Secrets of London
[09.09.1972] Throw Away Your Books, Rally in the Streets - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [09.09.1972] Throw Away Your Books, Rally in the Streets (/showthread.php?tid=4695)

Strony: 1 2


RE: [09.09.1972] Throw Away Your Books, Rally in the Streets - Scylla Greyback - 25.05.2025

Scylla nie wierzyła w przypadek, choć równie mocno nie ufała przeznaczeniu. Przeszłość nauczyła ją, że jedno i drugie często kłamie, przebrane w maskę znaczeń, które łatwo nadinterpretować, jeśli ma się wystarczająco silne pragnienie, by odnaleźć sens tam, gdzie nie powinno go być. A jednak wizja, która nawiedziła ją pewnej nocy - sen, omen, niepokojąca scena, w której nie było żadnych świadków, a mimo to pozostała w niej ciężarem - nie dawała spokoju. Zakrwawione dłonie, gęste, duszne powietrze, które nie wypełniało już płuc, i to jedyne, niemożliwe do pomylenia uczucie: jakby coś z jej ciała się wyślizgiwało, bezgłośnie, bez oporu, tak naturalnie, jak oddycha się przez całe życie - do momentu, w którym nie można już zaczerpnąć oddechu.

Nie znała szczegółów. Nie widziała własnej twarzy, nie wiedziała, gdzie była ani z czyjej ręki - jeśli w ogóle z czyjejkolwiek - przyszła jej śmierć. Ale czuła, że nie była to wizja symboliczna. Nie nosiła w sobie moralnego przesłania, nie mówiła o winie ani karze. Była czystą, organiczną rzeczywistością zakończenia. I to przerażało ją bardziej niż jakiekolwiek pytanie o życie po śmierci.

A mimo to tamta wizja, tamta niemoc, nie wywołała w niej tak głębokiego niepokoju, jak to, co zobaczyła teraz.

Widziała, jak Alexander się prostuje, jak nagle zastyga, jakby coś gwałtownie i nienaturalnie szarpnęło jego ciałem od wewnątrz. Nie było to zwykłe zakłócenie równowagi, ani nawet fizyczny ból, który można by zrzucić na barki osłabienia czy urazu. To było coś, co przenikało, a nie uderzało. Jakby przez moment nie należał już do siebie.
Niczym spłoszone zwierzę zwróciła głowę w tym samym kierunku, gdzie utknęło spojrzenie mężczyzny - ruch był na tyle nienaturalny i automatyczny, że równie dobrze to niewidzialne ręce mogły próbować skręcić Scylli kark. Napotkała wzrokiem kobietę, która szybko czmychnęła, ale w umyśle Greybackówny wręcz wypalił się obraz jej czerwonych oczu. Same w sobie były niecodzienne, a jeszcze wybijały się na tle kruczoczarnych włosów.

Zanim zdołała cokolwiek zrobić, nim rozważyła sensowną reakcję, jego dłonie zacisnęły się na jej ramionach - nie w geście agresji, lecz konieczności, jakby tylko w ten sposób mógł utrzymać się przy czymś realnym. Tym samym gwałtownym ruchem głowy znów zwróciła ku niemu swą uwagę; jego wzrok przeszedł przez nią, nie zatrzymując się na oczach ani twarzy, ale padając gdzieś głębiej, jakby znał ją poza kształtem i ciałem, jakby mówił do tego, co ukryte pod skórą.

To nie ta, która się urodziła, tkwi w ciele, lecz ta nigdy nienarodzona, powiedział, a jego głos, chociaż wciąż był jego głosem, brzmiał jak coś wypowiadanego przez kogoś innego. Nie mogła się powstrzymać i znowu zerknęła tam, gdzie niegdyś stała tajemnicza kobieta, choć doskonale wiedziała, że nie uświadczy już tam jej widoku.
Nie wyrwała się, chociaż mogła. Nie próbowała przerwać tej dziwnej tyrady, choć każda sylaba zdawała się rozcinać ją od środka. Poczuła znajome napięcie w karku, to samo, które towarzyszyło jej tamtej nocy, gdy śniła o śmierci. Tylko tym razem nie chodziło o nią.

