Secrets of London
[6.7.72] I co ja robię tu, co ty tutaj robisz? Początek kociej inwazji || A.G. & N.F. - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+---- Dział: Little Whinging (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=152)
+---- Wątek: [6.7.72] I co ja robię tu, co ty tutaj robisz? Początek kociej inwazji || A.G. & N.F. (/showthread.php?tid=4442)

Strony: 1 2


RE: [6.7.72] I co ja robię tu, co ty tutaj robisz? Początek kociej inwazji || A.G. & N.F. - Nora Figg - 05.02.2025

Jeszcze się okaże, czy nie, będzie oznaczało nie. Panna Figg potrafiła być bardzo, ale to bardzo przekonująca, Ambroise powinien mieć tego świadomość. Jeszcze mu to dzisiaj udowodni.

- Zwariowałeś, brzydzę się sportem. - Kto jak kto, ale ona zdecydowanie nie należała do osób, które z własnej, nieprzymuszonej zapisałyby się na jakiekolwiek zajęcia, w których trzeba było się ruszać. To nie miało najmniejszego sensu, nie znosiła ruchu, Norka była pod tym względem bardzo stanowcza. SPORT to była dla niej największa katorga z możliwych.

- No jasne, oczywiście, że nie miałbyś problemu z przekazaniem takiej informacji, nawet by ci powieka nie drgnęła, co? - Przewróciła oczami, nie do końca zadowolona z tego, co powiedział. Powinna się tego po nim spodziewać, nie dało się mu grozić, na pewno nie takimi durnymi przypuszczeniami. Ambroise zawsze potrafił odpyskować. - Wiesz, że bardzo Cię lubię Roise, ale nie dopuściłabym do tego, żeby moja córka trafiła pod Twoja opiekę, jeśli by się tak stało to wstałabym z martwych, gwarantuję Ci to. - Nora czasem zastanawiała się nad tym, co by było gdyby odeszła nieplanowanie z tego świata, zresztą nie bez powodu to Longbottomowie byli rodzicami chrzestnymi Mabel, wiedziała, że odpowiednio się nią zaopiekują, gdyby jej zabrakło. Jasne, ufała Greengrassowi, był jej przyjacielem i w ogóle, ale zdecydowanie wolała nie sprawdzać na jaką kobietę wychowałby Mabel, zważając na charakter jego samego.

- Nie chciałam tego wiedzieć. - Rzuciła jeszcze, bo poziom twardości dupy Roisa zdecydowanie leżał poza zakresem jej zainteresowań, oczywiście, że nie mógł jej tego odpuścić. Nie miała zamiaru jednak tego sprawdzać, fujka.

- Damie nie wypada pluć. - Zresztą powiedziała prawdę, w jej oczach naprawdę słodziutko razem wyglądali, pasowali do siebie (ta, jasne, jak pięść do nosa).

- Zdajesz sobie sprawę, że z nią nie musisz wychodzić? Co nie? Koty są dużo lepsze od psów. - Tutaj się nieco skrzywiła, bo Figgówna zdecydowanie była kocim człowiekiem. - Nie będę Cię jednak do niczego zmuszać. Idź z nią tam. - Pokazała ręką kierunek, w którym miał się udać Ambroise ze swoim gustownym, kocim szalikiem.

Ledwie się ruszyli z jednego z drapaków zeskoczył na nich wielki, szary kocur. Najwyraźniej nie podobało mu się to, że Lilia się tak wygodnie rozgościła na ramionach mężczyzny. Syknął głośno, zahaczył o łapkę kotki i podrapał Greengrassa, kiedy zeskakiwał na ziemię. Nie przestawał syczeć, gdy znalazł się przed nim, właściwie to zbierał się do kolejnego skoku.

Norka spoglądała na to nieco zdziwiona, bo te koty raczej nie zachowywały się w ten sposób, Powinna chyba zareagować? Tak wypadałoby to zrobić, zdecydowanie. - Puszek, uspokój się. - Powiedziała stanowczo, ale chyba średnio jej słuchał.




