![]() |
|
[04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4441) Strony:
1
2
|
RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.02.2025 Miał wrażenie, że w pewnym momencie znowu zaczęli zbaczać z właściwych torów i w tym momencie powoli, ale nieubłaganie pędzili ku zagładzie. Nie chciał tego. Wydawało mu się jasne, że to wiedziała. Tak samo jak to, że nie musiał szukać siebie czy swojego miejsca w Amazonii, skoro znalazł je lata wcześniej. Było przy niej. Tyle tylko, że to spierdolił. Teraz ponosił tego koszty, oboje je ponosili. Nie musiała mu o tym przypominać przez cały czas. Tak samo jak kwestionować wszystkiego, co mówił. Doskonale wiedział jak to działa i że wcale nie chodziło o to, by mu teraz dopiec. To była po prostu przemożna chęć odezwania się na jego własne raczej średnio przyjazne słowa, ale cóż - trafiła na kogoś kto też tak łatwo nie odpuszczał. On też potrafił mruczeć i pyszczyć. Powinna o tym pamiętać. - Nie. Po prostu dałaś się omotać i zmanipulować - burknął dosyć nieprzyjemnym tonem, choć bardziej pełnym goryczy i sarkazmu aniżeli szukania zaczepki. Tak, ani myślał oddać Geraldine przywilej posiadania ostatniego słowa. Zwłaszcza w kwestiach godzących również w niego. A ta zdecydowanie taką była. Zresztą nie kłamał ani nie przesadzał, nie? Po prostu streszczał wszystko, co jak do tej pory usłyszał na swój temat. Sprowadzał te wszystkie gorzkie słowa do dwóch jego zdaniem trafnych określeń, żeby nie musieć bardziej się teraz rozdrabniać. Zdecydowanie nie chciał przypominać im obojgu wszystkiego, co padło między nimi, o nich, od nich do innych ludzi. Tego, czym swego czasu dostał rykoszetem w twarz, słysząc o sobie opinię, która na długie tygodnie pogrążyła go w naprawdę parszywym nastroju. Już wtedy nie planował powtarzać swojego wyczynu. Jednokrotne podejście do możliwości błyskawicznego wypisania się z tej rzeczywistości było wystarczające. Wtedy postanowił wybrać zupełnie inny rodzaj autodestrukcji - grać tak jak mu śpiewano. Od tego czasu upłynęło naprawdę dużo wody. Pora roku zmieniła się co najmniej kilkukrotnie. Czas płynął nieubłaganie. Już wkrótce mieli świętować swoją niechlubną drugą rocznicę. Zamiast zmierzać do wspólnej szczęśliwej dekady, wiodąc upragnione życie u boku siebie nawzajem. Może teraz miewali te dobre momenty. Chwile, w których byli w stanie ulec złudzeniu, że nic się nie zmieniło. Niemal cały wczorajszy dzień taki był. Całkowity kontrast do tego, co działo się dzisiaj. Praktycznie od wczesnego popołudnia aż do tej chwili, kiedy ich pozorny spokój wieczoru został zaburzony po raz kolejny. - Może i tak - tu już nie mógł nie przyznać jej racji, zresztą nawet nie próbował twierdzić, że jest inaczej. To mieli przerobione od każdej możliwej strony, prawda? W najdrobniejszym szczególe, pod wieloma kątami, w każdym aspekcie. Zresztą ich obecne chwile również były dostatecznie wymownym dowodem na to, że rzeczywiście nie dało się zatajać prawdy czy pielęgnować kłamstwa. Nie na dłuższą metę. Tym razem byli wobec siebie całkiem brutalnie szczerzy. Tyle tylko, że co im z tego przychodziło? Nie byli w stanie odnaleźć wspólnego gruntu. Na kilka chwil znajdowali wątłą nić porozumienia. Tylko po to, aby za moment patrzeć jak znika. Albo po prostu samodzielnie zrywać ją kolejnymi wypowiadanymi słowami, podejmowanymi decyzjami, uczynkami. To było wręcz przeraźliwie smutne. Cholernie przykre, bo przecież im na sobie zależało. Nie ukrywał tego, nawet nie usiłował, że w dalszym ciągu jego uczucia pozostawały dokładnie takie same. Nadal ją kochał, nie znudził się ich wspólnym życiem, nie czuł się nim przytłoczony. Nigdy nie chodziło o żadną z tych rzeczy. A nawet wręcz przeciwnie. To konieczność (tak - konieczność, w jego oczach to była konieczność) powrotu do samotnej egzystencji była dla niego dusząca. Nie przyniosła mu jakiejkolwiek ulgi. Nie była czymś, czego mógłby pragnąć. Nie miała żadnego słodkiego smaku wolności. Nie miała mieć. Tak samo jak to, co ich teraz ze sobą łączyło. To nie było nic dobrego. Powoli przemieniało się w kamień uwiązany do szyi. Zawieszony w okolicy przełyku. Bujający się to w jedną, to w drugą stronę. Ciągnący go ku podłodze, nawet jeśli siedzieli razem na kanapie. Nie potrzebowali tego. Kolejnej konfrontacji. Jeszcze jednego wspomnienia o brutalnej rzeczywistości i utraconych szansach. Nie tak powinien wyglądać ten wieczór. Całe szczęście, został uratowany. Ucieczka zaś nadeszła zdecydowanie z najmniej oczekiwanej strony. Była mała, umiarkowanie puszysta i miała kolor pudrowego różu. - Wiem, że stać mnie na więcej - odpowiedział przesadnie butnie, zdecydowanie przekoloryzowanie - poza tym wyłącznie spekuluję. Nie zamierzam jeszcze mówić ostatniego słowa - to było już za nim. W tym momencie miał zdecydowanie zbyt wiele spraw, którymi musiał się zająć. Kwestii wymagających odpowiedzialności z jego strony. Nie tylko za siebie samego (i to było w tym wszystkim najistotniejsze), lecz również za otaczających go ludzi. Nie mógł tak po prostu odpuścić. Zresztą kwestia potencjalnego wyjazdu, o którą się wcześniej spięli, też była wyłącznie hipotetycznym planem na przyszłość. Chwilowo był tu niemalże dosłownie uwiązany. Poza tym miał kota a wyjazdy z kotem były trochę bardziej skomplikowaną kwestią niżeli samotne podróże. Tym bardziej, gdy teoretycznie planowałoby się dłuższą nieobecność w kraju. - Bo to po prostu kot? - Odezwał się bezbłędnie, patrząc na nią, jakby to ona teraz ochujała. - Po prostu zwykły kot. Ani animag, ani tym bardziej okropny czarnoksiężnik - tak, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, do czego piła w swojej wypowiedzi, ale nie zamierzał dać jej tego aż tak łatwo. Tym bardziej, że w gruncie rzeczy sam się nad tym nie zastanawiał. Nigdy nie zaliczył jednego z tych momentów refleksji nad faktem, że różowy kot mógł raczej średnio pasować na czarnoksięskiego chowańca. Tym bardziej, że w żadnym razie nigdy nie zamierzał sobie żadnego sprawiać. Nie zależało mu na tym, aby nosić się niczym ucieleśnienie mroku. Podążanie taką a nie inną drogą nie wynikało z chęci podbicia świata ani szerzenia zła. Nie musiał zatem wzbudzać niczyjego lęku. No, przynajmniej, jeśli to nie było konieczne. Bowiem czasami bywały momenty, kiedy potrzebował stać się raczej najgorszą wersją siebie, ale w nich raczej nie towarzyszył mu jego kot. - Ależ wiem - kiwnął głową. - Opowiadał mi... ...różne historie co najmniej kilkadziesiąt razy - no, może teraz przesadzał, ale istota pozostawała prawdziwa - stary Yaxley naprawdę lubił dzielić się przypadkowymi historiami, przynajmniej, gdy był dostatecznie nietrzeźwy (czyli często) zwłaszcza w czasach, w których naprawdę sądził, że rozmawia z przyszłym zięciem. To był... ...dobry okres. Jeden z najlepszych. Najlepszy. Tym bardziej, że nie miał się już powtórzyć. - Mówię, że miałyby podobne szanse powodzenia, co próby spizgania mnie, żeby coś na mnie wymusić. Niemal żadne, ale zawsze możesz próbować. To będzie... ...interesujące - uściślił, uśmiechając się pod nosem. Przy jednym i przy drugim widział raczej marne szanse, szczególnie jeśli nie zamierzałby odpuścić. To, że niektóre sztuczki niegdyś na niego działały to przecież też była kwestia jego chęci, czyż nie? Oczywiście. Tak, tak. Rzecz jasna. - Nie cierpię kotów. Przecież wiesz - przyznał rację Geraldine, nawet się nad tym nie zastanawiając, bo jej słowa kolejny raz uderzyły bardzo blisko prawdy. Zdecydowanie był i miał pozostać psiarzem. Dokładnie tak jak rozmawiali, rozważając wzięcie psów. O ironio, dwójki być może całkiem podobnej do tych, które leżały teraz na podłodze przy kominku. W ogóle nie reagując na obecność kota ani na pierwsze instynktowne parsknięcie, jakie wydobyło się z ust Ambroisa. - Nie jestem uroczy i słodziutki? Teraz to ja nie wiem, gdzie ty masz oczy... ...i gdzie je miałaś, moja droga - on znał lokalizację swoich, bo właśnie ostentacyjnie łypnął nimi na dziewczynę, nie powstrzymując się przed przewróceniem gałkami ocznymi i stłumionym parsknięciem. - Pasujemy do siebie bardziej niż mogłabyś sądzić - tu zdecydowanie się myliła. Zupełnie jak on jeszcze kilka tygodni wcześniej, gdy sądził bardzo, ale to bardzo podobnie. Tymczasem życie potrafiło zaskakiwać i na tej płaszczyźnie. Dogadywał się z kotem w całkiem przyzwoity sposób. To była dziwna, ale zdecydowanie pozytywna relacja. Obecnie jedną z bardziej stabilnych w jego życiu, o ironio. - Doskonale. Wobec tego nie muszę ci nic udowadniać - stwierdził w taki sposób, jakby jeszcze chwilę wcześniej faktycznie rozważał sposoby udowodnienia Yaxleyównie swojej znacznie bardziej spontanicznej strony. Zresztą tej, której pokaz miała okazję dostrzec przez ostatnie dni, prawda? Tej, która zawsze gdzieś tam się między nimi pojawiała. W domu zachowywali się jak inni ludzie. Swobodniejsi, mniej odpowiedzialni. To, że w tej chwili cholernie mocno usiłował się przy niej