W dzień pamięci dziedziców miał zapłonąć herb na cmentarzu. Uśmiechnęła się blado, bo ucieszyła ją prozaiczna prostota przepowiedni, choć jeden pewnik w całej wiązance sekretów. Nie zdążyła zmienić wyrazu twarzy, gdy Alexander wyrwał się ze stuporu.
- Właśnie wieszczyłeś - objawiła mu, gdy tylko zauważyła na powrót znaki życia w jego oczach. Nie miała zamiaru wmawiać mu, że miał zwyczajną zapaść, bo gdy sama miewała takie epizody, nie znosiła być po fakcie okłamywana. Nawet z grzeczności. - Na widok czerwonookiej kobiety. Znasz kogoś takiego? - Przechyliła głowę z ciekawością, licząc, że może da się połączyć kropki zawczasu. - I wspominałeś o pewnym miejscu... Gdzieś, gdzie ma dojść do kulminacji przepowiedni. Chętnie powiem ci więcej, ale musisz obiecać, że mnie ze sobą zabierzesz - oznajmiła, z zacięciem początkującego szantażysty. Już wcześniej pokazał swoje prawdziwe kolory, okazał się kłamcą i obłudnikiem, więc nie czuła obowiązku bycia szczerą wobec niego. Poza tym wypowiedział jej tę wizję w twarz - skoro była jedynym odbiorcą, to jej się też trochę tej intrygi od życia należało.


RE: [09.09.1972] Throw Away Your Books, Rally in the Streets - Alexander Mulciber - 26.05.2025

Przyszłość rozpychała jego żyły, z których wynaczyniała się przepowiednia, pozostawiając po sobie krwawą wybroczynę niepamięci. Czuł, jak coś innego przejmuje kontrolę nad jego ciałem. Coś starszego od niego samego. Coś potężniejszego. Cień spowił jego twarz, skrytą pod maską, kiedy straszliwym szeptem zaczął sączyć słowa profecji przez zaciśnięte zęby. Coś wypalało mu gardło od środka, jakby mówił ogniem, a nie słowami. Wciąż pozostawał na tyle nawykłym do tych wrażeń, że nie nie stracił przytomności, nie zasłabł: zdołał utrzymać się na nogach, choć musiał w tym celu oprzeć się o osmoloną ścianę. Zdał sobie sprawę, że nie pamięta, co zobaczył w płomieniu swej wizji. Alexander zacisnął zęby, czując znajome, piekące uczucie w gardle, jakby wciągnął dym prosto do płuc: nagły ucisk w klatce piersiowej zdawał się rozrywać żebra od środka. Przez lata nauczył się tłumić te sensacje na tyle, by nad nimi zapanować. Zatoczył się, zanosząc się kaszlem, który zgasł jednak, gdy zasłonił twarz ramieniem. Nie upadł tylko dlatego, że w ostatniej chwili podtrzymał się muru. Wolną rękę wsunął do kieszeni płaszcza, gdzie zamiast różdżki, odnalazł pomiętą kartkę. Zamrugał gwałtownie. Wcisnął tam wcześniej, gdy stali jeszcze przy płonącym stosie ksiąg, przypatrując się płomieniom. Przesunął po zadrukowanym papierze opuszkami palców, nie był jednak w stanie niczego przeczytać, odróżnić zlewających się ze sobą wyrazów. Tekst rozmywał mu się przed oczami. Wszystko falowało, choć nie jak tafla wody, ale jak powietrze nad dogasającym płomieniem, jak popiół wirujacy nad pogorzelskiem. Prędzej czy później, każdy prorok kończy tak samo, pomyślał Alexander. Krztusi się popiołem, podczas gdy jego własne wizje pochłaniaią go jak płomienie.

Niegdyś tak trudno było mu znieść świadomość, że nieważne, co zrobi, nie zmieni niczego w perspektywie przyszłości. Zamierzał jednak umrzeć próbując, i ta myśl zmieniała wszystko, dla niego. Nawet wtedy, gdy wiedział, że nie jest w stanie oprzeć się wyrokom losu, nie potrafił przestać się opierać. Wiedział, co się wydarzy, jakby wyczytał to z ksiąg sybillińskich, wiedział też, że niczego nie może zmienić, ale mimo wszystko, próbował, jak gdyby w książce, czytanej wciąż na nowo i na nowo, miało na niego tym razem czekać inne zakończenie.

Teraz już wiedział, że nie będzie innego zakończenia. Nie mogło być innego zakończenia.

Nie było innego zakończenia.

