![]() |
|||||
|
[01/09/1972] Byle do jedenastej || elias & romulus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +---- Dział: Fontanna Szczęśliwego Losu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=46) +---- Wątek: [01/09/1972] Byle do jedenastej || elias & romulus (/showthread.php?tid=4623) Strony:
1
2
|
|||||
RE: [01/09/1972] Byle do jedenastej || elias & romulus - Romulus Potter - 27.03.2025 – Dorosły jesteś. Póki ci to nie przeszkadza, hulaj duszo – stwierdziłem do Eliasa, bo w sumie co miałem mu powiedzieć? Miło, że nie zamierzał na mnie donosić – czy to celowo, czy przy okazji – ale nawet gdyby, byłem gotów stawić czoła Prudence. Swoją drogą, dawno jej nie widziałem. Może mnie unikała, a może los po prostu mi sprzyjał... W każdym razie fajnie byłoby ją znowu zobaczyć. Pełną furii. Z drugiej strony, pewnie nie powinienem zachęcać osoby uzależnionej od hazardu do grania, ale dopóki nie osiągnie to naprawdę niebezpiecznych poziomów... cóż, wtedy może wkroczę. A może nie. Będzie zależało od sytuacji. Jak na razie Elias wyglądał na człowieka, który doskonale sobie radzi – nawet jeśli czasem flirtował z ryzykiem. Tak jak dziś. – Tata wciąż od czasu do czasu rzuca mi jakąś inwestycją… Jeśli chcesz włożyć pieniądze w coś konkretnego, mogę do niego napisać po radę – poleciłem się, bo jednak były inne sposoby na pomnażanie majątku niż hazard. Mniej ryzykowne. – Ja sam nie mam głowy do śledzenia trendów rynkowych, ale on w tym siedzi na co dzień, więc... z reguły to pewniaki. - przyznałem. Takie pewniaki jak ten mój księgowy, przez którego za cztery dni miałem wizytę w Ministerstwie Magii, bo coś im się nie spinało z podatkami. Oczywiście zarzekał się, że to wina ministerialnych urzędasów. Cóż, zobaczymy. Miałem nadzieję, że nie będę musiał go zwolnić. Przygotowywał dla mnie materiały na to spotkanie, więc widać, że się starał. – Ogólnie, co robisz poza domem, skoro na ulicy takie tłumy w związku z rozpoczęciem roku szkolnego...? – rzuciłem, zauważając przy okazji, że właśnie raczyliśmy się alkoholem przed południem. Życie dorosłe... Hehe. Przytłaczało. Praca mniej niż samotność. – To, że trafiłeś tu, to raczej żaden ewenement. Najbliższa knajpa w okolicy...? – Lecznica Dusz... Wiesz, to wszystko zależy od tego, jak bardzo dasz się stłamsić odpowiedzialności. Ja podchodzę do tego na luzie. – Wzruszyłem ramionami, bawiąc się szklanką. – Chcę pomóc tym wszystkim czarodziejom z problemami, ale jak mam gorszy dzień... to po prostu rozmawiamy o czymś przyjemnym, zamiast o dramatach życia. Nie czułem się przygnieciony odpowiedzialnością za innych. Każdy miał swój rozum, ja miałem swój – proste. Owszem, używałem hipnozy, ale to było całkowicie pod moją kontrolą. Może zdarzały się przypadki, że ktoś kompletnie zbzikował i nawet moje metody nic nie wskórały, ale jeśli już, to oznaczało, że po prostu nie dało się im pomóc. Tyle w temacie. – I nie jestem odpowiedzialny za to, jak wielkimi są wariatami. Nie każdemu dam radę pomóc – to kwestia skomplikowania sedna sprawy – przyznałem to w końcu na głos i łyknąłem alkoholu. Może brzmiało to brutalnie, ale dla mnie to była pestka. Nie poczuwałem się do roli bohatera, ale... biorąc pod uwagę, ilu osobom pomogłem, może jednak nim byłem? Pan Doskonały. RE: [01/09/1972] Byle do jedenastej || elias & romulus - Elias Bletchley - 28.03.2025
