![]() |
|
[08 IX 1972] Życie to taniec, życie to śmierć | Stanley, Alexander & Rodolphus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [08 IX 1972] Życie to taniec, życie to śmierć | Stanley, Alexander & Rodolphus (/showthread.php?tid=4644) Strony:
1
2
|
RE: [08 IX 1972] Życie to taniec, życie to śmierć | Stanley, Alexander & Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 08.05.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/2f/65/07/2f65075db4cdc90851cc030e99f8159c.jpg[/inny avek] - Być może - odrzekł cicho w kierunku Stanleya, uśmiechając się kącikiem ust. Nie widział tego, oczywiście, ale ton jego głosu wyraźnie wskazywał na to, że uśmiech, który wymalował się na twarzy młodego Śmierciożercy, nie należał do tych miłych. Nie był pewny czy Stanley słyszał o tym co się stało, lecz patrząc na to gdzie pracował zanim Moody kazała mu wypierdalać (a przecież Staś jako ten dobry chłopak który zawsze na klatce mówił dzień dobry musiał posłuchać, bo kimże by był, gdyby tego nie zrobił), to musiał wiedzieć, dlaczego Tristan Ward, który był aurorem i szlamą zrezygnował ze swojej pracy. Gdy się oddalili, Rodolphus ponownie wycelował różdżką w przerażoną ofiarę. Nie ukrywał przed samym sobą, że zaczynał się irytować: był naprawdę ciekawy, co takiego we wspomnieniach miał mężczyzna bez języka, który zaraz skończy i bez uszu. Ponownie rzucił zaklęcie, chcąc siłą wedrzeć się do umysłu ofiary i wyciągnąć te najbardziej przerażające, traumatyczne wspomnienia, które skrywał przed światem. Rzucam na Zauroczenie, przewaga legilimencja, PO [roll=PO] RE: [08 IX 1972] Życie to taniec, życie to śmierć | Stanley, Alexander & Rodolphus - Alexander Mulciber - 08.05.2025 Gdy zamykał oczy, zwykł czuć jak wizje przesuwają mu się pod powiekami, objawiając się eksplozją barw, jak obrazy w kalejdoskopie. Teraz nie było wizji. Nie było objawienia. Zniknął obraz, który zaczynał rysować się pośród krwawych malunków. Wizja, która miała nadejść, nie nadeszła. Przyszłość powinna była przemówić, a jednak milczała, odwróciwszy się do niego plecami. Nie, pomyślał, nie było nawet milczenia, które zazwyczaj miało w sobie wagę sensu – był tylko brak. Cichy, jałowy, nienazwany brak, w którym wszystko było możliwe, ale nie wydarzało się nic. Głuche echo niespełnienia pulsowało w skroniach Alexandra, gdy klęczał pochylony nad rozmazanymi symbolami, które miały go poprowadzić. Krew już zasychała, gęstniejąc w mroku. Runy na bruku traciły swój blask. Alexander ocknął się z transu, wciągając powietrze do płuc z gwałtownym świstem, w tym samym momencie, w którym Stanley poklepał go po plecach. – Nic nie widzę – wycedził przez zaciśnięte zęby, powoli podnosząc się na nogi. Wtedy przyszła złość. Nie ta głośna, gwałtowna, którą można było rozładować z pomocą przemocy, ale ta cicha, która rodziła się z rozczarowania tak głębokiego, że nie sposób było go wypowiedzieć. Wstawał z trudem, jakby podnosił się nie z ziemi, lecz z własnego rozczarowania. – Nic nie widzę. Potrzebuję. Chwili. Zbyt dużo dźwięków. Mężczyzna krzyczał, choć nie mógł swego krzyku wyartykułować. Zbyt dużo bodźców. Palce Alexandra lepiły się od krwi, która przesiąkła mu przez rękawice. Zbyt dużo ludzi. Wszyscy wokół niego działali z takim przekonaniem, z takim dramatycznym zapałem. Wydzierali przyszłość z ciała, jak gdyby to mogło coś zmienić, jak