Wyciągnął w stronę stojącej obok dziewczyny pomiętą stronnicę Hrabiego Monte Christo, gwałtem oderwaną od grzbietu książki. Była pognieciona, nadpalona w tych kilku miejscach, w których na białe kartki spadły wciąż tlące się odpryski bijącego od ogniska żaru. Znaczyły ją ślady popiołu i jego palców. Znaczyła ją krew. Przesiąkła przez materiał jego rękawicy, przez prowizoryczny opatrunek na ramieniu, ale Alexander nie dbał już o to, że ma na dłoniach krew. Zacisnął palce Scylli na stronnicy wyrwanej ze środka historii o hrabim, zamykając jej dłoń w swojej dłoni. Na dłużej, jak gdyby wręczał jej coś cennego. Jak gdyby sprawdzał, czy świat nie rozpadnie się, jeśli tylko ten gest potrwa wystarczająco długo.

Imiona są jak przepowiednie. Nie my je sobie wybieramy. Zostają nam dane – wyszeptał chrapliwie. Mężczyzna bez imienia, bez korzeni, który sam siebie musiał budować z legend, bo jego tożsamość dawno została wypalona ogniem. – Daj mi moją przepowiednię, a ja dam ci swoje imię tak, jak daje się obietnicę.

Odsunął od siebie delikatnie dłoń dziewczyny, puściwszy ją wtedy dopiero, gdy zaciśnięta pięść znalazła tuż przy jej piersi – jak gdyby miała zamknąć jego słowa w swoim sercu. Zostało już tak niewielu tych, którzy wciąż mieli serca. Jeszcze mniej tych, którzy pamiętali, że wciąż je jeszcze mają.

Alexander. Mów mi Alexander.




RE: [09.09.1972] Throw Away Your Books, Rally in the Streets - Scylla Greyback - 26.05.2025

Scylla nie poruszyła się, choć miała wrażenie, że świat wokół niej lekko się zachwiał - nie fizycznie, nie tak, jakby ziemia usunęła się spod stóp, ale jakby coś głęboko w niej samej zostało przesunięte, wypchnięte z dotychczasowego porządku. Alexander, który przed momentem zdawał się być tylko naczyniem dla czegoś większego, starszego, obcego, teraz znowu był człowiekiem. Albo może udawał go lepiej niż wcześniej.

Jej wzrok opadł na zmiętą kartkę w zamkniętej dłoni. Jeszcze czuła ciepło jego dłoni na własnych ramionach, jak pieczęć złożona na pergaminie, jak świadectwo czegoś, czego jeszcze nie zdążyła nazwać. W milczeniu przesunęła kciukiem po nadpalonym brzegu, ścierając z papieru drobinki popiołu, jakby w ten sposób mogła odsłonić więcej niż tylko literacką treść. To, co miała przed sobą, nie było już tylko fragmentem książki. Było gestem. Zawieszoną na granicy milczenia obietnicą.

Kolejnym darem było imię. Alexander. Nie podane mimochodem, nie rzucone dla formy, nie wypowiedziane przez kogoś innego. Ofiarowane. W jego ustach zabrzmiało jak coś, co dopiero teraz nabrało znaczenia - nie jako szyld, ale jako symbol istnienia. A może jako ostatnia linia obrony przed czymś nieuniknionym.

Uniosła na niego spojrzenie. Głębokie, uważne, mroczne w sposób, który nie szukał w jego oczach odbicia własnych emocji, ale raczej przebłysku prawdy - tej prawdy, która zwykle ukrywa się pod językiem, w napięciu mięśni twarzy, w drgnięciu powieki, w sposobie, w jaki człowiek oddycha, gdy nie wie, czy jeszcze żyje, czy już tylko trwa.

- Doceniam gest - odezwała się po chwili zwyczajowego milczenia. Scylla zawieszała ciszę przed każdą odpowiedzią, wyraźnie będąc osobą, która niezwykle ostrożnie dobiera słowa. Nie rzucała ich na wiatr, nie wypowiadała kłamstwa na darmo. Mówiła tak, jakby za każde kolejne słowo miałaby być pewnego dnia rozliczona. - Niemniej nie mogę liczyć, że wykrzyczę twoje imię w ciemną noc i zmaterializujesz się z cienia oraz ułudy. - Zmarszczyła brwi, znowu cichnąc, ale nie wyglądając, jakby skończyła mówić. Tym razem milczała, aby dać Alexandrowi czas na zrozumienie. Musiał zdać sobie sprawę, że choć wiedziała, kiedy wyjawiał prawdę, nadal w jej oczach pozostawał kłamcą. - Czy prócz twojego imienia mogłabym prosić o coś jeszcze, abym zasnęła spokojnie wiedząc, że obietnica, nawet jeśli niespełniona, nie pozostanie bez pokrycia? - Przechyliła głowę, czując uderzenie adrenaliny w uszach i szyi związane z popychaniem pewnej granicy. Czy to już był szantaż, czy jeszcze tylko manipulacja? A może zwyczajne targowanie się, które skończy się dla niej fiaskiem?