RE: [01/09/1972] Byle do jedenastej || elias & romulus - Romulus Potter - 03.04.2025 No tak... Czasami za łatwo było mi zapomnieć o budżetach, jakimi dysponowali moi przyjaciele. Szczególnie Elias... Bywały momenty, kiedy zastanawiałem się, czy przez ten swój hazard przypadkiem nie żyje od dziesiątego do dziesiątego. Sam... Spałem na pieniądzach? Cóż, może nie dosłownie, ale w praktyce nigdy nie musiałem się martwić, że źródełko wyschnie. Tata dbał o to bardziej niż ja sam, więc co jakiś czas odbywaliśmy pogadanki na temat mojej rozrzutności. A co ja na to poradzę? Garderoba narzucana mi przez eksperta, przyjacielskie przysługi i jednorazowe randki swoje kosztowały. – Fakt. Raczej nie mam co wspominać o odłożeniu jakiejś większej kwoty...? – zapytałem z powątpiewaniem, udając, że liczę prawdopodobieństwo tego scenariusza. Może i nie byłem nogą z numerologii, ale też nie miałem do niej takiego fioła, żeby zajmować swoją głowę podobnymi kalkulacjami. Miałem ciekawsze rzeczy do roboty, poza tym, nie okłamujmy się, nie było o czym mówić. Stuknąłem go łokciem i szepnąłem konspiracyjnie: – Pamiętasz, że w razie gdybyś był w potrzebie... – Nie dokończyłem. Nie chciałem. Dla jego komfortu, dla mojego. Szczególnie że byliśmy w miejscu publicznym. Elias wiedział, że mógł na mnie liczyć. Mówiłem mu to nie raz, więc nie było sensu się rozwijać. A co do numerologii... Trzydziesty drugi sierpnia? No tak, Elias najwyraźniej też miał do niej stosunek, delikatnie mówiąc, luźny. Jego siostra skazałaby nas za to na stryczek, a ta wizja wydała mi się podwójnie zabawna. Zaśmiałem się. Tak dobre wyjaśnienie, że prawie spaliłem swoje udawane badania, bo na początku nawet nie ogarnąłem, o jakie „obserwacje” mu chodziło. Musiałem przyznać – świadomie czy nie, był z niego szczwany lis. Łebski, kiedy chciał. Niepotrzebnie to ukrywał. Namieszał mi trochę w głowie, szczególnie że miewałem problemy z własnym ego. Mogłem mówić głośno, że przegrane sprawy mnie nie obchodzą, ale moje oczy mówiły co innego. To była plama na moim honorze, podobnie jak na moich – jednak najwyraźniej nie tak bardzo – perfekcyjnych umiejętnościach w dziedzinie magipsychiatrii. Presja. Ale nie przez odpowiedzialność za innych. Przez konieczność pozostania perfekcyjnym. Usilnie potrzebowałem, żeby wyszło na moje. Ego. Obsesja. Presja. Jak zwał, tak zwał. Każdy miał swoją piętę achillesową. To niechybnie była moja. Nie znosiłem jej. Rozluźniłem szczękę, bo dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że zacisnąłem mięśnie. Podniosłem szklankę i napiłem się, żeby wypłukać gorycz ze swoich myśli. – Znasz mnie. Źle znoszę porażki zawodowe, ale z innych powodów – przyznałem, dumnie nie patrząc na Eliasa, bo to akurat we mnie się nie zmieniło. Jak w szkole, tak i teraz. Nie wiem, skąd mi się brało to wygórowane mniemanie o sobie. Może po matce? Nie miałem okazji jej dobrze poznać, ale ponoć bywała perfekcjonistką, jeśli chodziło o malowanie pejzaży. Czy ki chuj tam sobie mazała farbkami. – Z tych co zawsze... Mania wielkości – stwierdziłem z nutką sarkazmu. Nie powiem, żeby analiza własnego umysłu przychodziła mi łatwo. Ale miałem na to wiele nieprzespanych nocy. To było tylko ponowne podsumowanie wyników. RE: [01/09/1972] Byle do jedenastej || elias & romulus - Elias Bletchley - 05.04.2025