pilnować... ...to wcale nie było naturalne. Tak właściwie to być może dało się nawet podpiąć pod to wspomniane ochujanie? Gorszy, bardziej gorzki aspekt ochujania? Ten cały dystans był i miał być chujowy. - Od kiedy masz uraz do kotów? - Tym razem to ona nieco zbiła go z tropu, toteż posłał jej badawcze spojrzenie. Gdyby tylko wiedział, co miała przy tym na myśli, jego mina zapewne wyglądałaby zupełnie inaczej. Tym razem słodka nieświadomość była całkiem wygodna, czemu znowu raczej nie powinien się dziwić. Często gęsto wybierał nie wiedzieć i nie znać szczegółów, jeśli ich nie potrzebował. A o byłych Geraldine zdecydowanie preferował posiadać jak najmniej informacji. W tym temacie raczej łatwo robił się drażliwy. Nawet teraz, kiedy teoretycznie każde z nich zmierzało własną ścieżką. Zwłaszcza teraz. - Mhm - odmruknął bez przekonania, obserwując przy tym ruchy ręki Geraldine, gdy wyciągnęła ją ku kotu, aby mu coś udowodnić. Kotu i jemu. Im obojgu. Purr? Purr. - Widzisz? Nie taki czarnoksiężnik straszny - tak, nadal zamierzał trzymać się pierwszej wersji tamtych słów. RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.02.2025 Nie dało się omijać pewnych tematów w nieskończoność, nawet jeśli były one poruszane zupełnym przypadkiem, zresztą wcześniej, czy później na pewno będą sobie musieli to nieco dokładniej wytłumaczyć, w to nie wątpiła nawet przez chwilę. Nie chciała robić tego teraz, bo wieczór wbrew temu, co założyła był po prostu zwyczajny, miły bez niepotrzebnych spięć, mimo tego w jakich nastrojach pojawili się w tym miejscu. Cóż, między nimi wszystko zmieniało się dosyć diametralnie i chyba właśnie zaczęło się to dziać. - Tak, w końcu taka już jestem - naiwna, cieszę się, że się w tym zgadzamy. - Burknęła pod nosem. Oczywiście, dała się omotać, tylko komu? Swoim własnym myślom, chyba właśnie to ją najbardziej bolało, że coś sobie ujebała i się tego trzymała, gdy było zupełnie inaczej. Nie był to najlepszy czas w jej życiu, nie myślała racjonalnie, nie widziała całego obrazka, nie, żeby teraz to się jakoś bardzo zmieniło, bo nadal uważała, że to co zrobił wtedy Ambroise było zupełnie nieprzemyślanym posunięciem, mimo, że on powtarzał coś zupełnie innego. Najwyraźniej tutaj nigdy nie mieli dojść do zgody. Łatwo przychodziło jej wtedy wygłaszanie tych opinii, bo cóż, poczuła się zraniona, więc starała się jakoś ułożyć sobie to wszystko w głowie, tamta opcja wydawała się jej być najbardziej prawdopodobna (chociaż, czy na pewno, czy naprawdę wątpiła w to co kiedyś mieli?), w ten pokrętny sposób próbowała sobie wytłumaczyć jego zachowanie. Wzięła to na siebie, na to, że była niewystarczająca, jakoś łatwo jej to przychodziło, zresztą często miewała takie wahania, nie brały się one znikąd, wątpiła w siebie przez słowa, którymi raczyła ją matka. - Nie może, tylko na pewno. - W końcu wiedzieli jak to działa, kłamstwo miało krótkie nogi, nawet to najbardziej białe, prędzej, czy później wszystko wychodziło na wierzch. Nawet jeśli bardzo komuś zależało na zatajaniu faktów. Nie dało się tego obejść, na pewno nie w ich przypadku. Wyjątkowo nie miarkowali się w tym co mówili, jakoś łatwiej niż kiedyś przychodziło im wygarnianie sobie wszystkiego, co było dość bolesne, na pewno też nie takie oczyszczające, jakby się mogło wydawać, bo sami sobie robili krzywdę, a przecież tak nie powinno być. W końcu im na sobie zależało, to też było pewne, mówili o tym, okazywali to, tylko dlaczego przy okazji nie mieli najmniejszego problemu z tym, aby w siebie uderzać? Nie miała pojęcia. Nigdy nie postępowali w ten sposób, nie aż tak. - To dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę. - W ogóle dyskusja na temat jego ostatniego słowa, była jej zdaniem nie do końca właściwa, bo przez chwilę zastanawiała się, co wymsknęło się z jego ust, kiedy myślał, że faktycznie przekroczy zasłonę, to na pewno było bardzo niewłaściwe, ugryzła się w język nim o to zapytała. - Masz w końcu przed sobą wiele wspaniałych lat, czyż nie? - Zupełnie bez sensu więc było się zastanawiać nad tym, co mógłby powiedzieć na końcu swojego żywota. - Nie udawaj, że nie wiesz, że nie mówiłam tylko o kocie. - Prychnęła nawet, bo czuła, że znowu bierze ją pod włos. - Zresztą, gdyby to nie był tylko kot, to bym to wyczuła, mówiłam Ci, że mam szósty zmysł. - Była to całkiem świeża dla Roisa informacja na jej temat, którą ukrywała przed nim dość długo, właściwie to po prostu nie wspominała, że ma wyostrzone zmysły i te swoje przeczucia, nie sądziła bowiem, że może to być szczególnie istotne. Okazało się, że jednak tak. - Gerard nie wie kiedy powiedzieć stop, ale i tak jest najlepszy. - To też się w niej nie zmieniło, Yaxleyówna ciągle uważała ojca za swój wzór do naśladowania, co pewnie niektórzy mogliby negować, ale to on nauczył ją wszystkiego, dzięki niemu znalazła swoje miejsce na ziemi i chyba nie najgorzej sobie radziła, no aktualnie była raczej w tej dolnej części na osi życia, ale bywały i takie momenty. - Czy Ty mnie teraz podpuszczasz? Mam to zweryfikować? - Ambroise powinien pamiętać o tym, że Yaxleyówna lubiła sięgać po to, na czym jej zależało, metody jakie stosowała... cóż bywały różne, zresztą pokazanie cycków wcale nie było najgorszym, co mogłaby zrobić, aby osiągnąć swój cel. - Wiem, dlatego sądzę, że po części ochujałeś, bo skoro ich nie lubisz, to po co Ci kot? - Zupełnie było to dla niej nielogiczne i nie potrafiła tego zrozumieć. Z drugiej strony ta kota na pewno była wyjątkowa, może o to chodziło? - Nie, nie jesteś. - Pokazała mu język, bo nie mogła się powstrzymać przed tym, jakże dojrzałym gestem wyrażającym więcej niż tysiąc słów. - Dobrze, dobrze, nie będę tego negować, skoro tak mówisz, to zapewne prawda. - Nie miała zamiaru dalej ciągnąć tematu, może coś jej umykało, wcale by to Yaxleyówny nie zdziwiło, nie powinna przecież patrzeć tylko na wygląd kota, liczyło się wnętrze? Czyż nie. - Czy ja wiem? Nie miałabym nic przeciwko temu, jakbyś mi to udowodnił. - Spontaniczności nigdy zbyt wiele, czyż nie? To pewnie pomogłoby jej jeszcze bardziej nie myśleć o tym, co wcześniej się wydarzyło, tak właściwie to nie spodziewała się, że tak łatwo jej przyjdzie uciec od tego myślami. - Od zeszłego roku. - Nie zamierzała się rozdrabniać jeśli o to chodzi, ale skoro zadał jej pytanie, to dała mu odpowiedź. Na pewno nie usłyszy szczegółów na ten temat, bo to było dla niej nieprzyjemnym doświadczeniem i wolałaby o nim zapomnieć. - Tak, to też wiem, czarnoksiężnicy mają swój urok. - Kotka okazała się nie być wcale taka najstraszniejsza, a jej futerko choć szorstkie to było całkiem miłe w dotyku, nie przestawała więc jej głaskać, szczególnie, że chyba nie miała nic przeciwko temu. RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.02.2025 Wcale nie chciał zgadzać się z Geraldine tylko w momentach, w których te pozorne porozumienie dotyczyło tego jak bardzo chujowe, naiwne czy nie do zniesienia było któreś z nich. Kiedyś sobie tego nie robili. Przynajmniej nie na serio. Jasne, potrafili żartować z siebie nawzajem, żartobliwie wodzić się za nos, kłócić się jak stare małżeństwo tylko po to, aby na sam koniec machnąć ręką i wybuchnąć śmiechem, bo absurd wykorzystywanych argumentów wybił poza skalę. A jednak nie byli wobec siebie tacy. Jacy tacy? Nawet nie musiał o to pytać. Byli wobec siebie po prostu niewłaściwie uszczypliwi. Dystansowali się i kąsali. Czepiali się słówek, wyjmowali je z kontekstu, śląc sobie nieprzychylne spojrzenia. Wszystko po to, aby coś sobie udowodnić. Tylko co? To, że w istocie nie mieli już niczego mieć? Że do siebie nie pasowali? Że wyrządzili sobie nawzajem zbyt wiele krzywd? Że nie mogli odpokutować za podjęte decyzje? Że nie było już dla nich szansy na odzyskanie spokoju? Na pojednanie? Naprawdę nie chciał ciągnąć tego tematu, więc zamilkł. Przymknął się, chyba pierwszy raz od dawna tak bardzo celowo. Dopóki nie mogli powrócić do odzyskiwania upragnionego spokoju. - Ta, jasne, na pewno - odmruknął bez przekonania, w pierwszej chwili nawet gorzkawo się przy tym uśmiechając, jednak w kolejnej zreflektował się na tyle, aby kiwnąć głową. - Przynajmniej pięćdziesiąt dwa czy tam sześćdziesiąt dwa. Już to ustaliliśmy, nie? Później to już będzie zależeć od ciebie - i tego jak szybko go pośle do grobu, nie? Nie musiał tego dopowiadać, aby sens jego słów był dostatecznie wymowny. Może nie powinien odnosić się do tamtej rozmowy oraz do kolejnych bezsensownie czynionych planów nie do spełnienia, jednakże nie mógł się przed tym powstrzymać. Zbyt łatwo mu to teraz przychodziło. Nazbyt prosto było mu się odnaleźć w złudzeniu chwili. - A nie? - Tak, zamierzał iść w zaparte, szczególnie przy tym jak łatwo tamto określenie opuściło usta Riny. - Czyli mogę spać spokojnie z myślą, że w naszym domu jest o jednego czarnoksiężnika mniej. Dobrze - odrzekł gładko, bo skoro jego dziewczyna tak lekko wypowiadała to słowo, on