Secrets of London
[04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4471)

Strony: 1 2 3 4


RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.02.2025

- Wiem - wreszcie przebiło się przez ciszę, która zapadła ze strony Ambroisa.
Nie było jednak lekkie i melodyjne. Nie brzmiało tak, jakby rzeczywiście mu ulżyło, że nie miała nic złego na myśli. Tym bardziej, że w dalszym ciągu czuł się raczej parszywie z uświadomieniem mu, jak mało miał w istocie do powiedzenia w kwestii tego miejsca. Jasne, mogli udawać, że je wspólnie naprawią, ale co dalej?
No, właśnie. Ponadto wcale nie oczekiwał wyjaśnień, tłumaczeń brzmiących bardziej jak wykręty. Jak próby łagodzenia sytuacji, ugłaskania go i jego zranionej godności. Nie był dzieckiem, żeby traktowała go w ten sposób.
- Powiedziałem, że możesz dać sobie spokój - wbrew pozorom wcale nie próbował warczeć na Geraldine, jego słowa były spokojne i opanowane, ale nie łagodne.
Kolejny raz pozwolił sobie na to, by zawiało od niego chłodem i dystansem. Szczególnie, że to, co teraz robiła wcale nie poprawiało sytuacji. Nie w oczach Ambroisa, który zdecydowanie nie zamierzał przyjmować traktowania go jak małego dziecka rozpaczającego za utraconą zabawką.
Był dorosłym mężczyzną. Podejmował świadome decyzję. Znał konsekwencje swoich poczynań, a nawet jeśli nie był świadomy wszystkich z nich to postępując tak a nie inaczej przyjmował do wiadomości, że efekty mogą być brutalne. Nie zwykł uciekać przed ponoszeniem konsekwencji własnych posunięć.
Tak wtedy w jaskini dopplegangera, gdy miał pełną świadomość, że tamta akcja mogła skończyć się nawet jego własną śmiercią. Że mógł władować się po pas w głębokie bagno, ani przez moment nie oczekując, że ktoś inny będzie narażać misję dla ratowania mu dupy. Tak i wcześniej, gdy bardzo realistycznie podszedł do kwestii załatwienia wszelkich formalności związanych z przekazaniem domu w wyłączne ręce Geraldine.
Tak. Zdawał sobie sprawę z tego, że z pozoru zrobił to zupełnie bez ostrzeżenia. Wcale nie musiała podążać za tokiem jego rozumowania. W tym wypadku nie oczekiwał, że miała się czegokolwiek domyślić. Zamknął tę sprawę (jak i wiele innych), żeby mieć pewność, że jeśli coś mu się stanie, Yaxleyówna nie będzie mieć problemów z ewentualnym dochodzeniem swoich praw do majątku.
W końcu nigdy nie byli małżeństwem. Nie mogła rościć sobie prawa do jego części własności. Być może przez wiele wspólnie spędzonych lat udawało im się całkiem zgrabnie obchodzić kwestie formalne związane z tym, że w świetle prawa byli dla siebie zupełnie obcymi ludźmi. Nawet wtedy zimą w Mungu był traktowany jak jej mąż, nie jak partner, jednak to wszystko wynikało ze znajomości w magicznym świecie.
To był świat mugolski. Tutaj wszystko rządziło się innymi prawami. Zwrócił jej dom, zwrócił jej ostateczną wolność od konieczności brania go pod uwagę w decyzjach dotyczących nieruchomości. Z ciężkim sercem zrzekł się miejsca, z którym niegdyś wiązał naprawdę duże plany.
Być może nawet zbyt daleko idące, bo sięgające do dzieci, małych pąkli drepczących po pokojach, wykończenia pustego pomieszczenia nie pod gabinet a pod pokój dziecięcy. Zajmowania się tymi wszystkimi technicznymi sprawami z lekkim sercem, lekką ręką. Nie tak jak w tej chwili, gdy czynienie napraw w domu okupione było zagryzaniem zębów i posyłaniem ciężkich spojrzeń w sufit.
Nie musiała traktować go jak biednej sierotki. Klepać go po główce, mówić mu, że nieważne co się stało i jakie decyzje podjął, to nadal był też jego domek. Jeśli dopięła wszystkich formalności także od swojej strony, to była już wyłącznie jej nieruchomość. Oboje zdawali sobie z tego sprawę. Nie musieli poruszać tego tematu.
- Nie ma naszego wspólnego domu - skoro nadal w to brnęli, chyba należało, aby to powiedział. - Bo nie ma nas, Rina, im szybciej to sobie uświadomimy, tym lepiej - był spokojny, ale tylko na pozór.
Zresztą nie wątpił, że miała go przejrzeć. Zawsze potrafiła dostrzec wszystko, co znajdowało się pod twardą skorupą. Zresztą nawet nie próbował tego teraz ukrywać. Był zły. Sam nie wiedział, czy bardziej na nią za to, że w ogóle poruszyła ten temat. Czy na siebie, bo przecież to była jego wina, że im się nie udało. To on podejmował decyzje.
- Nie chcę się z tobą kłócić - ale to przecież powinna wiedzieć, prawda? - Chcę - urwał, bo...
...cholera. Sam nie wiedział, czego mógł w ogóle jeszcze chcieć.


RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.02.2025

Chłód, ponownie poczuła chłód, którym znowu zaczynał w nią zionąć. Najwyraźniej nie oczekiwał od niej tych wyjaśnień, jasne, to nie oznaczało jednak, że nie mogła mu ich dać. Miała w dupie co działo się teraz w jego głowie, chciała po prostu, aby zrozumiał jej tok rozumowania, oczywiście, że nie wyszło z tego nic dobrego, bo jakże mogłoby być inaczej?

- Powiedziałeś, ale nie chcę dawać sobie spokoju. - Jakby nie znał jej na tyle, że nie wiedział, że może jej sugerować, co powinna robić, ale oczywiście miała to gdzieś. Nie należała do osób, które spełniały oczekiwania, czy życzenia innych, na pewno nie w takich sprawach. Jeśli miała ochotę mu coś wyjaśnić, to właśnie to zamierzała zrobić i mógł sobie gadać to na co miał tylko ochotę.

Nie chodziło o to, że chciała go ugłaskać, nie, po prostu zależało jej na tym, żeby spojrzał na to jej oczami, cóż, to akurat przychodziło im często bardzo trudno. Mieli problem z tym, aby zobaczyć świat tak, jak patrzyły na niego inne osoby, byli kurewsko uparci i liczyło się dla nich głównie ich własne zdanie, którego potrafili bronić do końca. Tak, to też było niezaprzeczalne i często było zapalnikiem do kłótni. Najwyraźniej tym razem również musiało się to tak potoczyć. Wspaniale, nie spodziewała się, że nawet ta głupia rozmowa o pierdołach skończy się kolejną niesnaską.

Nie zastanawiała się jeszcze nad tym dlaczego to zrobił. Po co zostawił jej tę Piaskownicę, czemu teraz? Nagle, po półtora roku? Nie miała pojęcia, może powinna jednak zacząć od tej strony, oczywiście, że tego nie zrobiła, tylko podeszła do tego zupełnie inaczej. Miała tendencje do patrzenia na świat tylko i wyłącznie ze swojej perspektywy, wielu kłótni by unikneli gdyby potrafili czytać sobie w myślach. Nie, żeby nie posiadali umiejętności mówienia... która też przecież była im przydatna, tyle, że z tej jakoś sami nigdy specjalnie nie korzystali.

Gdy usłyszała jego kolejne słowa spięła się, tym razem ona. Cóż, odruchowo też wysunęła się spod jego ramienia i nieco oddaliła. Po chwili odwróciła się w jego stronę, oczy zaczęły jej błyszczeć, wkurwiła się. Chyba nie była gotowa na to, żeby to usłyszeć.

- Otwórz oczy. - Mógł jej mówić, że nie było ich, nie było ich wspólnego domu, tylko to, co właśnie tutaj robili świadczyło o czymś zupełnie innym. Znowu upierał się przy swoim, ale nie wydawało jej się, żeby to co mówił miało większy sens. Po co w takim razie nadal tutaj z nią siedział?

- Jeśli tak w twoim mniemaniu wygląda coś, co nie istnieje... - Tak, chyba nie do końca akceptowała jego podejście. Jasne, wspominał jej o tym, że nic z tego nie będzie, mówił o granicach, sojusznikach, ale sam później robił coś zupełnie innego.

- Czy tego chcesz, czy nie, czy jesteś tego świadom, czy nie, my zawsze będziemy. - Nawet jeśli nie będą się znajdowali obok siebie, tutaj był pies pogrzebany. Tego, co ich łączyło nie dało się przerwać, przecież zdawał sobie z tego sprawę, miał świadomość, że ta więź była inna niż wszystkie i będzie istniała zawsze. Bez względu na to, co wydarzy się w ich życiu, zostali na siebie skazani i właściwie tylko w ich rękach leżało to, w jaki sposób to przeprowadzą.