RE: [6.7.72] I co ja robię tu, co ty tutaj robisz? Początek kociej inwazji || A.G. & N.F. - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.02.2025

- No nie - odparł wyjątkowo prostolinijnie, teraz również bez mrugnięcia okiem, choć w tym wypadku całkowicie celowo nie poruszając ani jednym mięśniem twarzy. - Makabryczne czy nie, wiesz, to kwestia nawyku - wzruszył ramionami, świadomy tego jak bardzo wszystko upraszcza.
Nawet sprowadzenie do nawyku tego całego procesu przywykania do konfrontacji z rodziną zmarłych było dużym uogólnieniem. Przerysowaniem. Tym bardziej, że niełatwo było przyzwyczaić się do czegoś tak przykrego jak konieczność stanięcia twarzą w twarz z zatrwożonymi, zatroskanymi, pełnymi obaw, lecz także nie porzucającymi resztek bliskimi. Do przekazania im najgorszych możliwych wieści a potem odejścia i powrotu do zajmowania się najbliższymi kogoś innego. Do powrotu do domu z myślą o stracie pacjenta. To nie było łatwe.
A jednak nie można było pozwalać sobie na to, by jedno takie wydarzenie rujnowało wszelką pracę. Wszystkie inne starania. Udane działania. Niesienie pomocy tam, gdzie była ona możliwa i gdzie kryzys dało się zażegnać. To nigdy nie było wewnętrznie proste, jednak na zewnątrz musiało zostać przyjęte z chłodnym dystansem. Z odpowiednim wyczuciem. Z minimalnym koniecznym poziomem empatii, aby nie dokładać emocji do trudnej sytuacji.
Choć czy rzeczywiście byłby w stanie zrobić to samo w stosunku do Mabel? Nie chciał tego rozważać. Tym bardziej, że mieli przecież magiczną wojnę. Początek, raczej nie środek ani nie koniec - Ambroise dawno porzucił wszelką nadzieję, że konflikt szybko dobiegnie końca. Działy się naprawdę paskudne rzeczy. Nie należało rozważać ich takiego całkiem ładnego dnia.
Nawet jeśli wspomniana osoba zdecydowanie sobie teraz grabiła. Jak to nie dałaby mu swojego dziecka pod opiekę? W końcu już to kiedyś robiła. Zdarzało mu się siedzieć z małą Mabel i nawet nie popsuć dziecka Nory. No, przynajmniej nie doszczętnie, bo może trochę je rozpuszczał. Ale kto tego nie robił? Młodą Figgównę otaczali ludzie skłonni zrobić z niej jedno z bardziej rozpieszczonych dzieci w Londynie. Niewiele można było na to poradzić.
- Po pierwsze: auć. Twój brak zaufania mnie rani. Nie zachowujesz się kulturalnie - skwitował zupełnie nie przejęty tym, co mu powiedziała; wręcz tym rozbawiony. - Po drugie jeszcze byś mi podziękowała za ten powrót do żywych - i to bez uciekania się do faktycznej nekromancji, co samo w sobie też byłoby całkiem przeurocze.
Tak właściwie to nie musiałby nic robić. Uciekać się do korzystania z rytuałów i mrocznych ksiąg. Wystarczyłoby, że po prostu byłby sobą. Zdecydowanie najlepszą najgorszą wersją siebie. Jeśli to nie było bycie przezajebistym, wprost urodzonym, naturalnym nekromantą to cóż. Nie wiedział, co tym było.
Oczywiście, nie zamierzał informować Nory o swoim malutkim hobby i tym jak bardzo połechtała mu teraz ego. To było wykluczone. Zresztą na co dzień nie podchodził do tego tak lekko jak w tym momencie. Ten dzień najwidoczniej był całkowicie popieprzony. Cóż się zresztą dziwić, skoro rozpoczęła go wizyta w kocim azylu?
- Widzisz. Nie zawsze mamy okazję doświadczyć tego, czego chcemy doświadczać - odparł gładko, nawet nie zająkując się odnośnie tego, czy wspominanie przy niej o twardości jego dupy w istocie nie było czymś nazbyt niesmacznym.
W końcu nie dalej niż wczoraj jej uda (zupełne miękkie przeciwieństwo jego twardej dupy) prawie przyczyniły się do całkowitej petryfikacji. Ściągnęły mu nauszniki i sprawiły, że niemalże cały zesztywniał. To niewątpliwie byłoby pierwsze takie doznanie w jej uroczej obecności. Nie byli w końcu Gauntami, nie? Traktował ją jak siostrę.
- Damie nie wypada pluć w towarzystwie - poprawił ją odruchowo, wzruszając ramionami.
Tym razem już całkowicie naturalnie, nawet pomimo obecności kota owiniętego wokół jego szyi. Może i było to zresztą całkiem miłe uczucie, ale niewiele zmieniało. Nie zamierzał ulegać jednorazowej miłej interakcji ze zwierzętami, które nomen omen potrafiły być naprawdę wredne i mściwe.
- Tu się z tobą nie zgodzę. Pies jest dużo bardziej przydatny przy obchodach terenów czy pracy na zewnątrz - stwierdził, jednocześnie kręcąc głową. - Poza tym psa też nie zamierzam brać. Te czasy są już daleko za mną - i nie wyglądał, jakby zamierzał wnikać w kwestię, czemu stało się tak a nie inaczej.
Po prostu skierował się w stronę, w którą wskazała mu Nora, gotowy odnieść kota na zaplecze czy jak zwały się tyły kociego azylu, następnie wypisując czek do Gringotta i szczęśliwie zabierając się z tego miejsca.
Ledwo ruszyli się z miejsca, jego plany zostały jednak zweryfikowane. Całkowicie stracił czujność, ewidentnie dając się omotać nie tylko kotce zawiniętej wokół jego szyi, lecz także całkiem miłemu klimatowi. Tak czy siak, w żadnym razie nie spodziewał się tego niespodziewanego skoku.
Atak przyszedł znienacka i sprawił, że Ambroise niemalże wyciągnął różdżkę z kieszeni, żeby spetryfikować grubasa, który go podrapał. Nie zrobił tego wyłącznie z uwagi na to, że instynktownie podtrzymał ręką zaskoczoną, spanikowaną kotkę, jednocześnie napinając ciało, gotów odsunąć się z pola skoku drugiego kota.
- Co mu odpierdala? - Mruknął do dziewczyny, tym razem nie miarkując się w słowach, tylko jednocześnie mierząc się ze zwierzęciem na spojrzenia. - Jakoś cię nie słucha - ledwo powstrzymał się przed rzuceniem soczystą kurwą, nawet jeśli byli tu sami. - Co ja mam zrobić z tym kotem? - Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi.
Na przykład: z którym kotem miał coś zrobić?