również mógł sobie na nie pozwalać, prawda? Nawet nie dostrzegając tego, że prawdopodobnie to nie to określenie było najbardziej kontrowersyjnym, newralgicznym elementem jego wypowiedzi. Znów to zrobił. Nazwał Piaskownicę ich domem zaś Geraldine, nawet jeśli tylko w myślach, jego dziewczyną. W tym momencie byli przecież w swoim salonie, przebywając w swoim towarzystwie. Nie musieli tego cały czas komplikować. Choć jednocześnie właśnie tym podejściem wszystko komplikował. - Jesteś jego ulubienicą. Oplątałaś go sobie wokół małego palca - skwitował nie bez lekkiego uśmiechu, bo przecież doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Widział zachowanie jej ojca. Słyszał te wszystkie opowieści. Dostrzegał wpływ jaki Yaxleyówna ma na swojego Starszego. W gruncie rzeczy to było naprawdę urocze. Jeszcze jedna rzecz, jakiej mu brakowało. Mimo wszystko z biegiem czasu polubił przecież tamte wizyty. To kiedyś była też prawie jego rodzina. - Może tak, może nie - nawet zamachał przy tym ręką, to w jedną, to w drugą stronę. Chyba nie sądziła, że nie zamierzał jej kazać się domyślić, co nie? To nie uległo zmianie. Poza tym w ten sposób nie musiał się w żaden sposób określać. Nic nie sugerował toteż mogła go zaskoczyć. Tym razem mile. - To naprawdę długa i zawiła historia. Tak jak mówiłem: zaczynająca się od nekromancji na spotkaniu dla zielarskich snobów, kończąca się na kocie w domu. Zanudziłaby cię - stwierdził, bo choć niewątpliwie kusiło go wdanie się w tą rozmowę i snucie tej opowieści, naprawdę nie sądził, aby to mogło przynieść wszystkie odpowiedzi. Tak właściwie to sam do tej pory nie do końca wiedział, co skłoniło go do wzięcia kota, skoro szczerze ich nie lubił. Tak się po prostu stało. W jego życiu ostatnio sporo rzeczy po prostu się działo. Gdy były dobre, chyba ich już nawet nie kwestionował. Gdyby miał teraz choć trochę szybszy refleks a jego twarz znajdowałaby się bliżej jej, pewnie złapałby ją zębami za ten niewyparzony, długi i ochoczo wystawiany jęzor. W tym momencie mógł jednak wyłącznie parsknąć, nie wahając się zbyt wiele i po prostu dopłacając się pięknym za nadobne. Tak - pokazał jej język. - Po pierwsze, spytaj kogokolwiek w Mungu albo w towarzystwie. W dalszym ciągu jestem najlepszą partią - tak, tak, w końcu bardzo starał się o swoją renomę, nie? - Po drugie, jeśli chodzi o pozostałe kwestie, to na pewno tak jest - najczystsza prawda, nie to zapewne prawda. W końcu się nie okłamywali. Jedynie trochę wodzili za nos, obecnie w całkiem przyjemny sposób. - Czy ty mnie teraz podpuszczasz? - Powtórzył po niej te słowa sprzed chwili, starając się, aby zabrzmiały bardzo podobnie - wypowiedziane tym samym tonem i z bardzo podobnym wyrazem twarzy. - Nie wiem czy jest panienka na to gotowa, panno Yaxley, to mógłby być zbyt duży szok. Tyle spontaniczności na raz - tym bardziej, że jeśli rzeczywiście usiłowała go teraz do czegoś namówić, wywołać u niego popisową reakcję czy chęć do spełnienia groźby, nawet całkiem nieźle jej to wychodziło. Być może nie zdawała sobie z tego sprawy albo przynajmniej on nie był świadomy, czy to wiedziała, gdy z jej ust padły takie a nie inne słowa, ale w dalszym ciągu była w stanie wiele zdziałać. Tymi kurwikami w błękitnych oczach, uśmiechem na ustach, bardzo delikatnym marszczeniem czubka piegowatego nosa. Uśmiechem i lekkością. Intuicyjnym czy celowym, ale z pewnością pieruńsko skutecznym czarem. Ani trawa, ani cycki, ani chyba nawet niezbyt znaczące ilości grzanego cydru nie miały z tym nic wspólnego. To była po prostu ta atmosfera. Swoboda, która na powrót zagościła pomiędzy nimi. Pokazywany mu język, wtulanie się w bok pod wyciągniętym ramieniem, oczy błyszczące w ciepłym świetle kominka. To był zupełnie inny wieczór niż wszystkie spędzane przez niego w ostatnich ponurych miesiącach. Było... ...miło, choć przez chwilę ponownie się ze sobą ścięli, teraz znowu było jak kiedyś. Głosy dobiegające z telewizora wyłącznie intensyfikowały to wrażenie. - Czy to materiał na dłuższą opowieść? Zaatakował cię znienacka? Nasikał ci na ulubione spodnie? - Zdecydowanie nie dostrzegał oporów, jakie miała wobec dzielenia się tą historią, bowiem w tym momencie jego spojrzenie było skierowane ku jej kolanom i kotu, który się na nich umościł. Chwilę wcześniej było zaś zawieszone na dwóch psach śpiących na podłodze. W teorii nie pasujących do wrażenia powrotu do przeszłości i zatrzymania się w niej znów na kilka chwil, ale jednocześnie jakoś wyjątkowo dopełniający ten cały obrazek. To były naprawdę ładne zwierzaki. Jedne z takich, które mógł sobie wyobrazić, że byliby w stanie wziąć ze sobą do domu wtedy pod koniec lata. Aż dziwne, że od tamtego czasu minęły dwadzieścia cztery miesiące. Od tamtych błogich chwil na wrzosowisku i wrażenia zupełnego szczęścia. Co się z nimi stało? Gdy kolejny raz rozmawiali o psach, lód skuwał okolicę a w świecie zagościła już magiczna wojna. Od tamtej pory tak wiele się zmieniło. To, że w tej chwili było dobrze... ...to nic nie znaczyło, prawda? A jednak łatwo było sądzić inaczej. - Przed chwilą mówiłaś coś innego - wytknął jej niemalże od razu, pochylając się, żeby podrapać kota za uszami, przyglądając się puchatej kulce na kolanach Yaxleyówny. - Możesz poczuć się wyróżniona, bo bywają też wybredni w zawieraniu bliskich relacji - a ten ją lubił, czyż nie? Kot też. Kot też ją polubił. RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.02.2025 Nigdy nie mieli kijów, tam gdzie mieć ich nie powinni. Potrafili sobie dopiec, jednak nie było to szczególnie poważne. W tym wypadku było inaczej, ta rozmowa nabierała dziwnego, oskarżycielskiego tonu, który nie był dla nich typowy. Nie zakończyła się śmiechem, więc to było zdecydowanie różne od tego, w jaki sposób robili to kiedyś. Widać każde z nich miało w sobie sporo żalu, który zaczął wypływać, prędzej, czy później musiał się pojawić, zresztą to i tak było tylko drobnym ujściem tego uczucia. Dość szybko bowiem zmienili temat, przeszli na te nieco przyjemniejsze tory. Nie miała pojęcia dlaczego byli dla siebie tacy nieprzyjemni, po co to robili, co było ich celem. Wyjątkowo chyba przyjemność sprawiało im wytykanie sobie swoich błędów, co raczej nie było dla nich normalnością. Nie ma się co oszukiwać, ranili się nawzajem, a później odpłacali za to z nawiązką. To było dziwne, zważając na to, że przez te kilka dni padło między nimi wiele razy to, że nadal coś do siebie czują, że się kochają, czy gdyby faktycznie tak było to nie wypadałoby się powstrzymać przed tymi kąśliwymi uwagami? - Wolę wersję pięćdziesiąt dwa, to powinno szybko minąć. - Tak, mieli w końcu pewne ustalenia, czyż nie? Gdy będą starzy i pomarszczeni to wreszcie wrócą do tego, co mieli. Szkoda, że nie dałoby się przyspieszyć czasu, gdyby miała taką możliwość chętnie by po nią sięgnęła. - Jak najbardziej, możesz spać spokojnie, chociaż nie wiem, czy ja powinnam... - Tak, zamierzała nadal ciągnąć ten temat, bo zdecydowanie mówili o zupełnie innych osobach, grunt, aby tak, czy siak znaleźli jakiś konsensus, czyż nie? Zazwyczaj im to wychodziło. Zauważyła, że mówił o Piaskownicy, jako o ich domu. Zastanawiała się, czy powinna teraz poruszyć ten temat, bo przecież w sierpniu zadecydował o tym, że to miejsce będzie należało tylko do niej, co nigdy nie wydawało się jej właściwe. Ten dom zawsze miał należeć do ich dwójki, nie spodziewałaby się, że mogłoby być inaczej. To nie było w porządku, zresztą nie chciała tutaj bywać sama. Nie miało się to też zmienić w przyszłości. - Najgorsze, że zdaję sobie z tego sprawę. - Może nie dla niej, a dla jej ojca, bo przez to nie miała problemu, aby korzystać z tej sympatii, którą ją darzył. Nigdy się przed tym nie powstrzymywała, korzystała z tego, że była ukochaną córeczką tatusia. - To nie było takie trudne, zważając na to, że mam tylko braci, ojciec nie miał innego wyjścia, jak wybrać mnie na swoje ulubione dziecko. - Może było to nieco próżne gadanie, ale naprawdę miała świadomość, że tak jest. Gerard udowadniał jej to na każdym kroku, mało komu pozwalał na tak wiele jak jej, do tego darzył ją ogromnym zaufaniem i dzielił się z nią swoimi przemyśleniami. - Wylewny jak zawsze. - Prychnęła cicho. Oczywiście, że musiała się tego sama domyślić. Póki co jednak zamierzała trzymać swoje cycki schowane i skorzystać z tego argumentu w najbardziej podbramkowej sytuacji. Nie było sensu marnować tajnej broni. - Spotkanie zielarskich snobów faktycznie brzmi jak coś, co mogłoby mnie zanudzić, więc pewnie masz rację. - Chociaż chętnie usłyszałaby pozostałą część historii, ale głupio było tak prosić o pomijanie pewnych elementów, więc stwierdziła, że może faktycznie te informacje jej wystarczą. - Jasne, jasne, najlepszą partią, tylko trochę za starą, nie sądzisz? - Oj tak, zamierzała wytknąć mu wiek, zresztą sam wcześniej wspomniał o tym, że niedługo zaliczy się do tego zacnego grona starych kawalerów. - Niech