![]() |
|
[Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +---- Dział: Whitecroft Street (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=153) +---- Wątek: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=4609) |
RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Heather Wood - 30.09.2025 Ruda pojawia się z Cameronem Heather nigdy nie było po drodze z kowenem. Jasne, obchodziła sabaty, całkiem hucznie, ale w jej przypadku chodziło po prostu o spędzenie czasu ze swoimi przyjaciółmi, nic więcej. Nigdy nie była szczególnie wierząca, nie chodziła do kowenu co niedzielę, nie widziała takiej potrzeby. Uważała, że ma życie we własnych rękach, nie potrzebowała do spełniania marzeń żadnej siły wyższej, była panią swojego losu. W przeciwieństwie do Camerona Wood nie uważała, aby to, że przeżyli ostatnie i wcześniejsze wydarzenia było zasługą kogoś więcej niż ich samych. Potrafili sobie radzić z przeciwnościami losu, może ona sama nieco oberwała i podczas pożaru w Beltane, tak samo jak tych niedawnych, jednak nie było to coś z czym nie mogła sobie poradzić. Spalona ręka, pokiereszowane ciało, kto by się tam przejmował takimi pierdołami. Nie odpuściła sobie jednak wizyty przy ołtarzu, nie po to kupiła ten piękny wianek, odruchowo przeniosła spojrzenie na przedmiot, który trzymała w rękach, nadal zastanawiała się nad tym, czy to nie były najgorzej wydane pieniądze w jej życiu, a może nie doceniała rękodzieła, nie miała pojęcia, nie wyglądał jednak jakoś wspaniale... Przeniosła wzrok na Lupina. - Kupiłam, skoro twierdzisz, że ja go zrobiłam to naprawdę musi być taki brzydki, jak mi się wydaje. - Cameron bardzo dobrze wiedział o braku talentu Heather jeśli chodzi o rzemiosło. Nie umiała stworzyć praktycznie niczego, do tego cierpliwość nie była jej mocną stroną, gdy miała sama coś stworzyć to zazwyczaj kończyło się to pierdolnięciem wszystkich materiałów w kąt i rzucaniem kurew na prawo i lewo. - Strasznie smutne to Mabon w tym roku. - Rzuciła jeszcze cicho, szeptem do ucha Camerona, gdy zbliżali się do ołtarza. Nie, żeby ją to jakoś specjalnie dziwiło, wydarzyło się wiele złego, jednak chyba nie do końca przywykła do takiego obrotu spraw. Wolała hucznie świętować, bawić się ze znajomymi, dzisiaj raczej nie było na to miejsca. Podeszła w końcu, tuż za chłopakiem do ołtarza, gdzie złożyła swój jakże wspaniały wianek, który zakupiła z okazji Mabon kilka dni wcześniej. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Cameron Lupin - 12.10.2025 Z Heather na boku.
— M-myślałem, że po prostu b-bardzo ci zależało i nie chciałaś pozbywać się czegoś w co już włożyłaś dużo czasu i wysiłku — skomentował cicho, gdy Ruda zdradziła mu prawdę na temat wianka. — P-poza tym, przeszło nie poszło ci tak źle. Na przykład ten wianek z Beltane wspominam bardzo pozytywnie. Nie licząc tych wszystkich siniaków i drzazg w dłoniach, które są z nim powiązane. Uśmiechnął się krzywo. Co jak co, ale wspinanie się po majowych palach na Polanie Ognisk zdecydowanie można było uznać za swego rodzaju kamień milowy w ich związku. Jeszcze na początku roku byli dość niezdecydowani pod względem tego na ile poważna była ich relacja. I jak daleko chcieli ją popchnąć do przodu. Beltane, pomimo tego, że dla wielu było ogromną tragedią, pomogło im wyklarować parę rzeczy. Wprawdzie Lupinowi nie udało się wówczas zatknąć wianka na szczycie pala, ale ta próba popchnęła ich ku sobie. Czasem nawet jego nawiedzały wspomnienia z Beltane. Wprawdzie nie został prawie pogrzebany żywcem jak Heather, ale sam przeżył dość nieprzyjemną przygodę w lesie. Ale za to doskonale pamiętał desperację jaka mu towarzyszyła podczas przebijania się przez lasy wokół Doliny Godryka. Gdy skupiał się jedynie na tym, aby jak najszybciej wrócić na miejsce obchodów i sprawdzić co się dzieje z Wood. Jak opiekował się nią w namiocie medyków, a potem co chwilę zaglądał do niej w Szpitalu świętego Munga, gdy przechodziła rehabilitację po walkach ze Śmierciożercami. Cameron wypuścił głośno powietrze z ust, skupiając na sobie na chwilę spojrzenie paru starszych gości kowenu. — Ch-chyba trochę za szybko przyszło po tych wszystkich pożarach — skomentował, gdy udało im się odejść na bok po złożeniu darów w ofierze. — Niektórzy pewnie dalej próbują uporządkować swoje prywatne sprawy, a tutaj jeszcze obchody... Nawet jeśli skromne. Widziałaś jak to wyglądało nad apteką. Nawet tam wbiła się ta okropna sadza. Pewnie wpadną tutaj dopiero pod wieczór. Skrzywił się lekko na wspomnienie wizyty u rodziców. Wolał nie myśleć o tym, ile pieniędzy pójdzie na odnowienie tego wszystkiego, kiedy jakiś klątwołamacz w końcu dokona jakiegoś przełomu w kwestii odpędzenia tych wszystkich problemów wywołanych przez Spaloną Noc. Z jednej strony strasznie współczuł rodzicom, Cedricowi i Cecylii, ale z drugiej... Cieszył się, że te parę dni wcześniej udało mu się przenieść na Horyzontalną. W OIOMie wprawdzie mieli problemy z