![]() |
|
[8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B (/showthread.php?tid=4666) Strony:
1
2
|
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - Prudence Fenwick - 07.04.2025 Tak, Prudence nie zamierzała panikować. Nie podchodziła do sprawy jakoś bardzo emocjonalnie, to zabrzmiało raczej jak suche stwierdzenie faktu. Stało się. Mogło to nieść ze sobą jakieś konsekwencje. Wiedziała, że tak, jak ona zobaczyła jego twarz, tak on dostrzegł jej. Poczuła to spojrzenie, które przeszywało ją na wskroś. Nie miała pojęcia, jak bardzo mógł zapamiętać jej twarz, czy każdy najdrobniejszy szczegół, czy tylko ogólne rysy. Nie mogła jednak oprzeć się wrażeniu, że potrafiłby ją zidentyfikować. Może nie tak jak ona jego, bo nie wszyscy posiadali ten wyjątkowy dar, co on, raczej mało kto cierpiał na podobna dolegliwość, jednak zwyczajni ludzie też potrafili zapamiętywać szczegóły. Oczywiście, że to, co działo się wokół nich na pewno tego nie ułatwiało. Nawet osoby, które czerpały, korzystały z tego chaosu musiały być mocno skupione na tym, aby tłum ich nie pochłonął, czy płomienie ich nie musnęły, albo przypadkiem nie oberwały częściami walących się budynków. Mimo wszystko nie mogła pozbyć się tego uczucia, że poniesie konsekwencje tego, że spoglądała tam, gdzie nie powinna, że mimowolnie wbiła swoje spojrzenie w tamtą twarz, że zobaczyła ją w całej okazałości na tle tej całej tragedii. Nie zapamiętała osób które zabijał, tych, którzy przez niego ucierpieli, stało się tak, że przed oczami miała twarz mordercy i nie miała szybko pozbyć się jej ze swojej pamięci. Poczuła na sobie jego spojrzenie, nie powinna powodować rozproszenia, bo to mogło być zgubne i dla niej i dla niego. Próbowała więc brzmieć tak, jakby nie przejęła się tym jakoś szczególnie. Brakowało jeszcze tego, żeby Benjy przejmował się jej ewentualnymi myślami na temat tego, czy faktycznie tamten mógłby po nią wrócić. To nie był jego problem, i tak zaangażował się bardzo w to, aby nie dała się dzisiaj zabić, nie mogła zrzucać na niego swoich kolejnych niepewności, które zresztą po raz kolejny pojawiły się z jej winy. To ona patrzyła tam, gdzie nie powinna, to ona zwróciła na siebie jego uwagę, to był tylko i wyłącznie jej problem. Jakoś sobie z nim poradzi, o ile faktycznie pojawi się w jej życiu. W końcu i tego nie mogła być pewna, to były tylko spekulacje spowodowane tym co widziała, tym, co widział tamten. Jej sojusznik wydawał się być bardzo pewien tego, że zupełnie niepotrzebnie się tym przejęła. Może faktycznie miał rację? naprawdę chciała w to uwierzyć. Zwłaszcza, że wyglądał na kogoś doświadczonego, na kogoś kto znał się na takich ludziach w przeciwieństwie do niej. Naprawdę chciała mu zaufać, uwierzyć w to co mówił, tak byłoby lepiej. - Tak. Masz rację. Moje obawy są irracjonalne. - Nie miała problemu z tym, aby się do tego przyznać. Kiedy on o tym mówił faktycznie wyglądało to w ten sposób. Musiała przestać myśleć, przestać przejmować się tym, co się przed chwilą wydarzyło. Tak będzie prościej. Zdecydowanie prościej. Nie była przecież pępkiem świata prawda? Na pewno mieli kogoś istotniejszego na swojej liście, czy coś. Co mogłaby im zrobić? Ewentualnie zidentyfikować jednego z nich, nic więcej. Wszystko zależało od tego, jak bardzo nie chciałby być zidentyfikowany, gdyby jednak tego nie chciał to pewnie miałby zakrytą twarz prawda? Może nie pomyślał? Opcji było naprawdę wiele, bardzo wiele, zaczęła więc zastanawiać się nad każdą z nich. Z tych jakże fascynujących rozmyślań wyrwały ją jego kolejne słowa. Parsknęła cicho, słysząc wypowiedź mężczyzny, zdecydowanie potrafił rozładować napiętą atmosferę, tego nie można było mu odmówić. - Niech zgadnę, to jedna z Twoich najbardziej udanych transakcji. Na pewno nigdy jeszcze nie zdarzyła Ci się zapłata obiecana w lizakach, prawda? - Jeśli tak by się stało to na pewno byłaby bardzo rozczarowana, ale kto go tam właściwie wiedział. Może nie był to pierwszy raz, kiedy przyjmował zapłatę w takich dobrach. Jeśli tak było to mu odrobinkę współczuła, a z drugiej strony, może mógł się stać jakimś lizakowym baronem? To też nie była taka zła opcja. Tyle, czy ryzykowanie swojego życia w ramach zapłaty jaką miał być porzeczkowy lizak było aby na pewno rozsądne? Cóż, będzie musiała mu znaleźć najbardziej zajebistego lizaka w całej Wielkiej Brytanii, aby faktycznie odpowiednio się odwdzięczyć za tę eskortę do ministerstwa. Szczególnie w ten jakże niesamowity sposób. Niósł ją przecież na swoich plecach, jeszcze nigdy nikt jej nigdzie nie odprowadzał w podobny sposób, do tego w takich warunkach, jakie panowały teraz wokół nich. Najwyraźniej nie chciał pociągnąć tematu swojej rodziny. Zresztą i tak powiedział jej dość sporo prawda. Wyczuła zmianę tonu w jego odpowiedzi, zauważyła też, że wcześniej raczej chętnie wdawał się w dalsze pogawędki, byleby tylko czymś ich zająć, by nie skupiali się na tym, co działo się wokół nich. Temat rodziny jednak okazał się nie być odpowiedni. Miała świadomość tego, że różne ludzie mieli relacje ze swoimi najbliższymi. Ona w zasadzie nie mogła na to narzekać, miała przecież Eliasa, nikogo więcej, zapewne gdyby mieli więcej rodzeństwa ich relacja nie byłaby taka bliska, bo byli od siebie skrajnie różni, mimo tego, że przecież mieli tą swoją bliźniaczą więź. Nie wątpiła jednak, że gdyby los obdarował jej rodziców dodatkową trójką dzieci, to na pewno aktualny brat nie byłby jej najbliższy. Oczywiście, że wiele dla siebie znaczyli, byli w stanie sobie pomagać etc. tyle, że ich spojrzenia na świat bardzo się od siebie różniły, tak samo jak ich charaktery. Właściwie może tak miało być? Dwoje dzieci, urodzonych praktycznie tego samego dnia, każde zupełnie inne, mimo tych samych genów. Czasem tak przecież bywało, zresztą to było loterią. Znała rodzeństwa, które zachowywały się niczym swoja kalka, jakby faktycznie ich rodzice wychowywali swoje małe kopie, ale nie zawsze się tak zdarzało. Elias i Prudence idealnie się równoważyli, potrafili się ze sobą ścierać, dosyć mocno, ale gdy przychodziło do sytuacji podbramkowych mogli na siebie liczyć, chyba właśnie na tym polegało wsparcie rodziny. Może i ona mogła się nad nim nieco pastwić, ale to był jej brat, nikt inny nie mógł tego robić, gdyby przyszło co do czego, zapewne nie miałaby najmniejszego problemu z tym, aby stanąć w jego obronie. Może nie rozumiała jego wszystkich pasji, ani podejmowanych przez bliźniaka decyzji, ale był jej rodziną, nadal to była jedna z najważniejszych dla niej wartości, mimo, że od kilku lat nieco dystansowała się od swoich bliskich i wolała spędzać czas w samotności, między swoimi książkami. Nigdy na to nie narzekała. Tak naprawdę dobrze jej było zupełnie samej, pogodziła się z tym losem. Nie miała szczególnie wielkich oczekiwań co do