Secrets of London
[04.09.1972] Na zawsze razem, na zawsze osobno || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [04.09.1972] Na zawsze razem, na zawsze osobno || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4437)

Strony: 1 2


RE: [04.09.1972] Na zawsze razem, na zawsze osobno || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.02.2025

Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo tego potrzebował. Zamknąć ją w ramionach, milcząc przez chwilę i po prostu siedząc w deszczu. Przyciskając podbródek do wtulonej w niego głowy i usiłując uspokoić kołatanie serca. Mimo to, chyba nie mogli tu dłużej siedzieć. Zawierucha wokół nich robiła się coraz bardziej intensywna. O ile niespecjalnie myślał przy tym o sobie, o tyle nie chciał, by Geraldine była chora, prawda? Musieli wrócić do domu.
- Mamy do - zaczął, instynktownie gotów bronić się przed ewentualnym wytknięciem mu robienia tych wszystkich parszywych rzeczy.
Miotania się to w jedną, to w drugą stronę. Podejmowania decyzji pod wpływem chwili, później nagłej zmiany zdania. Upierania się przy krzywdzących deklaracjach a jednocześnie nie bycia w stanie odpuścić. Zniknąć tak jak sam odpowiedział, gdy zapytała go, czy zamierza odejść.
Miał taki zamiar. Wracając w gniewie do Piaskownicy. Zaczynając zbierać te wszystkie rzeczy, których wcześniej wcale nie uznawał za potrzebne. Nie chciał pakować ich, gdy odchodził, podświadomie uznając to za zbyt trudne, aby był w stanie tak bardzo przygotowywać się do zniknięcia. Nie próbował ich zabrać, gdy był tu sam, aby pozostawić Rinie dokumenty dotyczące zrzekania się jego części domu.
A jednak nagle, gdy pojawili się w budynku po powrocie z Londynu, uznał to wszystko za niezmiernie naglące. Nie zajął się niczym innym. Tylko tym - wkładaniem książek do torby i sprawianiem wrażenia niezmiernie zajętego tą czynnością.
Przed kim? Przed kim tak właściwie udawał, że to robi? Geraldine niemal od razu wycofała się do sypialni. Ambroise został sam z ich... ...z jej psami. Z dużym, leniwym kotem przyglądającym mu się oceniająco z samej góry regału na książki. Zrzucił doniczkę, żeby samemu zająć naczelne miejsce na ostatniej półce, mogąc powolnym spojrzeniem ślepić na samotnego mężczyznę siedzącego na podłodze w salonie.
Nie tak Roise powinien spędzać ostatnie minuty w Piaskownicy. W tamtym momencie był naprawdę szczerze przekonany, że wszystko, co sobie dawali przez te cztery krótkie dni miało już wkrótce całkowicie się rozpaść. Naruszyli kruche fundamenty ich domku z piasku. Powiedzieli zbyt wiele gorzkich słów, pochopnie wyrzucili z siebie wszystko, co nie powinno paść.
Nie, gdy chcieli pożegnać się ze sobą nawzajem we właściwy sposób. Dać sobie to wszystko, co ich ominęło. Wczoraj wydawało się to całkiem prawdopodobne. Stworzyli sobie niemalże tę prywatną, dwuosobową bańkę. Idyllę w miejscu na krańcu świata. Pięknym i słonecznym. W ich życiu na nowo zagościło lato.
Teraz wyparła je jesień. Mglista, zimna i ponura. Greengrass był wściekły, gdy ponownie pojawili się na schodach Piaskownicy. Nic nie powstrzymało ich przed teleportacją niemalże do samego wnętrza domu - to było kolejne uderzenie, bo przecież swego czasu przez tyle miesięcy dbał o to, aby nikt nie dostał się tu w ten sposób. Niegdyś zabezpieczenia działały. Teraz i one rozwiały się we mgle.
A jednak, prócz nieprzyjemnego wrażenia narastającego w jego piersi to było też swoiste wiadro zimnej wody wylanej prosto na głowę wraz z pierwszymi kroplami deszczu nadciągającymi znad wrzosowisk. Kolejna rzecz, której nie zrobili w tym domu. Obiecując sobie oddanie budynkowi i otoczeniu choć części dawnej rustykalnej, może niezbyt luksusowej, zdecydowanie nie nowoczesnej chwały. Wycofując się, gdy tylko zaczęła ich dopadać szara rzeczywistość.
Czyż nie to wytknęła mu dziewczyna? Spierdalał jak jego matka. Kiedy tylko zaczynało robić się trudno, owijał się płaszczem, chwytał torbę i rozpływał się we mgle. Pozostawiając po sobie tylko popiół, zgliszcza i echo charakterystycznego trzasku teleportacji. Ponownie przywołał te słowa. Kolejny raz poczuł się tak parszywie jak niespełna dwie godziny wcześniej.