oknami, ale przynajmniej nie przylgnęło tam żadne większe przekleństwo. — A jak w pracy właściwie? To znaczy, wiem, że pożary nie ominęły Doliny Godryka, więc pewnie twoja Brenna też jest po szyję w robocie, ale... Co z resztą? Służby jakoś się... przyzwyczajają do nowej rzeczywistości? — Podrapał się po głowie. Każdy kolejny atak Śmierciożerców wiązał się z tym, że coraz bardziej martwił się o Heather, ale wiedział, że nie byłby w stanie powstrzymać jej przed zaangażowaniem się w konflikt. Może gdyby dalej była szukającą w Harpiach to sprawy miałyby się trochę inaczej, ale teraz była lojalna wobec Brygady Uderzeniowej i Ministerstwa Magii. A Ruda była taka, że jak już raz podjęła jakąś decyzję, to łatwo nie dało jej się odwieść od tego, aby się jej trzymać. Skoro więc nie mógł jej powstrzymać, to mógł się przynajmniej zainteresować, jak to wygląda z jej strony. Wiedział, że Mung radził sobie jak mógł, ale strata chociażby Florence Bulstrode mocno ich dotknęła. Nie tylko przez stratę koleżanki czy mentorki, ale też dobrej specjalistki. Czy Departament Ptzestrzegania Prawa Czarodziejów borykał się z podobnymi problemami? RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Savaš Gregorovitch - 02.11.2025 Wszystko zaczęło się od kawałka głogu. Leżał na stole od kilku dni, jakby czekał na dotyk. Drewno było twarde, żyłkowane, o barwie starej miedzi, z zapachem ostrym i cierpkim, pachniało jak krew w zetknięciu z ziemią. Głóg zawsze był szczególny; Savaš wiedział, że nosi w sobie magię przejść między życiem a śmiercią, snem a jawą, światłem i cieniem. Dlatego to właśnie z niego postanowił stworzyć swój dar na Mabon. Oczyścił powierzchnię ostrzem, pozwalając, by z każdą wiórką drewna opadało z niego coś ciężkiego, dawnego, jakby razem z odpadkami usuwał z powietrza żal. Potem zaznaczył dłutem pierwsze linie. Cicho, z wyczuciem, jakby każda kreska mogła obudzić coś, co spało w drewnie od stuleci. Z początku rzeźba przypominała tylko krąg, prosty i surowy, ale Savaš nadawał jej kształt z niemal nabożną cierpliwością. Palcami śledził włókna, jakby czytał zapisane w nich runy natury. Przez długie godziny drewno nabierało rytmu, pod jego dłutem powstawał medalion równonocy, okrągły, z wyrytym w centrum symbolem Jera runą cyklu, równowagi, daru między światem a światem. Wokół wyżłobił drobne sploty korzeni i liści, subtelne, spiralne, przypominające wirujące ziarna w ziemi. Nie chodziło o ozdobę. Chodziło o gest, o magię życia w tym, co już martwe. Kiedy medalion był gotowy, przetarł go olejem, który sam przygotował: z mieszanki topionej świecy, żywicy sosnowej i odrobiny miodu. Drewno nabrało głębokiego połysku, jakby połknęło ostatnie promienie dnia. Zanim jednak położył go na ołtarzu, musiał dopełnić go tym, co żywe. Z szuflady wyciągnął małe pudełko. W środku leżały fragmenty darów od stworzeń, które przez lata przewinęły się przez jego warsztat, nic niezwykłego, nic zdobytego przemocą. Od Niuchacza miał kilka błyszczących łusek, które kiedyś sam Stworzak zostawił przy kominku, przyciągnięty blaskiem metalu. Od Lunaballi, dwa maleńkie, wysuszone włoski, mieniące się w świetle jak księżycowy kurz. A z lasu przyniósł spleciony kokon Kolczatnika, delikatny jak szkło, a zarazem trwały jak przysięga. Te rzeczy nie były trofeami. Były śladami współistnienia. Savaš wplótł je w medalion cienkim sznurem z Cyprysu, tworząc subtelną koronę, amulet z fetyszami. Łuski połyskiwały jak ziarna światła, włoski Lunaballi drżały przy każdym ruchu powietrza, a kokon brzmiał cicho, gdy go dotknął. Jak serce zamknięte w drewnie. Kiedy skończył, położył medalion na dłoniach. Nie wyglądał jak święty przedmiot. Był prosty, naturalny, pachniał lasem, woskiem i dymem. Ale w tej prostocie było coś więcej, równowaga, której w jego życiu brakowało. Podarek na ołtarz był już gotowy. Medalion z głogu leżał pośrodku, otoczony liśćmi, miodem i cieniem. Wokół paliły się świece, niskie, woskowe, nierówne jak szeregi zgaszonych gwiazd, które ktoś na nowo rozpalił w ziemi. Przybył na miejsce składania ofiar. Ciałem, bez duszy. Kiedy przyszła jego kolej, w pierwszej chwili nie ruszył się wcale. Palce ściskały dar z taką ostrożnością, jakby trzymał coś żywego. Ruszył dopiero wtedy, gdy ktoś z tyłu odchrząknął cicho, niecierpliwie. Kroki miał miękkie, niemal bezgłośne, ale jego obecność wydawała się krucha, jakby niebo miało się zawalić, gdyby zrobił coś nie tak. Kiedy w końcu dotarł do ołtarza, przez chwilę tylko stał, patrząc na puste miejsce, które na niego czekało. Potem, bardzo powoli, położył dar. Nie wiedział, czy wypada się modlić. Nie wiedział nawet, czy ktoś słucha. Savaš klęknął, z pokory i z potrzeby. Jego dłonie pachniały woskiem, dymem i drewnem, a serce winą. Nie od razu znalazł słowa. Modlitwy nigdy nie przychodziły mu łatwo; nie znał ich języka, więc tworzył własny, złożony z czułości, żalu i cichego błagania. - Za ojca… - zaczął cicho, jakby mówił do ziemi, nie do nieba. - Niech świat znowu przypomni sobie jego imię. Niech ludzie, którzy przez lata kradli jego kunszt i jego sny, nauczą się pokory przed tym, kto potrafi dać drewno duszy. Niech Czarna Różdżka wróci do niego, do jedynego, który znał jej prawdziwy język. Niech nie trafi w ręce pyszałków, co wierzą, że moc to władza. Światło świecy zamigotało. Na moment wydawało się, że płomień przybiera kształt dłoni silnej, męskiej, tej samej, która kiedyś prowadziła jego własną, gdy pierwszy raz trzymał dłuto.