swojego dalszego życia. Wiedziała, że nie była nikim wyjątkowym. Jednym z wielu, szarych, zwyczajnych ludzi, którzy wiedli raczej nudne i spokojne życie. Czasem zastanawiała się nad tym, co by było gdyby te dwa lata temu wszystko potoczyło się inaczej, ale wiedziała, że bez sensu jest się skupiać na tym, co się nie wydarzyło. Pozostawało jej więc jakoś odnaleźć się w tej dość zwyczajnej rzeczywistości. Może, gdyby miała nieco więcej samozaparcia, chęci, może gdyby nie przeżyła tego wszystkiego, to mogłaby piąć się po szczeblach kariery, jednak na pewnym etapie życia po prostu się poddała. Przyjęła to, co się jej przytrafiło, próbowała jakoś sobie poradzić ze wszystkim. Jeszcze bardziej zamknęła się w sobie, bo nie chciała za bardzo zbliżać się do kogokolwiek. To nie miało wielkiego sensu, ludzie umierali, a ona dosyć mocno to odczuła. Próbowała w końcu ułożyć sobie jakoś wszystko, wieść życie, jakiego od niej oczekiwano, może nie było w nim fajerwerków, ale wydawało jej się, że nie miała powodu do zrzędzenia. Tyle, że los przygotował jej nieco inny rozwój wydarzeń, niż ten który zakładała. Skoro jedna próba się nie udała, to po co miała po raz kolejny coś zmieniać? Akceptowała to wszystko. Nie szukała na siłę lepszego rozwiązania. Nie miała też w zwyczaju narzekać, bo inni przecież mieli jeszcze gorzej, czyż nie? Może czasami, bardzo rzadko, w środku nocy, kiedy wiatr zbyt mocno uderzał w okiennice, kiedy sen nie chciał przyjść zastanawiała się nad tym, czy nie warto byłoby czegoś zmienić. Czy nie powinna spróbować po raz kolejny przekroczyć swoich granic, podjąć jeszcze jedną próbę. Otworzyć się na kogoś, dopuścić do siebie bliżej niektóre osoby. Stać się nieco bardziej przystępną, ale czy faktycznie miało to jakikolwiek sens? Ludzie odchodzili, prędzej, czy później ją opuszczali, trochę bała się znowu ryzykować. Miała kiedyś przyjaciół, jednak każdy z nich podążył swoją własną drogą, nie ma się co dziwić, przecież byli już w takim wieku, że zakładali rodziny, zajmowali się sobą, swoimi najbliższymi, z roku na rok kontakt stawał się coraz rzadszy, aż w końcu się urywał. Doszło do momentu, w którym nie pozostał jej prawie nikt, no może poza bratem i tymi nielicznymi znajomościami, gdzie mogła na coś przydać się tym osobom. Wiedziała, że nie chodzi o jej uroczą osobowość, potrafiła spojrzeć na siebie krytycznym okiem, nie była łatwa w obyciu, raczej nadrabiała swoimi umiejętnościami, które były jej główną zaletą. Nie wątpiła w to, że gdyby nie jej spora wiedza, to raczej nie miałaby już wokół siebie zupełnie nikogo. Nie było to szczególnie pocieszające, ale przynajmniej była tego świadoma, nie mydliła sobie oczu, wiedziała, jak to wszystko się klarowało. To powodowało, że nie rozczarowywała się tym wszystkim, nie było więc tak źle. Mogła albo się do tego przyzwyczaić, albo próbować z tym walczyć, chyba wybrała pierwszą opcję. - Ludzie są głupi. - Może nie powinna się wypowiadać w ten sposób, ale cała ta sytuacja, która działa się wokół nich nie do końca pomagała powstrzymywać się jej przed komentowaniem tego. - To znaczy, niektórzy ludzie są głupi, może to brzmi lepiej. - Próbowała się jeszcze poprawić, żeby nie było, że jest tak sceptycznie nastawiona. - Po prostu wydaje mi się, że to powinno być naturalne, co nie? Ktoś jest dla Ciebie miły, to Ty jesteś dla niego miły. Ktoś Ci pomaga, to okazujesz wdzięczność. - Wydawało jej się to być najbardziej oczywistą rzeczą na świecie, ale faktycznie świat tak nie wyglądał, niestety. Miała tego świadomość, wtedy wokół nie działoby się tyle złego, nie wykorzystywano by łatwowiernych osób, nie nadużywano by zaufania. - Tak, Ci tylko skorzystali z szansy na to, aby nieco się zabawić. Nie sądzę, żeby w ogóle wiedzieli kogo atakują, to dla nich rozrywka, zabawa, chociaż nigdy nie zrozumiem, jak można czerpać przyjemność z krzywdzenia niewinnych. - Po raz kolejny miał rację. Gdyby tamci mieli w sobie chociaż nieco ogłady, to najpewniej zakryliby swoje twarze, nie rzucaliby się w oczy, nie pozwoliliby się zidentyfikować. Nie byli jednak na tyle rozsądni, świadczyło to o ich miejscu w hierarchii świata. Zdaniem Prue nie znajdowali się zbyt wysoko na tych szczeblach. - Jeśli Ty nie wiesz, to ja nie wiem tym bardziej, w końcu Cię nie znam. - Postanowiła mu o tym przypomnieć, gdyby faktycznie udało się mężczyźnie pominąć ten fakt. Mogła zakładać różne opcje, wymyślać historie, było to jednak tylko i wyłącznie jej wyobrażenie o nim. Zresztą w oczach Bletchley daleko było mu do skurwysyna, prawdziwy skurwiel nie zainteresowałby się losem zupełnie obcej kobiety, nie pozwoliłby jej się wspiąć na swoje plecy, nie przepychałby się z nią przez tłum tylko po to, aby bezpiecznie dostarczyć ją do ministerstwa magii. W oczach Prue był raczej bohaterem, ale nie powiedziała tego w głos. - Na pewno wiesz, gdzie uderzyć, żeby zabolało. - Wydawało jej się to raczej oczywiste. Skoro wspominał o swoim doświadczeniu w obijaniu mord, to na pewno musiał zdawać sobie sprawę z tego, w jaki sposób mógł szybko i łatwo położyć przeciwnika. - Oczywiście, zawsze można nieco poprawić technikę, trafiać jeszcze bardziej dokładnie, faktycznie jeśli chodzi o to, to mogłabym Cię nieco wesprzeć, a wtedy już nikt nie miałby z Tobą szans. - Zawsze przecież mogło być lepiej, prawda? Nie miała wszak pojęcia, jak aktualnie to robił, jednak może faktycznie kilka wskazówek mogłoby mu jeszcze ułatwić sprawę, w końcu bardzo dobrze zdawała sobie sprawę, które narządy były bardziej podatne na uderzenia, mimo, że sama nigdy nie korzystała ze swojej wiedzy po to, aby zrobić komuś krzywdę, znajdowała się po drugiej strony barykady, ratowała przecież ludzi, no przynajmniej kiedyś. To mogłoby być całkiem świeże doświadczenie, które dodałoby do jej jakże interesującego życia nieco koloru. Nawet przez moment w to nie wątpiła, nie korzystała bowiem jeszcze ze swoich medycznych umiejętności w taki sposób. Byłaby to odmiana wobec tego, co robiła aktualnie. Nigdy nie rozważała tego typu współpracy, może czas najwyższy to zrobić? Nawet jeśli nie miało to większego sensu, to całkiem miło było zająć swoje myśli czymś takim, zwłaszcza, gdy świat wokół nich pochłaniał chaos, dzięki temu krzyki dochodzące ze wszystkich stron były przytłumione, skupiała się przede wszystkim na tym, co do powiedzenia miał jej ten zupełnie obcy mężczyzna. W sumie dowiadywała się o nim coraz to nowszych faktów, które wcale nie musiały być prawdziwe, a i tak wierzyła w większość tego, co miał jej do powiedzenia. - Tak, wpadasz na mnie zawsze, jak mam jakiś problem. Nie świadczy to o mnie najlepiej. - Oczywiście, że zauważyła pewną tendencję, która łączyła ich dotychczasowe spotkania. Za każdym razem znajdowała się w sytuacji, w której nie do końca sobie radziła, a przecież wcale nie