- No jasne, że nie chcesz, tylko ciągle to robisz, pewnie też przypadkiem. - Dodała, a na jej ustach pojawił się ironicznych uśmiech. Rzuciła krótkie spojrzenie przed siebie, by zlokalizować papierośnicę. Gdy ją znalazła sięgnęła po przedmiot i wyciągneła z niego fajkę, wsadziła ją sobie do ust i odpaliła ją zapalniczką. Znowu  to sobie robili. Znowu zaczynali wylewać swoje gorzkie żale, stali po przeciwnych stronach barykady, a jakże, nie mogło być przecież zbyt prosto.




RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.02.2025

Tak właściwie to chyba właśnie na to czekał. To całe milczenie i nagła ugodowość ze strony Geraldine nie była normalna ani dla niej, ani tym bardziej w jego oczach. Być może nie był tego świadomy, jednak robiła mu tym wodę z mózgu. Jeszcze bardziej się miotał, bo nie wiedział, co sprawiało, że nagle była w stanie tak po prostu odpuścić sobie te wszystkie kąśliwe komentarze i pokazywanie mu jak bardzo się mylił. Teraz chyba wracali do normy - jakkolwiek fatalnie by to nie brzmiało.
Nawet mimowolnie uniósł kąciki ust, uderzając językiem o podniebienie i wydając z siebie krótkie parsknięcie.
- Wyśmienicie - skwitował będąc świadomym tego, że bezwiednie zaczynał coraz bardziej ją prowokować.
Chyba tego chciał. Nie chciał się z nią kłócić, o nie. Jednakże chciał, żeby wreszcie jakoś zareagowała na to wszystko, co ewidentnie starała się w sobie tłumić. Miał po dziurki w nosie tych drobnych spięć, uciekania od tematów, zachowywania się tak, jakby znowu usiłowali badać grunt. Podgryzali się, ale nie w ten przyjemny sposób, po czym uciekali od wyraźnego zaznaczenia swojego gruntu.
Tak, on też był za to odpowiedzialny. Osobiście spychał znaczną część tematów w pozorny niebyt. Zamiatał brudy pod dywan, wpychał trupy do szafy, w której nie było już na nie miejsca. Tak. Robił to jeszcze chwilę temu. W tym momencie chyba zaczynając pękać.
Wystarczyło jedno pozornie nic nie znaczące słowo. Dobre intencje. Próba wyjaśnienia mu swojego zdania. Może odebrał to w niewłaściwy sposób, ale nie zwracał już na to uwagi. Był uparty, był zacięty, nie należał do łatwych osób. Tak samo jak Geraldine. Oboje byli trudni. Razem stanowili naprawdę zgrany zespół. Przeciwko sobie byli równie druzgocący. W tym momencie wybierali ten drugi scenariusz.
- Mam je otwarte od lat - odparował - cicho, ale tak znacząco, że nie uważał, by musiał dodawać w przeciwieństwie do ciebie, bowiem to wybrzmiało dostatecznie dosadnie.
To on musiał podejmować najtrudniejsze decyzje. To on musiał być odpowiedzialny. Dbać o to całe szambo, by nie wybiło. Usiłował sprawić, aby choć przez moment spojrzała na to jego oczami, ale równie dobrze mógłby zacząć walić głową o ścianę, którą miał za plecami.
Nie chciał się kłócić.
Kiedy wysunęła się spod jego ramienia, odsuwając się od niego, odruchowo zareagował wyciągnięciem ku niej ręki. Zatrzymaniem dłoni na jej odsłoniętym kolanie, zaciśnięciem na nim palców, długim spojrzeniem prosto w oczy Yaxleyówny i kolejnym rozgoryczonym pokręceniem głową. Puścił ją, aby zaciągnąć się papierosem, w dalszym ciągu kręcąc głową.
- Nie wiem, o chuj ci chodzi - chyba mieli być ze sobą szczerzy, tak? no, to byli. - Nie mówię, że to, czymkolwiek to jest, nie istnieje - parsknął cicho, dostrzegając ten cały absurd. - Ale przecież o tym wiesz - nie była głupia, nawet jeśli teraz usiłowała taką grać, doskonale wiedziała, co miał na myśli. - Nie ma nas. Nas razem. Ciebie i mnie. Po tym wszystkim, po tym teraz. W tym domu. Nie ma nas tutaj. Nie ma nic, co by się z nami wiązało. Mam wymieniać, czego dokładnie? - Tak, prowokował ją, ale nie potrafił tego nie robić.
To, że coś ich nadal łączyło i miało łączyć. Emocjonalnie, nie fizycznie. A fizyczność była przecież dla nich jednym z głównych filarów wspólnego szczęścia. Bez tego mogli być po prostu...
...przykrzy. Przykrzy dla siebie samych i dla siebie nawzajem. Właśnie tacy teraz byli.
- Nic nie robię przypadkiem - sarknął, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że w tym momencie tymi słowami kopał dołek również pod samym sobą. - Zresztą, racja. Już ustaliliśmy, że to ja tu jestem problemem - teraz i on wykrzywił wargi w ironicznym, rozgoryczonym, może trochę nazbyt prowokacyjnym uśmiechu, mrużąc oczy i kląskając językiem o podniebienie.
Całe szczęście ten problem już wkrótce miał zniknąć z jej życia, prawda? Nie mogli się ze sobą kłócić na odległość. To znaczy - pewnie znaleźliby na to jakiś bardziej aniżeli mniej kreatywny sposób. Może nie wysyłaliby sobie wyjców, bo to zupełnie do nich nie pasowało.
Ambroise rzadko kiedy unosił głos, praktycznie nie zdarzało mu się krzyczeć. Uważał to wręcz za ostateczny żenujący wyraz desperacji. Krzyk był dla niego dowodem na całkowitą bezradność i brak jakichkolwiek argumentów. Mimo to z pewnością znaleźliby swój sposób na ubarwienie sobie wzajemnie rzeczywistości.
Tyle tylko, że było dokładnie tak jak powiedział. Nieważne, że Geraldine była wyjątkowo szybka, by to podważyć. Nie zależało mu na tym, aby się z nią kłócić a ostatnio robili to częściej niż kiedykolwiek. Przez te wszystkie tygodnie od końca czerwca, spinali się ze sobą prawdopodobnie częściej niż przez wszystkie lata, jakie spędzili u swojego boku. Teraz zdecydowanie ustanawiali nową normę.


RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.02.2025

Naprawdę próbowała być nową, lepszą wersją siebie. Całkiem długo jej się to udawało, mimo, że momentalnie bywały momenty, w których ciężko jej było nad sobą panować, to jednak jakoś z tym walczyła. Najwyraźniej jednak musiał nadejść ten moment, kiedy wszystko się w niej skumulowało, kiedy znowu miała przekroczyć granicę, to był chyba ten moment. Zdarzył się zupełnie przypadkiem, bo przecież rozmowa, którą rozpoczął Roise była całkiem neutralna, tyle, że tak jak się spodziewała, każdy temat mógł doprowadzić ich do tego niewygodnego. To nie powinno być zaskakujące - wcale.

- Kurwa, oczywiście, że wyśmienicie. - Powinnien mieć świadomość, że to słowo zadziała na nią niczym czerwona płachta na byka. Zawsze tak na nie reagowała, chąc nie chcąc, nie była w stanie tego zmienić, bo rzucał je zawsze w idealnym momencie. Zacisnęła mocniej zęby, czuła, że zaczyna się gotować, tak zdecydowanie nie była w stanie zapanować nad swoim dalszym wybuchem. Cóż, prędzej, czy później musiało do tego dojść.

Miarkowała się przez długi czas, naprawdę walczyła ze swoim temperamentem, to wcale nie było proste, wręcz przeciwnie - kosztowało ją sporo cierpliwości, której w zasadzie nie miała. Czy warto było to robić? Chyba nie, zdecydowanie nie, bo tak, czy srak znowu znaleźli się w tym samym miejscu.

- Gówno prawda, masz pierdolone klapki na oczach, od lat. - Oczywiście, że widziała to inaczej, to było niepodważalne. Powoli chyba zaczynało jej przeszkadzać to jego upieranie się przy swoim. Nie, żeby sądziła, że to, że ponownie wyleje z siebie ten cały żal miało coś zmienić, już to zrobiła, nie przyniosło to niczego dobrego, nie wydawało jej się, aby tym razem prowadziło ich to do czegoś innego, bo niby dlaczego miałoby? Każde z nich miało swoją opinię, swoje zdanie, różne od siebie. Tutaj nie było drogi do konsensusu. To już też ustalili.