- Za matkę… - głos mu zadrżał. - Niech spojrzy na mnie nie przez gniew, ale przez wspomnienie. Niech zapomni o przekleństwach, a przypomni sobie, że kiedyś mnie nosiła. Niech odnajdzie we mnie cokolwiek, co mogłaby nazwać swoim. Przy tych słowach jego dłonie zadrżały. Drewno medalionu zdawało się ciepłe, jakby w środku drżało serce. Zamknął oczy. - A za niego… — wyszeptał. Nie miał odwagi powiedzieć jego imienia na głos. Łzy po jego policzku spłynęły gorzką kroplą. - Niech żyje spokojnie. Niech nie czuje strachu, który ja czuję co dzień. Niech znajdzie miłość, której ja już nie umiem szukać. A jeśli kiedykolwiek pomyśli o mnie - niech pomyśli dobrze. Niech pamięta nie to, że kłamałem, tylko to, że kochałem. +20 za rzemiosło ◉◉◉◉○, +5 za profesję rzemieślnika, +30 za trzy wagi ONMS, +20 za dwie wagi Tworzenia przedmiotów drewnianych. Łącznie +75. [roll=1d100+75] Nie był pewien, czy w ogóle cokolwiek się wydarzyło, może to tylko wiatr poruszył liście, może płomień sam się pochylił, może nikt, nawet duch lasu, nie słuchał. A może właśnie w tym milczeniu kryła się odpowiedź. Tylko poprawiał. Starannie, uważnie, z tą delikatnością, którą znał wyłącznie przy tworzeniu. Oczyścił drewno z popiołu, wygładził krawędzie, przetarł medalion miękką szmatką nasączoną woskiem. Dodał nową ozdobę, odrobinę sierści Kuguchara, plecione w cienki sznur, który owinął wokół amuletu. Nie był to dar kosztowny, ale prawdziwy, pochodzący od stworzenia, które żyło, nie ginęło w ofierze. Poprawił jeszcze świece, dodał świeże liście dębu i odrobinę miodu, bo tak mówiono, że natura lubi słodycz. Wszystko poukładał w idealnej symetrii, aż sam zaczął wątpić, czy to wciąż ofiara, czy już rzeźba. +20 za rzemiosło ◉◉◉◉○, +5 za profesję rzemieślnika, +30 za trzy wagi ONMS, +20 za dwie wagi Tworzenia przedmiotów drewnianych. Łącznie +75. [roll=1d100+75] RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.11.2025 Nie mógł powiedzieć, że był stałym bywalcem jakiegokolwiek kowenu, nawet jeśli regularnie bywając w kilku różnych miejscach, pewnie mógłby znaleźć sobie jakieś miejsce, które jakkolwiek by mu odpowiadało. Nie zrobił tego, jak do tej pory. Raczej nie planował tego robić, wychodząc poza własną strefę komfortu, która raczej wykluczała regularną styczność z filozofią magicznych zgromadzeń religijnych. Prawdę mówiąc, nie wydawało mu się, aby ktokolwiek z jego najbliższej rodziny bywał gdzieś co niedzielę. Po prawdzie mówiąc, nigdy nie próbowano wpajać mu wiary w cokolwiek, poza nauką. W ich domu szanowało się tradycję, wierzyło się w różnorodne przesądy i kultywowało się garść zwyczajów, ale nigdy w wyjątkowo bogobojny sposób. Bez wątpienia gryzłoby się to bowiem z logiką, którą nader wszystko wyznawał jego ojciec. Owszem, Matka Natura była istotna dla rodu, z którego pochodził, jednakże czczono ją raczej poprzez obcowanie ze środowiskiem naturalnym, nie zaś z kapłanami. Tu ograniczano się głównie do uczestnictwa w garści najważniejszych uroczystości oraz do dostatecznie częstego przekazywania datków na społeczność, aby nikt nie mógł powiedzieć o nich złego słowa. W końcu byli zaangażowani, czyż nie? Nawet ślub mieli wziąć w zgodzie z rytualnym obrządkiem, prosząc o to jednego z najlepszych kapłanów, jakiego Geraldine miała okazję poznać również prywatnie (choć nie rozmawiali zbytnio, jak, kiedy i gdzie), który wyraził zgodę na udzielenie im ślubu plenerowego. Gdyby nie byli tego dostatecznie godni, nie udałoby im się załatwić całej sprawy w zaledwie niespełna dwa tygodnie, nieprawdaż? Rzecz jasna, ich dodatkowe aktywności i wykorzystane wpływy nie miały żadnego związku z tym, że mogli pominąć znaczną część formalności, czyż nie? Szczęśliwie po prostu nie potrzebowali odbywać nauk przedmałżeńskich, zapowiedzi również nie były im do niczego potrzebne. Dokładnie tak samo jak pogawędka o wszystkim, co robili i czego nie robili przez te lata, gdy bez wątpienia żyli w czystości, unikając jakichkolwiek zdrożnych sytuacji i w żadnym wypadku nie korzystając z przywilejów małżeńskich, choć nie spieszyło im się do formalizacji związku. Mhm. Byli szczerymi, wierzącymi członkami społeczności. I dokładnie tak jak wszyscy tacy ludzie postanowili udać się do kowenu, aby złożyć dary na mabonowym ołtarzu, zanim każde z nich rozejdzie się, aby spędzić czas kolacji ze swoją oficjalną rodziną. Grzecznie i posłusznie, następnie przez całą noc i pół kolejnego dnia przygotowując się do tej duchowej przyjemności, jaką miał być rytuał zaślubin. Wcale nie do wesela, na które mogliby czekać, oj nie. Dokonując wcześniej jeszcze kilku zakupów na ulicy Pokątnej, zjawili się w Whitecroft w okolicach godziny czternastej. Idealnie przy samym początku pory obiadowej, dzięki czemu tłok, jaki i tak panował przy ustawionym na zewnątrz ołtarzu dało się jeszcze jakoś znieść. Ambroise miał ze sobą wieniec zrobiony przy okazji kilku wolnych chwil*, nie musiał zatem kłopotać się kupnem ani robieniem niczego na ostatnią chwilę. Spojrzał więc w kierunku narzeczonej, posyłając jej pytające spojrzenie, gdy mijali stragan z darami. - Chcesz coś kupić? - Spytał, kiwając głową w kierunku wyboru wianków. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/cc5a0489300c4ac4cbcf33a6d26e7c30/c7188a61f10d968f-33/s400x600/4d2070cc38f9d7016537e8487a272753efea574e.pnj[/inny avek] RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.11.2025 Wypadało chociaż na chwilę zajrzeć do kowenu podczas takiego dnia. Nie, żeby kiedykolwiek jakoś szczególnie przejmowała się wiarą, jednak dzień święty trzeba święcić, czy coś. Matka na pewno będzie miała na uwadze to, że się tutaj pojawili, jeśli dojdzie do jakiejś kolejnej katastrofy... Nie, żeby uważała, że mieli swoje życie tylko i wyłącznie we własnych rękach... wcale. No, a tak naprawdę nie przywykła do tego, aby zrzucać odpowiedzialność na jakieś siły wyższe, wiedziała, że każdy jest kowalem własnego losu. Tak jak oni, aktualnie udało im się jakoś wszystko w miarę zgrabnie ułożyć, dojść do konsensusu, ba - już jutro mieli wziąć ślub zorganizowany w jakieś dwa tygodnie, uważała to za spory sukces, zwłaszcza, że ceremonia wcale nie należała do najmniejszych, a szkoda, bo wolałaby to zrobić bardziej kameralnie - na to jednak nie mogli sobie pozwolić. Udało im się zorganizować nawet kapłana, który nie miał nic przeciwko temu, aby udzielić im ślubu. Widać dobrze było czasem jednak być człowiekiem i nie odstraszać od siebie wszystkich ludzi. Nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy mogą się do czegoś przydać, nie, żeby traktowała Sebastiana przedmiotowo... wcale nie o to chodziło. Ambroise był zdecydowanie lepiej od niej przygotowany do wizyty w tym miejscu. Zdążył nawet zorganizować podarek, który miał trafić na ołtarz. Ona o tym nie pomyślała, nie, żeby to była jakaś nowość. - Chyba wypadałoby. - Odpowiedziała na pytanie narzeczonego. Nie chciała wejść tutaj z pustymi rękoma. -Swoją drogą, kiedy zdążyłeś to zrobić? - Przeniosła wzrok na to, co miał przygotowane, w sumie stworzone przez niego dzieło prezentowało się naprawdę dobrze - najwyraźniej miał jakieś ukryte talenty, o których istnieniu nie wiedziała. Udali się w stronę stoiska, przy którym można było kupić coś, co będzie mogła położyć na ołtarzu. Stroik, tak to się nazywało, tak chciała kupić stroik. - Dzień dobry, poproszę jeden ze stroików. - Powiedziała do kobiety, która stała przy stoisku. Yaxley wydawała się być nazbyt entuzjastyczna, tak już miała, jak nie do końca wiedziała, co robi. - Nie, nie mam żadnych wymagań, zdam się na panią. - Mruknęła cicho, gdy kobieta zapytała, co konkretnie chce kupić. Geraldine nie miała żadnej wizji, chciała wziąć cokolwiek, położyć to na ołtarzu, i w końcu pójść coś zjeść. Rzut pierwszy z dwóch ewentualnych, korzystając z przewagi bogacz, zgodnie z opisem w temacie. [roll=1d100+40] RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.11.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/cc5a0489300c4ac4cbcf33a6d26e7c30/c7188a61f10d968f-33/s400x600/4d2070cc38f9d7016537e8487a272753efea574e.pnj[/inny avek] Kiwnął głową, słysząc twierdzącą odpowiedź Yaxleyówny, po czym gestem dłoni przepuścił ją przed siebie, aby mogła podejść do interesującego ją straganu. Jednocześnie zmarszczył przy tym czoło, słysząc pytanie, jakie mu zadała. - Właściwie to sam nie wiem - odparł zgodnie z prawdą, spoglądając na wianki na stoisku. - Pamiętasz tamtą bardzo burzową noc kilka dni temu? Nie za bardzo było, co robić, bo zajęto się już większością przygotowań, więc spędziłem trochę czasu w bibliotece. Tak jakoś wyszło - wzruszył ramionami, nawet jeśli wewnątrz właśnie złapał się na tym, że być może brzmiało to trochę... ...głupio? Nie, nie głupio. Po prostu nietypowo jak dla niego. Ostatnio robił wiele dziwnych rzeczy. Nie zamierzał pozwolić, aby weszło mu to w krew, ale po wielu miesiącach zastoju, miło było czuć jakąś odmianę od szarej i ponurej normy. Nie uważał tego za stracony czas, nawet jeśli zazwyczaj gonił za pracą. Kiedy tak właściwie udało mu się to zrobić? Dobre, naprawdę dobre pytanie. Wydawało mu się bowiem, że w ostatnich dniach nie cierpiał na nadmiar czasu, a jednak jakimś cudem udało mu się wygospodarować go na tyle, żeby upleść całkiem przyzwoity wianek. Nie był to może szczyt rzemieślniczych umiejętności, Roise już z daleka widział, że na ołtarzu znajdowały się naprawdę zaskakujące podarunki