gdyby krzyk torturowanego mężczyzny był wieszczbą, a jego ból – kluczem do jej zrozumienia. Pamiętasz tę szlamę, Warda? Wtedy nam przerwano. Teraz nam to nie grozi. Skrzywił się, słysząc słowa Rudolphusa, skierowane do niego, ale jakby nie do niego. Czy pamiętał? Przez te wszystkie lata używki zdążyły odcisnąć swoje piętno na jego pamięci. Niektórych rzeczy nie dało się jednak tak łatwo zapomnieć. Nie, nie sądził, aby pamiętał jeszcze twarz Warda. Pamiętał jednak jego matkę, a raczej to, co zostało z jego matki, gdy już z nią skończył. – Nic nie widzę – wymamrotał pod nosem Alexander, tak cicho, jak gdyby sam siebie próbował przekonać, że to wszystko w ogóle mogło się wydarzyć. Zamyślony wycierał swoją różdżkę o poły płaszcza. Nie patrzył na wijącego się pod ich stopami mężczyznę. Mężczyzna krzyczał, choć nie potrafił już krzyczeć, tylko charczeć, ale Alexander nie słuchał go. Podniósł wreszcie oczy na Stanleya, pokręciwszy tylko głową, jakby chciał powiedzieć: nie pytaj. Spróbował jeszcze raz zerknąć za zasłonę nieokreśloności, tym razem skupiając spojrzenie na połyskujących pod maską oczach Rodolphusa, który zdawał się czerpać taką samą satysfakcję z łamania umysłów, co z łamania kości. // Rzucam kością na statystykę percepcja ◉◉◉◉○, korzystając z przewagi Wykaz intencji (jasnowidzenie), aby poznać przyszłość Rodolphusa tej nocy.
[roll=PO] // Poza tym to mam lekki autystyczny meltdown, bo nie wyszło mi wróżenie (yes, I am a man child), ogrywam też zawadę Samotnik. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/0bbfc89a7ca4620a17b28a1d2a06910b/65040a3ab007aa6b-07/s1280x1920/708cbc8d87273f80f8f7adc3b305c826595ebccb.jpg[/inny avek]
RE: [08 IX 1972] Życie to taniec, życie to śmierć | Stanley, Alexander & Rodolphus - Stanley Andrew Borgin - 12.05.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=xvMwYZB.jpeg[/inny avek] Rodolphus brzmiał na zadowolonego, jakby szczerze się cieszył, że był tutaj z nimi. Że mógł być częścią tego wszystkiego. Że był wierny swoim ideom... i jeszcze pewnie można by wymieniać tak przez kilka minut, ale czy był sens? Raczej nie. Grunt, że miał co robić, a Vulturis i tak musiał zająć się swoim krewniakiem, który wydawał się trochę "wystrzelony" w tej chwili. Tego samego - co o Lestrange'u - nie mógł powiedzieć o Mulciberze. Niby zapewniał, że potrzebuje tylko chwili, chociaż brzmiał jakby potrzebował czegoś więcej. Czegoś, co pozwoliłoby mu odetchnąć z ulgą, a może powinni go stąd ewakuować? Nie chciałby, aby Serpens zszedł im na zawał serca czy dostał hiperwentylacji z tego wszystkiego. Nie mniej jednak, nie panikował. Trzymał emocje na wodzy, słuchając dalej słów Alexandra. Wierzył mu... Znaczy chciał wierzyć. Wierzyć, że ten zdoła wyjść na prostą i otworzyć oczy, wszak podobno nic nie wiedział. Biednym. - Mhm... - mruknął - Niech tak zatem będzie - zmrużył oczy jakby próbował coś dostrzec. Niestety się nie dało, wszak był zasłonięty swoją szatą i maską, która kryła jego tożsamość. Kryła też stan jego zdrowia, który mógł się pogorszyć w każdej chwili. - Jakbyś miał... - ciężko westchnął, machając dłonią na stan Serpensa - Nie ważne - pokiwał przecząco głową. Stanley chciał coś napomknąć, aby dał mu znać jeżeli poczuje się gorzej. W teorii powinien to wiedzieć, a w praktyce? Cóż, przyjdzie im się przekonać. Borgin nie miał nic lepszego