RE: [6.7.72] I co ja robię tu, co ty tutaj robisz? Początek kociej inwazji || A.G. & N.F. - Nora Figg - 06.02.2025

- Właśnie nie wiem Ambroise, akurat jeśli o to chodzi to nie mam najmniejszego doświadczenia. - Nie zamierzała nawet udawać, że jest inaczej. Nie umiałaby sobie wyobrazić sytuacji, w której staje przed czyimiś bliskimi i oznajmia im, że ich mąż, żona, ojciec, córka odeszli z tego świata. Nie była w stanie sobie tego zwizualizować, nie sądziła też, że można się do tego przyzwyczaić, ale to nie było poparte żadnymi faktami, tak sobie gdybała, że za każdym razem musiało to pozostawiać jakieś ślady na psychice. Na szczęście ona zajmowała się wyłącznie ciastkami, jedyne co mogło jej się przytrafić, to irytacja kogoś o to, że nie smakowały mu jej wypieki. To nie była żadna odpowiedzialność, nic wielkiego, Roise zdecydowanie miał na swoich barkach dużo większy ciężar, w sumie to nigdy nie wypytywała go o tę część pracy, teraz na pewno było jeszcze trudniej zważając na to, co działo się w Wielkiej Brytanii.

- Po prostu jestem szczera? To wcale nie oznacza, że nie jestem kulturalna. - Oparła sobie nawet ręce na biodrach, aby poczuć się nieco pewniej, co do tych jego oskarżeń. Kto, jak kto, ale panna Figg zawsze była kulturalna. - Czy ja wiem, czy w takiej wersji żywego trupa? Nie byłabym już pewnie taka urocza. - A przecież urok był jedną z najistotniejszych cech Norki, co najważniejsze zdawała sobie z tego sprawę, wolała sobie siebie nie wyobrażać jako żywego trupa. Zdecydowanie nie spieszyło jej się do grobu, miała przecież przed sobą całe życie, była młoda, na pewno umrze jako stary człowiek, który już po prostu nie mógł, czy coś.

