Secrets of London
[08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4702)

Strony: 1 2


RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.04.2025

Powrót do tamtych chwil nie był łatwy. Szczególnie, gdy w rzeczywistości nie minęło wcale tak dużo czasu, odkąd opuścili jaskinię. Trudno było mu w to uwierzyć, ale to był tylko tydzień. Aż tydzień, podczas którego poruszyli tyle tematów. Tak wiele się zmieniło od chwili teleportacji ze Snowdonii. Nigdy nie pomyślałby, że wyjdą stamtąd w ten sposób. Razem. Zmierzając do tego, by już tak pozostało.
- To? - Odbił tylko dlatego, że mógł to zrobić, ale przecież mogła się tego po nim spodziewać, czyż nie?
Już raz stwierdził, że należy to właściwie nazywać. I nawet, jeśli wtedy się kłócili a teraz rozmawiali miękko, cicho i spokojnie, zdecydowanie się ze sobą spoufalając, Ambroise zdecydowanie podtrzymywał tamto zdanie. Kochał ją, zawsze miał ją kochać, to, co ich połączyło było miłością. Jedyną w swoim rodzaju. Mieli wyjątkowe szczęście, że zdali sobie z tego sprawę we właściwym momencie. Mimo, że dosyć długo się temu sprzeciwiał, wewnętrzne czuł się naprawdę dobrze wreszcie się temu poddając.
- Chyba? - Powtórzył, kolejny raz unosząc brew. - To najlepsze pierdolone porównanie, na jakie było mnie stać. Jedyne w swoim rodzaju - tak, całkowicie celowo wtrącił w to przekleństwo, nawet jeśli nie był skory zbyt często ich używać.
W tym wypadku po to, żeby choć trochę rozluźnić atmosferę. Nie chciał pogrążać się w tych wszystkich ponurych wspomnieniach. Nie do tego zmierzał. Chciał poruszyć temat i go zakończyć. Raz na zawsze zamykając kwestię tego, czy będzie o niej pamiętać. Miał. Zawsze miał. Był tego pewien.
- Widzisz? - Dopowiedział, nadal starając się mówić w tym samym tonie. - Nie możesz mi już nigdy powiedzieć, że jestem zbyt uparty. Całkowicie słusznie mnie tam wzięłaś, nawet mi nie ufając - choć czy tak naprawdę?
Ufali sobie. Zawsze sobie ufali. Nawet udając, że jest inaczej.
- Byłem tym obcym elementem. Twoim asem - przytaknął bez skrępowania, tak zadowolony z tego faktu jak to tylko było możliwe. - Pozwólmy, że nie będziemy z tego ponownie korzystać. Tobie mam zdecydowanie więcej do zaoferowania - ale już to wiedziała, prawda?
Oferowali sobie znacznie więcej niż tą chwilową bliskość. Teraz po prostu znowu sięgali po to, co najsłuszniejsze. Dawali sobie to wszystko, na co zasługiwali.
Nie chciał znowu się odsuwać. Nawet po to, żeby być elementem zaskoczenia w walce z nieczystymi siłami. Zdecydowanie było lepiej, gdy znajdowali się tuż obok siebie. Mogli na bieżąco reagować na kryzysy. Razem. Znacznie skuteczniej. Jeszcze zanim przybierały tak gwałtowną formę. Robili to przez lata.
- Drugą i tak sobie wezmę, wiesz? - Odparł, nieznacznie unosząc przy tym brew i zawieszając spojrzenie na Geraldine. - Nie możesz wziąć parteru, bo tam jest kuchnia. Kuchnia jest moja, kwestionujesz to? - Oczywiście, że sobie z nią teraz po prostu pogrywał, bo tak naprawdę w żadnym wypadku nie robiło mu to jakiejkolwiek różnicy. - Kuchnia, składzik, całe podwórko z ogródkiem. Ganek może być twój... ...i tak zastawiasz go swoimi rzeczami. Możesz wziąć dolną łazienkę z wanną. I tak bierzesz dłuższe kąpiele. Moja będzie górna. Na telewizorze oglądamy tylko tych twoich mugoli, ale mam tam swoje książki, więc salon jest wspólny. Tak samo jak sypialnia. Oranżerię biorę dla siebie, tobie może przypaść w udziale cały strych, jeśli go wreszcie posprzątamy. Pokój gościnny to neutralny grunt, jest wspólny. A co do tego drugiego to - urwał, nie zamierzając w tym momencie zajmować się aż tak dalekosiężnymi planami, ale...
...chyba oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że tamto pomieszczenie nie bez powodu nie zostało jeszcze przerobione na ten cały gabinet, o którym kiedyś rozmawiali. Stało puste i tak było najlepiej.
- Plaża wspólna. Wrzosowisko? Niby nie jest nasze, ale poniekąd jest? Zaanektowaliśmy je wspólnymi siłami, więc chyba jest wspólne. O czymś zapomniałem? - Nie musiał być tak szczegółowy, ale w pewnym sensie sprawiało mu to całkiem dużą frajdę, więc nie zamierzał jej sobie szczędzić ani tym bardziej odbierać.
A potem usłyszał te słowa i...
...parsknął. Głośno i dosadnie, prawie zanosząc się śmiechem z niedowierzania. Kilkukrotnie krótko szczekając, gdy zaniósł się niezbyt dobrze tłumionym rechotem. Nie spodziewał się tego, choć prawdopodobnie powinien, w zachowaniu opanowania nie pomagało mu też to, w jaki sposób ujęła to jego dziewczyna. Ten jej ton głosu, te wszystkie zdania...
...kiedy wreszcie się opanował, po prostu kiwnął głową, gryząc wnętrza policzków od wewnątrz, żeby znowu nie parsknąć.
- Mhm. Zrobimy ognisko podczas Mabon i to tam spalimy - niby nie musieli czekać, ale w pewnym sensie temat najbliższego sabatu pojawiał się w ich rozmowach na tyle często, że żal byłoby nie wykorzystać tej okazji.
Odejścia lata i zarazem ostatniego pożegnania z tymi wszystkimi miesiącami. Z niepotrzebnym dystansem.
- Tak, wystarczy to zrobić - stwierdził po chwili, żeby być już całkowicie jasnym. - Wobec tego nie musimy zajmować się żadnymi formalnościami - kiwnął głową, jednocześnie wbijając wzrok w dziewczynę, żeby uraczyć ją tymi następnymi słowami. - To i tak było tylko na wszelki wypadek, wiesz, inaczej tak łatwo bym ci tego nie zostawił. Ktoś musiał płacić rachunki i podatki, i tak dalej, i tak dalej - oczywiście, że w tym momencie nie uciekał się do mówienia o wszystkim, co nim kierowało, gdy przez półtora roku nie podjął tematu rozliczenia kwestii ich wspólnego domu.
Ale przecież wiedziała, czemu tak naprawdę tego nie zrobił. To było ważne miejsce. I dla niego, i dla niej. Ich wspólny dom. Poza dzieckiem chrzestnym, ostatnie przypomnienie o tym, co ich łączyło. Nie byli ze sobą formalnie związani. Nie mieli ślubu. Teoretycznie łatwo było porzucić wszystko, zacząć życie osobno.
Jednocześnie w takim układzie, posiadanie domu zapisanego na nich oboje było podchwytliwe. Wystarczyło, że któremukolwiek z nich cokolwiek się stanie i to drugie miałoby problem. Dlatego przepisał jej swoją połowę tuż przed wypadem do Snowdonii. Nie dlatego, że naprawdę chciał odciąć się od tej części swojego życia. Za nic.
- Nie, ale szkoda byłoby nie skorzystać z okazji, prawda? - Obiecali sobie szczerość, więc teraz posłał jej szeroki uśmiech, wzruszając ramionami.
Mógł umieścić klauzulę tego pierwszego małżeństwa w ich pakcie. Nie mogła mu tego zabronić. Sama zrezygnowała z negocjacji zanim ustalili wszystkie warunki. A skoro już nazywała to zawieraniem cyrografu z diabłem to chyba nie obowiązywały go żadne reguły moralne, prawda?
- Wiesz, że jestem oportunistą - stwierdził bez wahania, zgodnie ze stanem faktycznym i z tym, co z pewnością doskonale wiedziała.
W końcu spędzili ze sobą naprawdę wiele lat. Niby wcześniej nie byli związani żadnymi oficjalnymi paktami, ale w tym momencie to chyba uległo mimowolnej zmianie. Co prawda jeszcze nic ze sobą nie podpisali, nie mieli na to raczej zbyt wielkiego parcia, dopiero zaczęli uzgadniać ze sobą warunki dotyczące wspólnej przyszłości, ale fakty pozostawały faktami. W tym wypadku kiedyś naprawdę powinni wreszcie sformalizować swój związek.
- Sugerujesz mi, że gardzisz takimi paktami? - Wbrew pozorom, tym razem całkiem gładko sobie z tego żartował.
Nie potrzebował upewniać się, co do tego jak wygląda rzeczywistość. To też poniekąd już sobie wcześniej wysrali. Zdawał sobie sprawę z tego, że podszedł zbyt zachowawczo do kwestii kamyka. Nie musiał aż tak długo z tym czekać. Skoro mieli zbieżne oczekiwania odnośnie późniejszych etapów życia, tutaj także chyba byli na tej samej stronie.
- No, na pewno nie. Mogłabyś to dodatkowo podkręcić paroma kontrowersyjnymi decyzjami. Przekazać pół majątku na rzecz charłaków, drugą dla mugoli. Gwarantuję, że wtedy to już w ogóle nigdy by o tobie nie zapomnieli - klasnął językiem o podniebienie, przygryzając policzki od wewnątrz, żeby nie uśmiechnąć się zbyt szeroko.
Sam nie do końca wierzył we własne słowa, ale w końcu lubili karmić się kontrowersjami, co nie? To z pewnością byłoby dosyć spektakularne rozwiązanie. I przy tym zupełnie nie wchodzące w grę, dlatego wyjątkowo łatwo było o nim mówić. Nie miało się spełnić. Nie, jeśli za jakiś czas mogli nie być już sami.
- Za kilka lat? - Odparł gładko z nieznacznym uśmiechem, doskonale zdając sobie sprawę, że to dosyć śmiała sugestia jak na to, co dopiero zaczynali odzyskiwać, ale z drugiej strony.