RE: [01/09/1972] Byle do jedenastej || elias & romulus - Romulus Potter - 09.04.2025 Najchętniej bym coś rozjebał. Tu i teraz. Ale w przeciwieństwie do niektórych z naszego grona przyjacielskiego, nie miałem skłonności do tak dramatycznych eksplozji emocji, które pociągałyby mnie do czynienia faktycznych fizycznych szkód. I dobrze, bo wtedy przez rosnące niezliczone koszty, jeszcze ojciec by mnie wydziedziczył, zgrabnie tłumacząc, że jestem mu aż za drogim synem. A jednak ceniłem sobie jego wsparcie. I jego kieszeń. Dlatego zamiast demolować bar, siedziałem grzecznie przed szklanką i wyobrażałem sobie apokalipsę. Taką w odcieniach karmazynu, z wrzaskiem tłumu i dramatyczną muzyką w tle. Pięknie. Ale nie mogłem sobie pozwolić na pełną sesję melancholii. Nie sam. Byłem w towarzystwie, a to zobowiązuje. Poza tym... nie byłbym sobą, gdybym tak po prostu postawił krzyżyk – albo, co gorsza, nudną kropkę – na dyskusji o moim ego. – Porażki kłują kruche ego, no błagam cię, Bletchley. Kłują? – prychnąłem. – One tam urządzają całe przedstawienie kukiełkowe. Z orkiestrą. I chórem. I tuzinem seksownych chórzystek w piórach. I wszystkie mają moje nazwisko w refrenie. To jest dramat, a nie jakieś tam kłucie – rzuciłem to z udawanym luzem, próbując przykryć frustrację cienkim kocem humoru. Ale jak to z takimi kocami bywa – nogi wystają. I trochę serca też. Wyciągnąłem z kieszeni fajki i zapalniczkę. Klasyk. Zaproponowałem Eliasowi jedną – gest czysto towarzyski – zanim sam pozwoliłem sobie na ten luksus. Dym może nie leczył, ale przynajmniej chwilowo odwracał uwagę. Albo i nie. Bo zamiast skupić się na nogach tych wyimaginowanych chórzystek, umysł wciąż kręcił się wokół tej ostatniej porażki. Tej upiornie upartej kobiety, z którą nie dało się przeprowadzić normalnej rozmowy o terapii dla jej córki. Każda próba hipnozy, na którą wreszcie się zgodziła, kończyła się klapą przez jej niewyparzony język i emocjonalne wyskoki. Żałowałem, że nie mogłem jej wyjebać za drzwi. Ale niestety, obowiązywały mnie jakieś zasady... Tak, lepiej było przekierować złość na starą kurwę, zamiast na siebie. Ale też nie byłem w pracy. Byłem w barze. Miałem dzień wolny. Więc dlaczego, do cholery, wciąż o tym myślałem?! – Mam ci powiedzieć coś naprawdę głupiego, czy sam zapytasz, ile kosztuje eliksir na spieczone ego? – rzuciłem klasyczek przyozdobiony sztucznym uśmieszkiem, bardziej do szkła niż do Eliasza, po czym łyknąłem alkoholu, jakby miał wypłukać z ust smak tej całej frustracji. RE: [01/09/1972] Byle do jedenastej || elias & romulus - Elias Bletchley - 02.05.2025
RE: [01/09/1972] Byle do jedenastej || elias & romulus - Romulus Potter - 03.05.2025 Zrobiło się ponuro. Dziwnie, bo rzuciłem okiem na okno, a tam wciąż świeciło słońce. Zresztą, nawet nie musiałem się upewniać. Promienie przebijały się przez szybę, rozświetlając wnętrze baru ciepłym światłem, które nijak nie pasowało do ciężaru zalegającego mi na klatce piersiowej. Pogoda była piękna jak na powrót do Hogwartu... Ale my mieliśmy ten etap życia już dawno za sobą. Dopadła nas dorosłość. Taka prawdziwa – z rachunkami, ze związkami, które się rozpadały, z porankami, które śmierdziały kacem i samotnością. Miałem wrażenie, że trwa to już całe wieki. Dlatego cierpiałem katusze, gdy nie siedzieliśmy całą paczką razem, we swobodnej atmosferze, robiąc sobie jaja nawet z powietrza. To była norma. Zawsze. A teraz? Teraz było... tak, jak jest. Miałem ochotę unieść brew w geście ironii, ale ostatecznie tylko westchnąłem. Przepiłem smutki alkoholem, a zaraz potem okadziłem wnętrze baru