była taką sierotą, na którą mu się teraz rysowała. Pozostawało wierzyć więc to, że nie będzie miał jej za takiego zupełnego ciapciaka, który nie radzi sobie z tym, co się dzieje wokół niego. - Może następnym razem, to ja wyciągnę Cię z jakichś opałów. - To byłoby całkiem ciekawym zwrotem w ich znajomości, znaleźć się w odwrotnej sytuacji, też chciałaby się mu na coś przydać. Powinna była się w końcu odwdzięczyć za to, co on dla niej zrobił. Nie wątpiła w to, że nic nie działo się bez przyczyny, tyle, że tym razem jeszcze nie wiedziała, co chciał jej powiedzieć los poprzez to, że już drugi raz skrzyżował ich drogi. Nie mogła też zakładać, że nie był to ostatni raz. Może powinna po tym jak dotrą na miejsce zapytać go chociaż o to jak ma na imię, chyba wypadałoby, zwłaszcza po tym wszystkim, co dla niej dzisiaj zrobił. - Oczywiście to nie tak, że życzę Ci, żebyś wpadł w kłopoty, ale to byłaby ciekawa odmiana. - Przynajmniej dla niej, mogłaby pokazać, że też jest w stanie się do czegoś przydać, i wcale nie jest taka bezużyteczna, ja była w tym momencie. Trochę tak się czuła, zresztą nie wątpiła, że to uczucie jest słuszne. Zajmowała jego czas, mógł aktualnie znaleźć się chociażby przy tych siostrach o których wspomniał, to im pomagać, a nie zupełnie obcej kobiecie. - Lubię pewne wybory. - Dodała jeszcze, bo faktycznie na klasyce raczej nie można było się rozczarować. Może nie było to szczególnie wyszukanym gustem, raczej takim jaki miała większość, ale nie czuła, że jest w tym coś złego. Nigdy nie uważała się za kogoś wyjątkowego. - Tak, to musiałby być pył, byłby wtedy niczym miegłka, która je otacza, ale masz rację w tym, że nie dałoby się pokryć go w całości. Tyle, że smak i tak by się przebijał, mam wrażenie, że truskawki są wystarczająco intensywne, aby mogły się wyróżnić. - Czy wydało jej się dziwne to, że znał nazwę takich skomplikowanych procesów obróbki produktów? Być może? Kto jednak mógł właściwie wiedzieć, co miał szansę zobaczyć w swoim życiu, w jakich miejscach bywał. Wspominał o tym, że nie jest stąd, tyle, czy faktycznie ktoś nieoczytany, zimny skurwysyn skupiałby się na takich rzeczach? Nie wydawało jej się. To jednak świadczyłoby o tym, że miała rację. Nie był takim zwyczajnym i prostym zawadiaką, jak wspominał. Nie zamierzała jednak jakoś szczególnie to wnikać, to nie była przecież jej sprawa, dlatego też więc pociągnęła temat, jakby nigdy nic, jakby rozmawiali o najbardziej prostym procesie z możliwych. - Nawet po tym wszystkim mogłaby nas poróżnić miłość do sera, a raczej wyrobów seropodobnych, to są bardzo poważne różnice, których nie da się zaakceptować. Na szczęście już wiemy, że to nas nie dotyczy. - Dodała jeszcze nieco rozbawiona. Nie dało się nie zauważyć, że to, że znajdowali się razem w tym piekle nieco ich do siebie zbliżyło. Takie sytuacje łączyły ludzi, nawet jeśli byli dla siebie zupełnie nieznajomi. Naprawdę doceniała jego obecność, to, że jej nie zostawił. Byłaby mu skłonna nawet wybaczyć zupełnie niezrozumiałe gusta związane z jedzeniem. Nie, żeby spodziewała się, aby faktycznie mieli się zaprzyjaźnić. To raczej nie było możliwe. Nie znali się, nie wiedzieli kim są, nie mieli pojęcia, jakimi byli ludźmi. Czy na takim fundamencie, jakim była wspólna walka o przetrwanie dałoby się wybudować przyjaźń, pewnie tak, nie sądziła jednak, by było to im pisane. Całkiem przyjemnie jednak było o tym pogdybać. - Odważny jesteś. - Miała świadomość, że takie gusta mogą spowodować ogromne kontrowersje. Hawajska? Była przecież odwiecznym powodem sporów między przyjaciółmi, sprawcą rozwodów, rozłamów najbliższych rodzin... - Jakby coś, nikomu o tym nie powiem. - Tak, zamierzała dochować tej tajemnicy. - Muszę przyznać, że to są również moje ulubione smaki. Nie ma nic wspanialszego od mięsa z owocami. Kurczak z morelami, czy brzoskwiniami, bekon ze śliwką, kaczka z jagodami... - Mogłaby wymieniać bez końca, właściwie to zrobiła się głodna, chociaż przecież nie powinna, zważając na to, że znajdowali się w samym sercu chaosu. Nie miała pojęcia, jak doszło do tego, że przypomniała sobie o tak trywialnej potrzebie jaką było jedzenie, ale stało się to właśnie w tej chwili. Szkoda, że nie będzie miała zbyt szybko szansy zjeść czegokolwiek. RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - Benjy Fenwick - 10.04.2025 Brunetka, której imienia nawet nie znałem, wydawała się dziwnie spokojna. Nie wiedziałem, jak powinienem to interpretować - czy była opanowana, czy też może znów odleciała w dysocjację. Nie znałem jej i jej tendencji, nie miałem o niej bladego pojęcia, bo kompletnie przypadkowo stałem się jej ochroną, ale obietnica została złożona - nie miało znaczenia, kim była nieznajoma, bo ja nie zwykłem rzucać słów na wiatr. Liczyło się to, że poprzysięgłem, że nie pozwolę, by ta noc zakończyła się dla niej tragicznie, i tego słowa zamierzałem dotrzymać. Mogłem nie mieć w sobie za wiele empatii, być nieprzesadnie przyjacielski, mieć bardzo giętki kręgosłup moralny, dużo różnych innych tendencji uznawanych za destrukcyjne i niepożądane, ale nie byłem niesłowny. Wiedziałem, że każda minuta w tym piekle mogła być ostatnią - dookoła nas szalał ogień, więc nie zamierzałem krztwoprzysiężyć... Zupełnie tak, jakby ten nagły przejaw heroizmu i człowieczeństwa wobec przypadkowej osoby miał zapewnić mi miejsce na górze, a nie na dole, tak w razie czego... Mhm, no, tak - jasne. Błyskawiczne redemption arc, czy coś, no raczej nie było to dla mnie, ale przynajmniej mogłem podawać, że jestem lepszym człowiekiem, niż w rzeczywistości. Zawsze coś. Krzyki, dźwięki tłuczonego szkła, huk wybuchów mieszały się z trzaskiem płonących budynków. Przechodziliśmy obok zniszczonych witryn, w których resztkach szkieł odbijały się płomienie. Powietrze przesiąknięte było dymem, a języki ognia tańczyły na dachach pobliskich budynków. Z każdą chwilą zdawało się, że świat wokół nas staje się coraz bardziej niebezpieczny. Nagle w powietrzu rozległ się ogłuszający huk, potem kolejny, następny i jeszcze jeden - te były wywołane ludzką działalnością, a nie działaniem żywiołu - niektórzy rzucali w powietrze płonące butelki, inni miotali zaklęcia, które miały na celu sianie zniszczenia, atak albo obronę przed agresorami. Z każdą chwilą chaos stawał się coraz bardziej intensywny. Czułem, jak ciało nieznajomej jeszcze bardziej się napina - nie musiałem nic robić, bo mówiła mi, że wszystko jest w porządku, zgodziła się z moimi słowami, ale nie mogłem pozwolić, by strach całkiem ją ogarnął. Musiałem rozwinąć temat, chociaż mój głos był stłumiony przez chustkę owiniętą wokół mojej twarzy. Miałem nadzieję, że mimo to usłyszy w nim stanowczość. Wiedziałem, że muszę z nią rozmawiać. Po pierwsze, żeby nie pozwolić jej skupić się na panice, która nas otaczała, a po