- Widzę, na szczęście tylko widzę, nie czuję, bo tego faktycznie mogłabym nie przeżyć. - Zdecydowanie nie interesował jej zad Roisa, nie pod tym względem, byli dla siebie niczym rodzeństwo, może nie łączyła ich krew, ale co z tego? Zyskała bardzo dawno temu kolejnego starszego brata, którego mogła irytować swoim zachowaniem, czy to nie było zwycięstwo?

- Widzisz to całe towarzystwo, które nas otacza? No właśnie, zdecydowanie nie mogę pluć. - Sama sobie odpowiedziała na zadane przez siebie pytanie, byli obserwowani przez dziesiątki kocich oczu, nie mogli tego zignorować. Norka była prawdziwą damą, nie mogła sobie pozwolić na żadne wysoki nawet tylko i wyłącznie przy kotach.

- Czyli był kiedyś moment, gdy myślałeś o wzięciu sobie towarzysza, może warto do tego wrócić? - Skrzywiła się jeszcze na jego słowa o tym, że psy są bardziej przydatne, jej zdaniem to było wierutne kłamstwo.

- Nie zamierzam się z Tobą o to kłócić, ale nie powinieneś przy mnie tego mówić, koty są nadzwierzętami, powinieneś to zapamiętać. - Nie byłaby sobą, gdyby nie stanęła w obronie uwielbianego przez siebie gatunku zwierząt. Nigdy nie lubiła psów, przynajmniej jakoś szczególnie. Koty miały charaktery, osobowość, nie to co psy.

- Spokojnie, to tylko kot. - Odezwała się jeszcze widząc reakcję przyjaciela. Obawiała się, że może albo kopnąć go swoją stopą, albo rzucić na zwierzę jakieś zaklęcie. Nie mogli mu przecież zrobić krzywdy, to był tylko kolejny kotek, który domagał się uwagi. Zresztą wcale mu się nie dziwiła, większość zwierzaków spędziła tu wiele czasu, bardzo mocno chciały znaleźć nowy dom.

- Podejrzewam, że może być zazdrosny o Twoją uwagę. - Zupełnie zignorowała przekleństwo, które padło z ust przyjaciela. Miała tendencje do ignorowania takich zachowań, wiedziała, że niektórzy reagują w ten sposób, sama zaś naprawdę bardzo rzadko korzystała z podobnych epitetów.

Spróbowała się nachylić, aby uspokoić zwierzaka, który zamierzał ponownie zaatakować Ambroisa i jego różową kotkę, to jednak nie był dobry pomysł, bo kocur tym razem syknął i na nią. Starała się jednak nie pokazywać po sobie, że ją to nieco poruszyło. - Musi mieć jakiś gorszy dzień. - Zawsze była skłonna znaleźć wytłumaczenie na niedopowiednie zachowanie swoich wychowanków.

- Możesz zrobić co zechcesz, tylko nie rób mu krzywdy. - To było w końcu dla niej najistotniejsze.




RE: [6.7.72] I co ja robię tu, co ty tutaj robisz? Początek kociej inwazji || A.G. & N.F. - Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.02.2025