do roboty, więc postanowił rozejrzeć się po okolicy. Z jednej strony byli w bocznej alejce i mogli napawać się chwilą prywatności z ich nowym kolegom. Z drugiej zaś strony ktoś zawsze mógł tutaj zajrzeć i im trochę przeszkodzić, co nie było naszym Śmierciożerom we smak. Rzut aby się rozejrzeć. Percepcja. [roll=O] Edycja na prośbę MG: Stanley był na tyle skupiony i był pewien, że nikogo nie dostrzegł. Nikt nie miał prawa ich już zaskoczyć. Nie teraz, kiedy pozostawał czujny i był gotów zareagować w odpowiednim momencie. To jednak nie było konieczne, wszak nikt nie odważył się im teraz przeszkodzić, więc mogli kontynuować swoje działania. RE: [08 IX 1972] Życie to taniec, życie to śmierć | Stanley, Alexander & Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 13.05.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/2f/65/07/2f65075db4cdc90851cc030e99f8159c.jpg[/inny avek] Mężczyzna nie krzyczał - ich ofiara nie mogła krzyczeć, bo nie posiadała języka. Jednak osoby, które ten język straciły, potrafiły w całkiem głośny sposób wyrażać swój ból. Trigger Warning: Przemoc (Odkryj) Nie był to krzyk per se, lecz wycie. Wycie niemalże zwierzęce, gardłowe, zduszone. Jakby niewidzialna dłoń zacisnęła się na jego krtani i wykręcała struny głosowe, powodując głośny bulgot. Nie był w stanie krzyknąć, ale bulgotanie które wydobywało się z jego gardła, było chyba jeszcze bardziej przerażające. Strużki krwi spływały mężczyźnie po czole i wypływały z ust, a oczy były rozwarte szeroko w przerażeniu. Próbował się opierać, to był naturalny odruch, lecz Rodolphus był silniejszy, a ich ofiara nie była oklumentą. Co więcej: celowo wdzierał się brutalnie do jego umysłu, by zadać mu jak najwięcej bólu. Oczy, które wyzierały przez szparki maski, błyszczały w niezdrowym podnieceniu, gdy widział skurcze mięśni na twarzy swojej ofiary. Język ukryty za kamuflażem smagał podniebienie, a usta rozciągały się w szaleńczym uśmiechu, gdy wchodził coraz głębiej i głębiej, prosto w meandry wspomnień. I wyciągał te najgorsze. - Pierwsza miłość, tak? - cmoknął, kucając przy mężczyźnie. Był bezbronny i nie miał żadnych szans z Viperą - nie w chwili, gdy ten wdarł się do jego mózgu. Rodolphus był tak pochłonięty tym, co robił, że kompletnie olał swoich towarzyszy: mogliby teraz tańczyć cancana, podwijając "śmieszne szlafroki", jak je określiła Vika, a nie zwróciłby uwagi. - Własna siostra. To obrzydliwe. To nie była do końca prawda, ale taki był jego cel: torturował go. Wyciągał te wspomnienia, które miała ofiara i komentował je na głos nie tylko po to, by go upokorzyć, ale i by wmówić mu, że tak było. - Jesteś obrzydliwy. Nie wiem czy nie gorszy niż szlamy - nie widać było jednak, by się krzywił - ton jego głosu również na to nie wskazywał. - Nie zasługujesz na to, by mówić. Nie zasługujesz na to, by słyszeć. Nie zasługujesz na to, by widzieć. Akcentował kolejne słowo, przeglądając kolejne wspomnienia. Kochał muzykę - uwielbiał zasypiać przy dźwiękach gramofonu. Już nigdy nie usłyszy muzyki. Uwielbiał patrzeć na swoją żonę z samego rana. Już nigdy jej nie zobaczy. Lestrange uniósł różdżkę i wyszedł z umysłu swojej ofiary, pozostawiając na wierzchu wspomnienia dotyczące najpiękniejszych chwil dotyczących zmysłu wzroku, mowy i słuchu. A potem chwycił ledwo przytomnego mężczyznę za włosy i bezceremonialnie, brutalnie