, gdy uprzedziła go Geraldine. A więc się zaczęło. Roise zdecydowanie wiedział, że cokolwiek teraz mówiła, Cornelius miał spytać o szczegóły. Znacznie więcej szczegółów. Najwidoczniej nie włączyła go w całą sprawę. To jasno wybrzmiało z wyjaśnień, które im teraz wytłuszczała. Im, choć tak naprawdę to głównie Corio. Ambroise kolejny raz odwzajemnił spojrzenie Yaxleyówny, tym razem unosząc brwi i posyłając jej jednoznaczne spojrzenie: - Nie włączyłaś go, Rina, prawda? Co do chuja? - Wybrzmiało jaśniej niż wypowiedziane na głos. Sama akcja pozbywania się demona była jednym, ale całkowite wykluczenie Corneliusa z całej sprawy? Odkąd dowiedział się, że ta dwójka w dalszym ciągu miała bardzo bliski i aktywny kontakt, raczej sądził, że Geraldine była szczera z ich wspólnym przyjacielem. Jasne, on sam też o tym nie rozmawiał. Nie powiedział Corio o planach na ostatni dzień sierpnia, ale tylko dlatego, że raczej spodziewał się go tam spotkać. Gdy na jego miejscu zastał Thomasa, nie pomyślał o tym zbyt wiele. Był zbyt mocno zaaferowany całą sprawą, nawet jeśli tego nie okazywał. A teraz? - Co do chuja, Rina, co do chuja? - Na ten moment nie włączał się z informacjami o własnym zaangażowaniu w sprawę, jeszcze nie, ale Geraldine dostatecznie bezceremonialnie go wydała; zamiast tego podjął temat Astarotha. - Może to kwestia krwi? - Zasugerował, starając się myśleć logicznie. - Wyssał jakiegoś ćpuna, wypił skażoną krew, stąd wzięła się paranoja? - Nie znał się na wampirach, ale przecież młodszy Yaxley znał swoją siostrę. Astaroth powinien wiedzieć, że nie była w stanie go skrzywdzić. To było nie do podważenia. RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Cornelius Lestrange - 29.01.2025 - Zrozum, Geraldine. - Zaczął, jego głos był głęboki i stonowany, czuł, że musiał wyrazić swoje zdanie. Spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem, wiedząc, że jej podejście do życia różni się od jego. - To nie tylko kwestia samego picia, to rytuał, który pokazuje nasze miejsce w społeczeństwie. Każdy detal, od wyboru naczynia po sposób, w jaki trzymamy kieliszek, ma znaczenie. Nie chodzi mi o to, by oceniać twoje preferencje, ale o to, że w pewnych kręgach te detale są kluczowe, a ty, jeśli jeszcze nic nie odjebałaś, należysz do tych kręgów. - W jego oczach błyszczała nutka zrozumienia, jednak wciąż pozostawał wierny swoim przekonaniom. Rozumiał, że dla Geraldine ta cała otoczka była zbyteczna, ale sam nie potrafił oderwać się od tradycji, w której się wychował. - Oczywiście, nie chcę cię przekonywać, byś zmieniała swoje podejście. Jeśli dla ciebie liczy się tylko to, co w środku… - Dodał, wskazując na butelkę, którą trzymała. - To szanuję to, oczywiście, wiem, są rzeczy, które są znacznie ważniejsze, ale to, jak pijemy, jest również formą wyrażenia siebie. Nie każdy musi się w to angażować, ale dla niektórych to ma sens. Nie oceniam cię za to, że preferujesz prostotę, w końcu, jak powiedziałaś, to twoje wybory i twoje zasady. •••
Cornelius spojrzał na swoją przyjaciółkę z nieco ironicznym uśmiechem. - Wiesz, może na ten moment poczekam z tym całym „zesraniem się”do powrotu do biura koronera. - Odpowiedział, unosząc brwi. - W końcu, w przeciwieństwie do ciebie, ja dostaję za to pieniądze. A ty? Ty może i robisz dużo dziwnego gówna w lasach, ale to nie to samo, nawet jeśli srasz się w dużych ilościach, to raczej nie przynosi ci to stałych profitów, a, i dupę możesz odmrozić. •••
Zastanawiał się nad tym, co powiedziała Geraldine, a jego umysł pracował na pełnych obrotach. Cornelius zerknął na Geraldine, widząc, jak jej oczy błysnęły na wzmiankę o Isaacu Bagshocie. Była to możliwość do rozważenia, ale Cornelius nie mógł powstrzymać się od wątpliwości, ufał Isaacowi mniej niż jego przyjaciółka. Owszem, byłoby świetnie, gdyby rzeczywiście był w stanie jej pomóc, ale z drugiej strony, czy Isaac nie byłby bardziej zainteresowany własnym interesem? Mimo, że nie miał dowodów, instynkt Corneliusa podpowiadał mu, że nie można brać za pewnik intencji każdego, nawet tych, którzy wydawali