drugie, by zminimalizować długofalowe skutki przeżycia tej nocy. Traumy i koszmary, szczególnie te na jawie pod postacią lęków prześladowczych to paskudna sprawa - coś o tym wiedziałem i nie mogłem na to pozwolić - nie w moim towarzystwie. Zbyt wiele razy widziałem, jak panika zjada ludzi - jak ich rozrywa na strzępy. Czułem, że na plecach mam nie tylko jej ciężar, ale także odpowiedzialność, której nie mogłem zrzucić. Spojrzałem na nią przez ramię, próbując dostrzec jej oczy, które mogłyby zdradzić, jak się czuje. - Szłuchaj, ja to losumiem. - Rzuciłem, nieco oschle, próbując być tak głośny, żeby mój głos przebił się ponad chaosem. Chociaż wypowiedziane słowa były szorstkie, starałem się, by brzmiały uspokajająco, ponieważ miałem wrażenie, że jej własny spokój był jedynie maską, a pod nią kryła się panika, która mogła ją zjeść żywcem. Naprawdę rozumiałem ten lęk, no, przynajmniej tak mi się wydawało - wiedziałem z praktycznego doświadczenia, że w obliczu chaosu i zagrożenia nie ma nic bardziej przerażającego niż poczucie bezsilności, a ona była bezradna. Zdana na mnie - na obcego człowieka, któremu musiała zaufać. To musiało być trudne, szczególnie, że na ogół ludzie mi nie ufali i to raczej nie bezpodstawnie. Umówmy się - czasy, kiedy mogłem być brany za misia minęły bezpowrotnie, a i wtedy mogłem mieć jakieś... Co najwyżej dwanaście lat, nie więcej. Później przeszedłem przez etap bycia szkolnym dupkiem z drużyny i bufonem z wyższej klasy w jednym. Na koniec zostając tym, kim byłem w tym momencie - osobą, którą miałem szanse pozostać do śmierci. Zwłaszcza mając na uwadze, że ta mogła nadejść nawet już tej nocy. - I... Nie, twoje obawy nie są ilacjonalne. - Zacząłem, starając się utrzymać spokojny ton, ale jednocześnie mówić głośno, mimo tego, że gardło miałem coraz bardziej zdarte od dymu. - Kaszde obawy mają szwoje podstawy, losumiem to. To, sze powiem, sze on tego nie zlobi, nic nie znaszy. Nie wiem, kim jeszt ten szłowiek, nie widziałem go, nie wiem, co w nim wywołuje twoje lęki, ale biorę je na powasznie. Tylko, sze... Nie spełnią się, pszynajmniej nie dzisiaj. Jutlo tesz nie, ani pojutsze, a póśniej pomyślimy, w posządku? Jeszli nadal usnasz je za zasadne, to będziemy szię tym pszejmowaś, m'kay? - Czułem, że moje słowa, choć trudne do wyartykułowania przez ból w gardle, miały sens. Zatrzymałem się na moment, by rozejrzeć się dookoła nas. Nigdzie nie było widać bezpiecznego przejścia. Kilka metrów dalej płonące butelki przelatywały nad głowami ludzi, a w powietrzu czuć było żar, swąd i niemal gryzącą w nos woń strachu. Ogień lizał mury kamienic, dym unosił się w górę, tworząc złowrogie chmury przysłaniające widok. Przekroczyłem zwalony fragment ściany, kilka cegieł, starając się nie zwolnić kroku, co prawie okazało się błędem, bo niemal wpadłem na kawałek płonącej belki, który znikąd wyrósł mi pod nogami. Przeskoczyłem przez niego w ostatniej chwili, czując, jak ciało kobiety lekko się przesuwa na moich plecach. Spojrzałem za siebie, by ocenić sytuację - całe szczęście, nic się nie stało. Wiedziałem, że nie mogę się zatrzymać. Musiałem dotrzeć do bezpiecznego miejsca, zanim ta noc stanie się jeszcze bardziej nieprzewidywalna. - Ofelowano mi loda, to na pewno, tak własiwie, nie zliszę, ile razy, tak, ale... Lisaka? Nie, nie wydaje mi szię. - Odpowiedziałem odruchowo, wciąż na tyle skupiony na drodze, że palnąłem to zupełnie bez zastanowienia, nie myśląc o tym, co mówię, ani nie przyswajając znaczenia moich własnych słów - na domiar wszystkiego, prawie od razu wyrzuciłem je z głowy, chociaż w innych okolicznościach prawdopodobnie, szczególnie przy tej konkretnej kobiecie, nawet mnie by to zażenowało. Był to humor niskich lotów, który nie pasował do ludzi tej klasy, ani do poziomu naszej relacji, która nie istniała, poza tą nocą i jeszcze jednym spotkaniem, ani tak właściwie to do... Niczego, poza wrażeniem troglodyty, które usiłowałem sprawiać, kiedy to wydawało mi się wygodne - bo nie teraz. Teraz zrobiłem to nieświadomie. Zaraz po moich słowach usłyszałem głośny wybuch. Mój instynkt kazał mi przytrzymać ją mocniej, nie obracać się w tamtym kierunku, tylko przyspieszyć kroku, by ominąć bokiem zbliżającą się grupę agresywnych mężczyzn, którzy rzucali płonącymi butelkami w tłum. Zobaczyłem, jak jeden z nich unosi rękę, a w jej dłoni zalśnił zapalony prowizoryczny lont. Moja prawa ręka automatycznie zsunęła się w dół i zacisnęła się na łydce kobiety, tuż obok kieszeni skórzanej kurtki - mimo tego, że zdawałem sobie sprawę z bezsensowności tego posunięcia, bo i tak nie zdążyłbym sięgnąć po różdżkę, utrzymać nieznajomej, rzucić zaklęcia i uniknąć uderzenia. Należało się wycofać - szybko przeszukałem myślami wszystkie możliwe trasy, które mogłyby nas wyprowadzić z tego piekła. Mimo, że czułem na sobie wzrok przerażonych twarzy, które mijały nas w panice, chyba oczekując wsparcia, nie mogłem pozwolić sobie na wahanie. Musiałem znaleźć inną drogę, więc zboczyłem w bok, prowadząc nas w stronę wąskiej alejki. Dokładnie w momencie, w którym zrobiłem krok w stronę ciemnej uliczki, drzwi pobliskiego sklepu otworzyły się z hukiem. W środku stał mężczyzna, wołając o pomoc - jego twarz była pokryta brudem i krwią, wymachiwał rękami, wskazując energicznie, prawie panicznie, na coś wewnątrz. Jego słowa były zniekształcone przez wszechobecny hałas. Słyszałem jak ludzie w tłumie wołają o pomoc, jak krzyczą, by ratować swoich bliskich. Odwróciłem wzrok - spojrzałem przed siebie, nie chcąc dać się ponieść emocjom. Znałem te ulice, znałem ten świat. Żyłem w nim przez długi czas, jeszcze jako inna osoba, trudno było patrzeć na to, co się dzieje, ale teraz, w obliczu ognia i zniszczenia, musiałem wykazać się zimną krwią. Wziąłem głęboki oddech, starając się nie myśleć o tym, co zostawiamy za sobą. Znałem tę nową część miasta, jak własną kieszeń, ale nigdy nie widziałem jej w takim stanie. Spróbowałem skupić się wokół jednego celu - kostnicy w ministerstwie magii. To było jedyne miejsce, gdzie mogłem zostawić moją towarzyszkę, a sam zniknąć w cieniu, i powoli się do niego zbliżaliśmy, prowadząc całkiem interesującą rozmowę do momentu, kiedy... Zamarłem - coś w jej głosie sprawiło, że poczułem, jak moje serce na moment przestaje bić. Zmrużyłem oczy, próbując się skupić. To była pułapka - wiedziałem o tym. Wciągnąłem powietrze, starając się zignorować dym, który wdzierał się w płuca. Rozmawialiśmy całkiem luźno, wydawało mi się, że potrafię być otwarty, a ona odpowiadała mi z zadziwiającym spokojem, ale te jej ostatnie słowa wytrąciły mnie z rytmu. W mojej głowie natychmiast zapaliła się lampka ostrzegawcza. Musiałem się skupić, brać na siebie ciężar tej sytuacji, ale to, co powiedziała, sprawiło, że poczułem, jak moja twarz sztywnieje, a mięśnie twardnieją i