wsadził mu różdżkę w ucho. Najpierw jedno, a potem drugie. Szaleńczy bulgot, nieludzkie wycie ponownie przeszyło zaułek, a krew zbroczyła ciemną różdżkę śmierciożercy. Następnie wstał, pozostawiając mężczyznę na ziemi. Czy przeżyje? Nie wiedział. Lestrange cmoknął z zastanowieniem, a potem machnął różdżką, chcąc wytworzyć łyżeczkę, która wyłyżeczkuje ofierze gałki oczne. Cóż, najwyżej umrze. Rzucam na kształtowanie 2K na wytworzenie łyżeczki, która wydłubie ofierze oczy [roll=N] Edycja na prośbę MG o konsekwencje Spodziewał się, że wytworzy łyżeczkę, którą będzie można wyłyżeczkować jego oczy. A tak jego różdżka znowu, po raz kolejny tej nocy, odmówiła posłuszeństwa. Warknął, wściekły, bo nie taki był plan. RE: [08 IX 1972] Życie to taniec, życie to śmierć | Stanley, Alexander & Rodolphus - Alexander Mulciber - 14.05.2025 Alexander patrzył na powalonego na ziemię czarodzieja i pastwiącego się nad nim Rodolphusa z taką samą obojętnością, z jaką patrzyłby na padlinę rozszarpywaną przez psy. Nie z lękiem, nie z obrzydzeniem nawet, lecz z poczuciem, że całość jest już przesądzona, i że nic więcej w tym obrazie nie jest w stanie go zaskoczyć. Może tylko to, które z nich jest psem, a które padliną. Bo gdy się przypatrzył, stwierdził, że nie wiadomo, gdzie kończy się jedno, a gdzie zaczyna drugie. – No dalej – zakpił znudzonym tonem. – Zrób sobie dobrze. Poczekam. W jego głosie nie było kpiny. Nawet ona go już znudziła. Patrzył, jak Rodolphus unosi różdżkę, gotów wydłubać oczy, które i tak już niczego nie widziały. To wszystko było takie przewidywalne, takie żałośnie ludzkie: wyglądałoby to niemal śmiesznie, gdyby nie wyglądało głupio. Dżentelmeństwo? Jakie dżentelmeństwo? To jego mogli mieć za prymitywa, ale wcale nie byli lepsi, Rodolphus ze swoją legilimencją, Stanley ze swoją nekromancją. Walczyli dla idei? Jaka to była idea? Rodolphus klęczał nad ofiarą z obłąkańczą pasją w oczach i dłońmi lepkimi od krwi, jakby tortura była modlitwą, a on wyznawcą jakiegoś plugawo cielesnego boga. Alexander nie zamierzał mu pomagać. Nie zamierzał kusić losu i oślepiać tego człowieka, nie, kiedy sam chwilę wcześniej mruczał pod nosem, że nic nie widzi. Stał wsparty o ścianę, ramieniem wciśnięty w chłodny kamień, jakby to był jedyny stały punkt we wszechświecie, który jeszcze go nie rozczarował. Dobrze, że przynajmniej twarz miał zasłoniętą maską: maski były po to, aby pod nimi skryć pogardę, której otwarcie nie wypadało okazać. To tak jakby zobaczyć psa liżącego swoje jaja na środku salonu, pomyślał Alexander. Nie chcesz go kopać, ale też nie możesz dłużej patrzeć. Ruchy Rodolphusa były szybkie i pewne, a ponadto nosiły znamiona tej samej egzaltacji, z jaką kiedyś Loretta rozkładała przed Alexandrem nogi, myśląc, że czyni ją to kimś ważnym w jego życiu. Wszyscy chcieli być ważni. Wszyscy ulegali złudzeniu, że ich działania mają jakieś znaczenie w obliczu trwającej wojny. Złudzeniu, że mogą zmienić bieg przeznaczenia. Złudzeniu, że mogą cokolwiek zmienić... A to z Alexandra wiecznie śmiali się, że żyje złudzeniami. Patrzył na tę orgietkę przemocy tak, jak zwykł patrzeć na wijące się pod nim kurewki, gdy był zbyt trzeźwy, aby ignorować ich jęki. Z rozbawieniem. Z pogardą. Ze znudzeniem. Patrzył tak, jak zwykł patrzeć na Lorettę. Trigger Warning: mizoginia (bycie wspaniałym mężem) (Odkryj) "Czy