się przyjaciółmi. - Może warto byłoby przemyśleć jeszcze kilka opcji, zanim zdecydujesz się na kontakt z Isaaciem? Zastanówmy się, czy naprawdę możesz mu zaufać. Bagshotowie mogą mieć swoje własne interesy, są pod patronatem Departamentu Tajemnic, a w tej grze każdy szczegół może się okazać bronią obosieczną. Czy możesz być pewna, że nie wykorzysta informacji, które mu przekażesz? - Zaczął ostrożnie, nie chcąc jej zniechęcić, ale czując, że musiał być realistą. - Nie chcę cię zniechęcać do Isaaca, ale dobrze byłoby mieć plan awaryjny, przetestować tego człowieka, zanim mu ujawnisz wszystkie informacje, na wypadek gdyby jego intencje nie były takie czyste, jak się wydają. -Cornelius uniósł brwi, w myślach analizując, czy ten młody czarodziej rzeczywiście zasługiwał na zaufanie, pamiętał, jak wiele razy w przeszłości zaufanie do niewłaściwej osoby doprowadziło go do poważnych kłopotów. Zbyt duża ilość osób zaangażowanych w sprawę może stworzyć dodatkowe ryzyko, ale z drugiej strony, nie mógł zlekceważyć potencjalnych korzyści, jakie niosło ze sobą zaufanie do Bagshotów, i choć Isaac mógł być ich jedyną nadzieją, Corio miał wrażenie, że lepiej być ostrożnym i mieć plan awaryjny na wypadek, gdyby sprawy wymknęły się spod kontroli. •••
Cornelius, obserwując zachowanie swojej przyjaciółki, nie mógł powstrzymać się od lekkiego wzruszenia ramionami. Sfochała się, ale nie była to jego pierwsza konfrontacja z jej temperamentem, więc tym razem postanowił zareagować z dystansem. Zmrużył oczy, gdy sztylet przeszył powietrze, a jego metaliczny blask odbił się w świetle lampy. Spojrzenie Corio przesunęło się na ostrze, które wbiło się w ścianę, a następnie wróciło do twarzy Geraldine, gdzie dostrzegł ten sztuczny, promienny uśmiech. Westchnął. Ostatecznie, z jego perspektywy, przyjaciółka powinna wiedzieć, że takie dramatyczne gesty nie były konieczne. Odetchnął głęboko, starając się nie dać się ponieść impulsowi. Mimo, że było to dla niego irytujące, starał się nie dać tego po sobie poznać. Jego ton był chłodny, ale nie wrogi, gdy odpowiedział: - Nie, nie przeszkadzasz. Po prostu wymieniamy kilka myśli na temat... Spraw, które cię nie dotyczą. - Przerwał na chwilę, by spojrzeć jej prosto w oczy, a w jego oczach pojawił się cień dezaprobaty. - Jeśli, jednak jakimś cudem nie wiedzieliśmy, że jesteś ekspertem w zakresie northumbriańskich pentagramów i celtyckiej czarnej magii, i chcesz dołączyć, informując nas, że to jednak jest brujería, to oczywiście zapraszam, ale nie musisz rzucać sztyletami, żebyśmy pamiętali, że jesteś w pokoju. - Dodał, spoglądając na sztylet, który teraz zdobił jego ścianę. •••
Cornelius uniósł brwi, słuchając słów Geraldine. - Ty… - Zaczął, ale głos mu się załamał. - Ty zabiłaś… - Powstrzymał się, by nie warknąć. - I nie pomyślałaś, żeby mnie o tym poinformować? - Jego ton był chłodny, ale w oczach pojawił się gniew. - Co się dzieje z tobą, Geraldine? I z tobą też! Znowu masz jazdy? -Wzrok Corneliusa przeszedł na Roise'a, przyjaciela, który był częścią tej niebezpiecznej sytuacji. -To nie jest coś, co można po prostu zataić! - Obserwował, jak Yaxley spoglądała na Greengrassa, co tylko potęgowało jego frustrację. On sam został z boku, jakby nie był częścią tego świata. Zawiedziony, że nie ufano mu na tyle, by wpuścić go w tę sprawę, poczuł, jak ścisk w jego gardle przerodził się w gniew. - Miałem prawo wiedzieć, co się dzieje. Nie mogę pojąć, dlaczego mnie w to nie włączyliście. To nie jest drobny problem, to jest… To było niebezpieczne! - Czuł się, jakby został odsunięty na bok w sytuacji, która dotyczyła kogoś, kogo traktował jak młodszą siostrę. - Jeśli wykluczyłaś też Astarotha, to nie dziwię się, że ten zareagował tak, jak zareagował. Wygląda na to, że macie jakiś klub samobójców, a reszta stoi z boku, nie wiedząc, co się dzieje. To mogła być skażona krew, tak, to mogło być powodem, ale mam wrażenie, że problem leży gdzie indziej. Brak komunikacji, to, co tygryski lubią najbardziej. - Spojrzał na Ambroise'a, przeszywając go przenikliwym spojrzeniem. |