- Touché - kiwnął głową, nie zamierzając przy tym wnikać w szczegóły dotyczące tego tematu.
W pewnym sensie to było całkiem pocieszające, że Nora nie miała praktycznego doświadczenia w takich kwestiach. W ich obecnym świecie było to coś powoli zanikającego. Ludzie niemal nieustannie kogoś tracili. Rzeczywistość stawała się coraz bardziej czarna, już nie tylko szara.
- Wiesz, że wiem, że można by być szczerym i niekulturalnym, nie? - Odpowiedź dosłownie sama cisnęła mu się na usta, więc nawet nie zamierzał się przed nią powstrzymywać.
Nie była to żadna prawda objawiona, którą tak ochoczo teraz głosił. Po prostu szczery (a jakże) fakt dotyczący istnienia tak prostej korelacji. W istocie można było być zarówno po prostu szczerym jak i niekulturalnym bez potrzeby rozdrabniania się na bycie albo jednym, albo drugim. W jego oczach Nora właśnie to teraz robiła. Co prawda na ten swój niezmiernie zabawny sposób, ale zdecydowanie próbowała mu dopiec.
Nie to, żeby się tym jakoś specjalnie przejął. Tym bardziej w obliczu rozmowy, którą przeprowadzili nie dalej jak poprzedniego wieczoru. Sam przyznał wtedy, że byłby raczej fatalnym rodzicem, toteż nie planował dorabiać się jakiegokolwiek potomstwa. Już nie. Prawdopodobnie takie nabyte w toku przekorności marnego losu też nie byłoby wyjątkiem pod kątem tego, że nie byłby dla niego zbyt dobrym wzorem.
Jasne, starałby się jak tylko mógł, natomiast miał swoje zdanie i własne przekonania, pewne zachowania, których zdecydowanie nie pochwalała jego droga przyjaciółka (nawet jeśli o tym nie mówiła; nie musiała, nie był ślepy). Tak samo jak bawiło go wspominanie Figgównie o robieniu z jej córki kogoś na jego modłę, tak samo rozumiał jej obiekcje wobec tego, aby powierzyć mu dziecko na stałe. On sam by go sobie nie powierzył. Nie teraz, nie po tym wszystkim.
- Całe szczęście znalazł się już ktoś, kto mi bardziej ufa - stwierdził, wzruszając przy tym ramionami i uderzając językiem o podniebienie. - A co do twojego uroku osobistego, myślę, że wszystko zależałoby od tego jak szybko zmieniłabyś rutynę pielęgnacyjną - tak, zadziwiająco (albo i nie; właściwie to bez większego szoku) znał takie określenia - trochę formaliny, odrobinę tego szmeleganckiego różu do policzków, farbka do skóry i byłabyś wycackana jak nowa - rzucił bez zająknięcia, ani przez moment nie myśląc o tym, o czym oni tak właściwie rozmawiają.
Oczywiście, że to były wyłącznie żartobliwe spekulacje. Na przykład dotyczące tego czy Potterowie mieliby jakąś właściwą linię do konserwacji żywych trupów pragnących wyglądać jeszcze bardziej uroczo niż za życia. Albo czy u Fawleyów znalazłoby się coś do trwałego barwienia policzków na zdrowy różany kolor a skóry na odcień nie przypominający pożółkłej, niegdyś białej farby na ścianach w Mungu. Do tego dochodziły pośmiertne gazy i tak dalej.
- Tak właściwie to lepiej byłoby ci kogoś opętać. Tylko pamiętaj, niech ma więcej niż metr dwadzieścia - to mówiąc całkiem ostentacyjnie zmierzył Norę spojrzeniem. - Metr dziesięć - poprawił się, bo chyba trochę go poniosło z zawyżaniem aktualnego wzrostu przyjaciółki.
Szach-mat. Nie potrzebował wiele więcej, aby zrewanżować się za ten jakże żenujący brak uznania dla jego wyśmienitej kondycji fizycznej. Co prawda dosyć dziwnie byłoby, gdyby Nora komentowała ją samą z siebie, ale zwrócenie uwagi na to, że ani trochę się nie zasiedział od czasów, gdy zaczęli się ze sobą przyjaźnić mogłoby być całkiem przyjemnie łechczące ego. Coś w rodzaju komplementu rzucanego przez babcię czy ciocię. Przez kogoś, kto był całkowicie neutralny i obiektywny w osądzie, bo wbrew niektórym plotkom czy oczekiwaniom nigdy ich nic ze sobą nie łączyło (fuj).
- Możesz pluć. One też nieustannie wydalają z siebie te... ...kłaczki, tak - nie pytał o prawidłowe nazewnictwo, zamiast tego stwierdzał fakt.
Plucie z pewnością nie byłoby niczym szczególnym dla kotów.