nadal jesteś znudzony", spytała go, wciąż jeszcze dysząc ciężko, po tym jak Mulciber obojętnie przerwał pocałunek, zostawiając ją bez tchu, z zadartą aż do bioder spódnicą i rozchełstaną bluzką, samemu podnosząc się z ziemi, aby zapalić. Wstał i zaciągnął się papierosem. Ślizgał się spojrzeniem po kuszącym cieniu wciąż rozwartych ud, leniwym ruchem strzepując popiół na ziemię. Patrzył na Lorettę z góry, tak jak teraz patrzył na Rodolphusa. Patrzył na jej śliczną buzię, na potargane włosy i rozmazaną szminkę – sam wytarł ją ręką, żeby się nie ubrudzić – patrzył na jej falującą pierś i pogniecione ubranie. Patrzył na niepewność majaczącą na dnie jej ciemnych oczu. Wydawała się być jedną z tych kobiet, które nieustannie potrzebują, by na nie patrzeć, bo inaczej nazbyt przytłacza je ciężar własnego istnienia. Rodolphus popisywał się tak samo, jak robiła to Loretta. Może jeszcze czekał na pochwałę? "Ładnie ci tak", stwierdził Alexander zdawkowym tonem, jak gdyby chwilę temu nie odsunął się od Loretty beznamiętnie, bez choćby słowa. "A odpowiadając na twoje pytanie..." – uśmiechnął się protekcjonalnie – "...przestałem się nudzić, ponieważ zacząłem się zastanawiać, w którym miejscu ogrodu powinienem cię zerżnąć." Nie znała wtedy nawet jego imienia, a przez te siedem lat, które spędzili razem, Loretta nie zdołała poznać go lepiej niż tamtej nocy na tyłach posiadłości klubu "Spectrum". Nie próbowała, tak jak i Alexander nigdy nie próbował. Wolał gdy udawała, że kryje w sobie jakąś tajemnicę, bo wtedy przynajmniej nie musiał myśleć o tym, jak jest kurewsko nudna. A jednak poślubił tę kobietę. Lestrange'owie mieli ze sobą więcej wspólnego, niż chcieliby przyznać. Loretta dobierała słowa z namaszczeniem florystki dobierającej kwiaty do bukietu, ale bukiet jej kobiecości miał urok pogrzebowej wiązanki: począwszy od zgniłych uśmiechów, po szmirowate wyznania, kompletnie pozbawione treści. Gdy Alexander patrzył w przyszłość Rodolphusa, również widział kwiaty. Widział przepyszne złocienie, kwiaty śmierci, zasadzane na grobach tych, których nie opłakiwano. Kwiaty cmentarne, lubujące się w martwym cieple wczesnej jesieni, tak jak on lubował się w cieple ciała Loretty, dopóki nie uświadomił sobie, jaka jest zimna, zimna jak trup, który wyścielał dzisiaj ulice Londynu. Widział akwilegie głupoty zakwitające wtedy, gdy człowiek myśli, że zna odpowiedzi, choć nie rozumie nawet zadawanych przez siebie pytań. Ich płatki zwijały się trwożliwie, gdy tylko dotykała ich rzeczywistość. Obok niego bieluń samozadowolenia, trująca, silnie halucynogenna, szczególnie niebezpieczna w dużych dawkach. O, to kwitło w nim bujnie. I mlecze. Tanie. Pospolite. Z uporem wbijające się między płyty nagrobne. Słabo ukorzenione chwasty ideologii zasianej przez wiatr. I wilcza jagoda, pomyślał pogardliwie, wilcza jagoda przynosząca wizje wielkości, które kończą się ślepotą. Zamrugał, powracając do rzeczywistości. Jeszcze oczy? Przecież już wszystko z niego wyciągnąłeś, chciał powiedzieć Alexander, widząc, że Rodolphus wciąż pastwi się nad ofiarą. Teraz tylko się bawisz. Zamiast tego skinął głową Stanleyowi. – Zbierajmy się – rzucił, rozglądając się wokół. – Może zdążymy dopaść jakiegoś aurora. // Rozglądam się po okolicy, w poszukiwaniu kolejnego celu do zaatakowania, korzystając ze statystyki percepcja ◉◉◉◉○.