Ci będzie, na pewno tak jest. - Nie zamierzała się przecież z nim tutaj na siłę sprzeczać, szczególnie, że znowu zaczynało się między nimi robić całkiem zwyczajnie, tak jak wiele razy wcześniej. Rozmowa przeszła na zdecydowanie lżejszy ton i tego właśnie potrzebowała podczas tego wieczoru. Wzruszyła jedynie ramionami, gdy zapytał o to, czy tym razem to ona go podpuszczała. Nauczył ją tego - niech się domyśli, na pewno dojdzie do odpowiednich wniosków. - Ja zawsze jestem gotowa. - Oczy jej błysnęły, bo poczuła się, jakby rzucił jej wyzwanie, a ona naprawdę lubiła wyzwania, więc bardzo chętnie by jakieś przyjęła. Nie wątpiła w jego spontaniczność, pokazywał jej zresztą przez te kilka ostatnich dni swoje najróżniejsze oblicza i wydawało jej się, że tego też w sobie nie zatracił. Bardzo dobrze, bo ceniła sobie w nim tę cechę, nie dało się z nim nudzić, nigdy. Miał dystans do siebie i był skłonny przekraczać najróżniejsze granice pod wpływem chwili, co było dla niej całkiem atrakcyjne, mało kto się zachowywał w ten sposób. Większość ludzi ich pokroju miała przecież kija w tyłku. - Nie, to nic takiego, zanudziłaby Cię ta historia. - Zdecydowanie wolała nie poruszać właśnie tego tematu, nie sądziła, żeby gadanie o byłych było w ich przypadku najlepszą opcją. Sama nie zamierzała wysłuchiwać opowieści o tym, co robił w tej sferze, gdy nie było jej obok, bo czuła, że mogłoby ją to zaboleć, co było lekka hipokryzją, bo przecież sama wróciła do swoich starych zwyczajów. Właśnie przez to wolała ominąć ten temat. - Czy Ty mi sugerujesz, że kłamię? - Nie mogła się powstrzymać przed kolejnym komentarzem. Zdecydowanie inaczej odbierali jej słowa, to znaczy Roise słyszał to, co chciał usłyszeć. - Czyli to co mam ja i mój czarnoksiężnik jest bliską relacją, dobrze wiedzieć. - Uśmiechnęła się sama do siebie, bo przecież nie miało być żadnych bliskich relacji i nie sądziła, że mówi o kocie. Zdecydowanie nie chodziło mu w tej chwili o kota. Mogła się tego spodziewać, w końcu sojusz nigdy nie był im pisany, prawda? Interpretowała to sobie tak jak chciała, ale kto jej tego zabroni? Gdyby byli tylko sojusznikami, to nie siedzieliby teraz na tej kanapie, tego była pewna. Ich los byłby dla nich dużo bardziej obojętny. RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.02.2025 Wrócili na właściwsze tory. Jakim cudem? O ironio: puszystym i różowym. - Co racja to racja - nie mógł nie uśmiechnąć się pod nosem, nawet jeśli wciąż mówili o czymś, co nie miało racji bytu; nie mogło się stać ani teraz, ani w przyszłości, zwłaszcza za pięćdziesiąt dwa lata. - Będziemy jeszcze w całkiem słusznym wieku. Kto wie, może do tego czasu zdążą mnie awansować - stwierdził z porozumiewawczym mrugnięciem. Jasne, do tego czasu zapewne na tym stanowisku miało pojawić się co najmniej pięć innych osób z polecenia. Każda miała nie wytrzymać presji dłużej niż te dziesięć lat z hakiem, ale po tylu nieudanych próbach wciskania pociotków na niezbyt wygodny fotel, może nawet mógłby mieć swoją szansę. Oczywiście z miesiąca na miesiąc dochodząc do wniosku, że nie zamierza tam tyle siedzieć. Może stało się to nieco zbyt późno, ale zyskując szerszą perspektywę, stopniowo dochodził do wniosku, że to i tak nie była pozycja dla niego. Abstrahując od tego jak śmiesznie byłoby za te pięćdziesiąt dwa lata obsadzić Geraldine w pozycji poważnej pani ordynatorowej, do której jego (była) dziewczyna jeszcze mniej pasowała. Tak, w tym momencie naprawdę nie chciał mieć ponownie kija w dupie. Wystarczyło, że ludzie, ci szumni oni go mieli. Zamykali się w swoich eleganckich, ładnie wyposażonych gabinetach, stając się coraz bardziej oderwani od rzeczywistości. Od własnych pracowników, od personelu, od pacjentów. Skupiali się na zgrywaniu ważnych, podczas gdy w istocie dawno przestali być istotnymi organami w funkcjonowaniu szpitala. Podpisywali papiery, ale nie zajmowali się niczym, co faktycznie wpływało na renomę szpitala. Nie pomagali. Częstokroć wręcz szkodzili. Nagły przypływ frustracji na tę całą sytuację, jaki nastąpił u niego wtedy na ganku, gdy rozmawiali ze sobą jak na chwilę odzyskani przyjaciele był istotną kroplą powoli przelewającą czarę goryczy. Nie chciał żyć w ten sposób. Jego życie już i tak wyjątkowo mocno rozminęło się z wizją, jaką dla siebie miał. Nawet, jeśli w tym momencie mogłoby się zdawać inaczej. Dom, salon, kominek, dwa psy (i kot nie do końca pasujący do pierwotnego obrazka, ale obecnie całkiem chciany), ciepły policzek oparty o jego klatkę piersiową, dokument lecący na telewizorze, pieczeń w piekarniku, kubek cydru, który teraz opróżnił, stawiając go na ławie. Z pozoru było niemal idealnie. - Jedyny atak, o który możesz się niepokoić - zaczął w odpowiedzi, pozornie rozważając swoje kolejne słowa - to raczej taki, którego nigdy się jakoś specjalnie nie obawiałaś - a wręcz przeciwnie - żadne z nich nie stroniło od tego typu zaczepek, prawda? Wszystkie inne? Cóż. Nie miała najmniejszego powodu, aby się czymkolwiek zamartwiać. No, chyba że mówili tutaj jednak o jego kocie, wtedy w grę wchodziły pazury wystawiane spod kanapy i łapa uderzająca z szuflady. Ponownie jednak nic, czego mogłaby się lękać łowczyni z rodu Yaxleyów. Poskramiaczka nawet własnej rodziny. Owijaczka ludzi wokół palca. Treserka ojców, braci a swego czasu może nawet trochę tych luźno wspomnianych czarnoksiężników. - Jakbyś się nie spodziewała - lekko wzruszając ramionami, nawet nie próbował bronić się przed tym niezbyt dobrze zakamuflowanym oskarżeniem o brak wylewności. Widziały gały co brały, prawda? Choć jednocześnie nie powinien być tego aż taki znowu pewien, bo przecież sam nieustannie kwestionował wzrok Riny. Istniało zatem prawdopodobieństwo, że postąpiła z nim trochę jak on ze swoją Lilią. Po prostu wzięła to, co się przyczepiło, akceptując ten stan rzeczy do czasu, gdy było już za późno. Być może rzeczywiście całkowicie nieopatrznie wybrała sobie człowieka opatrzonego plakietką (jedną z takich jak na kojcach do spania dla kotów w kocim azylu) mrukliwy, niezbyt skłonny do zwierzeń, czasami furczy i gryzie, ale na ogół łazi za swoim człowiekiem krok w krok, docenia głaskanie po różnych częściach ciała. Byli uwikłani. Cholernie emocjonalnie uwikłani. W tym momencie to nie sprawiało im jeszcze żadnych głębokich trudności. W tej chwili zachowywali się zupełnie naturalnie, jednak tak nie miało być już zawsze. W przeciwieństwie do Ambroisa i jego kota, on i Geraldine nie mieli wrócić razem do domu. I nie chodziło mu o to, że już w nim byli. Uparcie ignorował przy tym fakt, że podpisując w sierpniu tamte wszystkie papiery dał Rinie zielone światło do uczynienia z tego miejsca tylko jej własności. Z jego strony wszystko zostało załatwione. Otworzył Yaxleyównie wszystkie możliwe drzwi do szybkiego domknięcia sprawy, gdy (jak wtedy sądził) ostatni raz fizycznie zamknął je za sobą. Tymczasem ponownie tu byli. Objęci, przytuleni na kanapie przed kominkiem. Oglądając film i wymieniając już nie tak ostre czy cięte uwagi. Tak właściwie, dzięki kotu ich rozmowa zeszła na zadziwiająco miłe i lekkie tory. - Ma swoje dobre momenty - dodał mimo wszystko, nawet jeśli sam przed chwilą nazwał tę historię nużącą. - Jak ten, kiedy prawie zeżarły nas przerośnięte mandragory a potem niemal ścięło mnie z nóg, bo masywne uda siostry ściągnęły mi nauszniki. Przy okazji doprowadzając kilka starych kwok do pąsu zgorszenia - no, może jednak to było trochę zbyt dobre, żeby o tym nie wspomnieć. Tym bardziej z szerokim uśmiechem i błyskiem w oku. Po takim czasie ta sytuacja nawet całkiem go bawiła. Mogła skończyć się znacznie gorzej, ale skoro wszyscy nadal żyli, oddychali i chodzili po tym świecie to nie stało się nic naprawdę złego. Nadzwyczajnego - jasne, nie codziennie widziało się dwa takie bydlaki (a mandragory też były niczego sobie, jeśli chodzi o wielkość). Ale nie paskudnego (paskudna była za to mordą asystenta Mirabelli). Ich rozmowa rzeczywiście nabrała rozpędu, wracając na swoje zwyczajowe tory. Tym bardziej, skoro Rina czuła się uprawniona do tego, aby wytykać mu jego wiek. Ni to parsknął, ni to prychnął, posyłając jej przy tym pobłażliwe spojrzenie. - Dobra whisky nigdy nie jest za stara - skwitował, mierząc ją spojrzeniem i mrużąc oczy, mimowolnie faktycznie ukazując w nich drobną siateczkę zmarszczek pogłębionych przez ostatnie półtora roku. Białe włosy też już niestety go nie omijały, ale letnie słońce było pod tym kątem całkiem dobre w ujednolicaniu jasnego blondu na głowie Greengrassa. Jesień i zima zapewne nie miały być tak łaskawe. - Poza tym jestem tylko trochę starszy od ciebie - nie musiał mówić, co jej tym insynuuje, prawda? Karta wieku była obosiecznym mieczem. Nie mówiąc o tym, że w istocie oboje przeznaczyli sobie nawzajem najlepsze (przynajmniej z perspektywy opinii publicznej) lata na brylowanie na salonach. Jednocześnie całkiem szybko i całkiem późno (ironia, nie?) i