- W tamtym momencie myślałem też o mieszkaniu na zupełnym zadupiu i paru innych rzeczach, które się nie wydarzyły - odpowiedział na tyle znacząco, by mogła połączyć kropki, jeśli rzeczywiście chciałaby to zrobić; wbrew pozorom wcale nie zamierzał jej tym mieszać, po prostu stwierdzał fakt. - Jestem szczery - tym natomiast już tak, odnajdując okazję do odniesienia się do jej wcześniejszej kultury i korzystając z tej opcji.
Tak, jasne. Zdawał sobie sprawę z bardzo specyficznego podejścia Figgów do kotów, jednakże nie zamierzał nagle zmieniać narracji i dawać Norze sprzecznych sygnałów. Nie, nawet nie próbował jej okłamywać. Koty mogłyby raczej dla niego nie istnieć. Jasne - na pewno miały swoje zalety. Największe, gdy nie było ich obok niego.
Choć ten konkretny był całkiem milusi. Na tyle, że Ambroise był w stanie jeszcze przez chwilę znieść jego obecność na szyi, nie mając wrażenia, że się dusi. Był skłonny spokojnie ruszyć w kierunku wskazanym przez Figgównę, przeznaczając odpowiednio dużo czasu, aby odnieść mruczkę na miejsce.
Tyle tylko, że nie było mu to dane. Ich spokój został zaburzony przez nagłe pojawienie się kociego agresora. Kociopersonifikacji wszystkiego, co Roise faktycznie sądził o kotach.
- Nie, to koci skurwiel - nie zamierzał zgadzać się z Norą, nawet jeśli jednocześnie (wbrew pozorom) wcale nie miał w planach odesłanie kota solidnym kopem wymierzonym w otyłą futrzastą dupę.
Znacznie prędzej za to machnąłby różdżką, ciskając w niego drętwotą czy czymś podobnym. Raczej ofensywnym niżeli defensywnym. Ewentualnie posuwając się do zdecydowanego odsunięcia agresora przy pomocy buta. Nie skopałby go przy Norze. Bez obecności Nory? Za pierwszym czy drugim atakiem raczej nie. Za każdym kolejnym pewnie coraz bardziej by pękał.
Tym bardziej, że o ile był w stanie zignorować minimalne pieczenie skóry w miejscu zadrapania, o tyle przeraźliwie żałosnego miauknięcia tuż przy uchu już nie. Zmierzył szarego kota lodowatym spojrzeniem, jednocześnie odruchowo wyciągając rękę, żeby pogłaskać różową kulkę na plecach.
- Wyśmienicie - odmruknął nieprzejednany. - To niech zabiega sobie o nią gdzieś indziej - zignorował przy tym wspomnienie o gorszym dniu, bo on też już zaczynał taki mieć a jakoś nie rzucał się na ludzi dookoła niego. - Za kogo ty mnie masz - nie pytał, nie chciał wnikać, bo prawdopodobnie średnio spodobałaby mu się trafność odpowiedzi udzielonej przez Eleonorę.
No, bo może potrafił być naprawdę kawałem skurwiela, zdecydowanie nie bawiąc się w delikatne pokazywanie skurwielom, kto tu rządzi (a szary kot był jednym z nich; bez dwóch zdań), ale w oficjalnych warunkach raczej starał się miarkować. Co innego poza zasięgiem niepowołanych oczu.
- Czyli wycieczka skończona - stwierdził bez zawahania, zdecydowanie przyjmując słowa o tym, że może robić, co chce.
A chciał wyjść. Nie czuć na sobie spojrzeń tych wszystkich kotów. Opuścić azyl, wyjść na zewnątrz i kurwa splunąć. Tak, to zdecydowanie brzmiało jak idealny plan. Tym bardziej, że kot uspokajany (mocne słowo, bo średnio to szło) przez Norę raczej nie zamierzał odpuścić. Wyjście przed ponownym atakiem wydawało się najłagodniejszym rozwiązaniem.
Wyjście z...
...wyjście z pudroworóżowym kotem wciśniętym w kark. Przestraszonym, poruszonym, dosłownie zastygniętym kotem, na którego obecność prawdę mówiąc na początku nie zwrócił uwagi. Tak, zapomniał o kocie dosłownie otulającym mu szyję i gotującym skórę pod przytkniętym do niej futrem. Gdy w pierwszej chwili obrócił się na pięcie, zaczynając odchodzić, był zdecydowanie zbyt poirytowany obecnością szarego grubasa.
A gdy znalazł się w biurowej części, słysząc postukiwanie obcasów jakoś podejrzanie szczęśliwej Nory, która dreptała za nim...
...było już kurwa trochę za późno. Niemalże od razu zasypano go gradem słów. Niby nie zapomniał języka w gębie (ciężko by o to było), niby nigdy nie miał problemu z wyjaśnianiem zaistniałych sytuacji i klaryfikowaniem pomyłek. Niby już nawet otwierał usta, żeby ująć wszystko w słowa...
...a potem coś go opętało. Duch martwej Nory z innej linii czasowej czy przyszłości (w końcu sam jej to radził)? Jakiś inny nieżyjący Figg? Cholera wiedziała.

Koniec sesji