[roll=PO] Nie dostrzegł w pobliżu nikogo, ale trudno też było mu przeniknąć wzrokiem dym, który unosił się wszędzie wokół. Był jednak w stanie stwierdzić, że nikt nie czyha na nich za najbliższym zaułkiem, żaden pies z Ministerstwa nie depcze im także po piętach, nie musieli zatem spieszyć się przy ewentualnej ewakuacji. // Opisuję przyszłość Rodolphusa w formie symboli korzystając z przewagi Wróżbiarstwo. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/0bbfc89a7ca4620a17b28a1d2a06910b/65040a3ab007aa6b-07/s1280x1920/708cbc8d87273f80f8f7adc3b305c826595ebccb.jpg[/inny avek]
RE: [08 IX 1972] Życie to taniec, życie to śmierć | Stanley, Alexander & Rodolphus - Stanley Andrew Borgin - 18.05.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=xvMwYZB.jpeg[/inny avek] Stanley zmrużył oczy, ponieważ to, co mówił Rodolphus było niewiarygodne. Próbował odchrząknąć... ale nie poszło zgodnie z planem i jedyne co dało się usłyszeć to krótki świst powietrza, który wydobył się z jego ust. Jak można być takim zwierzęciem Zastanawiał się. To podobno Śmierciożercy byli źli, ale leżący przed nimi "gagatek" był gorszy. Pierwsza miłość i to własna siostra. Tóż to wołało o pomstę do samego Merlina. Może więc Alexander miał rację z tym proroctwem? Może rzeczywiście Vulturis miał być tym, który przybędzie i oczyści świat z zarazy, zła i nieczystości? Coś w stylu świętej wojny, która została im wypowiedziana przez innowierców z Ministerstwa i ich popleczników? Bo jeżeli tak... cóż... Deus vult. - Odwróć wzrok - polecił Mulciberowi, klepiąc go po ramieniu - Chwila, moment i będzie po wszystkim - tłumaczył spokojnie - Niecodziennie trafia się na taką okazję - dodał, usprawiedliwiając działania Vipery niczym jakiś przełożony. Nie zamierzał zabierać mu tego, co powodowało szczęście u jednego z nich. Jeżeli Alexandra przydziły takie rzeczy, cóż - powinien był udać się na jakiś przyśpieszony kurs obojętności czy wytrwałości. Borgin, rozumiejąc co chce zrobić Lestrange, postanowił mu pomóc. Chciał postąpić niczym Piłat, zostawiając mu narzędzie do wykonania zbrodni. Sam nie zamierzał brudzić swoich dłoni kimś takim. O nie, nie - on oszczędzał siły na swoją ulubienicę z Ministerstwa. Próba ukształtowania noża dla Vipery. [roll=N] Vulturis spróbował ukształtować nóż, który chciał następnie położyć obok Vipery. Nie zważał na sukces czy pech. Miał co robić, więc odwrócił się ponownie w kierunku Alexandra, aby przypilnować go jeszcze przez chwilę. Przez minutę. - I co nam po tym aurorze? - zapytał retorycznie - Jeżeli znowu Cię odetnie... To skończysz na dołku lub w Azkabanie - przypomniał Mulciberowi, który chyba zapomniał jak to się kończyło w przypadku przegranej z psami Harper - Ocknij się, bo nie wrócisz do domu w jednym kawałku - przybliżył się do krewniaka, aby móc mu szepnąć do ucha - A jeżeli się brzydzisz... To pomyśl, że to sen... - dodał z pewnym przekąsem w głosie, a następnie oddalił się na kilka kroków, aby założyć ręce w oczekiwaniu na ich trzeciego kompana. - Kończ waść - skierował swoje słowa do Vipery - Nie mamy czasu, aby cały wieczór operować tego pacjenta. Edycja na prośbę MG: Wiatr zawiał i z próby pozostało tyle, że nic - czar się nie powiódł. Nie udało się ukształtować noża, więc Vulturis tylko pokiwał przecząco głową. Wierzył, że Rodolphus poradzi sobie i bez tego. To też nie było tak, że Lestrange miał jakiś wybór. Skoro chciał go jeszcze męczyć - musiał zrobić to w pojedynkę. RE: [08 IX 1972] Życie to taniec, życie to śmierć | Stanley, Alexander & Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 19.05.