Niczego nie musiał, tyle, że chyba wyjątkowo o tym zapominał. Nie było winą Yaxleyówny to, że brał na siebie tę całą odpowiedzialność, zupełnie niepotrzebnie. Gdyby tylko miał chęć się z nią wszystkim podzielić, już na samym początku, ale nie - lepiej było brać to na swoje barki i teraz robić za męczennika. Biedny Ambroise...

Jego słowa bolały, to nie tak, że nie powinna się ich spodziewać, bo przecież wiedziała na co się pisze, za każdym jednak razem, gdy coś podobnego padało z jego ust czuła ogromną irytację i frustrację.

- Czyli to kolejna szopka, zabawa, chuj wie jak to nazywasz? - Tak, mówili jedno, robili drugie, mydlili sobie oczy i chyba zaczynało jej to przeszkadzać, tym bardziej, że nie wydawało jej się, aby pozostawały jakiekolwiek wątpliwości. Nie, kiedy znowu przekroczyli te wszystkie granice, które sami sobie wyznaczyli.

- Z mojej perspektywy to wygląda nieco inaczej, ale pewnie jak zawsze jestem ślepa, co nie? Do tego też już doszliśmy. - Tak, każde z nich spoglądało na sytuację własnymi oczami, ze swojej perspektywy, jakże to jednak możliwe, że odbierali tę całą sytuację aż tak różnie? Czy to w ogóle mogło mieć miejsce, czy był z nią szczery, czy ją oszukiwał? Być może chciał oszukać siebie samego. Nie wierzyła mu, nie była w stanie uwierzyć w to, że to wszystko było niczym.

- Wymieniaj, po co masz się miarkować, chętnie wysłucham wszystkiego, co masz mi do powiedzenia. - Skoro już doszli do tego momentu, to dlaczego miałby jej wszystkiego nie wyrzygać, nie zamierzała go ograniczać.

- Czy Ty siebie słyszysz, to nie chcesz się ze mną kłócić, czy chcesz, robisz to przypadkiem, czy nie? Weź się kurwa określi i może właśnie dojdź do tego, czego naprawdę chcesz, bo zachowujesz się jak jakaś niezdecydowana, rozpieszczona panienka, która nie umie się zdecydować. - Nie było to może szczególnie dobre porównanie, ale na nic więcej jej nie było aktualnie stać.

Dotknął jej na chwilę, później zabrał rękę, cóż wydawało jej się, że to też świadczyło samo za siebie, czy tego chcieli czy nie, gesty potrafiły wyrazić wiele.

Nerwowo, co chwila zaciągała się dymem. Nie spodziewała się, że znowu zaczną się kłócić, najwyraźniej jednak aktualnie tak miała wyglądać ich relacja, właściwie jaka relacja, Ambroise w końcu sugerował, że nie mieli żadnej relacji... Znowu zaczynała się w tym wszystkim gubić.

- Ty to ustaliłeś, to nie były moje ustalenia. - Oczywiście nie mogła się powstrzymać przed tym, aby i to mu wyrzygać. Skoro już zaczęli wylewać te swoje gorzkie żale nie miała zamiaru się hamować.




RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.02.2025

Doskonale. Wyśmienicie, że chociaż tutaj się ze sobą zgadzali. Rzecz jasna wyłącznie pozornie. Tylko po to, aby ponownie sobie nawzajem dopiec, bo najwidoczniej nie potrafili na dłuższą metę zachowywać się w inny sposób. Ponownie przeszli do ciskania w siebie oskarżeniami. Przychodziło im to zatrważająco łatwo.
- Jasne. Ty to wiesz najlepiej. Wiesz wszystko lepiej ode mnie - oj, on też potrafił się odpalić, nawet jeśli zdążyła już o tym zapomnieć.
Starał się być opanowany. Usiłował miarkować się w słowach. Być przyjemny, zachowywać się dokładnie tak jak powinien się zachować. Dawać jej do zrozumienia, że mogą się ze sobą nie zgadzać, ale w dalszym ciągu cholernie mu na niej zależy. Tyle tylko, że w ostatecznym rozrachunku i tak miała mu wysrać coś zupełnie innego, prawda? Już to robiła. Kolejny raz sprowadzała to do bycia nieodpowiedzialnym i znudzonym.
- Serio? - Nie spodziewał się tych słów, wracania do tak niskich i niezgodnych z rzeczywistością argumentów.
Do czegoś, o czym oboje powinni wiedzieć, że było tak dalekie od prawdy jak tylko mogło być. Może był jaki był. Przez wiele lat pracował na swoją opinię. Na te wszystkie plotki i ploteczki. Na to, aby być stawianym na równi z wampirzycą wysysającą i porzucającą młodych chłopców. Tyle tylko, że jemu zawsze uchodziło to znacznie bardziej na sucho.
Tyle tylko, że nigdy nie posuwał się do tego w stosunku do Yaxleyówny. Nigdy nie próbował sobie z nią pogrywać. Nie usiłował udawać przed nią kogoś kim nie jest. Nie zniżał się do tanich zagrywek ani do pięknych kłamstewek. Powinna to wiedzieć. Do pewnego momentu wydawało mu się, że byli na tej samej stronie.
Tymczasem rok temu okazało się, że nie tylko nie byli na tej samej stronie czy w jednym rozdziale. Nie byli w jednakowej wersji książki. Ta jej była ewidentnie przeredagowana. Ocenzurowana. Brakowało tam naprawdę licznych stron. Kurwa mać, momentami zastanawiał się, czy wciąż jeszcze znajdują się w tej samej bibliotece. Ich wersja wydarzeń nadal cholernie mocno się różniła.
Wydawało mu się, że wspólnie zaczęli do czegoś dochodzić. Tymczasem nagle znów cofali się półtora roku wstecz. Do czasu, gdy był dla niej tym znudzonym bananowym dzieckiem. Dużym chłopcem bawiącym się uczuciami. Podświadomie zazgrzytał zębami, unosząc górną wargę.
- Serio zamierzasz do tego wracać? - Przytkało go, po prostu go przytkało, nawet jeśli nie na długo. - To nie ja tak to nazywam - skoro powoli przestawali się miarkować, być może warto było, aby to też teraz podkreślił - w razie, gdyby zapomniała, kto tak łatwo podkreślał, czym tak właściwie była ich relacja. - To nie z moich ust to padło - nie musiał, naprawdę nie musiał tego mówić, ale tu był pies pogrzebany, prawda?
Bowiem Geraldine też nie musiała. Żadne z nich nic nie musiało. A jednak przez długi czas docierała do niego jej opinia. To jak łatwo coś sobie założyła i zrobiła dosłownie wszystko, co w jej mocy (a bez wątpienia była silna i mogła wiele, tego nie zamierzał jej nigdy ujmować), aby udowodnić to wszem i wobec.
Nie on nazywał to wszystko szopką, nie on sprowadzał to do zabawy kimkolwiek czy czymkolwiek, nie on twierdził, że powodem ich rozstania było znudzenie, rutyna, chęć powrotu do ruchania przypadkowych osób. Nie mogła mu tego wysrywać i oczekiwać, że on będzie to przyjmować bez słowa.
Zasłużył na wiele. Nie miał wątpliwości, że należało mu się naprawdę dużo gorzkich słów. Starannie zapracował sobie na lwią część wyrzutów, jednak nie na te, którymi właśnie próbowała w niego uderzać. Tych nie zamierzał na siebie brać. To nie była jego część skryptu, to nie był jego repertuar.
- I kto ma klapki na oczach? - Nie omieszkał jej tego wytknąć, bo skoro sama tak gładko o tym mówiła, to czyż nie oczekiwała potwierdzenia?
Znowu robiła z siebie jedyną ofiarę całej sytuacji. W dodatku sprowadzając to wszystko do poziomu, przy którym odechciewało mu się głębiej wchodzić w coś, co zdecydowanie ze sobą mieli. Nie dom a bagno. Głębokie bagno, w którym brodzili po pas.
- Spasuję - skwitował burknięciem, zaciskając przy tym zęby i mrużąc oczy.
Wbił wzrok w sufit, starając się nie dać sobie popłynąć. Tym bardziej, gdy zaczęły do niego docierać te kolejne słowa. Zdecydowanie była dziś w formie. Bez wątpienia wiedziała, gdzie uderzać, aby piekło i bolało. W gruncie rzeczy zawsze tak było. Potrafili sobie dopierdolić. Tylko po co? Nie wiedział. Po prostu w to brnął.
- Wiem, czego chcę - warknął, mocniej napinając całe ciało i instynktownie wychylając się do przodu. - To ty nie potrafisz zrozumieć, że to nie jest takie kurwa proste. Obudź się. Nie zawsze można mieć to, czego się chce - to był absurd, po prostu absurd, na który nie mógł nie zareagować śmiechem.
Krótkim i gorzkim. Nie rozbawionym, nie wesołym, nawet nie prowokacyjnym. Po prostu odruchowym rozgoryczonym śmiechem. Z jednej strony zarzucała mu bawienie się, robienie szopki, z drugiej strony sama zachowywała się teraz jak rozpuszczone dziecko oczekujące, że wszystko zawsze będzie szło po jej myśli. Że otworzy swoje błękitne ślepia, spojrzy nimi na coś, wyceluje w to długi palec i to dostanie.
Jakże łatwiejszy byłby wtedy świat. O ile prostsze byłoby wszystko, gdyby mógł rzeczywiście postąpić dokładnie w ten sam sposób. Chcieć i brać. Nie patrzeć na konsekwencje, nie myśleć perspektywicznie. Zresztą przecież działał już kiedyś dokładnie w ten sposób. Przez lata zachowywał się właśnie tak i...
...do czego to ich doprowadziło? Co im to dało? Kilka krótkich lat, trochę wspomnień i nic więcej. Kolejne kłótnie, gorzkie słowa, szczekanie na siebie nawzajem, mimo że wcale nie powinni tego robić. Nie mieli różnych oczekiwań, nie na tej najgłębszej, najbardziej podstawowej płaszczyźnie. Tyle tylko, że życie nie było koncertem życzeń. Geraldine zdawała się w ogóle na to nie patrzeć.
- Nie wiem, po cholerę w ogóle o tym dyskutujemy. Nic do ciebie nie dociera, prawda? - Usrała się i tyle, założyła te swoje klapki na oczy i już wydała osąd.
Znalazła winnego. Sprawa zamknięta. Mogli się rozejść.


RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.02.2025

Problemem było zdecydowanie to, że każde z nich upierało się przy swojej wizji. Nie byli skłonni zmierzać ku jakiemukolwiek porozumieniu, nie było tutaj na nie miejsca. Nie dało się tego nie zauważyć. Każde z nich widziało tylko swoje racje. Kiedyś działali inaczej, próbowali jakoś łagodzić sytuacje, znajdować w miarę ugodowe rozwiązania, spuszczać z tonu i szukać sposobu na to, aby się dogadać. Teraz tego nie mieli. Nie potrafili tego robić. Zresztą bardzo trudno byłoby to zrobić w zaistniałej sytuacji.

- Nigdy nie mówiłam, że wiem coś lepiej, nie o to mi chodzi. - Nie chciała wcale udowadniać swojej racji, tylko pokazać mu, że nie musi być, aż tak bardzo uparty. Czy naprawdę nie dostrzegał tego, że jego zachowanie przeczyło słowom, które padały z jego ust? Jej się to wydawało być zupełnie oczywiste. Może nie proste, ale na pewno oczywiste. Nadal uważała, że oszukiwał sam siebie, chciał, nie mógł, trzymał się jakiegoś swojego postanowienia, które nie miało najmniejszego sensu, w imię czego? Czy naprawdę musieli przez to wszystko cierpieć? Czy powinni sobie to robić? Nie, zdecydowanie nie. Nie miała zamiaru dłużej milczeć, chociaż z każdym zdaniem wypowiadanym przez nią, czy niego, wydawało się jej to być coraz gorszym pomysłem. Rzucali w siebie nawzajem bezsensownymi oskarżeniami, zamiast porozmawiać jak ludzie. To zawsze było ich problemem, tyle, że kiedyś dużo prościej przychodziły im negocjacje.

Właśnie dlatego sięgnęła po te argumenty, bo nie miały one żadnego sensu, ona to wiedziała, on to wiedział, to miało mu pokazać, że to wcale nie było nic. To, co tutaj robili, to nigdy nie miało być niczym. Od samego początku miało jakiś cel, było czymś więcej, dlaczego nie chciał tego przyznać? Czy gdyby było inaczej, aż tak bardzo nie uderzyłyby w niego te jej argumenty wyciągnięte chuj wie skąd? No właśnie, to miało mu tylko i wyłącznie pokazać, że się mylił. Nie była to szczególnie wysoka zagrywka, ale już dawno przestali się miarkować, więc to też nie powinno go razić. Chyba wypadało się do tego przyzwyczaić. Kiedy znajdowała się w potrzasku korzystała ze wszystkich metod, jakie się pojawiały, w tym przypadku były więc to słowa, okropnie parszywe, ale co innego mogła zrobić?

- Nie, Ty tylko twierdzisz, że nie ma nas, czyż nie? Czy to nie jest tym samym? - W swój pokrętny sposób właśnie tak to rozumiała. Skoro nie było ich razem, nie było ich tutaj, nie było niczego, to czy nie było to jakąś grą, zabawą? Nie, na pewno nie. Wiedziała, że nie zrobiłby jej tego, dlaczego więc próbował wyprzeć to, że faktycznie jednak coś było. Czy siedziałby tutaj z nią nadal, gdyby to było nic? Naprawdę nie dawała już sobie z tym rady, nie rozumiała zupełnie o co mu chodzi. Tak bardzo usilnie próbował jej to wmawiać, tyle, że wcale nie chciała w to wierzyć.

- To jak zamierzasz to nazwać? To są ci twoi sojusznicy? Tak? - Nie miała zamiaru porzucać tematu, nie póki w końcu nie wyjaśnią sobie tego do końca. Miała w dupie, czy mu się to podobało, czy nie. Oczekiwała od niego jakichś konkretów, mógłby się w końcu określić.

- Jasne, że ja, przecież tak było od początku, nieprawdaż? Od samego początku miałam klapki na oczach. - Może gdyby wcześniej do niej dotarło to, co faktycznie się działo teraz nie tkwiliby w tym dziwnym zawieszeniu. Nie mogła sobie wybaczyć tego, że wtedy nie widziała całego obrazu, że nie miała pojęcia, co się z nim działo, że nie było jej przy nim, gdy jej najbardziej potrzebował. To bolało i pewnie miało boleć jeszcze długo, szczególnie, że akurat ta rana była całkiem świeża. Dołączyła do tych, które już dawno powinny się zabliźnić, tyle, że ciągle je rozdrapywali.

Ugryzła się w język, bo miała chęć powiedzieć mu, że znowu się wycofywał. Spasował, to było najprostszym rozwiązaniem, szkoda, skoro miał tyle do powiedzenia. Nie chciała dalej babrać się w bagnie, chociaż czuła, że szybko z niego nie wypłynął. Znowu to sobie robili, rzucali w siebie słowami ostrzejszymi od jej sztyletów.

- Kiedy zacząłeś bać się sięgać po to na czym ci zależy, co? Kiedy pozwoliłeś sobie to odebrać? - Naprawdę nie umiała zrozumieć tego, że tak łatwo się poddał, pogodził z tym, co się działo, że nie chciał walczyć. Nie miała pojęcia dlaczego tak się stało, kiedyś nie miałby z tym większego problemu. Od samego początku wiedzieli, że mogą pojawić się w ich życiu pewne czynniki, które będą je komplikowały, jakoś się z tym pogodzili, czy naprawdę było aż tak źle, że musiał usilnie trzymać się tej swojej wersji? Nie potrafiła tego zaakceptować, nie umiała pogodzić się z tym, że miał do tego takie podejście.

- Nie wszystko w życiu jest proste, ale to nie jest przesłanka ku temu, żeby rezygnować. - Wydawało jej się to być całkiem oczywiste, trudności się pojawiały, zresztą w ich wcześniejszym, całkiem beztroskim życiu również i jakoś sobie ze wszystkim radzili. Dlaczego sądził, że tym razem nie mogłoby być podobnie? Dlaczego tak usilnie skupiał się na tych swoich mrocznych wizjach, które wcale mogły się nie spełnić.

Skończyła w końcu palić fajkę i wrzuciła niedopałek go kominka, westchnęła ciężko. Nie była zadowolona z tego, jak potoczyła się ta rozmowa, nie spodziewała się, że znowu dojdzie między nimi do takiej dziwnej eskalacji. Schowała twarz w dłoniach, próbowała się skupić chociaż na chwilę, być może nieco spasować i uspokoić, bo zdecydowanie nie chciała zmierzać w tę stronę. - Tak, nic do mnie nie dociera, niech Ci będzie. - Ktoś w końcu musiał za to odpowiadać, czyż nie? Mogła to wziąć na siebie i swoją bezkompromisowość.




RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.02.2025

Parsknął. Nie miał na to żadnych innych słów. Żadnej innej reakcji. Wyłącznie to niedowierzające, lekko prześmiewcze parsknięcie, bo kto jak kto - oboje byli świadomi tego, że w tym wypadku usiłowała wykrzywiać teraz rzeczywistość. Tak jak i on, Geraldine zawsze wiedziała lepiej. Poniekąd nawet teraz mu to udowadniała, kolejny raz starając się podważać jego słowa.
- Nie, nie jest - odsyknął, posyłając ostre spojrzenie w kierunku Yaxleyówny, kiedy znów zaczęła to robić. - Zachowujesz się tak, jakby wszystko było kurwa zero-jedynkowe. Albo ze sobą jesteśmy i mogę cię kochać. Albo jestem gnojem, chujem i degeneratem, i nie mam prawa mówić o uczuciach - nie, by to ostatnie kiedykolwiek przychodziło mu łatwo.
Ta rozmowa była tego wybitnie błyszczącym dowodem, nieprawdaż? Zaczęli ją od bardzo prostych słów i przekazu, w którym teoretycznie nie było miejsca na spięcie, a jednak ponownie potrafili zrobić z igły widły i rozdmuchać wszystko do wręcz absurdalnego poziomu. Nie można im było odmówić tego talentu.
- Nie udawaj głupiej. To nie żaden sojusz. Poza tym nie mieliśmy jeszcze okazji do niego dotrzeć - nie, skoro w dalszym ciągu wracali do Piaskownicy i siebie nawzajem, ani na chwilę nie stroniąc od spędzania razem większości czasu. - Za kogo ty mnie masz? - Parsknął.
Musiał jej to wyrzucić, musiał zadać to pytanie, choć wcale nie chciał znać odpowiedzi. Nie potrzebował weryfikować tego, co sądził, że o nim myślała. Tego, co dotarło do niego pocztą pantoflową tamtej cholernej wiosny i tego, co mu teraz sugerowała. Nie posunąłby się do nawiązywania z nią sojuszu a następnie czerpania z tego popapranych benefitów. Nie był aż tak niskim człowiekiem, chociaż Geraldine najwyraźniej miała zupełnie inne zdanie.
- Doskonale wiesz, kiedy - słowa ponownie same opuściły jego usta, jednak tym razem nie brzmiały już ani trochę prowokacyjnie, teraz były ciężkie i ponure.
Kiedy przestało chodzić tylko o niego. Kiedy zginęła ich wspólna przyjaciółka. Kiedy wszystko wręcz popisowo się zjebało.
Musiała zdawać sobie sprawę z tego, kiedy zaczęło do niego docierać, że od pewnych spraw nie było ucieczki. Myślenie, że mogli tak po prostu zaszyć się poza magicznymi ośrodkami, wyłącznie raz na jakiś czas stricte zawodowo pojawiając się w Londynie i w okolicach było głupie. Pokładali stanowczo zbyt dużo dziecinnej nadziei w tym, że dzięki temu cała sytuacja jeszcze mniej będzie ich dotyczyć.
Prawie wcale, bo przecież nie byli docelowym targetem zainteresowania ze strony osób toczących coraz bardziej otwartą wojnę. Nie należeli do żadnej ze stron. Mogli trzymać się niemal całkowicie na uboczu i dzięki temu wieść spokojne życie. Odizolować się od cudzych spraw. Unikać powtórki wydarzeń z Doliny Godryka. Być szczęśliwi w swoim zamku na piasku.
Prawda?
Prawda?
Kłamstwo.
To, o czym teraz mówił. To, co sugerował, żeby odbić ostre słowa Geraldine, dając jej część odpowiedzi. To wciąż nie był pełen obraz. Gdyby chciał jej o wszystkim opowiedzieć, prawdopodobnie nie byłby w stanie tego zrobić. Jednakże nie próbował mydlić jej teraz oczu. Nie był nieszczery. Kazała mu wskazać ten konkretny moment, więc dokładnie to zrobił.
To było wydarzenie przelewające czarę goryczy. Ostateczny dowód na to, co powoli docierało do niego przez wcześniejsze tygodnie. To nie był impuls, jednak nie dało się nie przyznać, że wywołał w nim tak głęboką wewnętrzną reakcję, że nie było już nic, co pozwoliłoby mu dłużej ukrywać przed samym sobą dokładnie to, co mu teraz wytknęła.
Nie zamierzał przyznawać jej racji, ale tak: bał się. Gdzieś pod skórą kurewsko się bał. Gdzieś w głębi duszy obawiał się tak wielu rzeczy, tylu wydarzeń, których zalążki zaczęły zawiązywać się dosłownie na jego oczach. Zaczynał łapać się na postępowaniu pochopnie, coraz bardziej parszywie, mniej rozsądnie, bez opanowania.
Chciał. Naprawdę chciał pozostać dokładnie tym samym człowiekiem, co przez te wszystkie lata, tyle tylko, że zaczął kwestionować przekonanie, że kiedykolwiek tak naprawdę nim był. W końcu w najgorszych momentach swojego życia instynktownie wybierał ścieżki, po których nie powinien kroczyć.
To samo w sobie nie było jeszcze niczym szczególnym. Przynajmniej nie dla niego. Zawsze miał ciągoty w tym kierunku. To, że pohamował je na wiele lat, okazało się niczym wobec zaledwie kilku sekund, które ponownie pchnęły go w tym kierunku. To w niego nie uderzyło. Nie. Refleksja przyszła po naprawdę długim czasie. W momencie, w którym Ambroise uświadomił sobie, że w istocie niczego nie żałował.
Nie miał zbrukanego sumienia. Nie czuł się źle z tym, co zrobił. Nie odczuwał żadnej potrzeby czynienia sobie wewnętrznych wyrzutów. Wręcz przeciwnie - o ile w przypadku Rosiera jeszcze choć trochę go to wszystko przytłoczyło, o tyle z czasem to wrażenie zaczęło zanikać. Z każdą kolejną chwilą było coraz mniejsze i mniejsze.
Aż wreszcie niemal zupełnie wyparowało, zastąpione przez satysfakcję z zemsty. Z odpowiedzi ogniem na ogień. Z własnej skuteczności w niemal lustrzanym odbijaniu metod tamtych ludzi, których wtedy w Dolinie nawet nie traktował w tej kategorii.
To były dla niego pasożyty. Robaki. Odebrał im wszelkie prawa wynikające z bycia człowiekiem, zdepersonalizował ich w swoich oczach nie dlatego, że tak było mu łatwiej udźwignąć ciężar własnych decyzji. Nie. Dlatego, że naprawdę sądził, że na to zasługiwali. W końcu znali ryzyko, ponieśli wyłącznie adekwatne koszty.
W pierwszym momencie była to zresztą kwestia przetrwania, czyż nie? Zaatakowali. Akcja wywołała reakcję. Tyle tylko, że nie mógł być w dwóch miejscach na raz. Musiał stawiać priorytety a te były dla niego jasne. Dopiero po kilku dniach mógł naprawić swój błąd, jakim było pozwolenie im na ucieczkę do lasu.
Zrobił to bez wahania. Jeden, drugi raz. Trzeci po śmierci Amandy, mszcząc się wraz z Corneliusem w tak wyrachowany i przemyślany sposób, że ciężko byłoby go nazwać emocjonalnym działaniem w afekcie czy pod wpływem impulsu.
- Poza tym się mylisz - starał się mówić spokojniej i bardziej zdecydowane a przy tym na tyle twardo, żeby nie pozostawiać jej żadnych wątpliwości, że ten argument nijak do niego nie trafiał. - Nie pozwoliłem sobie nic odebrać ani nie zrezygnowałem, bo było mi tak łatwiej. To była świadoma decyzja, tak, ale nie przyszła mi kurwa łatwo - nie odpowiadało mu to, w jaki sposób usiłowała to przedstawiać.
Robiąc z niego kogoś zalęknionego i z tego powodu wybierał egoistyczne zrzucenie z siebie ciężaru. Nie. W żadnym momencie nic z siebie nie zrzucił. Wcale nie było mu w ten sposób lżej czy prościej. Nie uciekał przed trudnościami. Próbował z nimi walczyć tak długo aż po prostu to przestało być rozsądne.
Gdzieś tam w głębi duszy oczekiwał od niej zrozumienia sytuacji. Może nawet niekoniecznie całej, nawet zalążka tego wszystkiego, co stawiało go na pozycji, na której wcale nie chciał być. Spojrzenia na to jego oczami. Choć podjęcia próby postawienia się na jego miejscu. Ale tak nie miało się stać, prawda?
Nie, bo nie potrafili już ze sobą rozmawiać. Chociaż czy aby na pewno? Czy to nie była faktyczna, prawdziwa marna wymówka tylko po to, aby z pozoru nie musieć zagłębiać się w bagno, które jednocześnie i tak ich pochłaniało?
Spuścił wzrok z sufitu, przenosząc go w kierunku dziewczyny, gdy westchnęła, wypowiadając te słowa. Kiedy kolejny raz stwierdziła coś, czego wcale nie chciał słyszeć. To było pyrrusowe zwycięstwo.
Nawet nie próbował skomentować tych słów. Nie usiłował się na nie odciąć. Nie w tym momencie. Prawdopodobnie nie w żadnym momencie. Nie chciał się z nią kłócić. Ostatnio robili to raz za razem, ale to nigdy nie było coś, co powinno stać się ich normą. Zamilkł więc.
Na długo. Tak długo, że żar w kominku, na który przeniósł wzrok, niemal wygasł. Dopiero wtedy się odezwał.
- Nie - zaczerpnął powietrza, powoli wypuszczając je przez zaciśnięte wargi - nigdy nie chciałem, żeby to tak wyglądało. Nadal tego nie chcę, Bruyère, naprawdę próbuję postępować właściwie. Nie chcę cię stracić... ...nawet jeśli to oznacza, że muszę cię stracić. Wiem, że jesteś przekonana, że poradzimy sobie z czymkolwiek, co się stanie, ale uwierz mi... ...gdyby tak było, gdyby rzeczywiście mogło tak być, nie prowadzilibyśmy żadnej z tych rozmów - a jednak to robili, stawali po przeciwnych stronach barykady, nie zamierzając odpuścić ani próbować znaleźć wspólnego gruntu.
Nie sądził, aby jakiś istniał. A przynajmniej nie taki, który nie stałby teraz w ogniu.
- To nie jest życie, na które zasługujesz i które możesz wieść. Nie na dłuższą metę - nie dochodzili tu do żadnego porozumienia, ale i tak spróbował wyciągnąć ku niej rękę, bardzo powoli powracając dłonią na kolano dziewczyny.


RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.02.2025

Każde z nich lubiło mieć ostatnie słowo, dawno jednak aż tak o nie nie walczyli. To się zmieniło, przestali ustępować w jakimkolwiek procencie, ciągle brnęli przed siebie, by udowodnić, że to oni mają rację. To nie było szczególnie zdrowe, zwłaszcza, że przez to w ogóle się nie miarkowali. Już zupełnie, wcale, a wcale. Wręcz przeciwnie wyciągali kolejne argumenty z dupy, aby sobie dopiec.

Może faktycznie tak było, może podchodziła do tego dokładnie w ten sposób, w jaki mówił o tym Roise. Po prostu wolałaby, żeby poszli albo w jedną, albo w drugą stronę, a nie tkwili gdzieś pomiędzy, tym bardziej, że sam sugerował, że to było niczym. Czy więc też nie wybrał już jedynej słusznej przez niego opcji?

- Tego nie powiedziałam. - Najwyraźniej mieli też tendencje do wsadzania w swoje usta słów, które nigdy miały nie paść. Było w nich wiele żalu, wiele niedopowiedzeń, wiele goryczy.

Łatwo przychodziło im domyślanie się tego, co konkretnie miała do powiedzenia druga strona, zbyt łatwo. Gdyby tylko mogli ze sobą normalnie porozmawiać, to jednak najwyraźniej nie leżało w zakresie ich możliwości. Szkoda.

- W tej chwili? Za osła. - Nie mogła się powstrzymać, przed rzuceniem tego komentarza, zresztą to nieraz padało między nimi, więc nie sądziła, żeby szczególnie przejął się tym komentarzem, chociaż właściwie kto wie. Nic już przecież nie było takie samo. Miała dość, naprawdę nie podobało jej się to w którą stronę zmierzała ta rozmowa, nie czuła się z tym komfortowo, bo już przecież zaliczyli podobną i nic z tego nie wynikło poza tym, że ranili się coraz bardziej. Nie chciała robić tego ponownie, nie miała pojęcia dlaczego wciąż do tego doprowadzali, to nie miało żadnego sensu.

- To ich historia, nie nasza. - Mruknęła cicho. Wiedziała, że wszystko zbiegło się w czasie, że śmierć Amandy musiała być wydarzeniem przez które podjął ostateczną decyzję, tyle, że nie uważała, że fatycznie było to konieczne. Jasne, naprawdę starała się zrozumieć jego pobudki, jak widać zupełnie jej to nie wychodziło. Nie docierały do niej jego argumenty. Pamiętała o czym rozmawiali, gdy dolała mu wkładki do herbaty, gdy w końcu mogła go nieco bardziej pociągnąć go za język. Była z nim wtedy szczera, nie robiło to na niej wrażenia, to wszystko, co wydawało mu się być niewłaściwe, chęć zemsty, ta cała reszta, uważała, że Amanda zasługiwała na to, aby zostać pomszczoną. Yaxleyówna miała wątpliwą moralność, może powinna zastanowić się, czy mieli prawdo decydować o karze dla jej zabójców, ale czy na pewno? Kiedy wszystko działało w takim tempie wątpliwe w ogóle było to, że ministerstwo znalazło by sprawców. Na pewno postąpili by w ten sam sposób ponownie, dobrze więc oni wzięli sprawy w swoje ręce. Nie widziała w tym niczego złego. Nie należała do osób, na których robiłoby to wielkie wrażenie, nie była dobrym człowiekiem. Zresztą też mu o tym wspominała.

Nie bała się kolejnych konfrontacji, z czasem dotarło do niej, że trzymanie się od trwającej wojny z daleka nie było możliwe, chcieli czy nie te sprawy również dotyczyły ich. Nie miała z tym problemu, nie, aby zmieniło się jej zdanie co do jakiegoś wielkiego angażowania się, ale nie zamierzała ignorować sytuacji, w której ktoś cierpiał przez tych fanatyków. Nie miała wątpliwości, co wtedy powinna robić. Nie bała się z nimi mierzyć, gdyby zaszła taka potrzeba to pokazałaby im, gdzie jest ich miejsce. Była wyjątkowo pewna swego, zresztą pomimo tego, co zdarzyło się w jej życiu, mimo tych sytuacji, kiedy omal nie znalazła się za kurtyną nadal sądziła, że jest na swój sposób niepowstrzymana. W końcu żyła, za każdym razem, jakoś udawało jej się przetrwać. Może nie było to szczególnie zdrowe myślenie, bo prosiła się o to, żeby w końcu ktoś udowodnił jej, że wcale tak nie jest, nie sądziła jednak, że szybko się to wydarzy. Zresztą w jej przypadku zawsze przecież było ryzyko, mogła zginąć każdego dnia, gdy wybierała się na polowanie, czy to faktycznie, aż tak się różniło?

- Po prostu wciąż nie mogę się pogodzić z tym, że się na to zdecydowałeś. - Nawet jeśli to była przemyślana i świadoma decyzja, ciągle miała żal o to, że nie chciał z nią o tym porozmawiać, tylko sam podjął decyzję i stwierdził, że to będzie dla nich lepsze. Nie powinna znowu do tego wracać, ale najwyraźnie nie dawało jej to spokoju, męczyło ją.

Po raz kolejny zaczęła odpuszczać, bo wiedziała, że ta dyskusja i wzajemne oskarżenia do niczego ich nie zaprowadzą, już to przecież przerabiali, nie jeden raz. Nadal do niczego nie doszli, ciągle pochłaniało ich to samo bagno, z którego najwyraźniej nie było wyjścia. Nie chciała w nim brodzić jeszcze głębiej.

Zamilkli - może to i lepiej, bo dzięki temu nie doprowadzili do kolejnej eskalacji, do rzucania w siebie coraz to bardziej wyszukanymi epitetami. Uspokajała się powoli, błysk który jeszcze przed chwilą pojawił się w jej oczach z powodu irytacji zgasł. Teraz znowu ogarniał ją smutek. Była rozczarowana tym, jaki los na nich czekał. Nie spodziewała się, że tak skończą, cóż może właśnie to było im pisane? Tylko dlaczego coś połączyło ich tą niewidzialną więzią, po co? Żeby cierpieli przez resztę życia.

- Próbuję to zaakceptować, ale nie do końca potrafię. - Nie miała w zwyczaju odpuszczać, nigdy tego nie robiła, więc mógł ciągle to powtarzać, a ona i tak będzie szukała jakiegoś sposobu, aby osiągnąć swój cel. To było nieuniknione.

- Razem zawsze byliśmy silniejsi, jeśli nie poradzimy sobie z tym wspólnie, to niby jak sam dasz radę? - Nie mogła udawać, że jej to nie obchodziło. Przejmowała się jego losem, nie chciała, żeby sam walczył z tym całym gównem. Zupełnie nie podobała jej się ta idea.

- Szkoda, że nie dajesz mi żadnego wyboru. - Wiedział, że inaczej na pewno by nie spasowała, zresztą nadal nie miała zamiaru tego robić, przecież siłą nie będzie jej trzymał od siebie z daleka. Nie miał wpływu na to, co zamierzała zrobić, była bowiem pewna, że nie odpuści, nie tym razem. Zrobi to po swojemu, jeśli Roise nie wyrażał aprobaty. W końcu nigdy nie była szczególnie posłuszna, nie słuchała rad, mimo, że kiwała głową i mówiła, że wszystko rozumie.