dla Matki, jednak był wyjątkowo zadowolony z tego, co wyszło spod jego własnych palców. Zwłaszcza patrząc na ilość wolnego, na jakiego nadmiar zdecydowanie nie cierpiał. Prawdę mówiąc, dopiero w tej chwili w pełni uświadomił sobie, że nie jest do końca pewien, co kierowało nim, gdy postanowił robić dar dla matki, nie zaś na przykład wziąć długą relaksującą kąpiel albo porządnie wyspać się przed nadchodzącym ślubem. Mimo wszystko, nie żałował, tamten wieczór był nieoczekiwanie przyjemny. Stanowił całkowitą odmianę od niemal wszystkiego, co zwykł robić, a przez to wydawał mu się bardzo potrzebny. W tym całym pośpiechu i w przedślubnym chaosie bardzo łatwo było mu bowiem zapominać o robieniu podstawowych rzeczy dla siebie samego. Całe szczęście, nadal pomieszkiwali w domu, w którym mieli do dyspozycji pomoc skrzatów domowych. Dzięki temu nie musieli zbytnio gotować, pomieszczenia zawsze były posprzątane, a pranie robiło się niemalże samo. Tą wyjątkowo wygodną posługą skrzatów domowych, którą Ambroise bez wątpienia doceniał, nawet jeśli z wiadomych względów traktował to jak coś, co zwykło się dziać. W mieszkaniu na Horyzontalnej nie korzystał z podobnej pomocy, jedynie czasami podsyłano mu Florę, która jednak głównie należała do jego ojca, ewentualnie do macochy czy siostry. On sam radził sobie bez tego, ale przy powrotach do Doliny czy jak teraz w Exmoor zaczynał doceniać posiadanie kogoś, kto sam z siebie zajmował się tymi najbardziej przyziemnymi czynnościami. Nawet organizacja ceremonii nie mogłaby obyć się bez tych dodatkowych rąk. Wiedział to. I to prawdopodobnie dzięki temu udało mu się nie tylko znaleźć około trzy wolne godziny, lecz także spędzić je w całkiem bezproduktywny, ale przyjemny sposób. No, plecenie wieńca było produktywne, to fakt, ale późniejsze wróżby pewnie mógłby już sobie darować. Tyle tylko, że dzięki nim czuł się bardziej rozluźniony. Teraz też miał naprawdę dobry nastrój, nawet jeśli chciał jak najszybciej odbębnić wizytę w tym miejscu, wracając jeszcze w okolice bardziej eleganckich sklepów w magicznym Londynie, aby zgodnie z ich ustaleniami zrobić tam dodatkowe zakupy dla tych bardziej wyszukanych najbliższych. Później musieli rozstać się na późne obiady (czy tam wczesne kolacje) z rodzinami. Sam nie wiedział, kiedy ostatecznie miał dołączyć do Geraldine w Snowdonii, chociaż liczył, że i tu uda mu się jakoś zakrzywić czasoprzestrzeń i być tam stosunkowo wczesnym wieczorem, nie zaś w samym środku nocy. Nie sądził, aby miał zbyt mocno odpocząć przed kolejnym dniem, ale bez wątpienia nie pragnął zasiadywać się w Dolinie Godryka. Tym bardziej, że jutro ponownie mieli spotkać jego najbliższych. Ba, nawet teraz rozejrzał się po okolicy, podczas gdy Rina wybierała odpowiedni dar, mając nieodparte wrażenie, że minęło ich co najmniej kilka znajomych twarzy. Wokół przewijało się jednak tyle osób, że trudno było śledzić, kto tak właściwie przyszedł, aby spełnić sabatową powinność. Wszyscy spieszyli się zresztą do domów. - Masz to, co chciałaś? - Spytał po chwili, obracając głowę z powrotem w kierunku dziewczyny i stanowiska, patrząc na jej ręce. Wianek jak wianek. Nie znał się specjalnie na mabonowym rzemiośle. Jeśli pasowało Geraldine, mogli to wziąć i udać się w kierunku ołtarza. Jeśli nie, na pewno miało znaleźć się coś innego. Wybór był całkiem szeroki. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.11.2025 Pamiętała noc, o której wspomniał. Faktycznie nie należała do najbardziej przyjemnych, nie spodziewała się jednak, że Ambroise w wolnym czasie postanowi zająć się wytwórstwem, no i że odnajdzie do tego jakiś dryg. Jego dzieło naprawdę prezentowało się dobrze. Z drugiej strony często pomagał macosze podczas sabatów, na pewno napatrzył się w swoim życiu na wiele podobnych stroików, dzięki czemu łatwiej było mu stworzyć coś swojego. Yaxley nawet nie próbowała zabierać się za takie rzeczy, potrafiła oskórować zwierzę, może nie jakoś profesjonalnie, ale na tym kończyły się jej zdolności manualne. - Wygląda naprawdę ładnie. - Dodała jeszcze, warto było doceniać to, że komuś chciało się zrobić coś samemu. Nie spodziewała się może tego, że Greengrass pomyśli o tym, co chce położyć na ołtarzu wcześniej, ale nadal potrafił ją zaskakiwać, aż głupio jej się zrobiło, że sama się nie przygotowała. Na szczęście dla takich osób jak ona przed kowenem można było znaleźć stoiska, gdzie oferowano podarunki, które można było zakupić. Dzięki temu nie będzie musiała pójść do ołtarza z pustymi rękoma. Matce na pewno nie robiło różnicy to, czy kupiła dla niej coś ładnego, czy sama zrobiła... przecież nie spoglądała na nią ciągle i nie pilnowała każdego z osobna i jego ruchów, na pewno miała teraz coś ciekawszego do robienia... Geraldine postanowiła zaufać ekspedientce, która postanowiła przygotować coś specjalnie dla niej. Miała nadzieję, że nie potrwa to długo, nie chciała spędzić tutaj zbyt wiele czasu, zwłaszcza, że