napinają się. To zdanie wywołało we mnie falę niechęci. Kłopoty - właśnie w nie wpadłem i skończyłem niosąc ją przez ten cały pierdolnik, nie potrzebowałem kolejnych. Nie zamierzałem znów przechodzić przez ten sam piekielny cykl. Pomagałem jej, bo tak mi się wydawało, że powinienem uczynić - związałem nasze losy, może w jakimś sensie szukałem odskoczni od własnych demonów. Redemption arc - co nie? Tyle, że nie byłem żadnym księciem na białym koniu, a ona nie była damą w opałach. Była po prostu kobietą, która znalazła się w złym miejscu o złym czasie, a ja byłem tym, który postanowił jej pomóc. - Słuchaj, nie myśl, że jesteś mi potrzebna. To tylko chwilowa sytuacja, ja cię tylko pocieszam. Nie wyobrażaj sobie nie wiadomo, czego. - Powiedziałem w myślach, chociaż na zewnątrz milczałem, szukając słów do wyartykułowania. Nie odpowiedziałem jej od razu, byłem na to zbyt rozsądny - jeszcze chwilę układałem sobie myśli w głowie. Nie zamierzałem jej krzywdzić, ale wiedziałem, że muszę być jasny. Nie chciałem, by miała jakieś dziwne, idealistyczne złudzenia. Te fantazje o twardzielach, którzy w końcu się otworzą i pozwolą komuś wejść do swojego serca, zawsze kończą się tym samym - zdradą, rozczarowaniem i utratą zaufania. Była jedna taka. Zostawiła mnie, potraktowała jak nieudany eksperyment, jakby każda chwila spędzona ze mną była stratą czasu. Nie potrzebowałem więcej bycia czyjąś „ciekawą odmianą”. Chciałem odpowiedzieć coś złośliwego, żeby ją utemperować, ale zamiast tego milczałem, czując, jak napięcie w moim ciele narasta. W końcu, po kilku długich chwilach milczenia, powiedziałem tylko: - Nie wydaje mi szię. - Mruknąłem, a mój głos był chłodny, niemal zniechęcony. Nie sądziłem, żeby kiedykolwiek spotkała mnie w sytuacji, w której sobie bez niej nie poradzę. Oczywiście, że poradzę - zawsze sobie radziłem. Nie potrzebowałem nikogo, kto miałby mi towarzyszyć. Wiedziałem, co robić. Wiedziałem, jak przetrwać. Tak trudno to było zauważyć? Z trudem przedzierałem się przez panikujący tłum, ale wciąż dawałem radę. W przeciwieństwie do innych - ludzie biegli w przeciwnych kierunkach, miotali się, krzycząc i szukając schronienia. Zacisnąłem zęby, a moje ramiona napięły się, gdy przestawiłem się na myślenie o tym, co muszę zrobić, by dotrzeć do celu. - Jusz jesteszmy kwita. Ocaliłaś mi kolano, dlatecho mogę cię nieść. - Dolowiedziałem lżej, starając się być rozluźniony, ale wewnątrz mnie narastała niechęć. Nie potrzebowałem jej pomocy - nie potrzebowałem nikogo, kto chciałby mnie ratować. Zawsze, gdy ktoś próbował mi pomóc, kończyło się to źle. Przypomniałem sobie, jak kilka lat temu, w podobnej sytuacji, przyjąłem wsparcie od kogoś, kto wydawał się być przyjacielem. Zaufanie, które wówczas okazałem, obróciło się przeciwko mnie. Tamta osoba nie tylko mnie zawiodła, ale i prawie zrujnowała moje życie. To nie była pomoc, to była zdrada. Od tamtej pory uznałem, że lepiej jest być samemu - z wyłączeniem jednego, jedynego współpracownika, który już nie żył. Poza nim miałem w pamięci obrazy dawnych kolegów z początkowych podróży, którzy wpadli w sidła moich problemów, tylko po to, by potem zniknęli z mojego życia. Znałem ten ból - znałem tę gorycz, jaką czuje się, gdy ktoś na siłę próbuje wyciągnąć cię z opresji, w której nawet nie jesteś, a potem odwraca się plecami do ciebie, kiedy faktycznie go potrzebujesz. Wiele razy myślałem, że ktoś mnie zrozumie, ale to zawsze kończyło się rozczarowaniem. Przełknąłem gorycz w gardle. Znałem tę grę, tę iluzję. Już wiele razy w moim życiu pojawiały się kobiety z marzeniami, które chciały mnie „uratować” - chciały być częścią mojego świata, żeby móc poczuć adrenalinę, jakby robiły coś niekoniecznie dobrego, za to niebezpiecznego, z dreszczykiem, były zafascynowane moją aurą, a ja? Byłem tylko projektem do zrealizowania. Nie potrzebowałem, żeby jakakolwiek kobieta wyciągała mnie z opałów. Nie zamierzałem być osobą, która potrzebuje wsparcia. Nie chciałem, by ktokolwiek myślał, że potrzebuję pomocy. To nie było nic nietypowego, nawet, jeśli ta konkretna kobieta miała pierścionek zaręczynowy na palcu, nikt nie mógłby jej zabronić fantazjowania. Nie zarzucałem jej tego, ale cóż... Młode panny zawsze ciągnęły do mnie, jak ćmy do ognia. Wydawałem się dla nich tajemnicą, wyzwaniem, interesującym problemem, który mogłyby rozwiązać. Fantazjowały o twardzielu, który skrywał w sobie wrażliwość. I co z tego miało wynikać? Zawód. Zawód - taki, jaki przeżyłem, gdy moja żona, ta, która miała być moim wsparciem, po prostu odeszła. Zostawiła mnie jak nieudany eksperyment, niczym wyrzutka, którego nie da się naprawić. Zamknąłem oczy na chwilę, próbując odsunąć te słowa. Zacisnąłem zęby, nie mogłem pozwolić, by ta rozmowa mnie rozproszyła. Czułem ciężar brunetki na plecach - jej ciało falowało z każdym moim krokiem, a ja starałem się iść prosto, nie myśląc o tym, że wcale jej nie znam. Czułem, że próbowała mnie zrozumieć, ale nie mogła. Nie miała pojęcia, z czym się zmagam, ani jak wiele wody upłynęło od moich ostatnich zawirowań, które raczej wykluczały chęć przyjmowania pomocy. Nie miała pojęcia, co to znaczy być w mojej skórze - jak to jest nosić na plecach ciężar nie tylko własnych wyborów, ale i wyborów innych. Jak to jest, gdy każda pomoc staje się pułapką - nawet ta teraz, moja w stosunku do niej. Nie miałem zamiaru wplątywać się w jej sprawy, a obietnica, którą złożyłem, nagle zaciążyła mi jak kamień. W głębi duszy czułem, że ta sytuacja zaczyna mnie przerastać. Nie znałem jej. Nie miałem pojęcia, co ją sprowadziło w tamto miejsce przy aptece, ani dlaczego zaoferowałem się z wsparciem. To była tylko chwila, chwila buntu przeciwko własnym zasadom. Nie chciałem tego żałować. Po prostu milczałem, czując, jak moje ramiona stają się sztywniejsze, a nogi cięższe. Zacisnąłem ramiona wokół niej, czując, jak moje mięśnie napinają się pod jej ciężarem. Przez chwilę nic nie mówiłem, próbując przetrawić to, co się stało. Nie musiałem się z nią spoufalać, ale w jakiś sposób pragnąłem, by ta chwila stała się lżejsza. Zmusiłem się do uśmiechu, przynajmniej w myślach, podejmując ten nowy temat - był zdecydowanie mniej kontrowersyjny. Zacząłem mówić, próbując zniwelować napięcie, które wisiało w powietrzu. Wiedziałem, że rozmawiamy o czymś kompletnie nieistotnym w obliczu tego, co się działo, ale czasami trzeba odsunąć na bok rzeczywistość, żeby nie zwariować. Niezła sytuacja, nie? Ale to nie pierwszy raz, gdy znalazłem się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. - Tak, tuskawki… Szą dosyć intensywne w smaku, jeśli mówimy o tych odpowiednich. - Rzuciłem, próbując przebić się przez chaos wokół nas. W moim głosie brzmiała lekkość, którą sam starałem się poczuć. - Choś to naplawdę zaleszy od ich lodzaju, gatunku i tak