na tak długo ściągnęli się z rynku matrymonialnego, że teraz w istocie nie pozostało im zbyt wiele towarzyskiej młodości. Cóż poradzić? On miał kota, ona mogła próbować szydełkować. To było... ...nie coś, o czym chciałby teraz myśleć. Zwłaszcza, gdy mieli swoje dużo lepsze tematy. Drobne zaczepki, jakby wcale nie byli jeszcze aż tacy starzy, dojrzali i poważni. Błyszczące, zaczepne spojrzenia, poruszanie brwiami, cwane uśmiechy. - No zobaczymy, zobaczymy - mruknął tylko, odnotowując tą jej gotowość w swojej pamięci. Wobec tej zaczepki nie mógł tak po prostu przejść obojętnie. Jednakże spełnianie groźby w dokładnie tej chwili zdecydowanie mijałoby się z celem. Należało wyczuć odpowiedni moment. - Touché - kiwnął głową, nie zamierzając głębiej wnikać w to, o czym nie chciała mu teraz opowiadać. Co więcej zdecydowanie uznał to nie za chęć ukrycia przed nim jakichś bardzo prywatnych faktów. Wtedy z pewnością nie machnąłby na to ręką. Zdecydowanie nie w ten sposób. Jego touché odnosiło się do samego początku ich rozmowy i tego, że wtedy to on umknął przed opowiadaniem Geraldine o jego spotkaniu Towarzystwa Herbologicznego. W tym momencie raczej naturalnie uznał to za odroczony rewanż. Ty mi nie powiedziałeś, ja ci nie powiem, na które nie mógł nie zareagować uznaniem tego zabiegu. No, mógł też zacząć się dąsać i wywracać oczami, ale w tym momencie nie miał ochoty na kolejne konfrontacje - nawet te teatralne i przerysowane. Było mu całkiem dobrze z tym, w jaki sposób zaczęła przebiegać ich rozmowa. Może nawet trochę zbyt dobrze, bowiem jego jęzor ponownie zrobił się niezamierzenie zbyt długi. Oczywiście, że nie miał na myśli kota. Co prawda cały czas spoglądał na jasnoróżową kulkę zwiniętą na kolanach Yaxleyówny, ale myślami odbiegł w zupełnie innym kierunku. - Mhm. Jesteś okropną kłamczuchą. Najgorszą - sam również bezwiednie uśmiechnął się pod nosem, unosząc wzrok na dziewczynę, ale nijak nie komentując tych kolejnych słów, które padły spomiędzy jej różanych warg. Tak, zdecydowanie plątała się w zeznaniach. W jednej chwili upierała się przy całkowitym braku uroku, w kolejnej mówiła, że jednak go miał. Jasne, że musiał jej to wytknąć. Szczególnie, że nie mógł odegrać się w żaden inny sposób, bo ona wyglądała... - Cholera - tak, cholera, posłał jej trochę szerszy uśmiech, jednocześnie wsłuchując się w głośny dźwięk dzwonka na piekarniku - przypomnienia o życiu trwającym dookoła nich. Nie musiał mówić, czemu ostrożnie cofnął ramię spod pleców Geraldine, wyplątując się spod wspólnego pledu na plecach i koca na kolanach. Starał się nie poruszyć przy tym uwagi ani kota, ani żadnego z psów. Zsuwając nogi z ławy, wstał z kanapy, znikając w kuchni. Z pieczenią do wyjęcia, dodatkami do przełożenia na talerze i szklanką lodowatej wody wypitej duszkiem na jeden łyk. RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.02.2025 Prychnęła głośno, kiedy usłyszała kolejny komentarz mężczyzny. Widać sprawa tego awansu mocno go bolała, zresztą nie dziwiło jej to wcale, od lat przecież robił naprawdę wiele, aby zająć swoje wymarzone stanowisko, tyle, że nie mógł się przebić przez to, że te najlepsze posadki zgarniano przez koneksje. Już dawno wspominała mu że, to nie ma sensu. Głową muru nie przebije, czy coś... - Nie spodziewaj się cudów Roise. - Życzyła mu jak najlepiej, no ale zdawała sobie sprawę, jak wyglądała sytuacja. Ogólnie Yaxleyówna uważała, że najlepiej jest pracować samej dla siebie. Przynajmniej nikt nie mógł jej zwolnić, miała czas na wszystko i mogła brać tylko te zlecenia, które faktycznie ją interesowały, to miało bardzo dużo plusów. Zresztą po swoim dość krótkim doświadczeniu, jako pracownica ministerstwa wiedziała o tym, że trudno byłoby się jej podporządkować komukolwiek. Nie była osobą, która akceptowała każde polecenie, które przychodziło od kogoś z góry. Nie miała pojęcia dlaczego Ambroise jeszcze nie zdecydował się na podjęcie odpowiedniej decyzji. Mógłby otworzyć coś swojego, bez większego problemu, szczególnie, że i tak świadczył prywatne usługi. - Tak właściwie, to nie powinnam obawiać się żadnych ataków, jestem przecież sobie w stanie poradzić ze wszystkim. - W końcu była potężną czarownicą, która umiała sobie radzić z każdym niebezpieczeństwem, nie byli jej straszni czarnoksiężnicy, a zwłaszcza ten, z którym aktualnie pomieszkiwała. Jego ataki w stosunku do jej osoby... cóż, były bardziej przyjemnością, niżeli sytuacjami, w których powinna się martwić o to, czy stanie się jej krzywda. - Akurat tego mogłam się spodziewać. - Znała go, miała świadomość, że ten brak wylewności jest dla niego normalny, często musiała się domyślać pewnych rzeczy, nigdy jej jednak to nie przeszkadzało. Taki już był, czyż nie? Przywykła do tego, zresztą, czy ona sama się w tym różniła. Też nie należała do osób, którym łatwo przychodziło mówienie, jeśli już coś faktycznie ją męczyło to była dość bezpośrednia, ale najczęściej odmrukiwała po prostu MHM i tyle by było z jej gadania. Nie mieli jednak z tym problemu w tej chwili. Siedzieli razem na tej kanapie, dyskutowali o pierdołach, jakby wcale za murami tego domu nie czekała na nich szara rzeczywistość. Opuszczenie tego miejsca na pewno ich zaboli, zdawała sobie z tego sprawę, lecz aktualnie nie chciała się tym przejmować. To wszystko było zbyt skomplikowane, zresztą, czy do końca sami wiedzieli, czego chcieli? Nie postępowaliby w ten sposób, gdyby do końca byli pewni tego, co robią. Mimo, że słowa które między nimi padły mówiły jedno, to robili coś zupełnie innego. - To musiały być naprawdę potężne uda, zważając na to jaki jesteś wielki. - Nie sądziła, że tak łatwo jest go przewrócić, zresztą sama miała w tym doświadczenie. - Zgorszenie przez siostrę? Roise, tego się po Tobie nie spodziewałam. - Wolała sobie nie wyobrażać tej całej sytuacji, ale miała świadomość, że niektórzy mieli spore kije w dupie i ciężko było im zaakceptować to, że niektóre rodzeństwa były ze sobą dość blisko, oczywiście, nie, aż tak blisko, ale jednak. - Tyle, że my nie mówimy o whisky, co? - Lubiła wbijać mu te drobne szpileczki. Nie, żeby miała coś złego na myśli, sama uważała, że wiek tak naprawdę nie miał najmniejszego znaczenia i nie rozumiała tego parcia na zmianę stanu cywilnego, bo to przecież było bez znaczenia. Przez to niektórzy wchodzili w jakieś dziwne relacje, aby nie zostać skazani na te nie do końca wygodne komentarze. - Tak, to prawda, u kobiet to wygląda jeszcze gorzej, czyż nie? Tyle, że ja nigdy nie byłam dobrą partią. - Wręcz przeciwnie, Yaxleyówna w końcu była specyficznym elementem na tle innych czystokrwistych panien. Jej największą wadą wcale nie był ten nie do końca młody wiek, tyle cała reszta otoczki, którą wokół siebie roztaczała. - Czy Ty mi grozisz, czy coś obiecujesz Roise? - Jasne, na pewno nie zamierzał teraz sprawdzać jej gotowości, bo to nie miałoby najmniejszego sensu, brakowałoby w tym najważniejszego elementu, a mianowicie zaskoczenia. Zamierzała być jednak czujna niczym ważka, w sumie to zawsze przecież była. Może i dobrze, że uznał, że nie chce się z tym dzielić przez wzgląd na jego słowa. Nie miała pojęcia, jak inaczej mogłaby się wymigać z tej opowieści na temat kota, a zdecydowanie nie wolała poruszać zbyt dogłębnie tego tematu. To było jedno z jej życiowych potknięć, do którego wolałaby po prostu nie wracać. Na szczęście udało jej się uniknąć tej kompromitacji. - To też się nie zmieniło, nigdy nie umiałam kłamać. - W końcu była całkiem prostym człowiekiem, można z niej było czytać niczym z otwartej księgi, czyż nie? To pozostawało niezmienne. Zresztą jakoś szczególnie jej to nie przeszkadzało, nigdy nie widziała sensu w tym aby grać, udawać kogoś kim nie była, naturalnie przychodziło jej sięganie po prawdę, nawet tą najgorszą. Tę jakże przyjemną rozmowę przerwał dźwięk dzwonka. Cóż, musieli wrócić do rzeczywistości. Kolacja była dość istotną sprawą, miała szczęście, że Roise się tym zajmował, inaczej pewnie byliby głodni, zawsze to robił. Przesunęła się nieco do przodu, aby ułatwić mu wyciągnięcie ręki spod jej pleców, musiała go wypuścić, chociaż niekoniecznie tego teraz chciała. Została więc w salonie sama, z tym całym zwierzyńcem, nie przestawała głaskać tego uroczego kotka, który siedział na jej kolanach, podejrzewała, że psy zaraz się poruszą bo wyczują szansę na wyżebranie jakiegoś jedzenia. RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.02.2025 Ależ już chyba dawno przestał spodziewać się jakichkolwiek cudów. Tak właściwie to czegokolwiek, co ułatwiłoby mu życie. W ostatnich miesiącach wszystko układało się raczej w całkowitej kontrze do jakichkolwiek planów, jakie kiedykolwiek czynił. To raczej nie miało szybko ulec zmianie. No, chyba że ponownie na gorsze. Ale po pięćdziesięciu dwóch latach? Gdyby nie zdecydował się opuścić Munga do tego czasu, nadal siedząc na oddziale i czekając na rzekomy gwarantowany awans, który