tytoniowym dymem. Niesamowite, jak uskrzydlało to uczucie; dym wypełniający płuca, otulający ciało od środka jak kołderka wsparcia. Byłem od tej kołderki uzależniony. – Mam bogate wnętrze? Eliaszu, kochanie, to brzmi jak diagnoza po kolonoskopii – stwierdziłem ponuro rozbawiony. Czarny humor na czarne chwile. – Albo kiepski podryw – dodałem, wzruszając ponownie ramionami. Zresztą, nawet po takiej bajerze mógłbym mu wpaść w ramiona, bo przecież powodem mojego wyjścia z domu nie była chęć obserwowania Eliasa Bletchleya. Powodem była cisza. Ta przejmująca, pełzająca, nienawistna cisza, która zawładnęła mieszkaniem. Nie znosiłem jej. A kiedy Pan Puszek robił wychodne albo spał sobie w kącie, mając totalnie na mnie wywalone, to kończyło się dramatem w moim wnętrzu. Chwila... czy ja faktycznie miałem tendencje do dramatyzowania? – A z tą psychiatrią… no cóż. Masz rację. Człowiek chce zrozumieć, co z nim nie tak, a kończy z dyplomem, kotem i pokojem pełnym cudzych wspomnień, które trzeba posegregować alfabetycznie. Moje natomiast leżą gdzieś pod łóżkiem. Z kurzu robią się im płuca – podsumowałem, tak naprawdę rozważając tę dramatyczną część swojej osobowości. Może faktycznie miałem w sobie coś z tragicznej postaci? Z tym swoim zranionym egiem i poranionym sercem. A jeszcze Cornelius... Czasami doprowadzał mnie do szału, kiedy udawał, że pozjadał wszystkie rozumy świata. A nie pozjadał. Niestety, kiedy się uparł, nie mogłem z nim wygrać. Co najwyżej tupnąć nogą i obrazić się na resztę dnia. I czy w naszej paczce to nie ja byłem tym od słuchania, doradzania, od to przejdzie, kochanie? Czyżby Eliasz kradł mi fuchę? Cóż... mimo wszystko postanowiłem się otworzyć. Może byłem zdesperowany? A może to alkohol już mnie zmiękczał od środka? – Nie jestem pewien... Nie pozbierałem jeszcze tego do kupy, ale orientujesz się, jaki tryb życia prowadzę. Mogę sypiać z kim chcę, pić co chcę, robić co chcę, dmuchać ludziom w ego, a i tak zostaje mi w środku cisza. Może dramatyczna, może poetycka – nie mnie oceniać. Po prostu cicha. Jak po wybuchu, kiedy już kurz opadnie, i orientujesz się, że nikogo nie ma – wyznałem, wzdychając ciężko. A z tym westchnięciem przyszło i przypomnienie o moich aktualnych, dzielnych towarzyszach na placu boju, zwanym barem – szklanka, papieros. Ruchy niespieszne, jakby mechaniczne. Jakbym chciał w tym wszystkim odnaleźć jakąś rytmiczną medytację. Nie patrzyłem na Eliasa. Próbowałem na półce pełnej alkoholi zobaczyć swoje wnętrze. A może duszę? – Może tęsknię za Bettany? Choć wiem, że to bardzo zły pomysł. Po prostu... puste mieszkanie mnie frustruje. Paliłem je w wyobraźni, bo w praktyce jest zbyt wygodne, by się go pozbywać. No i mam was za sąsiadów... To pocieszające — zacząłem nawijać, chyba próbując zamazać ten moment uzewnętrznienia się. Jakby się dało wytrzeć go gumką z tablicy. Ale te litery świeciły brokatowo, może bardziej jak neony, wręcz krzyczały do Eliasa: TEN TYP SERIO JEST DRAMA QUEEN. Zwłaszcza kiedy wspomina o byłej. Cornelius zresztą jasno mi wyperswadował, że to nie była laska dla mnie. Ale jednak... Była? – No i znowu zrobiło się melancholijnie. Eliaszu, zamówmy koniak albo mnie przytul, zanim zaczniemy recytować poezję o przemijaniu – zawyrokowałem, chcąc nas ochronić przed najgorszym... Czyżby najgorszym, co mogło nas spotkać? RE: [01/09/1972] Byle do jedenastej || elias & romulus - Elias Bletchley - 24.05.2025
|