dalej... - Odpowiedziałem lekko, starając się, by ton mojego głosu nie zdradzał, co naprawdę myślę. W powietrzu unosił się zapach dymu i spalenizny, a krzyki ludzi z każdą chwilą stawały się coraz bardziej przytłaczające. - Osobiszcie wsiąsz wolę poszeszki, są baldziej cielpkie, mają chalaktel, ale tu zdesydowanie by nie pasowały. - Przyznałem, przystając na te truskawki w popcornie. Nie były aż takie absurdalne, chociaż temat sam w sobie taki był, zwłaszcza teraz. Wiedziałem, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, była daleka od normalności. Ogień szalał za naszymi plecami, a dym wdzierał się do płuc z każdą chwilą coraz bardziej, ale nie skupiałem się na tym nazbyt mocno, próbując nie dawać się ponieść panice. Przecież to nie była pierwsza katastrofa, w której brałem udział - w moim fachu liczyła się zimna krew. To był sposób, żeby ją zachować. - Mosze szeszywiście, to są baldzo kontlowelsyjne szplawy. - Przytaknąłem, przy czym jednocześnie zwróciłem wzrok z powrotem na otaczający nas chaos - na ludzi pędzących w panice i na dym wznoszący się ku niebu. Rozmawialiśmy o zwyczajnych, codziennych sprawach - o jedzeniu, preferencjach, które w normalnych okolicznościach mogłoby nas rozśmieszyć lub zdenerwować. Dziwne, ale to trochę pomagało oderwać się od tego, co działo się dookoła, jednocześnie nie tracąc równowagi. - Nie ma nic słego w ekspelymentowaniu, plawda? - Uśmiechnąłem się lekko, chociaż wiedziałem, że to nie był czas na żarty. Aczkolwiek to było całkiem zabawne, bo niektórzy nie mogli znieść widoku kawałka mięsa obok owocu, i reagowali na to do przesady absurdalnie, dopóki nie dali się przekonać do spróbowania tego w praktyce. W końcu, kto nie polubiłby grillowanego ananasa z wieprzowiną? Z drugiej strony... - Chosiasz szą pewne glanice, któlych nie powinno się pszekraszaś. Gaspacho s albusa i owoce mosza albo... Kiedysz plóbowałem jakiejś egsotysznej potlawy, któlą ktosz mi zaselwował. Coś s klewetkami. Nie wiem, co to było, ale nie mogłem tego sjeść. No i tu znów wlacamy do tematu połąszeń... - Zacząłem, urywając, bo nagle z moich myśli wyrwało mnie coś, co przypomniało mi o rzeczywistości. Zatrzymałem się na chwilę, starając się ocenić sytuację. Zmieniłem ton, zadając pytanie, które w końcu musiało się pojawić. - Masz może jakiś identyfikator ministerstwa? - Zapytałem, czując, jak powaga sytuacji znów wraca. Tłum w przejściu, do którego zmierzaliśmy, był gęsty, zbyt gęsty. Zmrużyłem oczy, czując, że muszę być bardziej skupiony. W tym momencie nie było już miejsca na żarty. To, co działo się wokół nas, przybierało coraz mroczniejsze oblicze. RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - Prudence Fenwick - 10.04.2025 Nie mogła sobie pozwolić na panikę. Zresztą to nigdy raczej nie leżało w jej naturze. Prudence zawsze była względnie opanowana, a przynajmniej sprawiała takie wrażenie. Nikt w końcu nie wiedział, co działo się w jej głowie. Natłok myśli, który atakował ją zupełnie znienacka skutecznie powodował jej wycofanie. Raczej nie wydawała się zbyt towarzyska, trzymała się z boku i analizowała wszystko w samotności. Nawet gdyby próbowała przekazać to co działo się w jej głowie to by nie podołała, przez to też dzieliła się głównie wnioskami do których dochodziła po dosyć długich momentach wycofania. Nie przeszkadzało jej to szczególnie, nie należała do osób, które lubiły otaczać się wianuszkiem ludzi, którzy pragnęli słuchać słów padających z ich ust. Wolała słuchać, analizować, dochodzić do swoich wniosków i odzywać się wtedy, gdy faktycznie było to konieczne. Tak było prościej. Z początku może mogła się wydawać mocno zdystansowana i oschła, gdy jednak zaczynała komuś ufać nie miała problemu z tym, aby dzielić się większą częścią informacji. Tyle, że dosyć trudno było się przebić przez ten mur, który wokół siebie tworzyła. Nie sądziła, aby większość ludzi była w stanie zrozumieć jej przypadłość, zresztą nie lubiła się tym chwalić. Nie oczekiwała litości, spoglądania na nią jak na kogoś, kto był popsuty. Już wolała to traktowanie jak dziwaka, wcale jej ono nie przeszkadzało. Nie wszyscy przecież musieli być duszą towarzystwa, pragnąć atencji. Właściwie już dawno wybrała taki los, i nie ciążył jej on jakoś szczególnie. Lubiła tą swoją samotność, przynajmniej jak do tej pory. Dzisiaj była wdzięczna za to, że ktoś zainteresował się jej losem, bo nie wątpiła w to, że mimo tego, że lubiła powtarzać, iż jest samowystarczalna, to mogłaby mieć problem z tym, aby wydostać się z tego miejsca w pojedynkę. Nawet ona miała swoje ograniczenia, najważniejsze, że zdawała sobie z tego sprawę. Nie miała pojęcia, co właściwie miała w głowie, gdy wybiegła na ulicę. Wyjątkowo, nie przemyślała tego do końca, co zdarzało się Bletchley naprawdę rzadko. Raczej nie podejmowała takich spontanicznych decyzji. Sytuacja jednak nie należała do typowych, nie miała czasu na to, aby zastanowić się nad tym, co robiła. Teraz było widać efekty tego zachowania. Związała swój los tej nocy z zupełnie obcym mężczyzną, znajdowała się na jego plecach, dawno nie zdarzyło się, aby ktoś był za nią odpowiedzialny, raczej była kowalem swojego losu. Nie wydawało jej się, aby mogła na to narzekać. Była ostrożna w tym, co robiła, może nie przesadnie, ale starała się zawsze mieć kontrolę. Tym razem było zupełnie inaczej, była zależna od kogoś innego, nieznajomego, co wcale nie było racjonalne, ale mimo to czuła się bezpieczna, nawet nie wątpiła w to, że gdyby musiała sama odnaleźć się w tym chaosie byłoby dużo gorzej. On w przeciwieństwie do niej wydawał się podążać do zamierzonego celu bez ani chwili zawahania. Kroki mężczyzny były pewne, jakby nie liczyło się nic innego niż to, by dotarli do ministerstwa. Miała świadomość, że raczej nie było mu z tym po drodze, zmienił swoje plany (o ile w ogóle podczas tego, co aktualnie działo się wokół nich można było mieć jakieś plany), tylko po to, aby odstawić ją w miejsce, w którym nie powinna stać się jej krzywda. Prue starała się nie skupiać na tym, co działo się wokół nich. Obawiała się tego, że szybko nie mogłaby pozbyć się tego widoku ze swojej głowy. Niestety jej umysł nie pozwalał jej zapominać o praktycznie niczym. Wspomnienia wracały do niej w najmniej oczekiwanych momentach. Pamięć fotograficzna, która mogła być uznawana za sporą zaletę miała swoje wady. Sama nie wiedziała, czy nie było ich więcej niż pozytywów. Rzadko kiedy jej głowa była zupełnie czysta. Atakowały ją obrazy wydarzeń z przeszłości, strony ksiąg, które przeczytała, zawsze o czymś myślała. Nigdy nie było u niej ciszy, chociaż z pozoru mogło wydawać się zupełnie inaczej. Nie bez powodu jednak była taka wycofana. Teraz również próbowała nie oglądać się za bardzo wokół. Zresztą już zobaczyła swoje. Poczuła to przeszywające spojrzenie blondynka, zapamiętała