A może usłuchała wreszcie Louvaina i zaczęła iść po swoje?

- Chcę kropli twojej krwi. Nic więcej. - Wydusiła wreszcie, ciesząc się, że ma na sobie maskę. Nie była pewna, jak źle teraz musiała wyglądać, skoro czuła się, jak ryba wyjęta z wody. - Wybacz mi, ale wydajesz się być osobą, która musi być stanowczo trzymana za słowo. - Wyjaśniła, choć na tyle enigmatycznie, że równie dobrze mogła nie powiedzieć nic. Choć w tym momencie dla Alexandra ta prośba mogła nie mieć sensu, prędzej czy później zrozumie, że to najmniej szkodliwy cyrograf, jaki mu przyjdzie podpisać.


RE: [09.09.1972] Throw Away Your Books, Rally in the Streets - Alexander Mulciber - 26.05.2025

Alexander przyglądał się Scylli z powagą przemieszaną z pobłażaniem. Przypominała mu małe, przestraszone zwierzątko, które mógłby zamknąć w dłoniach; nie po to, aby je skrzywdzić, lecz po to, aby poczuć, jak bicie jego serduszka uspokaja się pod ich statecznym dotykiem. Czy to on ją przestraszył, czy jego przepowiednia? Co za różnica, pomyślał, pozwalając wybrzmieć ciszy, która zapadła między nimi – między jednym uderzeniem serca, a drugim – póki nie wysłuchali jej echa.

Było coś rozczulającego w tym, że prosiła broczącego krwią człowieka o kroplę krwi.
W tym, że prosiła. W tym, że prosiła tylko o kroplę.
W tym jak próbowała mu się przeciwstawiać i jak stawiała żądania, starając się o swoje, ale jednocześnie nie potrafiła pozbyć się prośby z głosu i spojrzenia.
W tym że wciąż, przerażona, opierała się przed tym, co jego nie przejmowało niczym więcej jak obojętnością, bo Alexander przestał się opierać.

Ona nie chciała więcej niż tylko kropli krwi. On nurzał w niej dłonie, jak gdyby dokonywał ablucji.

Wcześniej jego opór był heroiczny, nawet jeśli wydawał się daremny. Ale w tym świecie nie było miejsca dla herosów. Herosi żyli tylko na kartach mitologicznych opowieści. Opierali się bogom, choć nigdy po to, aby zwyciężyć, bo jaki człowiek mógłby zwyciężyć z bogiem? Opierali się po to, aby zostać przez swych bogów zapamiętanymi.
Zwycięstwo było niczym, gdy do zbawienia i do potępienia zawsze prowadziła ta sama droga. Przez opór, zawsze przez opór... Ale on już przestał się opierać. Przestał walczyć z przeznaczeniem, choć walczył z nim przez całe swoje życie.
Zastanawiał się, czy to akt odwagi, czy tchórzostwa. Zastanawiał się też, gdzie się podział młodzieniec, który prędzej pozwoliłby się spalić, wkraczając między płomienie, niż przyznał do przegranej z pokorą. Tamten młodzieniec chciał stać się herosem, ale gdzieś po drodze stracił swój heroizm, stając się tym, czego niegdyś nienawidził. Prorokiem, który biernie akceptował wyroki przeznaczenia, nie próbując się od nich odwoływać, jak gdyby jego przepowiednie nie były jedynie wskazówkami, a prawem. Czy jego akceptacja była wyrazem kapitulacji, czy zrozumienia?

W starych judeochrześcijańskich przekazach czytał o człowieku, który walczył z bogiem objawionym pod postacią anioła. W walce wywinięto mu biodro, a mimo to, nie wypuścił boga z rąk. Nie dopóki ten mu nie pobłogosławił, nadając nowe imię. "Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael", powiedział anioł, "bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś". Ile mogło znaczyć imię? Wszystko, pomyślał Alexander. Absolutnie nic. Jakub nie walczył ze swym bogiem po to, aby z nim zwyciężyć. Walczył o to, aby zostać przez niego uznanym. A potem umrzeć.