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/2f/65/07/2f65075db4cdc90851cc030e99f8159c.jpg[/inny avek] Gdyby Rodolphus zdecydował się wślizgnąć do myśli Alexandra Mulcibera w tej chwili, jedyne co mógłby zrobić, to pokręcić głową z niedowierzaniem. Kiedy jego znajomy stał się wrakiem samego siebie? Ta pozorna obojętność, te obelgi - to wszystko już było i było tak fałszywe, że gdyby wiedział, to by go to obrzydziło nie mniej niż widok wijącego się pod nim mężczyzny i tego, co widział w jego wspomnieniach. Nie potrzebował usprawiedliwiana swoich czynów. Nie musiał i nie czuł potrzeby, by się przed kimkolwiek tłumaczyć: czy byłby to Alexander, czy Stanley, czy nawet sam Mistrz. Słowa pełne pogardy, które wypłynęły z jego warg, były wystarczającym dowodem na to, że ich robaczek był gorszy niż oni sami. Nie zasługiwał na to, by chodzić po tym świecie w jednym kawałku, nawet z odwróconą runą na czole, którą przecież wyciął mu sam Mulciber. - Obrzydliwe - warknął, mrużąc oczy. Drgnął jednak, gdy Borgin przypomniał mu o upływającym czasie. Tik tak, tik tak - wskazówki zegara biegły nieubłaganie, a przecież mieli tu jeszcze coś do załatwienia. Lestrange wstał, na dobitkę kopnął leżącego i ponownie spróbował wyczarować łyżeczkę czy też nóż, cokolwiek co byłoby w stanie samo wydłubać nieszczęśnikowi oczy. Rzucam na kształtowanie 2K na wytworzenie łyżeczki,/noża która wydłubie ofierze oczy [roll=N] Oczywistym było, że ZNOWU nic się nie stało. Kopnął więc mężczyznę, wściekły. Dopiero później podszedł do towarzyszy. - Zbieramy się. Mam dla was wiadomość od Martesa: gdy będzie po wszystkim, przechodzimy przez Ataraxię - powiedział ściszonym głosem, tak by żadne niepowołane uszy nie były w stanie wychwycić tych słów. Chociaż patrząc na stan leżącego na ziemi ścierwa, nie groziło im to. - Jak zwykle niezwykle miło było z wami pracować, panowie. Jego usta wykrzywił kpiący uśmiech, zanim nie skłonił się i przy pomocy zaklęcia po prostu deportował się z tej uliczki, uznając że Vulturis ma rację: już dość. Postać opuszcza sesję
RE: [08 IX 1972] Życie to taniec, życie to śmierć | Stanley, Alexander & Rodolphus - Alexander Mulciber - 19.05.2025 Alexander Mulciber miał troje oczu. Jedno oglądało się w przeszłość, drugie obserwowało teraźniejszość, trzecie – próbowało przeniknąć przyszłość. Rolą proroka było patrzeć wszystkim trojgiem. Troje oczu miały mieć kruki Odyna, który podobno oddał im jedno ze swoich w podzięce za wiedzę. Alexander nigdy nie widział trójokiego kruka. Podejrzewał, że gdyby dopytał Lorien, czy kiedykolwiek widziała takowego będąc przyobleczoną w pióra swej ptasiej postaci, wilgowrona, ta odpowiedziałaby mu znudzonym tonem, że też nie widziała, ale może przekazać pozdrowienia swojej kuzynce – pizdookiej wronie. Pod maską, na twarzy Alexandra powaga mieszała się przez chwilę z rozbawieniem, gdy zwrócił swoje spojrzenie w stronę Stanleya. – Nie odwracaj nigdy wzroku, gdy woźnica okłada batem konia – odpowiedział mu po romsku. – Zanim pęknie bat, pęknie świat, a tego wozu nie zdołasz odwrócić. Alexander niewiele widać robił sobie z tego, że Stanley nic nie zrozumiał z cygańskiego przysłowia, które właśnie przywołał, bo nawet nie pokusił się przetłumaczyć swych słów na angielski – a jednak jakaś przedziwna łagodność zagościła na chwilę w jego głosie, nuta niemalże ojcowskiej protekcjalności pozwalającej przypuszczać, że nie traktuje przywoływanego przysłowia jako przestrogi, ale raczej jako coś na kształt pobożnego życzenia, żeby Stanley następnym razem przynajmniej spróbował pomyśleć, zanim palnie coś podobnego. Zwłaszcza do kogoś całkiem upierdolonego krwią mężczyzny, którego teraz oboje z Rodolphusem bezskutecznie próbowali dobić. Nie brzydziła go przemoc, tylko jej przewidywalność. Nie przetłumaczył jednak swoich słów, bo po angielsku mulciberowe "nie pozwalaj sobie odwracać wzroku" aż nazbyt przewidywalnie mogłoby przemienić się w: "nie powielaj grzechów swojego ojca". Przywoływanie rodowej dewizy Mulciberów przy Alexandrze nigdy nie było dobrym pomysłem. – Martw się o siebie, a ja będę martwił się o siebie – dodał już chłodniej, przechodząc na angielski. – Rozważ zmianę nazwiska, aby pasowało do dewizy, którą cytujesz, a potem twarzy, żeby nie