ją i coś czuła, że on również będzie pamiętał jej twarz. Nie zapomni szybko tego wzroku, nie wątpiła w to nawet przez sekundę. Być może powinna zainteresować się sprawą, opowiedzieć znajomym z ministerstwa, co widziała. Tylko, czy ktoś w ogóle się tym zainteresuje? W końcu wiele osób dzisiaj skorzystało z okazji, pokazali po której są stronie, nie sądziła, że wszyscy poniosą za to konsekwencje, bo niby jak mieliby do nich dotrzeć? To ją przerażało, że będą bezkarni chodzić między nimi, czekać na kolejną okazję, gdy będą mogli okazać swoje podejście, skrzywdzić kolejne niewinne osoby. Świat nie powinien wyglądać w ten sposób. Robiło się naprawdę niebezpiecznie i nie do końca wiedziała, co można było z tym zrobić. - Rozumiem to, że to rozumiesz. - Chyba? Przynajmniej tak się jej wydawało. Nie chciała wyjść na kogoś, kto niepotrzebnie panikował. Nie miała w zwyczaju tego robić, tak samo jak dzielić się swoimi nie do końca przemyślanymi przeczuciami. Znajdowali się jednak w środku piekła, to powodowało, że nie do końca panowała nad tym, co mówiła. Zdecydowanie była dużo bardziej emocjonalna, niż zazwyczaj, mimo, że starała się nie pokazywać tego, że, aż tak ją to poruszyło. Trudno było jednak sięgać po te pokłady spokoju, które normalnie miała w sobie. Nie miała szansy odsunąć się na bok, przemyśleć wszystkiego, odetchnąć chociaż przez chwilę. Nie łatwo jej było odnaleźć się w tej sytuacji, nie, żeby komukolwiek dzisiaj było łatwo, ale Prue musiała zupełnie odwrócić swój typowy punkt widzenia. Zaufać komuś, kogo nie znała, ona, która miała problem, aby dzielić się czymkolwiek nawet z osobami, które kojarzyła od lat. Przekroczyła dzisiaj pewną granicę, właściwie nie spodziewała się nawet tego, że może przyjść jej to tak łatwo. Jak widać wiele zależało od sytuacji, w której się znajdowała. Nie sądziła, aby to się szybko powtórzyło, miała nadzieję, że nie będzie musiała doświadczyć nigdy w życiu podobnej tragedii, chociaż skąd mogła wiedzieć, że to nie był dopiero początek? Może właśnie nastał czas ciemności, teraz tak miał wyglądać ich świat? Nie była w stanie tego przewidzieć. Wydawał się być cholernie pewny tego, że dzisiaj nie przydarzy się jej nic złego, że tamten typ jej nie odnajdzie. W sumie to mógł mieć rację, na pewno miał dzisiaj wiele ciekawszych rzeczy do robienia, niż szukanie jakiejś kobiety, która dostrzegła jego twarz. To miało sens, ale faktycznie nie mogła wiedzieć tego, że nie pojawi się u jej drzwi później. Niby nie wiedział kim była, a co jeśli kiedyś miną się na ulicy i przypomni sobie jej twarz, połączy ją z wydarzeniami tej pamiętnej nocy? Mogło zdarzyć się różnie, mógł obawiać się tego, że spotkają go konsekwencje za to, co robił. Nie miała pojęcia, co osoby jak on mają w głowie. To powodowało jej strach. - Po prostu nie wiem, co może się stać. Nie lubię nie wiedzieć, to przez to. Nie mam pojęcia, w jaki sposób się zachowa. - Starała się wytłumaczyć swój punkt widzenia. Nie chciała wyjść na histeryczkę, dlatego więc postanowiła przedstawić mu swój punkt widzenia. Nie umknęło jej to, że wspomniał, że o tym pomyślą, tyle, że to nie mogło się wydarzyć, bo przecież się nie znali. Nie spotkają się zapewne nigdy więcej, nie będzie już jego problemem. Sama będzie musiała zająć się sprawą, zresztą jak do tej pory zazwyczaj przecież ze wszystkim radziła sobie sama. Nie była w tym taka najgorsza, przynajmniej jak do tej pory. Może nie wyglądała na osobę, która jest w stanie sobie poradzić z mordercą, ale to też były tylko pozory. Prudence zdarzyło się negocjować z różnymi mętami, kiedy prowadziła negocjacje na Nokturnie, nie bała się tego jakoś szczególnie, ale teraz sytuacja rysowała się nieco inaczej. Widziała, jak tamten chłopak czerpał radość z tego, że odbierał życia niewinnym, to mogło zakończyć się dla niego bardzo nieprzyjemnymi konsekwencjami, a jak wiadomo ludzie byli w stanie zrobić wszystko dla wolności. Nie sądziła, aby z nim było inaczej, gdyby miał wybierać między Azkabanem, a zabiciem jej to decyzja byłaby bardzo prosta. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. - W porządku, to będzie problem przyszłej mnie, nie tej dzisiejszej, to też jest jakieś rozwiązanie. - Bez sensu było się na tym skupiać teraz, kiedy tamten znajdował się gdzieś daleko za nimi. Nie ruszył w pogoń, nie ścigał ich, a oni co chwilę zmieniali swoje położenie. Nieznajomy miał rację. Przyznała mu ją nawet i to bez szczególnego zawahania. Nie miewała problemu z tym, aby przytakiwać, kiedy czyjaś opinia miała więcej sensu od jej. Nie musiała usilnie przepychać swojej wizji, swoich racji. Wiedziała bowiem, że nie zawsze musi być tak, jak myśli. Miała całkiem otwarty umysł i bez problemu analizowała argumenty, które ktoś podsuwał jej przed nos. Gdy usłyszała jego kolejne słowa niemalże zakrztusiła się śliną, którą właśnie przełykała. Odkaszlnęła ją więc dość gwałtownie, nie chcąc się zakrztusić. Reakcja była dość spontaniczna jak na nią, ale nie spodziewała się chyba, aż takiej szczerości ze strony mężczyzny. - Podobna kategoria. - Lód, czy tam lizak. Tak, jasne. Próbowała jakoś wybrnąć z tego tematu, zaczerwieniła się przy tym, na szczęście nie miał szansy tego zobaczyć, bo ciągle siedziała mu na plecach, była więc bezpieczna. Nie mógł dostrzec jej zmieszania. - Cieszę się więc, że jestem pierwsza. - Tak, był to powód do dumy na tle tych innych oferowanych mu sposobów zapłaty. Może popełniła jakiś błąd? Może faktycznie dużo bardziej oczywista była ta pierwsza opcja... Mrugnęła dwa razy, dosyć szybko, bo zdecydowanie nie powinna tym teraz zajmować myśli, ale jakoś nie potrafiła ich odsunąć. To nie tak, że Prudence była przesadnie pruderyjna (mimo swojego imienia, które mogło wskazywać na coś zupełnie innego), spotykała na swojej drodze naprawdę różne osoby. Nokturn rządził się swoimi prawami, wiedziała, że może się tam spodziewać dosłownie wszystkiego, zresztą wcale nie lepiej było w Mungu, gdzie miała doświadczenia z różnymi typami, którzy dosyć często pytali ją o to, czy zostanie ich prywatną panią doktor mrugając przy tym bardzo ostentacyjnie, tyle, że w tej chwili chyba nie była przygotowana na takie żarty. Najwyraźniej jednak czuł się przy niej na tyle swobodnie, że się nie powstrzymywał, w sumie może to i lepiej. Nie powinna się chyba tym przejmować. Zresztą zupełnie bez sensu to nadal analizowała. Jej umysł jednak nawet z takiej drobnostki potrafił zrobić coś wielkiego, niby do tego przywykła, ale jednak czasem naprawdę wydawała się być zaskoczona tym, w którą stronę potrafiły ją zaprowadzić jej własne myśli. Na szczęście coś obok nich wybuchło (nie sądziła, że kiedykolwiek uzna coś takiego za pozytywne zrządzenie losu), dzięki czemu cała jej uwaga skupiła się na tym głośnym dźwięku, nie myślała już więcej o