Umarł Jakub. Umarł jako człowiek, aby mógł powstać jako prorok. Kiedy i ja umarłem?, zastanawiał się Alexander, ucisnąwszy dłonią prowizoryczny opatrunek na ramieniu, przez który powoli przeciekała krew. Czy wtedy, kiedy przywdziałem tę maskę i płaszcz? Kiedy pierwszy raz zabiłem w jego imię? Czy to był tylko ten moment, czy umierał powoli, przez te wszystkie lata?

Alexander uniósł dłoń. Bez słowa pomazał krwią jej maskę. Naznaczył ją jak zbrodniarkę. Namaścił jak następczynię. Nie świętymi olejami, lecz własną krwią.

Mów. – powiedział cicho, prosząc o powtórzenie przepowiedni.

Mógł nadać jej imię. Widział, jakie zdecydowałaby się wybrać w jednej ze swych przyszłości, gdyby przyklękła przed Czarnym Panem. Imiona mają moc, pomyślał Alexander, opuszczając powoli pokrwawioną dłoń, a jednak milczał, choć jej imię wiło mu się na języku, wołając o bycie wypowiedzianym. Milczał, bo milczeniem zawsze wyrażał więcej niż słowami. Nie wypowiedział wybranego dla niej imienia. Nie była na nie gotowa. Nie była dla niego wystarczająco ważna, aby jej to imię nadał.
Jeszcze nie.


RE: [09.09.1972] Throw Away Your Books, Rally in the Streets - Scylla Greyback - 26.05.2025

Kiedy jego krew dotknęła jej maski, Scylla nie odsunęła się nawet na ułamek oddechu. W milczeniu przyjęła znak, nie jak świętość, lecz jak coś o wiele starszego i cięższego - jak pradawna więź, która nie zaczęła się dzisiaj i nie zakończy się, dopóki  któreś z nich nie wyzionie ducha.
Nie był to akt pokory. Ani wdzięczności. Była to akceptacja tego, co zawsze było nieuniknione.

Zdjęła rękawicę z prawej dłoni i uniosła palce, przejeżdżając nimi po masce. Tylko na moment spojrzała na umorusane opuszki. 
Krew.
Nie trzeba jej było wiele, poprosiła tylko o kroplę. Jedną. Nie dlatego, że była słaba, ani dlatego, że bała się poprosić o więcej.
Ale dlatego, że to wystarczało.

Bo wystarczyło, by raz poczuć smak - gorycz miedzi, ciepło życia i coś jeszcze, co istniało ponad biologicznym odruchem - by raz zasmakować przynależności, aby Greybackowie mogli już zawsze znaleźć właściciela tej krwi.
Znać jego drogę. Wyczuć jego obecność.
Podążać za nią, jak głodne wilki przez śniegi.

Zdjęła rękawicę z prawej dłoni i uniosła palce, przejeżdżając nimi po masce. Tylko na moment spojrzała na pokryte krwią opuszki, zanim lekko uniosła spód maski i wręcz ucałowała je z czcią. Niczym łania chłepcząca łyk wody ze strumienia nim spostrzeże rozpędzoną w swym kierunku strzałę.

Scylla nie potrzebowała rytuału, by wiedzieć, że coś się w niej zmieniło. Krew Alexandera była jak klucz, który otworzył zamek głęboko w niej - ten, do którego nie miała wcześniej odwagi się zbliżyć.
Nie było tam objawienia; był głód. I odwieczna pustka, której nie zaspokoi nawet boska ambrozja.

Nie spojrzała mu w oczy. Nie musiała. Już i tak widział w niej więcej, niż chciała. A jednak teraz, pośród zgliszcz i milczenia, w którym umierały wszystkie jej opory, wiedziała, że musi mówić.
Nie dla niego. Nie dla siebie. Ale dla tej, której nikt nie dał głosu.

Gdy więc przemówiła, jej głos był równy i chłodny. Jakby powtarzała coś zasłyszanego w śnie, szeptanego przez korzenie drzew, przez wilgotną ziemię i groby, które już dawno zapomniały imiona swoich martwych.

- To nie ta, która się urodziła, tkwi w ciele, lecz ta nigdy nienarodzona, ta, której nigdy nie nazwano. - Cytowała słowa, które uleciały z jego ust, ale nie należały do niego. Zastanawiała się, jak Alexander musi się czuć, ale nie sądziła, że chciałby jej to wyjawić. - Bliźniaczkę wykreślili za nic. - Dodała naprędce, przypominając sobie o istotnej części. Znów zamilkła, tym razem postępując kilka kroków na bok, ewidentnie potrzebując odrobiny ruchu, aby móc się w pełni zastanowić. - W dzień pamięci dziedziców jeden z herbów na starym cmentarzu zapłonie i ten, kto wytęży słuch, pozna prawdę, jeżeli... - urwała, aby nawiązać z mężczyzną kontakt wzrokowy - ...jeżeli nikt nie utnie jej języka.