jutro mieli brać ślub. Wiedziała, że matka i ciotka wolałyby, aby znaleźli się w domu jak najprędzej, bo na pewno pojawiło się jeszcze kilka spraw, w które powinni się zaangażować, a jeszcze wypadało do tego odbębnić rodzinne kolacje, bo w tym roku raczej nieobecność nie byłaby wybaczona. Spoglądała więc na kobietę bardzo intensywnie, a jej spojrzenie mówiło skończ to jak najszybciej, mimo, że na ustach starała się utrzymywać uśmiech. Wiedziała bowiem, że praca w presji czasu dla nikogo raczej nie jest przyjemnością, sprzedawczyni musiała jej wybaczyć - ona naprawdę bardzo, ale to bardzo się spieszyła, a mogła sięgnąć po gotowca. Odetchnęła ciężko, przystawała z nogi na nogę, bo ten czas oczekiwania rozciągał się niesamowicie. Poczuła, że burczy jej w brzuchu, nie miała pojęcia dlaczego nie zjadła nic na straganach, tutaj, przy kowenie nie było szansy złapać nic w locie, więc posili się pewnie dopiero w Snowdonii, mina jej zrzedła na tę myśl. W końcu stroik był gotowy, odebrała go z rąk kobiety trochę zbyt szybko, wcisnęła jej kilka galeonów, mogli się oddalić w stronę ołtarza. Dopiero gdy znaleźli się kilka kroków od stoiska zobaczyła, jak właściwie prezentowało się to co kupiła. Pomachała przedmiotem przed twarzą Roisa. - Nie wiem, nie do końca, robiła to tyle czasu... - Sama również spoglądała na ten cud rzemieślnictwa... - Jakoś nie jestem przekonana, chyba trochę przepłaciłam. - Nie ma się co dziwić, skoro na ostatnią chwilę postanowiła kupić podarek, powinna się cieszyć, że w ogóle jeszcze coś dostała. - Cóż, liczy się pamięć, co nie? - Spoglądała na Ambroise'a licząc na to, że potwierdzi jej słowa. Potrzebowała teraz jego wsparcia, ostatnio nie była do końca stabilna emocjonalnie, jeszcze tego brakowało, żeby popłakała się dlatego, że stroik, który kupiła nie należał do najładniejszych, kto by się spodziewał, że hormony będą, aż tak na nią wpływać, najwyraźniej i Yaxley nie była w stanie uciec tym typowym objawom... RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.11.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/cc5a0489300c4ac4cbcf33a6d26e7c30/c7188a61f10d968f-33/s400x600/4d2070cc38f9d7016537e8487a272753efea574e.pnj[/inny avek] Uśmiechnął się w kierunku Geraldine, gdy postanowiła docenić jego pracę. Tak, uważał swój wyrób za całkiem przyzwoity. Bez wątpienia zrobiło mu się wyjątkowo miło, gdy został doceniony, tym bardziej, że nigdy nie był specjalnie dobry w pracach manualnych. Nie przeznaczał zbyt wiele uwagi na naukę rzemiosła, którego nie uważał za potrzebne. Często gęsto wolał tak po prostu kupić konkretne wyroby, aniżeli wkładać czas i wysiłek w zrobienie czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem ktoś inny byłby w stanie wykonać w dwie, góra trzy godziny, podczas gdy jemu zajęłoby to kilka dni. Tym razem sam zaskoczył się tym, że zrobił coś sam z siebie. Nie uważał jednak, że Rina miała jakikolwiek powód do tego, aby czuć się źle z kupnem czegoś na miejscu. W końcu nie był to konkurs na to, kto przyniesie lepszy znicz. Na to mieli jeszcze kilka tygodni, wbrew temu, w jaki sposób zachowywali się niektórzy ludzie podczas przynoszenia swych podarków na ołtarz. Łapiąc się na tym, że przez dłuższą chwilę wlepiał wzrok w rzemieślniczkę (nawet jeśli patrzył przez nią, niekoniecznie na nią), odwrócił spojrzenie, zaczynając przypatrywać się twarzom w tłumie. Podczas poprzednich sabatów spotkał tu co najmniej kilka znanych mu osób, zatrzymując się, żeby z nimi porozmawiać, ale tym razem nikt konkretny nie przyciągnął jego uwagi. Być może chodziło o porę dnia, bo w końcu przybyli tu w tym niewielkim okienku, gdy wszyscy zazwyczaj jedli jakiś posiłek. Być może o coś innego. Pożary Londynu wywróciły tutejsze zwyczaje do góry nogami. Nie dało się ukryć, że zarówno Pokątna, jak i kowen wyglądały w tej chwili zupełnie inaczej niż jeszcze rok wcześniej. Co prawda, Ambroise w zeszłym roku spędził Mabon głównie na dyżurze w szpitalu, wpadając tu tylko na chwilę, jeszcze krótszą niż ta planowana z Riną, ale ołtarz wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Nie trzeba było być specjalnie spostrzegawczym, aby dojść do wniosku, że wyjątkowo zatrwożeni czarodzieje podwójnie starali się wkupić w łaski Matki, jednocześnie pracując z tym, co mieli pod ręką. A było to raczej niewiele. Dary składane na ołtarzu wahały się od tych wyjątkowo hojnych, poprzez te ładne i przemyślane, ale wykonane w sposób oszczędny, aż po takie, na których widok brwi same marszczyły się w wyrazie zdziwienia. Było tu zupełnie wszystko, z przewagą wyrobów z sezonowo dostępnych materiałów. Owoców, żołędzi czy kolorowych jesiennych liści. W przeciwieństwie do zeszłego roku, straganów z możliwością kupna profesjonalnie zrobionych wieńców było zdecydowanie mniej. A choć w powietrzu unosiła się całkiem miła woń słodyczy maskująca trochę pozostałości po dymie i pyle, Roise nie widział chyba ani jednego stoiska z niczym jadalnym. Brakowało