by nie nadchodził? Cóż, równie dobrze mógłby od razu przeprawić swój identyfikator z Ambroise B. Greengrass na Ambroise Bezmózgi Głupiec. A jednak słowa Geraldine sprawiły, że nieznacznie się skrzywił. Parsknął cicho, kręcąc głową. - Nie jestem idealistą - przypomniał jej, gdyby zapomniała, że miał się raczej za realistę. To, że od tak dawna starał się zapewnić sobie wyższą pozycję zawodową powoli zaczynało należeć do przeszłości. Wraz z natłokiem pracy zrzucanej im na głowę, brakami kadrowymi, wymuszaniem przepuszczania coraz mniej doświadczonych stażystów, wszechobecnym łapówkarstwem (które samo w sobie może nie było najgorszym sposobem załatwiania spraw, ale dosłownie zżerało mózgi zarządu szpitala), ignorowaniem zdania pracowników i pierdylardem pomniejszych problemów. W istocie był na samym skraju rzucenia papierami i faktycznego przyznania racji Yaxleyównie w tym, co poniekąd mówiła mu od lat. Tyle tylko, że gdy się przy czymś upierał, mając swoją wizję świata (może jednak był kurwa tym idealistą? niemożliwe) nie tak łatwo było go od tego odwieść. Najwyraźniej musiał sam dostatecznie mocno się sparzyć, aby zacząć puszczać chwyt. - Mhm, panno waleczna - tym razem nie powstrzymał kolejnego parsknięcia pod nosem, nawet nie próbował tego zrobić. Jeszcze mieli się o tym przekonać, bo choć rzeczywiście nie miał wobec niej żadnych złych zamiarów, te, które miał nie były do końca takie znowu śnieżnobiałe i krystalicznie czyste. Co zresztą nie powinno być dziwne ani dla niej, ani dla niego, prawda? Zwłaszcza po tym, co się ostatnio wydarzyło. Przynajmniej w jednej sprawie oczekiwał szansy na rewanż. Ani przez chwilę nie myśląc teraz o tym, że nie powinno jej być, bo to, co w tej chwili robili miało być pożegnaniem. Kolejnym. Jeszcze jeden raz odkładanym w czasie, spychanym na pogranicze świadomości rozmową o wszystkim i o niczym. Ucieczką od problemów, od rzeczywistości. - No, zresztą na pewno je kiedyś widziałaś - nie było innej możliwości, przez tyle lat z pewnością miała ku temu niejedną okazję, nawet jeśli teraz nie był w stanie przywołać tych spotkań z pamięci. Nie dziwiło go zatem, że Geraldine mogła tego nie skojarzyć ot tak. Raczej w głównej mierze zajmowali się własnym towarzystwem. Nieczęsto zbyt długo przebywali w większym gronie. Raczej wybierali swoją wersję spokoju w domu czy mieszkaniu. - Jak sama stwierdziłaś: jeszcze potrafię cię zaskoczyć - odparł gładko, nie poświęcając zbyt wielu myśli temu, że w ostatnim czasie raczej nie robił tego w zbyt pozytywny sposób. Zupełnie niezgodnie z tym jak zaskakiwali się przez te wszystkie lata, ostatnie tygodnie raczej obfitowały w dosyć niemiłe niespodzianki. Wcale nie chciał, aby to wyglądało w ten sposób. Po prostu tak się działo. Nad tym także nie miał tak znacznej kontroli jak chciałby mieć. - To zależy - nieznacznie wydął wargi, wcale nie zamierzając przyjmować akurat tej szpileczki, nie jeśli mógł to obrócić. - Na przykład jeszcze przedwczoraj stosunek krwi do whisky był co najmniej taki sam - czyli w istocie mówili o whisky, nie? To było głupie, naprawdę durne wypaczenie rzeczywistości. Bardzo niskie zagranie, mało kreatywne, ale jakże pasujące do poziomu aktualnie prowadzonej rozmowy. - Zależy dla kogo - nawet nie drgnęła mu powieka, gdy bez wahania wypowiedział te wyjątkowo proste słowa, bo w końcu byli ze sobą szczerzy, nie? To wszystko, co działo się dookoła nich czy między nimi nie zmieniało faktu, że dla niego w istocie była doskonałą panną. Wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną i nie do zastąpienia, czego zresztą przecież wcale nie chciał robić. Mieli okazję spędzić ze sobą wiele czasu zanim postanowili zdjąć się nawzajem z rynku, mógł poznać Geraldine niemalże od każdej możliwej strony i w dalszym ciągu uważał tamtą decyzję za najlepszą w swoim życiu. Nawet jeśli jej wyboru już nie. To było skomplikowane. Poplątane i pogmatwane, bowiem jednocześnie miał nieodparte wrażenie, że z perspektywy jej, nie jego... ...cóż, wkopała się. Władowała się w coś, na co zdecydowanie nie zasłużyła. Może i doświadczyli ze sobą naprawdę dobrych momentów, byli cholernie szczęśliwi, jednak w ostatecznym rozrachunku mógł lekkim, żartobliwym tonem upierać się przy byciu najlepszą partią, gdy w rzeczywistości zmarnował jej jedne z najlepszych lat młodości. Nie potrafił być na to całkowicie ślepy i zobojętniały. W końcu było dokładnie tak jak mówił - zależało mu na Geraldine. W dalszym ciągu dokładnie tak samo jak przez te wszystkie lata. Tyle tylko, że nie mogły za tym podążać jakiekolwiek inne deklaracje czy gesty. Już nie. Kocham cię było jedynym, co mogło paść. Błogosławieństwem i przekleństwem. Nie niosło ze sobą żadnej obietnicy, jedynie smutek i melancholię. Nie tak miało wyglądać ich wspólne życie. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że tego wszystkiego nie było w pakiecie, na jaki mogła liczyć. Nigdy nie obiecywał jej, że będzie łatwo. Wręcz przeciwnie. Jednakże nie zamierzał łamać danego słowa. Zwodzić i zawodzić. Przez lata budować czegoś, co nie mogło przetrwać burzy, jaka nadeszła. Może w tej chwili byli całkiem szczęśliwi. Pogrążeni w swoim małym świecie. W złudzeniach. Otuleni kocem, chronieni przed burzą szalejącą za oknem. Jego palce przestały bawić się troczkami spodni dziewczyny, niemalże bezwiednie sunąc wyżej. Wkradając się pod materiał bluzki, dotykając ciepłej skóry, muskając ją delikatnie i zatrzymując się nieco ponad talią Yaxleyówny. Bez słowa przyciągając ją bardziej do jego boku, jakby to miało wystarczyć, żeby ją przy nim zatrzymać. - Tak - jednocześnie posłał jej całkiem rozbawione spojrzenie, unosząc kąciki ust. Całkiem beztrosko jak na to wszystko, co kryło się gdzieś pod idealnym obrazkiem perfekcyjnego wieczoru. Obiecywał? Groził? Tak. Po prostu. Jedno i drugie, wszystko na raz, bez wątpienia, jednocześnie. Tak, aby nie było zbyt nudno. Nie mogło być nudno, czyż nie? Nigdy nie było. Nie między nimi. Nawet w momentach, w których w ich życiu zapanowała pewna rutyna, niemal nieustannie ją przełamywali. Mieli na to swoje sposoby. - Czy ja wiem? - Wbił w nią lekko powątpiewające spojrzenie, nawet jeśli nie zamierzał rozwijać tej myśli. Nie chciał powracać do rzeczywistości. Przypominać o tych wszystkich chwilach, gdy wyjątkowo dobrze wychodziło jej utrzymywanie pozorów. Może nie na długo, ale mieszali sobie tym wzajemnie w głowie. Teraz zresztą też to robili. Ona to robiła. Odpuściła, czego zupełnie się po niej nie spodziewał, dając mu do zrozumienia, że zaakceptowała wszystkie fakty, mimo że się z nimi nie zgadzała. W żaden sposób nie okazywała tego, jakoby miała w związku z tym jakiekolwiek ukryte intencje, zamiary czy plany. Po prostu przyjęła rzeczywistość taką jaką ta była. Przestała drążyć, zgadzała się z nim na płaszczyźnie, na której nigdy nie sądziłby, że przyjdzie jej łatwo przyjąć prawdę. Może nie mieli jednorodnego zdania. Nie mówili jednym głosem, ale ta ugodowość była... ...nietypowa. Niespodziewana. Tym bardziej, że nie wyglądała na kłamstwo. Na grę. Wyglądała prawdziwie. Powinien odczuwać ulgę z tego powodu, prawda? No właśnie. Tymczasem z ulgą przyjął nie postawę Geraldine a możliwość zajęcia się czymś innym. Nie wyjaśniania, co tak właściwie miał na myśli, bo sam nie do końca wiedział. To wszystko było cholernie skomplikowane. Zajęcie się czymś znacznie bardziej przyziemnym i kontrolowalnym kolejny raz okazało się całkiem komfortowym sposobem, aby uciec od rzeczywistości. Psy rzeczywiście podreptały za nim, urządzając sobie pochód żebraków. RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.02.2025 - To dobrze, dla nich chyba nie ma już miejsca w tym świecie. - Zdecydowanie lepiej było podchodzić do wszystkiego realistycznie, coby za bardzi się nie irytować tym, że niekoniecznie wszystko idzie po naszej myśli. Tak było prościej, spodziewać się tego, co faktycznie miało szansę się zdarzyć, przynajmniej nie rozczarowywał się człowiek co chwilę. Taka złudna nadzieja nie była im do niczego potrzebna. Miała świadomość, że awans, był dość istotny dla Ambroisa, zresztą próbował go dostać od dawna, a nadal tkwił w miejscu, czy to nie był odpowiedni argument do zmiany? Ileż można było walczyć o coś, co wcale nie leżało w zasięgu ręki, pomimo tych długotrwałych prób sięgnięcia po to. Nie wątpiła w jego umiejętności, wręcz przeciwnie, naprawdę uważała, że jej chłopak jest bardzo zdolny w tym, czym się zajmował, tyle, że nie do końca miał szansę przebić się przez ten mur związany z nepotyzmem. - Cieszę się, że zdajesz sobie z tego sprawę. - Oj tak, Ger potrafiła być bardzo waleczna, zignorowała jego parsknięcie, wolała pozostać przy tej wersji, która bardziej jej odpowiadała. Liczyła na to, że Ambroise mimo tej reakcji zdaje sobie sprawę, że rzeczywiście tak było. Yaxleyówna potrafiła się stawiać tylko i wyłącznie dla zasady, nie potrzebowała żadnych, większych powodów. Taki