Przecież już rozmawiali na ten temat. Nie tak spokojnie. Poniekąd po to, żeby się nawzajem zranić, ale nie dało się ukryć, że przekazali sobie dosyć istotną informację: był czas, gdy oboje tego chcieli. I nawet jeśli obecnie wszystko było zbyt skomplikowane, żeby robić tak śmiałe założenia, magiczna wojna nie miała przecież trwać wiecznie, prawda?
Grindelwald był silny, prawdopodobnie znacznie silniejszy, a i tak upadł. Po jednym tyranie następowały czasy spokoju, później nadchodził kolejny, ale i on upadał. Kiedyś wreszcie musiał na powrót zagościć spokój. Wtedy i prawdopodobnie tylko wtedy, bo przecież byli całkiem odpowiedzialni, mogli pomyśleć o tym, co jej teraz zasugerował.
Nie być tylko formalnym małżeństwem, lecz także stać się więcej niż dwuosobową rodziną. Pomyśleć o pąklach. O przekazaniu wszystkiego dalej. O czymś, co może teraz wydawało się dosyć absurdalne, ale skoro nawiązali do tego tematu to nie zamierzał zarzekać się, że nie chce tego wcale. Nawet, jeśli jeszcze kilkanaście dni temu mówił przyjaciółce o tym, że zupełnie nie nadaje się do tej roli, to mogło się zmienić.
Potrzebowali tylko większej stabilności. Spokojniejszego świata. Nie chaosu, który dział się na każdym kroku. Wtedy może?
- Gdy to wszystko się uspokoi. Czemu by nie? - Stwierdził tak po prostu, bardzo lekko kręcąc przy tym głową, bo mimo wszystko ten temat rozwinął się całkiem szybko.
Tym bardziej, że jeszcze wczorajszego wieczoru zupełnie nie wiedzieli, na czym stoją. A parę dni wcześniej wyrzucali sobie tę wizję sprzed lat w formie bolesnej, kąśliwej wtrętki. Czegoś w rodzaju najgorszego możliwego wyrzutu, jaki mogli sobie zrobić. Nie wydawało mu się, żeby którekolwiek zapomniało słowa, jakie sobie wtedy powiedzieli. Zapiekły naprawdę mocno. Tyle tylko, że w tym momencie chyba udowadniali sobie, że nie miały większego sensu.
Byli rodziną. Mogli nią być w znacznie głębszym stopniu. Nie teraz, ale kiedyś w przyszłości. Dokładnie wtedy, kiedy by tego chcieli. Decydowali o tym sami. Wystarczyło tylko, żeby tym razem mówili o swoich planach na przyszłość. To, co wcześniej było skomplikowane, w gruncie rzeczy było wyjątkowo prostsze. Dużo bardziej niż część pozostałych tematów.
Parsknął cicho, słysząc odpowiedzi Geraldine i niemalże bezwiednie wywracając oczami. Nawet nie próbował skomentować ani jej nagłego bycia miłą, ani sugestii rozczłonkowania mu kumpla. Służyć wskazówkami dotyczącymi dobrego wychowania także nie miał zamiaru. Szczególnie, że wiedział, że Aloysius czy tam Benjy w dalszym ciągu je zna. Po prostu ma na nie wyjebane. Poniekąd dostał sztywniejsze i bardziej czystokrwiste wychowanie od Ambroisa. Nie dało się tego ukryć, choć informacja od Geraldine, że nie zadawała się z Rookwoodami wydawała mu się na swój sposób zaskakująca.
- Źle - odpowiedział krótko, poniekąd dosyć sucho, zgodnie z faktami. - Jeśli miałbym stawiać zakłady na to, kto jest najbardziej zawziętymi poplecznikami Czarnego Dzbana, postawiłbym cały majątek na tamtych ludzi - bez zająknięcia, bez chwili zastanowienia, bez mrugnięcia okiem, tak po prostu. - Zwłaszcza na Thaddeusa. Starego Aloysiusa. Niestety teraz został z samymi córkami, bo miał tylko jednego syna, więc nie ma komu przekazywać swoich mądrości - to samo w sobie było całkiem wymowne, jednak nie zamierzał posiłkować się wyłącznie ogólnikami, skoro już poruszyli ten temat.
Szczególnie, gdy Geraldine dodała to jedno zdanie, z którym jednocześnie mógł i nie mógł się zgodzić. To była skomplikowana sytuacja. A on...
...cóż, nie wchodził wcześniej w kłótnię między swoimi najbliższymi osobami. Mimo wszystko nadal uznawał Loysa za kogoś takiego. Rina natomiast była dla niego najistotniejsza. Jednak w tym momencie postanowił rozwinąć temat. Mimo wszystko, mieli spędzić ze sobą co najmniej kilkanaście dni podczas odwyku Astarotha. Mogli się nie lubić, nie być swoimi największymi fanami, ale wypadało, by nie skakali sobie do gardeł, przerzucając się wyrzutami.
- Wiesz jak to jest z psami? - Nie oczekiwał odpowiedzi, powracając do tematu w taki a nie inny sposób, bo chyba nie widział porównania, które mogłoby lepiej do niej trafić. - Takimi trzymanymi krótko? Na uwięzi. Kopanymi, musztrowanymi, trenowanymi pod walki? - Nie chciał zbyt mocno zagłębiać się w temat, który dotyczył go tylko po części, w tym wypadku postanawiając posłużyć się metaforami, nawet jeśli nie był w nie najlepszy.
Kontynuował jednak, wpatrując się przez chwilę w sufit.
- Rookie zerwał się z łańcucha. Przy Alice. A ona miała dla niego wyciągniętą rękę, ciepłe słowo, karmiła go... ...głupi dupek nie widział, że kłamstwami. Atakował nas, żeby jej bronić. Pewnie wreszcie by otrzeźwiał, ale wtedy wpadli. Ożenił się z nią tuż przed wakacjami na ostatnim roku Hogwartu. W wolny weekend w Londynie. Wyciągnął nas na wypad, wszyscy tam byliśmy. Możesz spytać Corneliusa, jak to wyglądało i co było potem - stwierdził, choć nie sądził, aby musiała czy zamierzała to robić; ten telegraficzny skrót miał jej wystarczyć. - To był przedostatni miesiąc, gdy jeszcze byliśmy wszyscy razem. Stanął w szranki z ojcem. Nie wiem, czego się spodziewał, ale Thaddeus był w stanie ich zabić. Może nie własnego dzieciaka. Jedyny syn, wiesz... ...ale szlamę i mieszańca? Pomyłkę, skazę na rodowym drzewie? - Parsknął cicho pod nosem, nie sądząc, że pozostawało tu miejsce na zbyt wiele złudzeń. - Corio załatwił im papiery. Spierdolili z kraju, bo nie było szans na to, żeby tu zostali. Nie bez konsekwencji swoich własnych chujowych wyborów - zakończył powoli, kiwając głową.
W jego umyśle to dosyć jasno się spinało. Tak naprawdę nie potrzebował dodawać wiele więcej.
- Była, choć podejrzewam, że nadal jest tylko jedna osoba, do której nie skakał. Co śmieszniejsze: kobieta. Niedoszła żona jego starszego brata. Nawet jako dzieciakom, nietrudno było nam zauważyć, że panicznie się jej bał. Wiesz, kto to taki? - Rzucił w ramach rozluźnienia atmosfery, zdając sobie sprawę z tego, że Geraldine nie dysponuje zbyt wieloma typami, więc najpewniej od razu strzeli w dziesiątkę.
- Tu mógłby być koniec, ale wracamy do punktu wyjścia. Jak mówiłem: nie ma już Alice. Spodziewasz się, czemu? - Spytał, ani nie powstrzymując goryczy, ani tak właściwie nie zamierzając czekać na odpowiedź; parsknął cicho z niedowierzaniem, po prostu kończąc historię. - Znudził jej się. Naiwny patafian nie był zgodny z oczekiwaniami wielkiej panny, która marzyła o rezydencji z ogrodem i ciepłym przyjęciu w gronie elity. Myślała, że złapała Merlina za kostki. Po kilku latach poszła w długą z jakimś innym frajerem. Skończyła się wielka miłość - w jego oczach tak to zawsze wyglądało, gdy zadawało się z ludźmi zupełnie nie z tego samego świata, innej klasy, o innych wartościach.
W tym konkretnym przypadku: z mugolaczkami. Tak po prawdzie, to była jedna z tych historii, które wpłynęły na to, że sam też przez długi czas unikał zaangażowania emocjonalnego. Kolejny dowód, że lepiej było być samemu niż mierzyć się z konsekwencjami. A jednak w tym momencie był szczęśliwy. Życie obróciło się na jego korzyść, mimo wszystkiego, co zrobił. Być może stanął przed wyzwaniami, ale miał szczęście. Zdawał sobie z tego sprawę.
- Nie liczą - przytaknął, jakoś nie czując potrzeby zbytniego zagłębiania się w te analizy.
Tak jak z tym ich niesławnym półtorej godziny, które prawdopodobnie już właśnie mijało, tak z całą resztą wcale nie potrzebował tego robić. Już nie. Nie musiał spoglądać na kalendarz i mierzyć się z myślą, że upłynęło tak wiele wody, odkąd wszystko się skomplikowało. Teraz było już prościej. I miało być. Cała reszta nie miała znaczenia. No, może poza tymi kilkoma specjalnymi dniami, ale o tym nie musieli mówić, prawda? Zawsze po prostu je uwzględniali. Reszta historii pisała się sama.
- Wiesz, że cię wtedy okłamywałem, prawda? - Rzucił luźno w odpowiedzi, sięgając ręką, żeby odgadnąć Rinie włosy z policzka, muskając palcami jej wargi. - Kłamałem w żywe oczy. Naprawdę trudno mi było trzymać ręce przy sobie - zresztą bezwiednie przesuwał je wtedy wzdłuż jej nogi, tego też nie dało się nie zauważyć, nawet jeśli z jakiegoś powodu starali się udawać, że jest inaczej, otaczali się ramami i granicami.
A było tak blisko.
- Tamten gorset - napomknął, uśmiechając się do siebie pod nosem na samo wspomnienie wrażenia, jakie na nim zrobił - rwałbym go zębami, dokładnie to miałem na myśli przy tych niekonwencjonalnych sposobach pomocy. Mogłabyś czasem jakiś założyć, wiesz? Lubię kiecki z gorsetami - no, skoro już byli ze sobą szczerzy to musiał jej o tym napomknąć: nosiła zdecydowanie za mało kreacji podobnych do tamtej. - Za rzadko po nie sięgasz. Marnujesz potencjał, zwłaszcza z tymi cyckami - teraz już mógł to mówić, tak?
No, zachwycał się jej cyckami. Tak wtedy, tak teraz.


RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.04.2025

Podczas ostatniego tygodnia naprawdę wiele się wydarzyło. Przeszli przez ciężką drogę, aby teraz móc rozkoszować się tym spokojem, który osiągnęli. Nie spodziewała się, że ich wspólna misja, może zakończyć się w ten sposób, chociaż, czy faktycznie nie powinna tego robić? Miała świadomość, jak na siebie reagują, gdy znajdowali się zbyt blisko siebie za długo istniała tylko jedna możliwość. Mogli z tym walczyć, jednak całkiem naturalnie przychodziło im wracanie do siebie nawzajem, chociaż na chwilę, tak jak wtedy podczas tego majowego balu, o czym nie wspominali, bo nie wyglądało to dobrze na tle ich wspólnej historii i tego, co faktycznie ich łączyło. Mimo wszystko to też było dowodem na to, jak wyglądała ich relacja, nawet kiedy nie istniała.

- Miłość. - Powiedziała bardzo powoli, skoro chciał to usłyszeć z jej ust to nie miała problemu, aby z siebie wydusić to słowo. Doszli już do tego wcześniej. Faktycznie powinni nazywać rzeczy po imieniu, kiedy w końcu docierało do nich jak to naprawdę wygląda. Nie było w tym nic złego. Dobrze, że sobie uświadomili, czym właściwie jest ta więź, teraz już nie było odwrotu, zresztą nigdy nie był im pisany, tak, czy siak musieli w końcu wrócić do tego co było właściwie. Bez sensu kłócić się z tym, co przyniosło im przeznaczenie.

- Na pewno. Doceniam porównanie, bardzo poetyckie jak na Ciebie. - Ustalili jednak kiedyś, że Yaxleyówny nie interesowali poeci, ale doceniała kreatywność Roisa, skoro już się o to pokusił.

- Czy naprawdę sądzisz, że gdybym Ci nie ufała, to znalazłbyś się w tej jaskini? Ambroise, no weź, pomyśl. - Jeśli faktycznie by tak było to na pewno nie napisałaby do niego listu, nie wspomniałaby o tym, kiedy zamierzała znaleźć się w Snowdonii. No niech trochę ruszy głową, nie było momentu, w którym by mu nie ufała, bez względu na to, jak źle między nimi nie było to zaufanie nie znikało ot tak, przynajmniej nie we wszystkich kwestiach. Mogła być zraniona, wkurwiona, jak zwał tak zwał, jednak wiedziała, że nie pozwoli jej skrzywdzić, czuła to. Jej los nie był mu obojętny.

- Moim królikiem, którego wyjęłam z kapelusza... - Skoro już sięgali po najróżniejsze porównania, to nie zamierzała pozostać temu bierna. Miała świadomość, że Roise był z siebie bardzo dumny, znowu zadzierał nosa, czy naprawdę kiedyś wspominała o tym, że uwielbia tę jego pewność siebie... nie, to niemożliwe.

- Jak sobie życzysz, chętnie sprawdzę to więcej. - Skoro już o tym wspominał, to warto było zobaczyć faktycznie tę całą jego ofertę, liczyła nawet na małą prezentację, czy coś, skoro już siebie tak wspaniale reklamował.

- Nigdy w życiu, kuchnia należy do Ciebie, chociaż chciałabym mieć dostęp do spiżarki. - Tam w końcu znajdował się alkohol... Swoją drogą wypadałoby, aby uzupełnili zapasy, bo ostatnio wypili wszystko, co znajdowało się w Piaskownicy. Zresztą eliksirów też im tam brakowało, musieli znowu nieco się tam zadomowić. Było to przecież ich miejsce na ziemi, skoro oni wrócili do siebie to powinni zająć się również tamtym domem, przez ich zaniedbanie stał się ruiną.

- Ten Twój podział, nie jest wcale taki najgorszy. - Tak, przymknęła nawet na moment oczy, aby wyobrazić sobie wszystkie pomieszczenia o których wspominał i ten jego plan działał. Była gotowa to przyjąć. - Ten drugi jest już zarezerwowany. - Weszła mu w słowo, właściwie to za niego dokończyła. Jedno i drugie bardzo dobrze wiedziało dlaczego ten pokój stał pusty, po prostu czekał na moment, w którym będzie mógł spełnić swoją faktyczną rolę.

- Wydaje mi się, że ująłeś wszystko, całkiem nieźle nam idzie ten podział majątku. - Właściwie to jemu szło, ale skoro tak się w tym odnalazł, to nie zamierzała negować jego pomysłów, bo były naprawdę idealne.

Nie zdziwiła ją szczególnie reakcja mężczyzny. To parsknięcie, niepochamowany śmiech... tak. Geraldine zachowała się jak typowa Geraldine. Oczywiście, że tego nie załatwiła. Nie miała głowy do podobnych spraw, on naprawdę miał w sobie jakieś dziwne pokłady wiary jeśli myślał, że Yaxleyówna się tym zajmie. Nie byłaby sobą gdyby to zrobiła.

- Myślę, że skoro tyle leżały w tej szafce to wytrzymają i do Mabon, to w końcu już niedługo. - Nieszczęsne papiery,  może jej zachowanie nie było szczególnie dojrzałe, faktycznie powinna się była tym zająć, ale teraz? Cóż, mogli być wdzięczni jej nierozgarnięciu bo przynajmniej nie musieli tego odkręcać.

- Widzisz jaka jestem sprytna, co my byśmy beze mnie zrobili. - Oczywiście, że to była tylko i wyłącznie jej zasługa, zupełnie nieświadoma, ale gdyby Greengrass miał u swego boku jakąś inną dziewczynę, to na pewno nie olałaby ona takiego tematu, na szczęście trafił na Yaxleyównę, która miała w głębokim poważaniu wszelkie formalności.

- Wiesz, jak bardzo się na tym znam, to nie jest moja działka, zdecydowanie. - Nigdy nie ukrywała, że zupełnie nie ogarnia takich spraw, nie musiała tego robić, bo Roise robił to za nią.

- Tak, szkoda byłoby nie skorzystać z okazji, powinnam się tego po Tobie spodziewać. - Roise korzystał z tego, co przynosiła chwila. Nigdy nie bał się wyciągać ręki po możliwości, które pojawiały się nagle, tak najwyraźniej stało się i tym razem, tyle, że to ona zupełnie przypadkiem zgodziła się na wszystko. Jakoś sobie z tym poradzi.

- Wiem, bardziej nie mogę ogarnąć tego, że wcześniej o tym nie pomyślałam. - To ona dała dupy, a przynajmniej próbowała mu udowodnić, że wina leżała po jej stronie. Nie pomyślała... a to nowość, w jej przypadku to zawsze wyglądało tak samo. Nigdy za bardzo nie skupiała się na konsekwencjach jakie mogły ją spotykać.

- Nie, gdzie tam, takie pakty naprawdę mają znaczenie, przecież wiesz, że jestem słowna. - Skoro powiedziała A, to zamierzała powiedzieć i B, nie była niczym chorągiewka fruwająca na wietrze, można jej było naprawdę wiele zarzucić, ale nie zmieniała zdania ot tak, nawet jeśli wiedziała, że powinna, w tym przypadku jednak tak nie było.

- Jasne, chociaż to trochę zmarnowane pieniądze, ale kontrowersje chyba są tego warte? - Najwyraźniej jednak nie była co do tego tak bardzo przekonana. Oddawanie dorobku swojego życia mugolom, charłakom? Serio? Nawet dla niej to byłoby zbyt wiele, a przecież wcale nie była szczególnie konserwatywną osobą, tylko trochę.