Podejmując tę irracjonalną decyzję o zajęciu się pakowaniem książek. Tych, których wcale nie potrzebował stąd zabierać. Nie musiał ich segregować. Nie istniała żadna konieczność, by Roise poświęcał im choć jedną myśl, chociażby ułamek sekundy. Zwłaszcza, gdy powinien złapać kota w transporter, podejmując tym samym ostateczną decyzję o zniknięciu.
Nie zrobił tego. Siedział na dywanie przy regale. Z pozoru myśląc nad wyborem, powoli układając książki w torbie, jednak w praktyce nawet nie pamiętał, co tam wsadził. Gdyby spojrzał na to po kilkunastu minutach od wyjścia z domu za Yaxleyówną, pewnie nie do końca podjąłby, co nim dyktowało. Tym bardziej, że co najmniej połowę z literatury zgromadzonej w Whitby musiał przecież ponownie zakupić.
To jednak nie miało znaczenia. W tym momencie tak naprawdę mało co robiło mu jakąkolwiek różnicę. Zamiast tamtej intensywnej złości, odczuwał już głównie zmęczenie. Wyczerpanie tym dniem i myślą o nadchodzących godzinach. O zbliżającym się zachodzie słońca, o zmierzchu i o nocy, którą miał kolejny raz spędzić całkowicie sam.
Nie był na to gotowy. Mógł pamiętać te wszystkie wypowiedziane między nimi słowa. Czuć się parszywie, być sfrustrowany i rozgoryczony, ale te najgłębiej chowane uczucia mówiły same za siebie. Nie chciał samotnie wracać do Doliny Godryka. Mieszkanie przy Horyzontalnej tym bardziej nie wchodziło w grę. Nie po tym dniu i wszystkim, co się wydarzyło.
Poza tym, czy naprawdę musiał tak to sobie tłumaczyć? Szczególnie przed samym sobą? Czy musiał uciekać się do poszukiwania wymówek, racjonalizowania własnych myśli, gdy w rzeczywistości chodziło tylko o jedno. O to, że wbrew temu, co powiedział, wcale nie zamierzał musieć dziś odchodzić? Inaczej nie zabrałby tu ze sobą kota, nie zrobiłby zakupów, nie przytargałby kilku rzeczy niezbędnych do dalszych prac przy domu i w budynku.
Nie zacząłby przygotowywać obiadu, zanim Geraldine wróciła od Brenny a ich życie znowu zaczęło wywracać się do góry nogami. Przeklęte widma. Kolejne parszywe buty. Zasrane dysfunkcyjne Ministerstwo Magii. Pojebana wojna, która nie powinna ich nawet dotyczyć. Runy - sruny. Myślodsiewnie, dochodzenia i zbrodnie. Tak naprawdę nic nie ustalili. Nic nie zrobili prócz skrzywdzenia siebie nawzajem.
Wydawało mu się, że wszystko było stracone. Historia zataczała koło. Ponownie mieli się rozstać. Więc czemu zapisywali kolejne strony? Zaczynali jeszcze jeden rozdział, może żałośnie krótki, ale czy na pewno ostatni? Już nie wiedział. Nic już nie wiedział i naprawdę nie chciał o tym teraz myśleć.
- Jeżeli uważasz, że - zaczął po raz kolejny, ponownie nie kończąc zdania.
Miał cholernie ciężką głowę. Sugerował Rinie, że mogła ją dopadać gorączka, gdy sam też czuł się zarazem przejmująco zimno i cholernie gorąco. Czuł ciepło bijące od dziewczyny. Było przyjemne, naprawdę przyjemne, ale jednocześnie chyba parzyło go w... ...duszę? Czy to miało jakikolwiek sens?
To nie był ten wczorajszy żar. Nie była to też zupełna żałość. Nie było to poczucie niesprawiedliwości losu. Je znał aż za dobrze. Nie była to wściekłość. Nie była to zupełna pustka. To było inne wrażenie.
Nie zamierzał trzeci raz zaczynać czegoś, co byłoby wyłącznie szukaniem wymówek. Mówieniem dla mówienia. Bezsensownym poruszaniem tematu widm i myślodsiewni jak to zrobił dosłownie przed chwilą, poszukując czegoś, co wydawałoby się racjonalnym powodem wspólnego powrotu do domu.
Oni nigdy nie byli całkowicie racjonalni, prawda? Nie na tym polegała ich relacja. To, co ich łączyło. To, jacy byli. Przez lata uznawali tę inność za swoją zaletę. Teraz? Czy, gdy robiło się ciężko, nawet jeśli nie spierdalał fizycznie to i tak musiał w jakiś sposób spierdalać? Tyle, że od odpowiedzialności?
Zawsze mówił to, co chciał a tego dnia był coraz bardziej zachowawczy. Nie zachowywał się jak on. A przecież powinien, bo dawali sobie to szczere, to właściwe pożegnanie. Przycisnął wargi do czubka głowy dziewczyny, biorąc głęboki wdech. Zaciągając się zapachem lasu i papierosów, słonego morskiego powietrza i delikatnej nuty szamponu.
- Nie tak łatwo się mnie pozbyć - mruknął wreszcie, lekko pocierając ramiona Geraldine. - Nigdzie się nie wybieram, jeśli ty nigdzie nie znikasz. No, chyba że do domu - decyzja została podjęta, kolejny raz.