lodach, ani o lizakach, tylko znowu wróciła do tego chaosu, w którym się znajdowali. Odruchowo, po raz kolejny, gdy do jej uszu dotarł dźwięk pękającego szkła mocniej się w niego wtuliła, o ile właściwie dało się jeszcze mocniej do kogoś przylegać w takiej sytuacji. Poczuła dłoń, która zacisnęła się na jej łydce, przynajmniej miała pewność, że nie zamierzał jej puścić i nie zmienił zdania. Nadal bardzo pewnie ją utrzymywał. Bletchley starała się nie skupiać na krzykach ludzi. Wiedziała, że to nie przyniosłoby jej niczego dobrego. Ona mogła im pomóc, w końcu była lekarzem, tylko jak miałaby wybierać, kto właściwie zasługiwałby na jej interwencję, zresztą nie mogła teraz nagle zajmować się leczeniem. Nie miała przy sobie żadnych medykamentów, gdyby zsunęła się z jego pleców zachowałaby się irracjonalnie i najpewniej nie przeżyła tej nocy. Nie wątpiła bowiem w to, że to był dopiero początek tragedii. Z nieba nie przestawał sypiać się popiół, dym okrywał praktycznie całą okolicę, pożary wcale nie zmierzały ku końcowi. Wydawało jej się, że się na moment zatrzymał. Poczuła, że ciało mężczyzny się napięło. Spowodowało to, że uniosła głowę, bo nie miała pojęcia, czy coś nie pojawiło się na ich drodze, czy znaleźli się w jeszcze większym niebezpieczeństwie? Nie widziała zbyt wiele z miejsca, w którym się znajdowała, mężczyzna skutecznie oddzielał ją od tego, co działo się wokół nich, tyle, że jednak gdy wychyliła się przed siebie nie dostrzegła dosłownego zagrożenia. To musiało być coś innego. Czy powiedziała coś nie tak? Zmrużyła znowu oczy, próbując sobie ułożyć w głowie te słowa, które padły przed chwilą z jej ust. Czy mogły go tak poruszyć? Nie wydawało jej się, aby powiedziała, coś nie tak. Tak powinno się chyba zachowywać? Oko za oko, ząb za ząb, przysługa za przysługę. Nie widziała w tym niczego nadzwyczajnego. Tak została nauczona. Odwdzięczaj się tym samym co dostajesz, nie było to szczególnie skomplikowane myślenie. Bardziej pewnie chodziło jej o to, że również miała coś do zaoferowania, że nie była wcale taka bezbronna, no przynajmniej w normalnej sytuacji. Posiadała swoje umiejętności, którymi mogła się podzielić, gdyby nadarzyła się ku temu okazja. Nie znosiła wychodzić na osobę, która nie była w stanie sobie radzić z otaczającym ją światem, z niebezpieczeństwem, które od czasu do czasu przecież pojawiało się i w jej życiu. - Spoko. - Skoro mu się nie wydawało. To nie miała zamiaru się narzucać ze sobą i ze swoją pomocą. Zresztą była to tylko i wyłącznie hipotetyczna sytuacja, która miała się raczej nigdy nie wydarzyć. Nie zamierzała usiłować przepychać swojej propozycji, może go w jakiś sposób uraziła? Naprawdę starała się być całkiem przystępnym człowiekiem, przynajmniej tego wieczoru, ale jak widać nie wychodziło jej tak doskonale, jakby mogło. Nie czuła urazy, wiedziała, że są osoby, które nie potrafiły przyjmować pomocy, może był jedną z tych osób? Zresztą nie miała pojęcia kim był, nie wiedziała o nim praktycznie niczego, nie mogła zakładać co go ukształtowało. To nie był przecież odpowiedni moment na takie rozmyślenia. - Jasne, czyli jestem Ci winna już tylko i wyłącznie tego porzeczkowego lizaka, wtedy będziemy w pełni kwita. - Oczywiście, że nie mogła zapomnieć o najważniejszej części ich umowy, transakcji, jak zwał tak zwał. Próbowała nieco wrócić do tej lekkiej atmosfery, która towarzyszyła im jeszcze przed chwilą, bo zdecydowanie wtedy łatwiej było przetrwać to, co działo się wokół nich. Na szczęście jakoś udało im się wrócić do tej rozmowy, która powodowała, że nie myślała o tym, że znajdują się w samym sercu pożarów, że w każdym momencie właściwie może coś na nich spaść i zakończyć ich żywot. Naprawdę pogawędka o niczym, pomagała jakoś oderwać się od tego, co działo się wokół. - Tak, gatunek musiałby być odpowiedni, może Ostara, albo Joly, Ostara jest nieco bardziej kwaśna w smaku, ma w sobie coś z poziomek, ale Joly jest słodsza, wszystko zależy od efektu końcowego. - Bletchley była prawdziwą specjalistką od truskawek, bo był to jej ulubiony owoc, nie skomentowała tego, że zdaniem mężczyzny to porzeczki miały charakter, bo najwyraźniej właśnie zamierzał obrazić jej ulubione owoce na rzecz porzeczek, pfff, może nie miał szansy spróbować najlepszych z truskawek, gdyby tak było na pewno nie sugerowałby wyższości porzeczek nad truskawkami. - Czerwone, czarne, białe? Porzeczka porzeczce nie równa. - Wolała zweryfikować informacje i upewnić się, które ma na myśli. Musiała wiedzieć z czym może zdarzyć jej się walczyć, a gotowa była bronić swoich ukochanych truskawek. Sama ta konwersacja była naprawdę mocno odrealniona, bo dyskutowali sobie o popcornie podczas prawdziwego chaosu, który pochłaniał miasto, jednak rozmowa miała jakiś sens, może doszli do tego, co warto zmienić w wytwarzaniu przekąsek, nie, żeby sądziła, że miało to jakiekolwiek znaczenie, ale kto wie? - Nie powinno być, czasem eksperymenty mogą prowadzić do naprawdę ciekawych wniosków, gdyby nie one, to pewnie dalej mieszkalibyśmy w lepiankach, czy coś. - Postęp łączył się z eksperymentami, Prudence była naukowcem, więc nie widziała nic złego w ewaluowaniu, zdawała sobie sprawę, że nie brało to się z powietrza, ktoś musiał próbować tworzyć coś, czego jeszcze nie było, nawet jeśli chodziło o nowe połączenia smakowe, o których teraz tak zaciekle rozmawiali. - Nie wszystkie eksperymenty wiążą się z sukcesem. - Tak, miał rację, że wypadało mieć jakieś granice, na pewno jeśli chodzi o jedzenie. - Ale warto docenić kreatywność? Nawet jeśli nic z tego nie wyszło, przynajmniej tak mi się wydaje. - Uczono się na błędach, dzięki temu docierało do nich, że niektóre połączenia nie miały racji bytu, chociaż mogło to być niby oczywiste, ale nie zawsze obchodziło się bez prób. Nie miała pojęcia, jak długo przemierzali razem okolicę. Minęło już na pewno sporo czasu, nie wątpiła w to. Przeszli też dosyć sporo, do rzeczywistości przywróciło ją kolejne pytanie, które zadał. Ponownie rozejrzała się wokół i dotarło do niej, że byli coraz bliżej celu. Faktycznie spełnił swoją obietnicę, doprowadził ją już praktycznie do tej nieszczęsnej kostnicy. - Mam. - Powiedziała, po czym jednak oderwała jedną rękę od jego ciała, aby dotknąć swojej kurtki, właściwie to wewnętrznej kieszeni, faktycznie jak zawsze wszystko było na swoim miejscu, wtedy również dotarło do niej, że jej szczur nadal słodko sobie spał przytulony do jej ciała, najwyraźniej przegapił całą imprezę. Nie miała pojęcia, jak mogła o nim zapomnieć, ale faktycznie przez to, że świat płonął tak się stało. Dość szybko ponownie złapała go drugą ręką, bo poczuła, że nieco się przechyliła, nie chciałaby teraz, tuż przed ich celem spaść na ziemię, bo to byłoby dopiero okropne zakończenie tej wspólnej podróży, jaką odbyli. Koniec sesji
|