Kiedy skończyła, obserwowała go bacznie, czekając na jakąś reakcję. Komentarz. Cokolwiek tak naprawdę, bo choć wiedziała, że nie ma wpływu na dalszy bieg zdarzeń, nie mogła wyzbyć się ludzkiej ciekawości. Chciała wiedzieć, co dalej. Zobaczyć na własne, fizyczne oczy, a nie tylko poprzez meandry mgły i niedopowiedzeń, na które pozwalało to trzecie.
- I była tu też kobieta. Krwistooka. Miała kruczoczarne włosy. Ona tę wizję ci przyniosła - przypomniała, bo nadal nie odpowiedział, czy zna kogoś takiego. Niecierpliwiła się, ale maska skrywała jej zmarszczone brwi. Jedynie przestąpiła z nogi na nogę, jak czekające w kolejce po cukierki dziecko.


RE: [09.09.1972] Throw Away Your Books, Rally in the Streets - Alexander Mulciber - 27.05.2025

Patrząc na krew, perlącą się na palcach Scylli przypomniał sobie słowa, które sam nie tak dawno skierował do Morpheusa, pochłoniętego studiami nad obrzędami starożytnych Greków. "Gdy Persefona zeszła do Podziemia... Czy to ważne, czy sama sięgnęła po owoc, czy została zmuszona?", pytał wówczas, pokręciwszy głową ze znużeniem. "Czy to sok granatu zrosił jej wargi, czy krew jej uda?"

Teraz nie kręcił już głową. Teraz tylko patrzył jak kobieta oblizuje palce, podniósłszy je wcześniej do spierzchniętych od gorąca ust. "Tyle wersji tej samej opowieści", mówił. "Każda jest prawdziwa, żadna z nich nie jest prawdziwa." Teraz już wiedział, że się nie pomylił, mówiąc, że wszystkie wersje tej opowieści łączy jedno: to, że opowiadają o przemianie. "Obcując z bogiem, nie możesz odejść niezmieniony. Prawdziwa boskość powinna odcisnąć na człowieku piętno."

Wciąż czuł ogień w piersi, posmak spalenizny na języku. Wciąż czuł jak drży mu serce, jak drżą dłonie. Czy poczuł się przemieniony? Powiódł wzrokiem po odsłoniętej skórze Scylli, jak gdyby pragnął dotknąć ją opuszkami palców, sprawdzić, czy jest prawdziwa, choć nie podniósł nawet dłoni. Nie, byli ponad to. Gdy recytowała mu jego własną przepowiednię, rył każde jej słowo w swej pamięci, jak gdyby nie miał dostępu do sali przepowiedni, w której zamknięte było wszystko, co kiedykolwiek powiedziano, i co było warte powiedzenia. Jak gdyby nie mógł po prostu przenieść się tam po przejściu pożarów, i podnieść szklanej kuli, podpisanej jego imieniem i nazwiskiem. Jak gdyby potrzebował jej, by poznać prawdę. Nie. Nie do tego jej potrzebował. Potrzebował kogoś, kto będzie mu świadkiem. Kogoś, kto doświadcza świata tak samo, jak doświadczał go on. Potrzebował kogoś, kto przed nim samym potwierdzi jego słowa. Kogoś, kto doświadczy jego

Zmarszczył mimowolnie brwi, zaskoczony, gdy padły ostatnie ze słów przepowiedni. "Ten, kto wytęży słuch, pozna prawdę, jeżeli nikt nie utnie jej języka".

Zaiste, pomyślał Alexander, przeznaczenie ma niezrównane poczucie humoru.

Po chwili zastanowienia, pokręcił powoli głową, przecząco odpowiadając na pytanie, jakie postawiła przed nim kobieta.