już miała charakter. Zresztą między nimi nie chodziło o taką waleczność, zdecydowanie nie, raczej wątpiła, aby mogła się oprzeć tym jego nocnym atakom, ale o tym wolała już nie wspominać głośno. Lepiej nie drążyć tematu, czyż nie? - Być może, chociaż nie mam w zwyczaju przyglądania się kobiecym udom, to mnie nie jara. - Nie miała pojęcia o kim właściwie mówił Roise, ale też średnio ją to obchodziło, to była siostra, siostrą nie powinni się martwić, gdyby jednak pojawiła się jakaś inna baba... cóż, to chętnie by jej udowodniła, że jej uda są masywniejsze od jej. - To pewnie też się nie zmieni, zawsze potrafiłeś i zawsze będziesz umiał. - Może to, co docierało do niej ostatnio nieszczególnie wzbudzało w niej pozytywne emocje, bo docierały do niej fakty dosyć trudne, ale z drugiej strony to też było zaskakiwanie. Zresztą ten ostatni czas nie był wcale tylko i wyłącznie zły, przecież dali sobie kilka takich chwil, które pomogły im odetchnąć i jakoś na nowo spróbować odnaleźć się w rzeczywistości. Nie mogło być ciągle kolorowo, z tego też zdawała sobie sprawę. Parsknęła śmiechem, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. - Przedwczoraj był wyjątkowy dzień, to nie zdarza się zbyt często, wyjątek, czy coś? - Tak, nie dało się zapomnieć o tym, że wlali w siebie wtedy bardzo dużą ilość whisky i faktycznie nie zdziwiłoby jej nawet, gdyby to ona przeważała wtedy w ich żyłach, ale to było całkiem przyjemne oderwanie się od rzeczywistości. - Tak, zależy dla kogo. - Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. Było im razem dobrze, zawsze wydawało jej się, że faktycznie jest dla niego odpowiednią panną, zresztą nie sądziła, by jakakolwiek inna byłaby w stanie sobie poradzić z temperamentem Roisa. Pasowali do siebie na wszystkich możliwych płaszczyznach. Tego na pewno nie da się powtórzyć z nikim innym. Byli sobie pisani - to było niezaprzeczalne, tyle, że nie mogli zmierzać prostą drogą, ku własnemu szczęściu. Nigdy nie uważała, że zmarnowała ten czas, który z nim spędziła. Dzięki niemu miała wiele pięknych wspomnień, do których mogła wracać, tak właściwie to uważała te lata za najlepsze z najlepszych. Niby wiedziała, że do tego nie wrócą, w końcu nie oszukiwali się w tym temacie, jednak trudno jej było o tym myśleć w momencie, w którym siedzieli teraz razem i rozmawiali o pierdołach, jakby ta cała rzeczywistość znowu gdzieś zniknęła, jakby ponownie zawiesili się w tym, co się między nimi działo. Dawali sobie złudną nadzieję, po raz kolejny, niczego się nie nauczyli. Było jej całkiem błogo i przyjemnie siedząc po tym kocem, czując palce przesuwające się po jej skórze, przyaciągnął ją jeszcze bliżej do siebie, mimo, że przecież nigdzie się nie wybierała. Nie miała pojęcia, kiedy opuszczą piaskownicę, ale to na pewno nie miał być jeszcze ten wieczór, mimo, że gdy się tutaj pojawili chwilę po wizycie w Londynie sądziła, że stanie się inaczej. Nie byli w stanie chyba nadal do końca przewiedzieć swoich zachowań, tutaj nic nie było proste. - Oczywiście, że muszę się domyślać. - Jak zawsze, czyż nie? W sumie od groźby do obietnicy w ich przypadku nie było wcale tak daleko, więc właściwie to nie było się czym przejmować, Yaxleyówna była gotowa na wszystko. - Jeśli Ty nie wiesz, to pewnie nikt inny też. - Z nikim nie była nigdy bliżej, więc jeśli Ambroise nie miał pojęcia, jak to z nią było, to właściwie nikt inny tego nie wiedział. Sama o sobie miała raczej właśnie takie mniemanie, nie wydawało jej się, żeby potrafiła kłamać, czy udawać, zawsze była sobą, o to jej chyba chodziło w tym wszystkim. Teraz? Faktycznie nie zachowywała się jak ona. Musiała sobie najpierw wszystko poukładać w głowie, aby jakoś spróbować się w tym odnaleźć. Nie chciała przekraczać kolejnych granic, wywoływać niepotrzebnych kłótni, wyjątkowo potrzebowała czasu, aby odnaleźć się w tej szarej rzeczywistości. Odprowadziła Roisa wzrokiem do kuchni, oczywiście, że psy ruszyły za nim. W sumie, może potrzebował jakiejś pomocy, może powinna pójść tam za nim? Nie była przecież księżniczką, która oczekiwałaby na to, że on będzie robił wszystko sam. - Przepraszam Cię skarbie. - Mruknęła cicho do kotki, którą zdjęła ze swoich kolan i posadziła tuż obok. W końcu sama wstała z kanapy i ruszyła do kuchni za resztą domowników. - Czy mogę Ci się tutaj do czegoś przydać? - Rzuciła zatrzymując się w progu i opierając o futrynę. RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.02.2025 Tak. Dla idealistów nie było już miejsca w ich nowej rzeczywistości. A więc doskonale, że nimi nie byli, prawda? Że w tym momencie nie byli tak właściwie nikim konkretnym. Tylko dwojgiem osób splątanych w objęciach na kanapie. Już nawet nie udających, że oglądają dokument na ekranie telewizora. Chyba dali sobie spokój i z tymi pozorami. Byli tylko ludźmi, czyż nie? W tym momencie to nie było nawet zatrważające, jak łatwo przychodziło mu zaakceptowanie tego wręcz banalnie prostego wyjaśnienia swojego zachowania. Byli tylko ludźmi, gdy porzucali narzucany sobie dystans. Byli tylko ludźmi, kiedy świadomie sięgali po coś, czego jeszcze chwilę wcześniej sobie odmawiali. Byli tylko ludźmi, kiedy zatracali się w sobie nawzajem. W swoim dotyku, w pocałunkach, w bliskości. Byli tylko ludźmi, gdy poszukiwali kolejnych okazji do tego, by zostać tu jeszcze przez chwilę. Tylko ludźmi. Wszystkie inne określenia dla tego, kim byli i kim się stali przestawały mieć znaczenie, gdy dostatecznie mocno pragnęło się być tylko człowiekiem. W przeciwieństwie do tamtych chwil zapomnienia w ogrodzie, kiedy odnosili się do tej jego coraz bardziej nieszczęsnej pracy w Mungu. W kontraście do nie tak odległych słów o czarnoksiężnikach w ich domu. Do łajz i osłów, do bycia swoimi byłymi i niedoszłymi. Tego wieczoru mogli być wszystkim i nikim. Tylko ludźmi. Nie musząc stwierdzać głośno tego, co padło między nimi bez słów. Zimna wojna dobiegła końca. Nieważne, na jak długo. Ważne, że tej nocy nikt nie miał przewracać się na kanapie, usiłując zachowywać się wręcz ostentacyjnie właściwie. Nie potrzebowali tego dystansu. - Całe szczęście - nawet nie zamierzał tego kryć, raczej średnio odpowiadałoby mu, gdyby jego kobietę nie tyle interesowały, co wręcz jarały damskie uda. - Z przyjemnością pozostanę ich wyłącznym koneserem w tym domu - tak, tego też nie zamierzał ukrywać, trochę przesadnie znacząco przesuwając palce niżej, aby szczypnąć Geraldine w udo przez cienki materiał spodni. Zaczepnie i zadziornie. W razie, gdyby jakimś cudem zapomniała o tym, że cholernie mocno lubił jej miękkie uda. W dalszym ciągu zresztą podtrzymywał swoje dawne słowa - jeśli miałby wybierać okoliczności śmierci, zdecydowanie miałby w niej udział jej długie nogi. Pod tym względem nie był zaskakujący. - Dobrze wiedzieć - kiwnął głową, odnotowując te słowa na okoliczność wyciągnięcia ich w późniejszym czasie. Zupełnie tak, jakby to rzeczywiście mogło mieć miejsce. Tak, jakby nadal obowiązywało ich i to powiedziane już kiedyś spodziewaj się niespodziewanego. Jedna z nieoficjalnych dewiz ich związku. Byli niekonwencjonalni, byli chaotyczni. Byli... ...byli swoi nawzajem. Mieli być już zawsze, prawda? Gorzka i słodka jednocześnie. - Wyjątek - przytaknął, wpatrując się w oczy Geraldine, po czym jeszcze raz kiwnął głową, jakby zamierzał przypieczętować tym jakąś niewypowiedzianą umowę. Zresztą moment później postanowił unieść kącik ust, dorzucając do tego naprawdę proste stwierdzenie. Nie zastanawiał się nad tym, czy powinien to robić. Prawdopodobnie nie, bo to wcale niczego nie ułatwiało. Nawet wręcz przeciwnie - jeśli to w ogóle było możliwe, wyłącznie komplikowało sytuację pomiędzy nimi. Jednak trwali przy tej szczerości, prawda? Nie kryli przed sobą innych znacznie bardziej pogmatwanych faktów, więc i tego nie musieli ukrywać. - Nie potrzebujemy alkoholu, żeby ze sobą być, nie? - Stwierdził oczywistość, wcale nie oczekując odpowiedzi. Sprowadzanie tego wszystkiego do podejmowania nieodpowiedzialnych decyzji pod wpływem procentów byłoby wręcz żenujące. Poza tym zupełnie nieprawdziwe, bo realia wyglądały zupełnie inaczej. Alkohol nie miał wpływu na to, co robili w trakcie ostatnich dni. Potrzebowali tego. Po prostu. Pożegnania nie tylko odchodzącego lata, lecz przede wszystkim siebie nawzajem. Odwlekali ten moment. Odkładali go w czasie. Kilkukrotnie niemalże byli już jedną nogą za progiem, po czym gwałtownie cofali się do wnętrza domu, zatrzaskując drzwi przed światem zewnętrznym. Zrobili to nawet tego późnego popołudnia, gdy znaleźli się w Whitby po powrocie z Londynu. Podświadomie wiedział, że Geraldine od samego początku zdawała sobie sprawę z tego, dlaczego dołączył do niej na tej plaży. Nie musiała zadawać mu tamtego pytania, aby być świadomą, że poszedł za nią, żeby poinformować ją, że wraca do swojego życia, że podjął decyzję o odejściu, że pozostanie tu razem na kolejne dni czy godziny byłoby błędem. Zresztą byli wtedy w stanie zimnej wojny. Teraz? Przytulał ją do siebie, przyciągnął mocniej do swojego boku, prawie oparł policzek o jej głowę. Trwali jak zaklęci w czasie. W tej pozornie bezpiecznej przestrzeni, gdzie nikt ani nic nie mogło ich dotknąć. Tu nie istniały konsekwencje podejmowanych decyzji. Tu nie musieli spoglądać w pustkę przyszłości. Posłał Rinie odruchowy uśmiech, gdy na tak długo wbiła w niego swoje spojrzenie. Wzruszył ramionami. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że mieli tu jasność. Najwyraźniej żadne z nich nie zamierzało tego kwestionować. Bez wątpienia do siebie pasowali. Do niemalże absurdalnego stopnia odzwierciedlali sobą wszystko to, czego potrzebowali, aby być szczęśliwi. Jasne, nie zawsze było idealnie, jednak nie dało się zaprzeczyć, że w każdym innym życiu byliby sobie pisani. To nie była przesada. Nie były to czcze słowa kogoś, kto przez ten cały czas ani na moment nie ściągnął różowych okularów ze swojego nosa. Byli dla siebie stworzeni. Od samego początku do samego końca. Z nikim innym nie czuł się w ten sposób. Nikt inny nie był w stanie wywoływać w nim takich emocji. Sprawić, że niemalże bezwiednie otrzeźwiał. Uspokoił się, przestał działać z myślą wyłącznie o swoich własnych potrzebach. Może nie zamierzał tak tego traktować, ale udało mu się nawet dojrzeć. Dojrzeć jako już nie młody kawaler skaczący z kwiatka na kwiatek. Dojrzeć jako mężczyzna. Jako człowiek w pewnym momencie całkowicie poważnie i dobrowolnie myślący o założeniu rodziny, o stworzeniu domu, o całkowitej zmianie młodzieńczych planów, które przestały mieć znaczenie. - Natomiast wciąż stoję przy swoim - dodał, całkowicie pewny swego, bo czyż nie tym to było? Tak w gruncie rzeczy? Całkiem godnym starzeniem się. Tą dobrą whisky, o której wspominał. Uważał się za całkiem odpowiedzialnego, rozsądnego człowieka. Dbał o siebie, o swoją prezencję. Przynajmniej z zewnątrz. O swoją reputację i renomę. Również w otoczeniu. We własnym mniemaniu bywało to nieco bardziej podstępne. Był czas, kiedy naprawdę uważał, że jego życie zmierza w dobrym kierunku. Nie czuł się jak ktoś, kto zmarnował sobie życie, kto stanął przed obliczem powolnej konieczności pogodzenia się z faktem, że może w istocie przestawał być już tą tak powszechnie pożądaną dobrą partią. Z roku na rok coraz bardziej będąc po prostu partią, tracąc wszelkie inne określenia. W tamtym okresie był swoją najszczęśliwszą wersją. Trudno byłoby to ukrywać. Tak samo jak to, że słusznie poprawił Rinę. Była doskonałą partią. To nie była jej wina, że trafiła przy tym na kogoś, kto być może potrafił to docenić, ale nie mógł zrobić z tym nic więcej. Już nie. Chciał, naprawdę chciałby, ale nie mógł. To nie podlegało dyskusji. Całe szczęście oboje już chyba o tym wiedzieli. Tego nie musiała się domyślać. Nie było dla nich przyszłości. Nawet jeśli zachowywali się inaczej. To było miotanie się w chwili, nic więcej. - Nic dziwnego, skoro zazwyczaj wiem wszystko - odpowiedział, jednocześnie próbując nadać swoim słowom dawną lekkość. Jakże ktoś inny miałby to wiedzieć, skoro on tego nie wiedział? Tak. Było w tym dużo sensu. Nikt nie był bardziej wszechwiedzący i nieomylny od niego, prawda? Zazwyczaj naprawdę lubił podtrzymywać to wrażenie. To były zadziwiająco przyjemne słowa. Być może nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, jednak sprawiła, że mimowolnie nieco bardziej się uśmiechnął, lekko wypinając pierś i posyłając Geraldine przelotne, ale za to bardzo zadowolone spojrzenie. Jeśli Ty nie wiesz, to pewnie nikt inny też miało znacznie głębsze znaczenie, zwłaszcza po tak długim czasie pełnym tego naprawdę parszywego przekonania, że ktoś zajął jego miejsce. Ba, nie ktoś a mężczyzna w istocie mający bardzo określoną, cholernie rozpoznawalną, medialną twarz. Macerował się w tym. W przekonaniu, że został zastąpiony i to naprawdę szybko, wręcz w mgnieniu oka. W tym momencie, słysząc z pozoru tak nic nie znaczące słowa. Ot, stwierdzenie faktu. Był zadowolony. Może wciąż nie potrafił zgodzić się z Geraldine, co do jej talentów w kłamaniu i zakrzywianiu rzeczywistości na swoją korzyść, ale nie mógł pozostać całkowicie obojętny na słowa świadczące o tym, że w dalszym ciągu był tym, który zna ją najlepiej. To było na swój sposób słodko-gorzkie, bo naprawdę chciał, by była szczęśliwa a przecież już wkrótce nic ich nie miało łączyć, ale... ...był zadowolony. Tak. Był zadowolony. Jeszcze bardziej niż Lilia mrucząca teraz na kolanach dziewczyny ewidentnie uznanej za swojego dodatkowego człowieka. Jak naprawdę zadowolony kocur po złapaniu tłustej myszy. Na kilka chwil naprawdę poprawiła mu tym humor, choć i tak bez wahania skorzystał ze sposobności zajęcia się czymś fizycznym, aby na moment odsunąć myśli od nieuniknionego. Teraz było między nimi dobrze. Powinni się z tego cieszyć, tyle tylko, że gdzieś tam z tyłu głowy zawsze kryła się ta jedna przytłaczająca myśl: znowu zaczęli to sobie robić. Bawili się w dom, w coś na kształt rodziny, w spokojny i szczęśliwy wieczór rodem wyjęty z odległych i zamierzchłych chwil, gdy rzeczywiście wydawało im się, że tak będzie już zawsze. Brakowało im wyłącznie wspólnej kolacji, jeszcze godziny czy dwóch spędzonych na kanapie. Z minuty na minutę w coraz większym rozproszeniu. Paru pocałunków, splecionych palców, przyjemnego ciepła płynącego z kominka. Myśli mimowolnie płynących w kierunku planów na następne dni, tygodnie, miesiące, później na lata. Pamiętał to bardziej niż mógłby sobie tego życzyć. Zwłaszcza przez ten cały czas, gdy powoli powracał do szarej rzeczywistości, w której te oczekiwania nie mogły się już spełnić. Gdy minęła wiosna, odeszło lato, upłynęły jesień i zima, kolejna wiosna, teraz odpływało jeszcze jedno lato... ...zataczali następne koło, ale tym razem zatrważająco łatwo było łudzić się, że coś zaczęło się zmieniać, wracać na właściwe tory. Dzwonek kuchenki dawno nie brzmiał tak zbawiennie. Stukanie psich łapek o podłogę było zaś przy tym całkiem przyjemnym dodatkiem. Nowym elementem, który przy okazji odciągnął uwagę Ambroisa na tyle, że zanim zaczął zajmować się wyjmowaniem jedzenia, zdążył parokrotnie podrapać to jednego, to drugiego zwierzaka za uszami. Kiedy Geraldine postanowiła do niego dołączyć, dopiero zaczynał kręcić się przy serwowaniu późnego kolacjo-obiadu. Obrócił głowę, spoglądając na Yaxleyównę przez ramię, po czym niemal instynktownie posłał uśmiech w jej kierunku. Mógł się tego spodziewać. Nie lubiła siedzieć w miejscu, gdy on robił jakieś rzeczy, szczególnie dotyczące ich obojga. Zdecydowanie wolała wybierać bycie aktywną, nawet wtedy, gdy niekoniecznie potrzebowała podnosić się z kanapy. Nie zamierzał tym pogardzać, nawet jeśli w pierwszej chwili niemal skwitował jej słowa machnięciem ręki, od wielu miesięcy przyzwyczajony do robienia tego w stosunku do otaczających go ludzi. Przez półtora roku raczej stronił od korzystania z pomocy innych ludzi. Prócz Corneliusa, który (jak zresztą już wszyscy niestety wiedzieli) miał nieszczęście znaleźć się w złym miejscu o złym czasie i od tamtej pory co rusz wyraźnie zaznaczał swoją stałą obecność, Ambroise wręcz nie zamierzał i nie tolerował wchodzenia mu z butami w życie. Odrzucał oferty wsparcia w zakresie czegoś, co był w stanie zrobić zupełnie sam, nawet jeśli chodziło o proste prace. Może nie kuchenne, bo choć nie zamierzał informować o tym Geraldine, to był jeden z pierwszych razów od dawna, kiedy wrócił do gotowania w domu. Poza ich kilkudniowym pobytem w Piaskownicy, przez wszystkie ostatnie miesiące tylko raz czy dwa miał chęć, aby przygotować jakiś bardziej wyszukany i przede wszystkim pełen posiłek. W innych przypadkach korzystał z pracy skrzatów domowych, jadł na mieście albo sięgał po cokolwiek, co znajdowało się pod ręką. Gotowanie wyłącznie dla siebie nigdy nie sprawiało mu żadnej satysfakcji. Zresztą było to raczej dostrzegalne wtedy na przełomie zimy i wiosny sześćdziesiątego szóstego, gdy niemal zapominał o jedzeniu, całkowicie zafiksowany na punkcie klątwy. Tej, której istnienie następnie tak gładko i lekką ręką wykluczyli. Tylko po to, aby w przyszłości otrzymać wszelkie przesłanki ku temu, by uświadomić sobie, że to było wyłącznie myślenie życzeniowe. Byli przeklęci. A teraz znowu się w tym zatapiali. - Zechcesz nakryć? - Spytał w końcu, jednocześnie zwracając wzrok w kierunku tych wszystkich już wyciągniętych przedmiotów - chwilowo jeszcze leżących na stercie na kuchennym blacie. Nie pytał, czy chciała zjeść tutaj, czy w salonie. To mogła być ich ostatnia wspólna kolacja. Należało, by postarali się o odpowiednią oprawę. Obrus, najładniejsze sztućce, woskowe świeczki i takie tam (jak pewnie by to określił, gdyby wysławiał się na głos), wazonik z niedużym bukiecikiem kwiatów z Hogsmeade, ciasto chwilowo jeszcze zapakowane w kartonowe pudełeczko. Idealny wieczór. Zasłużyli na to. Koniec sesji
|