RE: [04.09.1972] Na zawsze razem, na zawsze osobno || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.02.2025

Yaxleyówna skupiała się przede wszystkim na cieple bijącym od ciała Roisa, ono ją uspokajało, powodowało, że czuła się odrobinę pewniej, zresztą jego bliskość zawsze tak na nią działała, był jej ostoją, nikt nigdy nie mógł tego zastąpić. Wiedziała, że to tylko chwilowe, zamiast jednak się wycofać to postanowiła chłonąć to wszystko, co jej dawał, skupiała się na tym, aby uspokoić swój oddech, przychodziło jej to całkiem łatwo, kiedy otulał ją swoimi ramionami. Wtulała się w niego, przymknęła oczy, trwała, bo aktualnie na nic więcej nie było jej stać.

Zaczął coś mówić, urwał myśl, na szczęście, bo nie znajdowała się aktualnie w nastroju do robienia czegokolwiek, na pewno nie chciała teraz rozmawiać. Jasne, wiedziała, że ich to nie ominie, kiedyś będą musieli poruszyć te wszystkie niewygodne tematy, ale aktualnie? Nie zamierzała tego robić, nie chciała. Wolała się skupić na tym cieple, którym emanował.

Nie zamierzała niczego wyciągać, atakować go swoimi pytaniami, to już było za nią, te metody się nie sprawdziły w tym, co chciała osiągnąć, powinna więc zmienić swoją taktykę, Corio sugerował jej co miała zrobić, ale nie zamierzała sięgać po jego metody, bo wydawały się jej niewłaściwe, zresztą Yaxleyówna nie była mistrzynią manipulacji, pewnie byłoby po niej widać, że coś kombinuje, że działa niezgodnie ze swoimi zasadami.

Spodziewała się tego, że tym razem faktycznie to zakończą, że wylało się między nimi zbyt dużo żalu, jednak nadal tkwili przy sobie, nadal nie zamierzali stąd odejść. Ciągle to sobie robili, mówili jedno, robili drugie, najwyraźniej nie potrafili do końca się określić. To było mylące, bo przecież nie bez powodu wypowiadali w swoim kierunku te wszystkie okropne słowa, jednak gesty - ich główny sposób komunikacji świadczył sam za siebie.

Nie uciekł stąd, wbrew temu, co mu zarzuciła nadal siedział tu przy niej, tulił ją w swoich ramionach, a przecież znajdowała się na skraju. Gdyby zachowywał się tak, jak mu zarzucała to już dawno by go tutaj nie było, zresztą była pewna, że tak właśnie się stanie. Pojawili się w Piaskownicy w wisielczych nastrojach, nie było czego zbierać, a jakimś cudem udało im się doprowadzić do sytuacji, w której znowu znajdowała się w jego ramionach. To było zastanawiające, na tym właśnie powinna się skupić, a nie na tym co uważała za niewłaściwe.

Znowu się odezwał, nie miała pojęcia, ku czemu zmierzał i chyba aktualnie nie chciała tego wiedzieć. Próbowała jakoś poradzić sobie z tym wszystkim, co w nią uderzyło, nie była gotowa na rozmowę, zresztą znowu nie dokończył myśli, najwyraźniej on również nie myślał do końca jasno, nie było więc sensu aktualnie doprowadzać do dyskusji, ona nie była im do niczego potrzebna.

- Nie uważam, nic nie uważam. - Nie teraz, teraz nie była gotowa na to, do czego zmierzał. Nie chciała myśleć o ich odejściu z tego miejsca, skupiła się na tym, żeby uniknąć samotności, nie miała zamiaru dopuścić do tego, co zrobili dwa dni temu, nie chciała znaleźć się z dala od niego, nie kiedy był na wyciągnięcie ręki. Zamierzała schować się pod kocem, czuć przy tym ciepło jego ciała i odpłynąć, odpocząć, pozbyć się tego natłoku myśli. Miała nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko temu.

Rozjaśnił jej sytuację, faktycznie nigdzie się nie wybierał, ulżyło jej, no naprawdę nie do końca potrafiła sobie wyobrazić, że spędzi tę noc sama. To mogłoby ją przytłoczyć. - Tak, chcę iść do domu, nigdzie indziej. - Do ich wspólnego domu. Nie zamierzała udawać, że jest inaczej.

Podniosła się w końcu, trochę niepewnie, nie chciała się od niego odsuwać, ale nie zamierzała też tkwić tu w tym uścisku, na deszczu, bo faktycznie mogło się to skończyć nie najlepiej. Nie czuła się najlepiej, więc dobrze byłoby znaleźć się w Piaskownicy. Splotła swoje palce z palcami Roisa i ruszyli w milczeniu w stronę domu, w którym mieli się zaszyć na dalszą część dnia. Liczyła na to, że zaznają tam spokoju, że ten ciężar, który pojawił się na jej piersi zniknie, chociaż chyba nie mogła mieć, aż takich wielkich nadziei.


Koniec sesji