Więc wieszczyłem... Pamiętam, że ktoś powiedział mi, że najlepiej wieszczy się pośród ziem, po których chodzili kiedyś bogowie – podzielił się z kobietą przemyśleniem, które uważał za naiwne, ale niepozbawione pewnego uroku. – Wyśmiałem go wtedy. Nie jestem religijnym człowiekiem. Nigdy nim nie byłem. – Nie wierzył w bogów, a jeszcze mniej wierzył w ludzi. – A jednak, widywałem takie przedstawienia bóstw, od których skóra cierpła mi na ramionach. Sploty czarnych włosów wijących się jak węże. Wściekle przekrwione oczy, o białkówkach wysyconych czerwienią. Nie widziałem nigdy kobiety, która by tak wyglądała. Widziałem natomiast płomienną Hekate, dzierżącą pochodnie przeznaczenia i Morrigan, otuloną skrzydłami kruków. Widziałem Ereszkigal wznoszącą się jak dym nad stosami usypanymi z ciał jej wyznawców. Być może właśnie objawiła nam się bogini Kali w swym niszczącym aspekcie. Czarna Sara la Kali, bogini destrukcji i kreacji, bogini zniszczenia i odrodzenia. – Widział jej obrazy na ołtarzyku swojej matki, obrazy hinduskiej bogini o chrześcijańskim imieniu, którą czcili Romowie. Selina przywiozła swoją boginię z francuskich rozdroży, gdzie przyszła na świat, przywiozła ją z Saintes-Maries-de-la-Mer, o którego pamięci nigdy nie porzuciła. Alexander zastanawiał się, czy bogini kiedykolwiek odpowiedziała na jej modlitwy, zanim matka pogrążyła się w szaleństwie. Zastanawiał się, czy odpowiedziałaby na jego modlitwy, gdyby jeszcze umiał się modlić. – A może była to po prostu jakaś wampirzyca na głodzie – dodał, nie odrywając wzroku od stojącej przed nim kobiety, choć to nie czerwieni szukał w jej oczach. – Może wszystko zależy od tego czy wierzysz, że bogowie chadzają pośród ludzi, czy nie.

Wzruszył ramionami.

Nie powinniśmy się zatrzymywać – dodał, powiódłszy wokół spojrzeniem. Dopiero teraz zdołał oderwać oczy od oczu Scylli. – Zaklęcie zaczyna słabnąć. Znasz Ataraxię? Zakład spirytystyczny na Nokturnie? Jest bezpieczny. Stamtąd będziesz mogła się ewakuować razem z resztą. A ja – zawiesił na chwilę głos, jak gdyby musiał zastanowić się nad swoimi słowami – ja zawsze jestem w pobliżu.

Przecież to on nałożył na zakład Ambrosii zasłonę dymną. Ochronił Ataraxię przed pożarami tylko po to, by ten przeklęty, po stokroć przeklęty pomiot Lestrange'ów rozminął się z nim w jej drzwiach, jak gdyby odwiedzali tę samą prostytutkę, a nie kobietę, za którą Alexander gotów był położyć życie. Ale nie było ważne, jak wiele gotów był oddać, aby ją ochronić. Nieważne, czy byłaby to tylko kropla krwi, czy musiałby przelać tej krwi tak wiele, aby wody Tamizy spłynęły czerwienią. Nieważne, jak wiele by nie zrobił, bo to nigdy nie wystarczało. Ambrosia nigdy nie mogła być bezpieczna u jego boku. A przecież prosił tak wiele razy, aby porzuciła sentyment, jaki wciąż pielęgnowała wobec niego w swym sercu. Gdyby chociaż potrafił wykrzesać z siebie gniew, który pogromiłby wszystkich, którzy ją skrzywdzili, od samego Alexandra począwszy... Ale Scylla miała rację. Nie było w nim już gniewu, nie było nawet głodu, była tylko pustka. Widział dziś wcześniej tę pustkę, wtedy, gdy próbował wieszczyć, palcami kreśląc znaki w krwi, która pokrywała bruk. Przyszłość powinna była wtedy przemówić, a jednak milczała, odwróciwszy się do niego plecami. To nie było nawet milczenie, takie jakie było między nim i Scyllą, tylko pustka. Cicha, jałowa, nienazwana pustka, w której było możliwe wszystko, ale mimo to, nie było już niczego. Taka była właśnie istota jego chwały i upadku. Nawet wtedy, gdy wypowiadał na głos swoje imię, wybrzmiewało w jego ustach pustym echem.

Zostały mu już tylko przepowiednie.


RE: [09.09.1972] Throw Away Your Books, Rally in the Streets - Scylla Greyback - 02.06.2025

Popiół wnikał pod skórę, jakby chciał tam zostać. Jakby w tej warstwie zanieczyszczonego świata istniało coś więcej niż tylko resztki spalonej materii - jakby nosił na sobie wspomnienie ognia. Scylla poruszyła dłonią, zerkając mimochodem na zakrzepłą krew przy paznokciach. Zaschnięta, ciemna, nie do końca jej, ale przecież też już nie w zupełności jego.