rozsyłali za tobą dalej listów gończych. – Alexander nie przejmował się tym, że umrze. Umrzeć, to naturalna kolej rzeczy: wiedział jednak, że jego czas jeszcze nie nadszedł. Jak umrze, to umrze, ale teraz wciąż jeszcze żył. To nie był jego czas. Jeszcze nie. Nie był to też czas Stanleya. – Jak mnie odetnie, to będę martwy. A jak będę martwy, nic z tego nie będzie już moim zmartwieniem. Żywego mnie przecież nie posadzą, pomyślał. Zanim jednak zdążył powiedzieć gówniarzowi, żeby nie robił nic głupiego (bo mimo wszystko, trochę się o niego martwił, bo komu innemu miałby przekazać dziedzictwo Mulciberów, gdyby umarł?), Stanley przesunął się w stronę Rodolphusa, który pożegnał ich ofiarę kopnięciem w korpus, podjąwszy ostatnią próbę pozbawienia mężczyzny wzroku. Zwrócił na powrót spojrzenie w stronę towarzysza, gdy ten podszedł, aby się naradzić. Ataraxia. Słowo, które uleciało z ust Lestrange’a tak lekko, jak gdyby nic nie znaczyło. Jak gdyby nie było słowem, które miało zburzyć całe życie Alexandra. Słowo αταραξια, podobnie jak ich imiona, wywodziło się ze starogreckiego. Oznaczało nie tyle spokój, lecz stan wewnętrznej niewzruszoności, równowagę ducha. Cichą przystań duszy, która niby tafla jeziora, odbijała niebo bez najmniejszego zmarszczenia. Alexander tonął w tym jeziorze. Zamrugał gwałtownie. Pamiętał, jak pierwszy raz odwiedził zakład spirytystyczny Ambrosii. Jak powiódł palcami po okładkach książek wypełniających drewniane regały, jak zdmuchnął kurz z bibelotów stojących na najwyższej półce, oparł plecami o ścianę pokrytą miękkim gobelinem. Słowo ataraxia syczało mu na języku. Pasuje do tego miejsca, uśmiechnął się ciepło do Ambrosii, pasuje do ciebie. Jak gdyby odwiedzający Ataraxię mogli poczuć spokój, którego ona sama nigdy nie zaznała. Wtedy widział w tym poezję. Teraz widział tylko ironię. Zacisnął na różdżce palce tak mocno, że aż pobielały. Pamiętał twarze tych, których zabił. Pamiętał tych, których mógł ocalić, ale tego nie zrobił. Tyle śmierci. Tyle pierdolonej śmierci. Tyle krwi. Cały lepił się od krwi. Wszystko po to, aby ona – aby ta jedna dusza, która nie była jeszcze splugawiona – jedyna, na której zbawieniu mu zależało, mogła pozostać czystą, wolną – choćby tylko przez nieświadomość. I to wszystko na nic. Nie słyszał tego, co mówi do niego Rodolphus. Nie słyszał tego, co mówi Stanley. Przez chwilę nie słyszał nic, poza jednostajnym brzmieniem swojego imienia, które wymawiał w myślach, wciąż na nowo, dopóki całkiem nie utraciło swego znaczenia. Alexander. Alexander. Alexander. Kim był człowiek, który nosił to imię? Aλέξανδρος, tak właśnie brzmiało. Ten, który odpiera wrogów. Ten, który broni, ale nie zdołał obronić tej, na której zależało mu najbardziej. Jej imię także powtarzał. Wypowiadał je w myślach tak, jak gdyby chciał je ochronić przed światem, który kalał wszystko, czego dotykał. A może tak, jak gdyby chciał ją ochronić przed samym sobą. Ambrosia. Powtarzał to imię jak modlitewne wezwanie, choć nie pamiętał, kiedy ostatnio się modlił. Ambrosia. Ambrosia. Imię, które mógłby wypisać ogniem na niebie, ale nigdy tego nie zrobił, bo gdyby spalił jej imię, zostałby po niej tylko popiół i pustka. "Mam dla was wiadomość od Martesa: gdy będzie po wszystkim, przechodzimy przez Ataraxię." Teleportował się prosto do zakładu spirytycznego Ambrosii, choć wiedział, że jej tam nie spotka, zanim jeszcze poczuł pęd powietrza na twarzy. Alexander Mulciber miał troje oczu, i wszystkie patrzyły w tej chwili w jej stronę, jak zawsze nie mogąc jednak dostrzec tego, co najważniejsze. Zniknął bez słowa. Nawet gdyby chciał, nie byłby teraz w stanie wydobyć z siebie głosu, nie w obecności swych towarzyszy. Nie było zresztą o czym mówić, pomyślał, gdy wszyscy już się rozproszyli. Śmierciożercy zrobili z Ambrosii dokładnie to, czego on przez całe życie pragnął jej oszczędzić. I zrobili to, gdy on patrzył w inną stronę. Koniec sesji
|