- Kilka lat brzmi dobrze? Nie będę za stara, prawda? - O tym też już dyskutowali, nie należała do najmłodszych, szczególnie kiedy spoglądało się na to poprzez pryzmat zakładania rodziny. Jej szkolne rówieśniczki już dawno miały całe gromady pąkli, tyle, że ona zawsze nieco się od nich różniła, tak właściwie to nie sądziła, że kiedykolwiek będzie miała chęć podjąć taką decyzję, jednak wystarczyło tylko, aby trafiła na odpowiednią osobę i to wydawało się być kolejnym oczywistym krokiem. Dopełnieniem tego, co ich łączyło.

Aktualnie faktycznie dopiero do siebie wrócili, sprawa była świeża i nie wątpiła w to, że spędzą razem resztę życia, ale musieli jakoś odnaleźć się w tej nowej, wspólnej rzeczywistości. Musieli znowu wszystko sobie poukładać, do tego nastroje panujące aktualnie w Wielkiej Brytanii raczej nie sprzyjały podejmowaniu takich decyzji. Mieli jednak czas, prawda? Nigdzie im się nie spieszyło, przynajmniej z pozoru.

- Nie widzę żadnych przeciwwskazań. - Mieli co do tego jasność, zresztą już zdarzyło im się o tym wspomnieć. Gdyby nie to, że zaliczyli to półtora roku rozłąki zapewne mieliby to już za sobą. Nie było jednak sensu się teraz nad tym rozwodzić, bowiem mieli nadal przed sobą całe, długie i szczęśliwe życie. Niczego nie utracili.

- Córkom pewnie też może je przekazywać. - Tak, rozumiała, że synowie byli raczej głównymi odbiorcami dla ojców, ale istniały takie przypadki jak ona, gdzie to dziewczęta stawały się kopią swoich tatusiów. Jasne, wiedziała, że nie było to szczególnie mile widziane, bo tak naprawdę liczyli się tylko dziedzice, ale nigdy do końca nie wydawało jej się, aby traciła przez to na swojej wartości. Wiele zależało od rodziny, w której przyszło się wychowywać czystokrwistym, jej w sumie nie była szczególnie rygorystyczna, miała sporo szczęścia.

Słuchała tego, co Roise miał jej do powiedzenia o swoim przyjacielu. Naprawdę próbowała zrozumieć jego historię, może nawet zrobiło jej się go nieco żal po tym co usłyszała, nie zmieniało to jednak faktu, że aktualnie nie zamierzała zmieniać szczególnie swojego podejścia, bo wkurwił ją ostatnio.

- Trochę przeżył. - Wypadało to jakoś skomentować, ale każdy brał odpowiedzialność za podejmowane przez siebie decyzje. Nie zamierzała jednak teraz skupiać się jakoś zbyt szczególnie na tym, co spotkało Rookwooda, nie jej było oceniać jego zachowanie. Nie znała go na tyle, by wiedzieć, co faktycznie przeżywał w domu, co przytrafiło mu się później. Jasne, na pewno zrobiło to na niej spore wrażenie, ale nie do końca wiedziała, czy takie, jakie powinno. Nie była to rozsądna decyzja, miłość niby nie wybierała, ale czy ona faktycznie byłaby w stanie porzucić wszystko, rodzinę, swoje życie, spierdolić chuj wie gdzie z mugolakiem? No nie, na pewno by tego nie zrobiła. Mogli sobie dyskutować z Roisem o ewentualnej ucieczce, ale to było coś zupełnie innego.

- Chyba każdy z Was boi się Ulki, co? - Miała wrażenie, że to była jedyna kobieta, która potrafiła dotrzeć do każdego z nich, Yaxleyówna ją podziwiała, wiedziała, że jest mało osób, które potrafiły być, aż takim autorytetem.

Nie komentowała tego, że Alice faktycznie zachowała się jak suka, naprawdę sądziła, że przyjmą ją z otwartymi rękoma do ich świata? Takie rzeczy się nie działy, czystokrwiści nie byli zachwyceni mieszaniem swojej krwi z tą gorszą. Wiedziała, że była okropną atencjuszką, okropnie musiała się rozczarować tym, jak faktycznie miało wyglądać jej życie, szkoda, że przyjaciel Ambroisa przez to oberwał, ale takie było życie, jak miało się miękkie serce, to dupa musiała być twarda.

- No co Ty nie powiesz... - Jakże mogłaby tego nie zauważyć, przecież te ręce sunęły po jej łydce, jasne próbowała tłumaczyć, że było to zupełnie przypadkowe, ale nawet ona nie była taka głupia. Zwaliła to raczej na te kadzidła i alkohol, którego wlali wtedy w siebie dosyć sporo, to było idealnym wytłumaczeniem na tamten moment.

- Nie mam zbyt wielu okazji do sięgania po takie części garderoby. - Oczywiście, że od czasu do czasu pojawiała się na przyjęciach, wtedy zdarzało jej się stroić, jednak zazwyczaj wyglądała zupełnie inaczej.

- Wiesz, że nic nie stoi na przeszkodzie ku temu, abym je ubierała również do spodni, wystarczyło ładnie poprosić. - Nigdy wcześniej o tym nie wspominał, wystarczyło tylko słowo, a byłaby w stanie nieco wymienić niektóre elementy swojej garderoby. Naprawdę była w stanie zrobić sporo, aby sprawić mu przyjemność. - Każde cycki wyglądają dobrze w gorsecie. - Przynajmniej tak się jej wydawało, właśnie dlatego kobiety chętnie sięgały po gorsety podczas wystawnych przyjęć.




RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.04.2025

Miłość. Tak, to było znacznie lepsze słowo, nawet jeśli na ogół nie musieli posiłkować się żadnymi deklaracjami, żeby wiedzieć, co ich łączy. W ostatnich dniach robili to wyjątkowo często, ale chyba właśnie tego potrzebowali? Poniekąd nadrabiali czas spędzony osobno, próbując wyjaśnić sobie swoje pobudki i podjęte decyzje, jednocześnie raz za razem sięgając po te słowa. Kocham cię padło niezliczenie wiele razy. Więcej niż kiedykolwiek przez długie lata. Brzmiało dobrze. Wyjątkowo dobrze. Bardzo na miejscu.
- Wiem, że przepadasz za poetami - stwierdził bezbłędnie, bo przecież zdawał sobie sprawę z tego, jak wielką miała słabość do wierszokletów i artystów, prawda?
Wcale nie trzasnęłaby ich w twarz drzwiami. Wcale.
- Wiem, że tak naprawdę mi ufałaś i mało brakowało, żebyśmy wylądowali na biurku w Dolinie Godryka. Tak lepiej? - Wtedy też mogłaby mu napisać list.
Tyle tylko, że swoimi zgrabnymi pośladkami utytłanymi w kałamarzu. Odbitymi na umieszczonym tam pergaminie chaotycznie przesuwanym to w jedną, to w drugą, gdy sięgałby ku tym jej przeklętym obcisłym spodniom, żeby spróbować je z niej zdjąć. Wybrali natomiast znacznie trudniejszą, bardziej skomplikowaną ścieżkę. Jak zwykle zresztą. Ale może właśnie tego potrzebowali?
Nie dało się ukryć, że prędzej czy później musieli ponownie się do siebie zbliżyć, ale robiąc to w Whitby tuż po opuszczeniu Snowdonii, ich pierwsze wspólne godziny były znacznie bardziej łagodne. Czułe i spokojne, niemalże jak narkotyczny sen, czemu sprzyjało także tamto wyczerpanie i coś na kształt głębokiego szoku. Dzięki temu nie kwestionowali tego, że nadal się kochają. Kłócili się żarliwie, to fakt, ale o inne rzeczy.
Kocham cię zabrzmiało bardziej szczerze, gdy było powiązane z opiekuńczymi gestami, nawet jeśli później nadeszła lawina wyrzutów. Gdyby zrobili to w tych wcześniejszych okolicznościach, kto wie, gdzie by teraz stali...
...czy tam leżeli.
- Nie - zaprzeczył od razu, mrużąc przy tym oczy i posyłając dziewczynie niezbyt zadowolone spojrzenie. - Nie mam króliczych zębów i jeśli mi to sugerujesz - to chyba wiedziała, co miało się stać, prawda?
Bardzo możliwe, że miał całkiem duże zęby, zwłaszcza przednie, ale nie, zdecydowanie nie był królikiem, którego mogłaby wyciągać z kapelusza. Zresztą już jej powiedział, do czego mogła go ewentualnie porównywać.
- Jeśli już to jestem twoim psem gończym - nie miał najmniejszego problemu z użyciem tego porównania; zarówno teraz, jak i wtedy w tamtym momencie zupełnej wściekłości. - Czy tam obronnym. Tym i tym. Zależy od potrzeb - to porównanie ani trochę w niego nie godziło, bo czemu miałoby?
Było wyjątkowo trafne. Nieważne, w którym momencie ich relacji. Czy wtedy, gdy byli razem, czy w momencie łudzenia się, że są swoimi najlepszymi przyjaciółmi albo tylko sojusznikami. Łaził za nią, pałętał się za jej długimi nogami, nawet jeśli był przy tym niespecjalnie skory do rozmowy albo wręcz tak jak w Snowdonii: nabzdyczony.
Tak, z tego też zdawał sobie sprawę. Nie zamierzał mówić o tym na głos, bo było to już za nimi, ale w tamtym momencie robił wszystko, żeby pokazać swój niechętny, ale konieczny udział w sprawie. To nie było zbyt wysokie zachowanie, ale oboje raczej nie świecili wtedy przykładem na to, w jaki sposób powinni zachowywać się ludzie, którzy nadal są w sobie kurewsko zakochani.
- Nie musimy wychodzić dzisiaj z domu - stwierdził gładko, nie wahając się ani przez moment, bo skoro już oferowała zajęcie się weryfikacją jego oferty, to lepiej wypadało, by byli przy tym sami w czterech ścianach mieszkania.
Nie to, żeby nie był w stanie dopuścić do siebie wizji innych okoliczności, ale na to zdecydowanie mieli czas. Dużo czasu.
- Dwie półki na księżycówkę i ognistą, jedna na domowe wino, ale w zamian dasz mi postawić kilka doniczek z krzakami na strychu - to była wyjątkowo korzystna oferta, tak?
Szczególnie, że poniekąd oboje na tym korzystali, dzieląc się wspomnianymi dobrami.
- Mój podział jest najlepszy. A ten pokój - urwał, nie musząc wchodzić jej w słowo, nawet jeśli ona wcześniej weszła w nie jemu.
Tu nie potrzebował mieć ostatniego zdania. Nie, gdy było takie same. Nie wątpił, że nie miała na myśli Astarotha. Oboje doskonale zdawali sobie sprawę, dokąd zmierzali zanim to wszystko się rozpadło i teraz chyba też. Może nie od razu, bo zdecydowanie potrzebowali czasu dla siebie, aby wszystko pozlepiać i naprawić, ale z pewnością w nie tak długim czasie.
- Tak, jesteś najbardziej przezorną, zachowawczą osobą, jaką znam - przytaknął całkiem poważnie, tyle tylko, że z jednoczesnymi kurwikami w oczach, bo mimo wszystko trochę go to bawiło.
Szczególnie, że jak na ten moment wszystko zdawało się układać się niemalże samo. Nie musieli przejmować się żadnymi papierami, zbędnymi formalnościami i ich cofaniem. W tym wypadku podobało mu się, że z tym zwlekała. Nie mogła postąpić lepiej.
- Wiem, Ma Moitié, dlatego ja w tym domu zajmuję się takimi rzeczami - ujął to bardzo prosto i bez większego wysiłku, bo w gruncie rzeczy nijak tu to nie przeszkadzało.
Oboje naturalnie dzielili się obowiązkami. Nie zamierzał narzekać na to, że coś takiego przypadło mu w udziale, bo jeśli chodzi o takie sprawy, może nie był wielkim wielbicielem papierologii, ale był do niej całkowicie przyzwyczajony. Dom rodzinny, Mung, prywatną działalność, pokątne sprawy. To wszystko wymagało tego typu kontroli, więc ją sprawował. Ot co. Koniec historii.
- Doskonale, bo ja też - kiwnął głową, jednocześnie wbijając w nią wzrok i bez uprzedzenia obdarzając ją kolejnymi słowami, które same cisnęły mu się na język. - Najpierw przyjdę po twoje dziewictwo - no, jak to się robiło po ślubie, tak?
Bo rzecz jasna musiała być dziewicą. Jak każda młoda panna z dobrego domu wchodząca w związek małżeński, nosząca biel do ślubu i tak dalej.
- A potem po duszę - tu też mieli zupełną jasność, prawda?
Tak to już było z tymi wszystkimi paktami. Po zawarciu pierwszego małżeństwa mógł liczyć na jedną część umowy. Po wygaśnięciu jej drugiego, na pozostały fragment. Za to ten mityczny młody frajer, były kochanek, mąż numer dwa nie mógł liczyć na nic. To była całkiem zabawna wizja. Głupia, ale zabawna. Zwłaszcza, jeśli powiązali ją jeszcze z charłakami i szlamią chołotą.
- Kontrowersje są warte każdych pieniędzy - przytaknął bez wahania.
W końcu się na nich znał, tak? Mogła ufać jego eksperckim opiniom w wielu tematach. Nie zwykł szastać faktami. No, może tylko tak trochę...
- Dla mnie nigdy nie będziesz - odpowiedział w pierwszej chwili, obdarzając dziewczynę tymi wyjątkowo wylewnymi, może nawet całkiem romantycznymi zapewnieniami, zanim nie spoważniał.
W końcu pytała go całkiem na serio. Przynajmniej takie odniósł wrażenie. Spoglądając na nią, zmarszczył brwi, jednocześnie bezwiednie kiwając głową. No cóż. Deklaracje deklaracjami, ale jeśli mieli być ze sobą szczerzy?
- Patrząc na to w tych oficjalnych kategoriach, tak czy siak będziemy starymi rodzicami - dziwne, bo dopiero tego ranka przeszli do oficjalnego zagwarantowania sobie wspólnej przyszłości a teraz po raz pierwszy wypowiedział to określenie na głos.
Nie zrobili tego przed laty. Nie mówili tego wprost. Nie podzielili się ze sobą tymi chęciami, oczekiwaniami, marzeniami. Zrobili to właśnie teraz w tej chwili. W kontraście do tylu wspólnie spędzonych lat, naprawdę szybko.
- Kilka lat tego nie zmieni. Szczególnie biorąc pod uwagę obecne czasy i naszą sytuację - stwierdził w końcu, na tyle otwarcie, na ile chyba powinni rozmawiać na ten temat.
W końcu byli wieloletnią parą z długim stażem, nie dzieciakami. To, że nigdy wcześniej tego nie robili nie znaczyło, że musieli przez cały czas mieć ten temat z tyłu głowy, ale nigdy nie mówić o nim wprost. Chcieli spędzić ze sobą życie, więc mogli podzielić się spostrzeżeniami już teraz, nawet jeśli dopiero co na powrót stali się swoimi ludźmi. Nie czekać na inną okazję.
- Po prostu będziemy mieć na uwadze mniejsze przerwy między pąklami. Nie takimi jak między mną a moją siostrą, choć w naszym wieku to i tak nie powinno wchodzić w grę. Ani nie daj, Merlinie, między naszą dwójką a najnowszym wymysłem - to mówiąc, przesunął językiem po zębach, kręcąc głową i tak po prawdzie chyba dopiero w tym momencie orientując się, że nie podzielił się z ukochaną akurat tymi wieściami. - Evie jest w ciąży. To będą raptem trzydzieści cztery lata, nie? - Był wymownie zniesmaczony, naprawdę wymownie, wymownie zniesmaczony, tym bardziej, że między nim i jego macochą była raptem dekada różnicy.
No właśnie. Gdyby jednak z Geraldine postanowili zrobić coś zupełnie wbrew logice i zafundować sobie swojego pierwszego pąkla, między jego rodzeństwem a dzieckiem byłoby raptem kilka miesięcy różnicy. Ot, drobne spięcie logiczne, niewielki zgrzyt. Coś, z czego Ambroise bez dwóch zdań nie był zadowolony i nie zamierzał się z tym kryć. Przynajmniej nie tu i teraz, gdy byli zupełnie sami. Nie aprobował tego pomysłu, nawet jako rodzinny człowiek.
- A więc mamy kolejną niezwykłą zgodność - mimowolnie drgnął mu kącik ust, bo coś ostatnio wyjątkowo szaleli z tymi jednakowymi zdaniami.
Jeszcze chwila i naprawdę ułożą sobie wyjątkowo zgrabne życie. Znacznie lepsze niż kiedykolwiek mieli, choć wtedy też nie mogli narzekać. Szukali kompromisów. Nie próbowali kopać się z hipogryfami, tylko oboje dążyli do porozumienia. Teraz jednak robili to wyjątkowo często.
Nie to, by był z tego niezadowolony. Rzadko kiedy rzeczywistość była aż tak pozytywnie rozbieżna z oczekiwaniami. Zapewne nie miało tak pozostać zawsze, ale nie wątpił, że potrafili tworzyć coś naprawdę dobrego. Właściwego. Pod tym kątem byli wyjątkowo przyjemnie odmienni od otoczenia.
- Nie, nie w takim wypadku - zaprzeczył bez chwili namysłu, nie potrzebował zastanawiać się nad podejściem tamtego człowieka. - Dla takich ludzi córki są jedynie towarem, Rina, oni nie podchodzą do tego jak moja czy twoja rodzina. Jak mój ojciec, twój ojciec, ja czy twoi bracia. Dla nich w najlepszym razie posiadanie córki to karta przetargowa, ładna ozdoba, w najgorszym: zbędny balast, bo trzeba dać takiej na posag. Jasne. Na pewno nakarmił je swoimi ideologiami, ale nie bardziej niż uznał za konieczne, żeby je ustawić. Ułożyć, ale nie przesadzić z przepełnianiem ich ptasich móżdżków informacjami - nie wygłaszał teraz własnych opinii, z pewnością to wiedziała, po prostu przedstawiał jej ten ogląd na sytuację, przekonania znacznej części bogatych mężczyzn czystej krwi. - Wszystkie bardzo młodo wydał za mąż, każda skończyła w aranżowanym związku. Wątpię, żeby zaprzątał sobie głowę ich preferencjami. Dobił targu - bo niestety tak to właśnie wyglądało w ich świecie, nawet w tak rzekomo postępowych czasach.
Jako prywatny medyk obracał się w gronie naprawdę różnych ludzi. Miał okazję spotkać się z wieloma przejawami najciemniejszych stron tradycjonalizmu. Sam uważał się za dosyć konserwatywnego człowieka, ale respektował znaczną część granic. Pod tym kątem był wyjątkowo wyrozumiały. Nie podzielał zdania takich osób, ale wiedział, że było wielu takich, nawet z jego pokolenia oraz młodszych, którzy to robili. Wszystko w imię porządku i tradycji.
- Mhm - kiwnął głową, kwitując to już wyłącznie tym.
Mimo wszystko nie miał ochoty zbyt mocno zagłębiać się w nieswoją historię, szastać faktami z cudzego życia. Nawet po to, żeby poinformować najbliższą mu osobę jak wyglądają realia. Nie zgadzał się z wszystkimi wyborami dokonanymi przez przyjaciela, ale z biegiem czasu był w stanie zrozumieć przynajmniej ich część. W pewnym stopniu, nieznacznie. Na tyle, na ile.
- To nie strach - zaprzeczył praktycznie od razu, wbijając w Geraldine karcące spojrzenie zmrużonych oczu. - To respekt. Nie wiesz tego - bo i skąd by miała, szczególnie, że ciotka Corneliusa zdecydowanie za nią przepadała, nawet jeśli nijak tego nie okazywała, bo nie zwykła tego otwarcie robić. - Ale Ursula potrafi być naprawdę... ...druzgocąca. Po prostu lepiej tego unikać - stwierdził, jednocześnie nie wspominając o tym, że przez te ostatnie półtora roku zdecydowanie miał okazję przekonać się o tym na własnej skórze.
Nie raz i nie dwa słysząc grobowe komentarze na temat własnej przyszłości. Zmarnowanych szans i zniweczonych ambicji. Sprzeniewierzonych możliwości. Tym podobnych określeń, jakich nie szczędziła mu starsza pani. Oczywiście w dalszym ciągu zdecydowanie stojąc po jego stronie, tyle tylko, że nie zamierzając być przy tym ani delikatna, ani szczera. Nie, skoro nie podobało jej się to, co jej zdaniem zaczął robić ze swoim życiem.
Tak, była też dosłownie jedyną osobą, która pokusiła się o komentarz dotyczący tego, że liczyła na wnuki, nie na dziecinne zachowania. Od nikogo innego by tego nie przyjął. Przed nią być może nawet trochę zwiesił głowę, wzruszając ramionami niczym skarcony dzieciak. Mało brakowało, by zaczął gmerać czubkiem buta w dywanie, pokrętnie tłumacząc się ze swoich decyzji.
Tak, dokładnie takie wrażenie potrafiła w nim wywołać. Była druzgocąca. Szczególnie, gdy miała oczekiwania wobec grupy ludzi darzonych tymi specjalnymi względami. Których to wymagań chwilowo praktycznie nikt nie raczył spełnić. No, może poza Corneliusem, choć i on bez wątpienia w pewnym stopniu nadal ją zawodził. Cała reszta? Jednego wywiało w świat z wyjątkowo nielubianą przez nią panną. Cała reszta była starymi kawalerami.
Niezręcznie, bardzo niewłaściwie.
Ale to też oznaczało, że z pewnością nie tylko oni mieli być zadowoleni z tej konkretnej zmiany. Miała napotkać przynajmniej jedno szorstkie, ale aprobujące skinięcie głową.
- Wiem. Potrafię zachować pozory - odpowiedział bez zająknięcia, tym poważniejszym tonem głosu, że zdecydowanie zdawał sobie sprawę z tego, co mu insynuowała.
Oboje zdawali sobie sprawę z tego jak blisko byli wtedy, żeby przekroczyć granicę. Najpewniej wystarczyłoby jeszcze kilka chwil sam na sam na trawie za żywopłotami w głębi ogrodu, butelka alkoholu więcej, kilka dodatkowo wypowiedzianych słów. Prędzej czy później jego dłoń powoli zawędrowałaby głębiej pod jej sukienkę. Palce Geraldine zsunęłyby się z jego obojczyków do zapięcia koszuli.
Panowała między nimi wtedy wyjątkowo napięta atmosfera. Musiał cholernie mocno trudzić się, żeby ukryć przed nią to, w jaki sposób na niego działa. Zarówno wewnątrz, jak i bez wątpienia na zewnątrz, co było już zdecydowanie trudniejsze. Z perspektywy czasu także bardziej zabawne, bo prędzej niż później i tak zakończyli tamtą maskaradę.
Po niespełna dwóch tygodniach wylądowali na tym samym łóżku, w którym teraz leżeli, upajając się wymienianymi pocałunkami. Wtedy byli jednak już całkowicie trzeźwi. Wiedzieli, że nie jest to sprawka zbyt dużych ilości alkoholu ani narkotycznych kadzideł. Weszli na wyższy etap relacji zupełnie świadomie, bez dwóch zdań po prostu tego chcąc. W gruncie rzeczy tak okazało się zdecydowanie lepiej. Nie było miejsca na niepotrzebne wątpliwości.
- Okazję da się stworzyć, wiesz? - Zasugerował, bo przecież poniekąd byli w tym nieoficjalnymi ekspertami; znajdowali ją po to, żeby się do siebie zbliżyć, więc to samo mogli zrobić z gorsetami. - Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z konsekwencji swoich słów - już raz ją dzisiaj ładnie prosił, tak?
Tyle tylko, że nie wydawało mu się, żeby była w stanie przeżyć to powtórnie. Nie, musiała zdawać sobie sprawę z tego, że to są dosyć głupio sformułowane oczekiwania.
- Poza tym odnośnie tych spodni - zaczął, ale nie musiał kończyć, prawda?
Wystarczyło, że na nią spojrzał, obdarzając ją bardzo konkretnym wyrazem twarzy. Jeśli chodzi o te jej spodnie, szczególnie ciasne i skórzane, nie były one jego ulubionym elementem garderoby. Nawet jeśli dodałaby do nich gorset.
Wbrew pozorom, prawdopodobnie byłoby wtedy jeszcze gorzej, bo o ile górnej części ubrania pozbyłby się wyjątkowo szybko, o tyle dolna jeszcze bardziej by go drażniła. Za to w sypialni? Mogli zadowolić się sypialnianymi gorsetami. Ot, w ramach kompromisu.
- Nie, nie mogę się zgodzić - zdecydowanie potrząsnął głową, rzecz jasna, aktualnie na powrót racząc spojrzenie odsłoniętymi piersiami jego dziewczyny. - Widziałem dużo cycków w gorsetach, więc wiem, co mówię. Twoje wyglądały zdecydowanie najlepiej. Już wtedy. Za to teraz? - Słowa uznania, tak?
Nie miał zielonego pojęcia, co zrobiła, bo zdecydowanie nie miało to związku z przybraniem na wadze, ale nie zamierzał tego roztrząsać. Tak jak mówił: był bardzo prostym człowiekiem. Po prostu cieszył oczy tymi kształtami.


RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.04.2025

Nigdy nie byli szczególnie wylewni. Słowa nie były dla nich najistotniejsze, to raczej gesty wyrażały większość ich uczuć. Takie już mieli podejście, nigdy jej to jakoś nie przeszkadzało, bo nie potrzebowała nazywać rzeczy po imieniu, aby wiedzieć, czym było to wszystko. Zmieniło się to jednak w ostatnim czasie, jakby naprawdę chcieli udowodnić sobie jak wiele dla siebie znaczą, bo pojawiły się i słowa, mimo tego, że nadal nie przestawali okazywać sobie swoich uczuć również poprzez gesty. To się zmieniło, nie wątpiła, że powód przez który pojawiły się te deklaracje to ta sytuacja, w której się znaleźli. Półtora roku rozłąki zrobiło swoje, warto było nadrobić stracony czas.

- Tak, mam do nich ogromną słabość. - Mało kto ją tak irytował jak poeci i ich pierdolenie, przy osobach tego pokroju, przy opowieściach które snuli stawała się jeszcze bardziej porywcza, bo nie mogła znieść słów, które padały z ich ust, często mijały się z prawdą, a ona nie znosiła, jak ktoś gadał o rzeczach, o których nie miał pojęcia.

- Zdecydowanie lepiej, cieszy mnie to, że masz podobne przemyślenia co do tego biurka, myślałam, że tylko ja jestem taka niereformowalna. - Nie powinna o nim wtedy myśleć w ten sposób, ale nigdy nie umiała odsunąć od siebie podobnych wyobrażeń w jego towarzystwie. Nawet gdy wydawało się iż są w bardzo napiętych stosunkach. Mogła zamknąć mu wtedy usta pocałunkiem, tak jak to robiła wiele razy podczas ich zwyczajnych kłótni, aby w końcu zakończyć niepotrzebną dyskusję i zająć się tym, co miało sens.

- Nie, nie sugeruje tego, widać moje poetyckie umiejętności pozostają dalej na takim samym poziomie, jak były zawsze. - Porównanie okazało się zupełnie nie trafione, cóż, powinna wiedzieć, że go nie zaakceptuje.

- Może być gończy, wolałabym, aby nikt nie uznawał, że potrzebuje psa obronnego, jakby to o mnie świadczyło? - Była łowczynią potworów, dobrze byłoby gdyby inni brali ją na poważnie. Nie potrzebowała obrońcy, nie była damą w opałach, sama mogła się bronić. Zresztą Roise doskonale o tym wiedział, wydawało jej się, że udowodniła mu to dostatecznie wiele razy.

Co innego taki pies gończy, który się ciągle przy niej plątał. Brakowało jej Roisa przez te półtora roku, brakowało jej jego obecności podczas tego co działo się w jej życiu. Nie chodziło nawet o to, aby załatwiał z nią te wszystkie dziwne sprawy, po prostu przy nim czuła się pewniej. Szczególnie wieczorem, kiedy znajdowała się w domu, ściągała z siebie te wszystkie maski i chciała po prostu odpocząć, a najlepiej zawsze wychodziło jej to przy nim. Mogła przytulić się po prostu do niego na kanapie, nie mówić nic i odetchnąć, mając świadomość, że jest ktoś, komu na niej zależy. To niby było niewiele, ale jednak bardzo dużo. Cieszyła się, że znowu do tego wrócili, że w końcu jej świat stawał się kompletny.