Słuchała Alexandra bez przerwy, bez żadnej zbędnej reakcji, ale coś w jego słowach utkwiło jej między żebrami. Jak odłamek czegoś, co wciąż tliło się pod skórą. W jego głosie było coś więcej niż obserwacja; był tam głód. Nie cielesny. Nawet nie duchowy. Taki, który znała aż za dobrze - ten, który rodzi się z potrzeby znaczenia. Świadectwa. Przynależności do czegoś, co nie zostanie zapomniane, nawet jeśli cały świat runie.

Nie był religijny. I dobrze.
Religia wymagała wiary, a oni oboje składali się wyłącznie z wątpliwości.

Nie komentowała jego słów. Ani tych o boginiach, ani o Kali, ani o Ambrosii, której imię zawisło w powietrzu między nimi, choć nigdy nie zostało wypowiedziane. Zarysowało się przed wszystkimi trzema oczyma Scylli, gdy wymówił nazwę Ataraxii. Wspomnienie tego miejsca pojawiło się szybko - chłodne, duszne, przesiąknięte zapachem starego drewna i taniego kadzidła. Zakład spirytystyczny, w którym duchy mówiły prawdę częściej niż ludzie. Miejsce, gdzie każdy udawał, że wierzy, byleby usłyszeć coś, co wyjaśni choć odrobinę. Widziała to miejsce jak żywe, ale nie z własnych wspomnień wyłowiła tę wizję.

Potrząsnęła głową, jakby chcąc wydostać się z głowy Alexandra. Pragnęła oddać mu jego prywatność. Nie musiała wdzierać się tam, gdzie nie była proszona, bo przecież z samych jego słów zdołała wywnioskować już zanadto. Znała ten rodzaj narracji - przesiąkniętej mitologią, pełnej metafor, które więcej ukrywały niż ujawniały. To był język ludzi, którzy nie potrafili mówić wprost. Ludzi takich jak on. I takich jak ona.
Ale jeśli Alexander próbował przez to unieważnić rzeczywistość, zredukować ją do symboli, popełniał ten sam błąd, co wszyscy.
Ona nie była znakiem. Nie była zapowiedzią. Była konsekwencją.

Obserwując go kątem oka, dostrzegła cień. Nie kłamstwa - tego było między nimi zbyt wiele, by liczyć - ale ciężaru. Upartego dźwigania czegoś, czego nie dało się już zrzucić. Rozpoznała go, bo znała go z luster. Ludzie zawsze mówili, że po bólu się kulili, że łamie ich od środka. Ale prawda była inna. Ci naprawdę złamani trzymali się prosto. Spięci. Jakby kręgosłup był ostatnią rzeczą, której nie chcieli oddać światu.
Tylko przecież on nie był w tej historii Atlasem.

- Wiem, gdzie jest Ataraxia - odparła wreszcie, czując, że musi wreszcie przerwać dyskusję z własnym jestestwem w swojej głowie. - Wiem też, gdzie jesteś w tym wszystkim ty. Łakniesz pokarmu bogów, ale czy jesteś go godzien? - Zapytała, patrząc mu prosto w oczy, ale sama miała spojrzenie gdzieś za mgłą. Jakby nie do końca z własnej woli wypuściła te słowa z piersi.

Nie liczyła też ewidentnie na odpowiedź, pytanie było zadane tylko po to, żeby odpowiedział na nie sobie sam. Zaczęła odchodzić w przeciwnym kierunku, ale postąpiła ledwie kilka drobnych kroków nim znowu się zatrzymała.
- Ach, nie przedstawiłam się - zauważyła swój błąd i odwróciła się nieznacznie ku mężczyźnie, unosząc palec wskazujący ku górze. Jakby dając znać, że chce dodać tylko jedną rzecz. - Na imię mi Scylla. - Znów spojrzała prosto w oczy Alexandra, choć teraz można było dostrzec w jej spojrzeniu świadomość. Może nawet cień... rozbawienia? - Ale nie martw się. Nie będziesz potrzebował pochodni, aby mnie zwieść. Nie zamierzam stać ci na drodze. - Uśmiechnęła się do siebie, po czym zaczęła odchodzić we wcześniej zaplanowanym kierunku, stawiając kroki ostrożnie, metodycznie, wybierając tylko pełne, niepęknięte płytki chodnikowe.

Koniec sesji