cukierków, jabłek w karmelu, kandyzowanych owoców czy orzechów w miodzie. Nie było także niczego słonego, co można byłoby zjeść w drodze powrotnej, tuż po złożeniu podarków. To była kolejna odmiana, odstępstwo od normy, bo jednak wydawało mu się, że przy bramie zazwyczaj rozkładał się ktoś, kogo normalnie mogliby odwiedzić. A oni nie zjedli niczego podczas pobytu na Pokątnej. Najwyraźniej był to błąd, co potwierdziło mu zarówno burczenie w jego brzuchu, jak i u przyszłej żony. Stłumił westchnienie, starając się nie przestąpić z nogi na nogę ani nie pospieszać rzemieślniczki przy pomocy wzroku. Wiedział, że Geraldine ma sytuację pod kontrolą, dostatecznie pilnując tego, aby wianek już wkrótce trafił wprost do jej ręki. Nie był specjalnie zainteresowany procesem twórczym, tajniki wykonywania podobnych dekoracji nigdy go nie ciekawiły. Może niesłusznie, bo gdyby przypatrzył się ruchom kobiety, być może następnym razem byłby w stanie stworzyć coś ładniejszego. Pytanie tylko, czy przy natłoku zajęć, jakie miały czekać na nich przez kolejne miesiące, naprawdę miał mieć czas i chęci na powtórkę z rozrywki? Chyba niekoniecznie. No nic. Najważniejsze, że kupowany wyrób znalazł się w ręce Geraldine, więc mogli ruszyć się z miejsca, żeby nie blokować kolejki na stragan i nie robić sztucznego tłoku. Choć... ...prawdopodobnie powinni? Kiedy bowiem Rina zamachała mu wiankiem przed twarzą, odpowiadając na pytanie, bez wątpienia dostrzegł, o co jej chodziło. Wianek był odrobinę... ...pokraczny? Nie gorszy niż wiele z tych, które pojawiły się już na ołtarzu, ale zdecydowanie było widać, że rzemieślniczce coś się przy nim nie do końca powiodło. Zwłaszcza jak na zapłacone pieniądze i przeznaczoną ilość czasu. W pierwszej chwili chciał tak po prostu spytać, czy powinni cofnąć się na stoisko. Oczywiście, że mógłby to zrobić, aby wymienić albo poprawić przedmiot. W drugiej, niemal zaproponował, że po prostu wymienią się wiankami albo położą oba wspólnie, ale... ...nie zrobił tego. Nie zamierzał negować tego, co zdążyło paść z ust jego narzeczonej. Liczył się gest. Liczyła się pamięć. Nie chciał, żeby było jej przykro z powodu czegoś, co wcale nie zależało od niej, tylko od kogoś, kto prawdopodobnie nawet nie miał okazji dobrze przyjrzeć się własnej pracy, bo był tak zarobiony. Matka z pewnością miała docenić sam podarek. To nie był konkurs na znicz, tak? - Na pewno zostaną docenione - stwierdził bez chwili namysłu, obierając kierunek w stronę luźniejszej części ołtarza, aby mogli wreszcie położyć oba dary. Kładąc własny wieniec na właściwym miejscu, kiwnął do siebie głową. Tym razem pani od zajęć artystycznych zdecydowanie doceniłaby to, co zrobił. Zawsze mówiła, że był zdolny, tylko leniwy. Nie zamierzał jednak zmieniać tego stanu rzeczy. Plecenie wieńców wolał pozostawić rzemieślnikom, może tylko trochę mniej zapracowanym niż kobieta przy bramie kowenu. RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.11.2025 Yaxley nie miała najmniejszego problemu z tym, żeby docenić dzieło, które stworzył jej narzeczony. Kiedy coś wydawało jej się warte skomentowania, to to robiła. Tak było i tym razem, szczególnie, że było to dla niej dość zaskakujące. Nie wiedziała, że posiada, aż takie zdolności manualne, z drugiej strony potrafił całkiem nieźle szyć (może pacjentów), jednak najwyraźniej wiązało się to też z jakimiś dodatkowymi umiejętnościami. Ona nie przygotowała się do tego wszystkiego odpowiednio, czego trochę żałowała, gdy zaczęła obracać w rękach stroik, który kupiła. Nie była z niego zadowolona, mogłaby się cofnąć i złożyć reklamację, ale obawiała się, iż potrwa to trochę za dużo czasu, a on aktualnie był dla niej bardzo cenny. Nie mogła sobie pozwolić na to, by spędzili kolejne piętnaście minut przy stoisku, bo każde z nich miało za jakąś godzinę, może trochę dłużej znaleźć się na kolacjach u swoich rodzin. Nie wypadało się spóźniać, więc musiała sobie radzić z tym, co miała w dłoniach. Trudno. Może nikt nie zauważy, że akurat ona położyła coś tak pokracznego. Starała się trzymać tej myśli, że Matce będzie to obojętne, bo liczyła się pamięć, póki co to wystarczało, aby nieco ją uspokoić. Nie mogła pozwolić dać ponieść się emocjom, zazwyczaj miewała z tym problem, a stan w którym aktualnie się znajdowała tylko to pogłębiał. Głupio byłoby się rozpłakać przy obcych ludziach z takiego błahego powodu, jeszcze gorzej, jakby spotkał ich ktoś znajomy, co mogło się przecież zdarzyć/ Wyprostowała się wiec w końcu, poprawiła warkocz, właściwie to zarzuciła go na lewę ramię - mogli podejść do ołtarza. Podeszli w końcu do ołtarza, gdzie złożyli swoje dary. Roise'a prezentował się doskonale, a jej, cóż, wolała tego nie komentować. Nie bez powodu dość szybko go tam położyła i udawała, że wcale nie należał do niej. Dyskretnie spoglądała na to, jak prezentował się na tle reszty, nie opuszczała jej myśl, że trochę się z tym wygłupiła, ale z drugiej strony