- Wiem, bo przecież my nic nie musimy. - Nie mogła nie sięgnąć po jedną z ich zwyczajowych odzywek, prawda? Już bardzo dawno temu ustalili, że żadne z nich niczego nie musiało, i to samo dotyczyło ich kiedy byli razem. Udowadniali to sobie raz po raz.

- Ile to jest kilka doniczek? Potrzebuję konkretów, żeby znowu nie podjąć jakiejś irracjonalnej decyzji. - Nauczona doświadczeniem, które nabyła przed chwilą zamierzała weryfikować umowę, którą zawierała, aby nie dać się wprowadzić na minę. Kilka mogło znaczyć wszystko, a zdawała sobie sprawę, jak wyglądały te rośliny Ambroisa, zresztą jakby nie zastawiał nimi połowy domu... Wszędzie te krzaki, mniejsze, czy większe, nie wiadomo na co to komu. Oczywiście, nie komentowała tego w głos, może nie do końca rozumiała, ale starała się akceptować te jego hobby.

- Bo przecież Ty w ogóle jesteś najlepszy, czyż nie? - Przede wszystkim najskromniejszy, prawda? Znowu zaczynał się tak uroczo napuszać, był przy tym całkiem zabawny, gdy obrastał w piórka będąc pewny swojej nieomylności.

Doskonale zdawali sobie sprawę, czyj miał być ten pusty pokój, mimo, że wtedy w siedemdziesiątym pierwszym nie poruszyli tego tematu, nie mówili o tym w głos to wiedzieli ku czemu zmierzali, nie sądziła, żeby był sens aby to zmieniali. Jasne, musieli znowu jakoś sobie wszystko ułożyć, odnaleźć się we wspólnym życiu, ale prędzej, czy później na pewno uda im się dojść do tego, do czego już kiedyś zmierzali.

- Tak, cała ja, podoba mi się, że to doceniasz. - W innej sytuacji na pewno nie byłby zadowolony z tego, że jak zawsze z czymś zwlekała, ale chodziło w jej przypadku tylko i wyłącznie o sprawy urzędowe, wszystkie inne decyzje podejmowała ekspresowo, bo nie wymagały one od niej jakiegoś szczególnego myślenia. Tutaj musiałaby usiąść i pomyśleć, od czego miała zacząć, co całkiem skutecznie zniechęciło ją do tego, żeby zająć się tematem. Wyszło im to na dobre i to było najważniejsze.

- Trochę nie masz wyjścia, bo trafił Ci się wyjątkowo niereformowalny przypadek, jeśli o to chodzi. - Miała świadomość, że pewnie niektórym by to przeszkadzało, a Roise zamiast narzekać po prostu się sam tym zajmował. Naturalnie przychodziło im dzielenie obowiązków, każde zajmowało się w domu tym, do czego miało większe chęci, czy smykałkę, nie musieli robić nic na siłę, bo przecież już dawno ustalili, że nic nie muszą. Ten układ działał, więc bez sensu było się na tym skupiać.

- Obawiam się, że nie dostaniesz ani jednego, ani drugiego. - Jeśli chodzi o dziewictwo to cóż... już dawno, ale bardzo dawno było na to za późno, duszę zaś też zdążył sobie wziąć jakieś siedem lat temu, więc nie miała mu zbyt wiele do zaoferowania z tej listy. Na pewno jakoś to obejdą, prawda? Nie byli przecież jedną z tych typowych par. - Trafił Ci się wadliwy towar. - Skoro rozmawiali o transakcjach, umowach, to teraz i ona stała się kolejnym towarem. Zresztą, czy właśnie nie w ten sposób były traktowane w większości panny z dobrych domu. Pokazywano je na tych przyjęciach niczym wartościowe przedmioty, wystrojone, miały jedynie zdobić swoich przyszłych mężów.

- Dla Ciebie może nie... - Naprawdę doceniała to, co mówił, ale nie do końca o to jej chodziło. Miała świadomość, że przekraczała już pewną granicę wieku. Nie, żeby czuła się szczególnie stara, ale wiadomo, jak to wyglądało w ich świecie, już dawno powinna mieć męża i gromadkę, małych potworów.

- Nie da się tego ukryć, mamy swoje lata. - Tyle, czy faktycznie było w tym coś złego? Spędzili ze sobą większość dorosłego życia, w sumie to tworzyli rodzinę tylko nigdy nie w ten oficjalny sposób. Kiedyś w ogóle nie chciała być rodzicem, więc przecież nie było innej możliwości, skoro nagle się jej odmieniło, musiała być ewentualnym starym rodzicem, bo jej życie wyglądało tak, a nie inaczej.

- Właściwie to tak, masz rację, kilka lat tego nie zmieni. - Potrzebowała to chyba usłyszeć w głos. Musieli podejść do tematu na spokojnie, zająć się wszystkim po kolei, bo przecież jeszcze wczoraj nawet nie byli pewni, że spędzą ze sobą resztę życia. Wypadało, aby poukładali sobie swój mały świat, nim przejdą do takich poważnych decyzji.

- Przerwy między pąklami? Słucham? Kto właściwie mówił o liczbie mnogiej? - Zaczęło się od jednego, a Roise najwyraźniej planował nieco zwiększyć liczbę, tyle, że to ona będzie musiała wypluwać te wszystkie dzieci... co nie do końca jej się podobało. W końcu byłaby uwiązana w domu, pewnie nie mogłaby za bardzo ryzykować, a wiadomo, jak się kończy siedzenie w domu dla jej zdrowia psychicznego. Prędzej, czy później by ochujała.

Kiedy usłyszała kolejne zdanie, aż uniosła się na łokciu, by spojrzeć na minę swojego chłopaka.
- Twój ojciec postanowił sobie zrobić dzieciaka na stare lata? Czy To Evelyn odjebało? - Faktycznie to powiedział, ale musiała dopytać. Na szczęście Gerard nie miał takich pomysłów, bo wyglądałoby to dziwnie. Zresztą jaki był w tym sens? Dorosłe dzieciaki i nagle kolejne, małe szczęście z rodzicami, którzy powinni być dziadkami i rodzeństwem, które mogłoby być jego rodzicami. Pojebana akcja.

- Trochę zbyt łatwo nam to przychodzi, nie sądzisz? - Byli dzisiaj ze sobą wyjątkowo zgodni, a wiadomo, jak to jest, co za dużo to niezdrowo, zapewne zaraz coś się spieprzy, bo nie mogło być zbyt długo zbyt dobrze i przyjemnie. Życie tak nie wyglądało.

- Czasami zapominam wiesz, jak miałam dużo szczęścia, że jestem dzieckiem swoich rodziców. - To było dla niej w końcu raczej oczywiste. U niej w domu nigdy nie zwracano szczególnej uwagi na płeć, role społeczne, jasne - wiadomo, że Geraldine jako kobieta miała pełne oczekiwania, które powinna spełnić, ale nikt na to mocno nie naciskał, nie była nigdy traktowana jako zwierzę, które można było sprzedać za odpowiednią zapłatę. Matka może wspominała o tym, że powinna szybciej szukać męża, ale nigdy w życiu nie wrobiliby jej w aranżowane małżeństwo, bo liczyło się jej szczęście. Mogła narzekać na Jen, ale chyba czasem jej nie doceniała, zwłaszcza zważając na to, o czym mówił teraz Roise.

- Już dawno powinni odejść od tych pojebanych zwyczajów. - Nie podobało jej się to, że kobiety były traktowane w ten sposób, że o ich losie decydowali podstarzali faceci, którzy nie mieli do zaoferowania nic więcej niż ciała swoich córek. To było obrzydliwe. Zresztą nigdy nie kryła się ze swoją opinią na ten temat.

- Nie wiem, bo dla mnie była raczej miła, zresztą nadal jest. - Nie należała do grona dzieci ciotki Corneliusa, weszła do rodziny bardziej jako osoba towarzysząca Ambroisa, z czasem stała się przyjaciółką Corio i matką chrzestną jego dziecka. Spotykała Ursulę nadal podczas tych różnych spotkań, na których wypadało się pojawić, nie wchodziła jednak w jakieś szczegółowe konwersacje, bo ciotka na pewno zauważyła, że doszło do pewnych zmian, nie dało się tego nie zauważyć zwłaszcza na urodzinach Fabiana, gdy ona i Roise strzelali w siebie piorunami z oczu.

- Czy ja wiem, czy aż tak potrafisz? - Zresztą, czy którekolwiek z nich umiało je zachować w swojej obecności. Już kiedy się przyjaźnili szukali możliwości, aby dotknąć się niby przypadkiem, spoglądali na siebie bardzo znacząco, rzucali ukradkowe spojrzenia, często się na tym przyłapując, wcale nie byli w tym wszystkim tacy dyskretni, jak im się wydawało.

Ten pamiętny bal, atmosfera, która panowała w ogrodach, maski, powodowały, że naprawdę znaleźli się na granicy, zwłaszcza gdy zaszyli się w tych ogrodach, z dala od wzroku pozostałych gości. Przy ludziach bowiem próbowali zachowywać pozory, później było tylko gorzej, coraz trudniej. Do tej pory nie miała pojęcia, jak udało im się wtedy wyjść stamtąd jakby faktycznie nie chcieli tego samego. Mieli bardzo silną wolę.