Przysunęła się do niego nieco bliżej, gdy poczuła jego dłoń na swoim kolanie. Nie chciała znowu się dystansować, bo przecież też nie było to żadnym rozwiązaniem, tak naprawdę to w tej chwili chyba nie istniało żadne logiczne rozwiązanie ich problemu.




RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.02.2025

Parsknął. Prychnął po raz kolejny, zdecydowanie potrząsając głową, jednak przez kilka sekund bez tego nagromadzonego gniewu. Na ułamek minuty na tyle zbiła go z tropu, że prawie się uśmiechnął. Zaskoczyła go do tego stopnia, że niemal pozwolił jej wygrać ten fragment kłótni, bo cholera niby powinien spodziewać się niespodziewanego, ale tak nie było.
- Wyśmienicie, wybitnie, bo ty jesteś łajzą - mimo wszystko musiał mieć ostatnie zdanie, mrużąc przy tym oczy i poważniejąc, bo nie - tym razem to nie mogło wystarczyć.
Już nie. Nie, gdy chodziło o coś tak poważnego. Coś, czego nadal nie rozumiała.
- Nie - zagryzł wargi, starając się nie zabrzmieć jeszcze ostrzej niż w tej pierwszej chwili, gdy wyrzucił z siebie to słowo.
Usiłował nabrać tchu zanim ponownie coś powie, ale to wykręcanie kota ogonem z minuty na minutę coraz bardziej go raziło. Ich kłótnie nigdy nie wypadały zbyt ulegle. Na jedno słowo zawsze mieli nawzajem, no, może niezbyt wiele słów, bo przecież żadne z nich nie było wybitnym mówcą. Zawsze raczej stawiali na gesty, więc i w tym wypadku zazwyczaj nie było inaczej.
Nie zmieniało to faktu, że na jedno słowo zawsze mieli nawzajem setki, jeśli nie tysiące reakcji. Małych skrzywień warg, zmarszczenia nosa, zaciskania szczęki, przeszywania spojrzeniem. Parsknięć i prychnięć. Nie odpuszczali tak łatwo, każde z nich instynktownie wybierało twarde stanie przy swoim.
A jednak zawsze prędzej niż później potrafili wyciągnąć ku sobie rękę. Splątać palce, złączyć dłonie. Oprzeć się o siebie, zatopić się w ciepłym uścisku przynoszącym ulgę i spokój. Tej nocy też szczególnie powinni podążać w tym kierunku. Nie w jakimkolwiek innym. Mieli cholernie dużo zewnętrznych problemów, nie musieli dokładać sobie kolejnych. Nie tam, gdzie nie powinno ich być.
Lecz robili wręcz przeciwnie. Postępowali wbrew wszystkiemu, co znane. Co już kiedyś przecież działało. Sprawdzało się jak nic innego. Trudno było zaakceptować to, że tak bardzo zboczyli z toru, że teraz nie potrafili już znaleźć żadnego złotego środka. Granice logiki przestały istnieć. Liczyło się trwanie przy swoim, nawet jeśli to oznaczało ciskanie ostrymi słowami raniącymi gorzej niż najostrzejsze sztylety.
Wcale nie chciał tego robić. Wiedział, że Geraldine też nie. Mimo to w dalszym ciągu padało między nimi zdecydowanie zbyt wiele gorzkich zdań. A on nadal nie był w stanie wyzbyć się wrażenia, że jego dziewczyna nawet nie próbowała spojrzeć na to wszystko z innej strony.
Słowa o Amandzie były jeszcze jednym dowodem. Paradoksalnie, wspomnienie ich przyjaciółki kolejny raz posłużyło za dostateczny impuls, by Ambroise cały się spiął. Aby jeszcze mocniej zmrużył oczy, zgrzytając zębami i próbując nabrać powietrze w zaciśnięte gardło.
Rina kolejny raz udowadniała mu, że żyła w swojej idealistycznej bańce, w której to wszystko, co działo się na zewnątrz tak blisko nich... ...to co w pewnym momencie praktycznie też ich dotyczyło... ...to, że sami niemal znaleźli się w takiej samej sytuacji... ...to, że on w swojej głowie przez kilka brutalnych minut niemalże już tam był... ...to nie miało znaczenia, bo nie wydarzył się najgorszy możliwy scenariusz.
- To niemal była też nasza historia - rzucił wreszcie głębokim, ponurym głosem, cedząc słowa i wbijając wzrok w Geraldine.
Dosłownie świdrując ją spojrzeniem. Przeszywając ją nim tak intensywnie, jakby mógł dzięki temu przejrzeć dziewczynę na wylot. W tej chwili jak nigdy wcześniej naprawdę chciał wiedzieć, co siedzi w jej głowie. A przecież wielokrotnie tego pragnął, zdając sobie sprawę z tego, że tak byłoby dla nich najłatwiej. Teraz chciał tego jeszcze bardziej.
Niby byli ze sobą szczerzy. Powtarzali to so sobie raz za razem, jednocześnie mimo to dając wrażenie, jakby wcale tego nie robili. Nie okłamywali się. Nie posuwali się do tego, ale przecież doskonale wiedział, że oboje potrafili posuwać się do półprawd, do wykrzywiania rzeczywistości na swoją korzyść, do bycia szczerymi, jednak wyłącznie do pewnego stopnia. Do unikania tej części stwierdzeń, które w ich oczach nie powinny paść.
Robił to on i robiła to ona. Kolejny raz mieszała mu w głowie, bo z jednej strony twierdziła, że nie mogła pogodzić się z jego decyzją a z drugiej kolejny raz nietypowo dla siebie zaczynała się wycofywać. Znów stawała się nie tyle unikowa (ten schemat przecież znał), co uległa. Nie zdystansowana i chłodno-żarliwa. Smutna, pogrążona w swoim świecie, do którego ponownie wracała.
- Dobrze wiesz, że w innym razie nigdy bym tego nie zrobił - w dalszym ciągu nie spuszczał wzroku z Yaxleyówny, nawet jeśli te wszystkie słowa, które padały z jej ust sprawiały, że czuł się cholernie źle.
Plątał się i miotał. Wiedziała to, on to wiedział.
To zaś sprawiało, ba, wręcz oznaczało, że się mylił. Kolejny gorzki, trudny do zniesienia i do zrozumienia raz założył coś, co nie miało odzwierciedlenia w rzeczywistości. W końcu nie tak wyobrażał sobie te ich rozmowę. Nie tego się obawiał, gdy podjął decyzję o odejściu bez słowa i uniknięciu stanięcia z nią twarzą w twarz. To, co działo się między nimi w tej chwili było...
...gorsze.
Mógł znieść wyrzuty, mógł znieść pretensje i gniew, frustrację i wyzwiska, ale smutek zawsze go pogrążał. Poruszał te głębsze struny. Sprawiał, że Ambroise czuł się ze sobą źle, bo przecież wcale nie chciał, by była pogrążona w tym stanie. Nader wszystko chciał jej szczęścia, prawda? Nawet ponad swoje własne.
Z chwili na chwilę, z dnia na dzień dochodząc jednak do wniosku, że na pewnym etapie życia to stało się chyba dużo bardziej skomplikowane. Nieważne jak egoistycznie i zadufanie w sobie to brzmiało, odnosił coraz głębsze wrażenie, że przez te wszystkie lata zbyt mocno się splątali i teraz szczęście jednego zależało od szczęścia i obecności drugiego. Gdzieś na tej głębszej, bardziej pierwotnej płaszczyźnie.
Nie mówiąc o drobnych chwilach radości. Mając na myśli to znacznie bardziej wielowymiarowe wrażenie spełnienia. Stabilności i bezpieczeństwa. Wszystkiego, czego zdecydowanie im teraz brakowało.
- Nie wiem - tym razem bardziej mruknął, szepnął aniżeli kolejny raz cisnął w nią słowami.
Odpuszczali. Kolejny raz instynktownie spuszczali z tonu, wracając do kolejnej z nowych niechcianych norm. Milczenia i cichych słów. Jasne, mógł skłamać, idąc w zaparte, że przecież wie wszystko, ale i tym razem stawiali na zupełną szczerość, tak?
Więc tak, tak - miała rację. Razem było inaczej. Czasami lepiej, czasami gorzej. Nie zawsze łatwiej, ale zawsze do przodu. Wygrzebywali się z problemów. Potrafili to wspólnie robić. Tyle tylko, że to niemal zawsze było coś, co tak czy siak dotyczyło ich dwojga. Nie chciał zwalać na nią czegoś, na co nie zasłużyła.
Walczył z wrażeniem, że ich ponowne spotkanie i nawiązanie kontaktu było błędem, przez który znowu zaczęli zbaczać z obranych ścieżek. Zadali sobie niepotrzebne nowe rany. Tak, wyjaśnili sobie część decyzji. To, z czego wynikały i do czego musiały doprowadzić, ale niczego to nie zmieniło, nie poprawiło ich sytuacji.
- To nie zależy ode mnie - powtórzył kolejny raz, znowu mając wrażenie, że te słowa wypowiedziane na głos brzmią znacznie bardziej jak wymówka niż wtedy, gdy wybrzmiewały w jego głowie.
A jednak przecież wcale nie próbował się usprawiedliwić. Nie chciał się wybielać. Szczerze wierzył w to, że gdyby to było takie proste, gdyby to zależało od niego, naprawdę nie musieliby prowadzić takich rozmów.
Zareagował odruchowo. Głęboko zakorzenione instynkty kolejny raz przejęły nad nim kontrolę a on im na to pozwolił. Kiedy Geraldine przysunęła się bliżej, on także to zrobił. Bez słowa do końca odsunął dystans, znowu obejmując ją ramieniem. Przyciskając usta do jej włosów i oddychając głęboko.
- Nie sądzę, żeby którekolwiek z nas miało wybór. Gdyby to zależało ode mnie, oddałbym ci tę możliwość. Przecież wiesz - wymamrotał z wargami dalej przyciśniętymi do głowy dziewczyny.
Nie mówił tego często. Zazwyczaj wcale, ale musiała (tak - musiała) zdawać sobie sprawę z tego, że zdobyłby dla niej gwiazdkę z nieba. Polazłby za nią wszędzie, nawet do tego przeklętego leża demona, nawet żrąc się i kłócąc, nawet na tyle mocno zdając sobie sprawę z ryzyka, że załatwienie spraw z pozostawieniem jej wspólnego domu wydawało się logicznym posunięciem. Tak, powinna zdawać sobie z tego sprawę. Miał nadzieję, że gdzieś tam właśnie tak było, nawet jeśli nie mogli znaleźć wspólnego gruntu.


RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.02.2025

Oczywiście, że niemal, bo przecież nie mogła mieć ostatniego słowa. Typowe, musiał jej się odwdzięczyć pięknym za nadobne, zawsze to robił. Nawet jeśli przez moment udawało jej się go zaskoczyć. To nie było nic nowego, miała świadomość tego, że tak to między nimi działało. Tak już mieli. Zawsze byli gotowi się sobie odszczekać, mieli argumenty na wszystko, mniej lub bardziej sensowne, byleby mieć tylko ostatnie słowo. Byli siebie warci pod tym względem, a w sumie to i pod wieloma innymi.

- Wspaniale, fenomenalnie... - Mogliby się tak przerzucać przez wieczność, czyż nie? Byleby tylko udowodnić, że zawsze mają coś do powiedzenia, to było typowe. Mogła być łajzą, kiedy on był osłem, w niczym jej to nie przeszkadzało, zresztą nigdy nie mówiła, że nią nie jest, miała cały wachlarz nie do końca pozytywnych określeń, którymi bez większego problemu mogłaby się nazwać. Zasługiwała na to, nie pojawiały się z niczego. Yaxleyówna wbrew pozorom była świadoma swoich przywar, chociaż nie uważała ich za wady. Taka była pewna siebie. Zawsze mogło być gorzej, nie wydawało jej się bowiem, żeby faktycznie była takim najgorszym człowiekiem.

- Niemal, niemal, ale jednak nie była i nie będzie to nasza historia. - Może była butna, może przesadnie pewna siebie, ale uważała, że Ambroise nie powinien brnąć w tę narrację. Ludzie umierali. W czasach jak te coraz częściej. Czy tego chciała, czy nie, prędzej, czy później na pewno znajdzie się w jakiejś sytuacji, gdzie ponownie zaryzykuje swoje życie. Nie było innej możliwości, czasem może przesadnie wychylała się przed szereg, ale nie umiała być obojętna na krzywdę innych. Nie chciała się angażować w nic oficjalnie, bo uważała, że to nie jest ich wojna, ale też nie mogła pozostawać zupełnie niewrażliwa.

Kiedyś próbowali od tego uciec, zamknąć się w swoim własnym świecie, z dala od rzeczywistych problemów. To nie zadziałało, tak, czy siak, zupełnie przypadkiem znaleźli się bowiem w ich samym centrum. Nie było sensu sobie mydlić oczu tym, że w ogóle jest to możliwe. Pozostawało więc przygotować się na najgorsze, ćwiczyć, walczyć ze swoimi niedoskonałościami, aby mieć pewność, że sytuacja jak tamta, wtedy w styczniu się nie powtórzy. To była jej metoda, doskonalenie swoich umiejętności, praca nad sobą, by nie dać tym złym kolejnej szansy na to, żeby odebrali im wszystko to co mieli.

Miała świadomość, że wtedy mógł się wystraszyć. Nie była odpowiednio przygotowana do tego starcia, zupełnie nie spodziewała się tego, że pojawi się jednocześnie kilka osób, które ją zaatakują, oberwała dość mocno, jednak czy najmocniej w swoim całym życiu? Czy sam zawód który wykonywała nie niósł ze sobą podobnego ryzyka? Ono od zawsze było wpisane w jej życie. Przywykła do tego, że może nie dożyć kolejnego dnia, może nie było to najzdrowsze podejście, ale się z nim pogodziła. Zwłaszcza po tym, co stało się z jej bratem, który i tak miał sporo szczęścia, bo wciąż istniał, może nie do końca żył, może stał się potworem, ale nadal nie do końca odszedł z tego świata.

- Przepraszam, że cię wtedy zawiodłam. - Tak, może gdyby jednak wtedy nie oberwała tym zaklęciem, to znajdowaliby się w zupełnie innym miejscu. Nie obawiałby się o jej bezpieczeństwo, nie musiałby się martwić o to, czy ktoś jej nie skrzywdzi. Miała do siebie żal o to, że wtedy wszystko potoczyło się w ten sposób, nie była zadowolona z tego, że nie poradziła sobie z przeciwnikami. Mogła to zrobić, może gdyby była bardziej czujna, albo rozegrałaby to zupełnie inaczej. Mądry czarodziej po szkodzie, czy coś, czasu nie można było cofnąć, najwyraźniej Roise nie zdążył tego przetrawić.

Nie widziała dla siebie szczęśliwego zakończenia. Mógł mówić, że robi to dlatego, żeby ona mogła wieść spokojne, szczęśliwe życie, ale to nie miało sensu. Powinien zdawać sobie sprawę, że od lat jej szczęście wiązało się z jego osobą. To z nim chciała spędzić resztę życia, to u jego boku się widziała. Bez niego jej świat stawał się pusty, egzystowała, nie do końca żyła, nie kiedy wiedziała, jak to jest żyć z nim.

Nie wiedział, ona też nie miała pojęcia, jak niby miałby sobie radzić sam. Zbyt wiele złego się działo, za dużo spraw sypało się jednocześnie, na więkoszść z nich nie mieli żadnego wpływu, do tego zabierali sobie tę jedną rzecz, o której mogli decydować. Nie do końca wydawało jej się to rozsądne, nie chciała jednak kontynuować tematu, po raz kolejny niczego nie zmienili, po prostu wylali z siebie swoje gorzkie żale.

- Tak, to nie zależy od ciebie. - W takim wypadku od kogo dokładnie zależało? Od tych wszystkich obcych ludzi, którzy zaczęli przejmować władzę nad ich uporządkowanym światem? To było przykre, że pozwolili na to, aby oni decydowali o tym, co się z nimi stanie. Nie potrafiła się z tym pogodzić, ale nie miała zamiaru teraz dalej kontynuować tej rozmowy, to nie skończyłoby się zbyt dobrze. Odpuściła, po raz kolejny, kiedyś w ogóle się to nie zdarzało, ale teraz byli inni, w końcu minęło tyle czasu, zresztą sami nie wiedzieli na czym teraz stoją.

- To jest przykre. - Wyszeptała jedynie cicho. Po raz kolejny zrobili to samo. Lgnęli do siebie mimo wszystkich tych słów, które wcześniej między nimi padły, to był odruch? Kolejne pożegnanie? Zupełnie nie wiedziała dlaczego to sobie robią. Nie podobało jej się to, że nie mieli żadnego wyboru, że nie mogli o sobie decydować, bo to do nich nie pasowało, tyle, czy faktycznie byli jeszcze tymi samymi ludźmi?

Sytuacja między nimi była patowa, nie potrafili zrobić kroku ani w jedną, ani w drugą stronę, to na pewno nie będzie możliwe dopóki nie opuszczą tego cmentarzyska, którym była Piaskownica.