widziała też obok dużo o wiele gorszych wyrobów. Nie, żeby to ją specjalnie pocieszyło, bo miała raczej w zwyczaju równać się z najlepszymi, a nie najgorszymi, w tym wypadku jednak to nie było możliwe. Spędzili chwilę przy ołtarzu, Yaxley pozwoliła sobie w myślach podziękować za ten ostatni czas, który był dla niej wyjątkowo udany, chociaż uważała, że to nie do końca było zasługą Matki, ale gdyby jednak było... no właśnie dlatego pomyślała o niej. O tym, że chciałaby, aby nadal wszystko układało się po ich myśli, by byli tylko i wyłącznie bardziej szczęśliwi. - Oby tak było. - Powiedziała jeszcze do swojego narzeczonego. Zrobili swoje, mogli wreszcie udać się na kolacje. Burczenie w brzuchu przypomniało jej o tym, że nie jadła nic od kilku godzin. Nie była z tego powodu szczególnie zadowolona. Kiedy odchodzili od ołtarza zaczęła się jeszcze rozglądać uważnie wokół w poszukiwaniu stanowisk z jedzeniem, gdyby jednak jej jakieś umknęło. Ku swojemu niezadowoleniu okazało się, że pierwszy rekonesans był przeprowadzony odpowiednio, gdyż naprawdę nie widziała nawet jednego, malutkiego stoiska z czymś, co mogłaby zjeść. Wsunęła dłoń pod ramię Ambroise'a, aby nie zgubić go wśród innych, którzy przyszli również złożyć swoje podarunki. Nie, żeby to było takie łatwe, bo Roise przewyższał wzrostem większość z obecnych tu osób, jednak wolała znajdować się blisko. Ludzie pojawiali się i znikali, wymieniali się właściwie w tym miejscu. Każdy się gdzieś spieszył, ale jednak znajdował czas, chociaż krótką chwilę, by podziękować Bogini, widać wiara w tak trudnych momentach była naprawdę istotna dla czarodziejów. Udało im się w końcu trafić do wyjścia, był to moment, w którym mieli się rozejść, na kilka najbliższych godzin, spędzić czas ze swoimi najbliższymi. Nie do końca była z tego powodu zadowolona, bo wolałaby, aby razem udali się do Snowdonii, ale nie mogła marudzić, Ambroise miał do niej dotrzeć za kilka godzin. - Widzimy się wieczorem. - Złożyła jeszcze krótki pocałunek na jego ustach, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła dalej, aby za chwilę móc się teleportować do Walii. Postacie opuszczają sesję
RE: [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny) - Heather Wood - 07.11.2025 - Wiesz, że nie jestem najlepsza w takie rzeczy. - To było niedopowiedzeniem. W ogóle nie miała smykałki do tworzenia własnych przedmiotów. Gdyby miała coś stworzyć sama, zapewne wyglądałoby to na wyrób przedszkolaka, albo jeszcze młodszego dzieciaka. Istotne, że zdawała sobie z tego sprawę, przynajmniej była świadoma tego, że w jej przypadku kupno darów było jedyną opcją, która również okazała się nieco wadliwa... - Beltane było wyjątkowe, faktycznie tamten wianek nie był najgorszy, strasznie dzielnie walczyłeś z tym palem. - To, że Cameronowi nie udało się wygrać tej walki nie było istotne, jak widać nic nie mogło zepsuć tego, co ich łączyło. Tak właściwie to przecież po wydarzeniach związanych z Beltane zbliżyli się do siebie tak bardzo, że zostali narzeczeństwem. Wood nie pamiętała wszystkiego, co wydarzyło się tamtej nocy. Była to dość trudna przeprawa z śmierciożercami, kiedy mogła stracić życie. Miała sporo szczęścia, że udało jej się wyjść z tamtego sabatu w jednym kawałku, mimo tego, że została zakopana żywcem w dole. Gdyby nie Brenna... cóż, byłoby ciężko. Wszystko jednak jakoś się ułożyło. Właściwie to poza kilkutygodniowym, przymusowym urlopie nie skończyło się to najgorzej. Kiedy składała wianek na ołtarzu na chwilę się zamyśliła. Miała pewne intencje, które chciała, aby się spełniły żeby Voldemorta szlag trafił, śmierciożercy dostali sraczki (najlepiej tygodniowej), a jej przyjaciele żyli długo i szczęśliwie. Skupiła się na tych życzeniach, bo afirmowanie dobrych rzeczy miało sens - przynajmniej jej zdaniem, nie bez powodu przecież się tutaj znaleźli. Odsunęli się na bok, żeby nie zagradzać przejścia do stolika. Nie do końca była zadowolona z tego, jak jej stroik prezentował się na tle innych, ale widziała też gorsze. Miała nadzieję, że Matka nie skupi się na wyglądzie podarunków tylko na tym, co dla niej robili. - Mam wrażenie, że całe miasto okryła ta sadza. - Słyszała o tym, jak trudno było się jej pozbyć. Pewnie z czasem mieszkańcy Londynu jakoś sobie z tym poradzą, chociaż kiedy wszystko wróci do normy i czy w ogóle wróci? Nie miała pojęcia. - Dom Brenny mocno ucierpiał, nie dziwi mnie to, mam wrażenie, że wiedzieli, gdzie trafiać. - Powiedziała cicho do Camerona, żeby nikt jej nie usłyszał. - Mamy ręce pełne roboty, ale to pewnie tak samo jak wy, podejrzewam, że nie skończy się to szybko. - Ofiar było wiele, tak samo jak spraw z tym związanych. Po pracy działała jeszcze w Zakonie Feniksa próbując pomóc tym, którzy nie mieli jak sobie sami poradzić, to był naprawdę bardzo pracowity czas. Najgorsze, że zbliżała się zima, wypadałoby szybko uwinąć się z tymi zniszczeniami, aby ludzie mieli dach nad głową kiedy nadejdzie. |