- Wiem, jesteśmy ekspertami w stwarzaniu okazji. - Tak właściwie to w ogóle ich nie potrzebowali, bo zawsze robili to na co mieli ochotę, tak jak teraz - zupełnie nie trzymali się ustaleń, które pojawiły się ledwie godzinę wcześniej. Nie przejmowali się niczym i właściwie nie widziała w tym nic złego. Mogli sobie przecież na to pozwolić. - Tak, chyba niepotrzebnie to powiedziałam, zignoruj je. - Miała szansę już dzisiaj doświadczyć tego proszenia i nie było to szczególnie przyjemnym doświadczeniem, zdecydowanie wolałaby uniknąć powtórki.

- Nie, nie ma szans, spodnie zostają, za bardzo je lubię. - Przecież o tym wiedział, próbował z tym walczyć od lat, a Geraldine była pod tym względem niereformowalna, uwielbiała swoje skórzane spodnie i nigdy miało się to nie zmienić, mimo, że czasem powodowały zirytowanie u niej u i niego.

- Nie powinnam się chyba kłócić ze zdaniem eksperta. - Cycki, jak cycki, czyż nie? przynajmniej dla niej, może nie wpatrywała się w nieswoje jakoś za bardzo, czasem rzucała krótkim spojrzeniem, wiec faktycznie jej opinia nie była jakoś bardzo kompetentna. - Co teraz? Po prostu dawno nie miałeś szansy ich oglądać, to pewnie przez to. - Nie wydawało jej się bowiem, aby coś się zmieniło.




RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.04.2025

- Lubię, gdy jesteś niereformowalna - mrugnął do niej, znacząco zniżając głos, choć wiedział, że zrozumiała sugestię.
Oboje tacy byli, prawda? Doskonale dobrali się pod tym kątem. A teraz nareszcie mogli swobodnie na nowo dawać temu ujście, nie zastanawiając się zbyt wiele nad tym, co to sprawi czy zmieni. Podjęli decyzję. Mogli sięgać ku sobie bez wahania.
- Czyli mamy kolejną jasność - ależ byli wyjątkowo jednomyślni, zdecydowanie nie mógł ukryć uśmieszku, jaki wkradł mu się na twarz na samą myśl o tym, do czego właśnie mu się przyznała.
Oczywiście, mógł się tego domyślać, ale tamten dzień był inny. Trudny. Skomplikowany i chaotyczny. Ciężko było oceniać go w takich kategoriach jak to dzisiejsze popołudnie.
- Nadrobimy to przy następnej możliwej okazji - dopowiedział bez wahania.
Rzecz jasna, mając na myśli nie tylko biurko, lecz także stolik kawowy, łóżko i parę innych dostatecznie płaskich powierzchni do wypróbowania. Mieli czas. Naprawdę dużo czasu, żeby nadrabiać ten cały czas w najbardziej poetycki sposób.
- Wiesz, że nawet najtwardsze sztuki mają własnych ochroniarzy? Kwestia prestiżu - odpowiedział zgodnie z własnymi przekonaniami na ten temat.
Nie, wcale nie świadczyło to o niej źle. Wręcz przeciwnie. Sugerowało, że była w stanie interweniować, ale po prostu nie potrzebowała zaprzątać sobie tym głowy, bo miała kogoś, kto zrobiłby to za nią. To brzmiało już znacznie lepiej, prawda? Choć psem gończym też zdecydowanie mógł dla niej być. Nie robiło mu to zbytniej różnicy. I tak znał swoje możliwości i zadania.
- Tak właściwie, terminologia jest tu zbyteczna - dodał po chwili namysłu, parokrotnie kiwając głową, jakby wyrokował właśnie o czymś naprawdę istotnym.
Dlatego zresztą użył tego tonu, prawda? Posłużył się takimi, nie innymi słowami. Chciał zabrzmieć jak autorytet w zakresie pełnienia konkretnych ról społecznych, ale w gruncie rzeczy dla nich obojga liczyło się głównie jedno. To, że po prostu mieli być obok siebie. Przy sobie. Zasypiać, budzić się, dzielić obowiązkami, spędzać ze sobą czas. Chodzić na randki, które dzisiaj chyba już sobie darowali.
Ostatnie półtora roku dosyć mocno pokazało mu jak to jest nie mieć, do czego wracać. Do kogo wracać. Nie wiedzieć, co zrobić ze sobą nocami. Siedzieć do bladego świtu nad zupełnie niepotrzebnymi rzeczami tylko przez to, że przewracanie się w łóżku nie miało sensu. Grać tak długo i tak często, że gdy zostawało się samemu, nawet nie kłopotało się, by przestać.
Osłonił się naprawdę wysokimi, grubymi murami, które w tym momencie zaczęły pękać, ale mimo wszystko oboje potrzebowali czasu. Rozmowy. Tym razem głębszej, bardziej szczerej, dłuższej niż kiedykolwiek wcześniej. Dzielenia się nie tylko zadaniami, lecz także odczuwanymi emocjami. Wszystkimi. To nie miało być proste, ale chyba na ten moment całkiem nieźle im wychodziło. Potrafili się dogadać, gdy naprawdę tego chcieli.
- Nic a nic - przytaknął, uśmiechając się pod nosem, po czym na szybko próbując określić odpowiedź na to kolejne pytanie. - Pięć czy sześć? Myślę, że to w zupełności wystarczy, żeby przez jakiś czas cieszyć się sporymi zapasami - a szła zima, długa i ciemna jesień, więc idealny czas na siedzenie przed kominkiem i raczenie się zbiorami, nie?
Tyle miejsca mogła mu zagwarantować. Szczególnie, że oferował jej coś w zamian. To nie było tak, że nie zamierzał dzielić się plonami swojej pracy, prawda? Mogła być tego całkowicie pewna. Reszta doniczek porozstawianych po domu też miała zresztą naprawdę dużo sensu. Nie rozstawiał ich przypadkowo. Był w tym wyjątkowo umiejętny.
Co z tego, że nie rozumiała jego systemu? On nie przejmował się jej upolowanymi zwierzętami i bronią porozrzucaną po domu, przynajmniej dopóki w coś nie wdepnął. Wtedy kurwił ile wlezie. Całe szczęście mogąc samemu wesprzeć się eliksirami czy zasmakować siniaki maścią. No, był wyjątkowo przydatny i zdolny. Nie mogła mu tego odmówić.
- W każdym stopniu - potwierdził gładko, posyłając dziewczynie całkiem szeroki uśmiech. - Ty też. Tak. Jesteśmy wyjątkowi, nie? Doskonali - nie był aż takim bufonem, żeby wykluczyć jej wkład w to, co tak właściwie ze sobą tworzyli, a przy sobie bez dwóch zdań byli swoimi najlepszymi wersjami.
No, dopóki nie przestawali nimi być, ale to mieli już za sobą, prawda? Zmienili to tego dnia. Ostateczna wersja rzeczywistości.
- Egzemplarz kolekcjonerski - poprawił dziewczynę, zdecydowanie nie zamierzając przystać na tę wersję o jakimkolwiek zepsuciu czy wypaczeniu. - Specjalna sztuka. Nie ma drugiej takiej. Towar jedyny w swoim rodzaju, dlatego zamierzam go sobie zostawić - uśmiechnął się półgębkiem, kolejny raz pobłażliwie kręcąc głową.
Po co patrzeć na siebie w kategoriach wadliwości, skoro w istocie nie było tu żadnego zepsucia? Lubił te wszystkie odstępstwa od normy. Wywodząc się z takiego, nie innego rodu zdecydowanie doceniał te specjalne sztuki, nie? Prychnął pod nosem, jeszcze raz kręcąc głową.
- Od kiedy liczy się dla ciebie inne zdanie niż moje w tym zakresie, hm? - Rzucił, tak naprawdę wcale nie oczekując odpowiedzi, bo zamiast tego kontynuował cichym głosem. - Nadal jesteśmy tymi samymi ludźmi. Wciąż jesteś dokładnie taka sama a ja dalej tak samo cię kocham, więc czym tak właściwie się przejmujemy? - Nie dyskredytował konieczności zadania tamtego pytania, bo wyszli od niego do całkiem konkretnej rozmowy, która była im potrzebna, ale w jego oczach naprawdę nie potrzebowali czuć presji nagłego podążania za oczekiwaniami otoczenia.
Szczególnie, gdy jedna sprawa była bardzo jasna i chyba całkowicie dla nich zrozumiała.
- Najpierw daj mi się oświadczyć - już kiedyś planował to zrobić, doskonale o tym wiedziała, więc to nie były słowa, które brały się znikąd, nie powinna być nimi zaskoczona. - Później przyjmij kamyk. Nie daj się przytłoczyć Jen, Evie i Uli. Dwie, może trzy szopki później znikaniemy na trochę w Alpach. Albo w Ameryce Południowej? Gdziekolwiek, gdzie będziesz chciała. Reszta sama się ułoży - to była miła odmiana od zwyczajowego podejścia do życia, prawda?
Naprawdę całkiem miła odmiana.
- Przerwy między pąklami - przytaknął powoli, całkiem naturalnie i bez większych oporów, kolejny raz tego dnia robiąc to w wyjątkowo lekki i przyjemny sposób.
Choć zaraz bez wątpienia wbił spojrzenie z powrotem w oczy Geraldine, nieznacznie mrużąc swoje. Nigdy o tym nie rozmawiali. Tak właściwie to był pierwszy raz, kiedy w ogóle sięgali do tych tematów, ale wydawało mu się, że nie powinni nie mieć tu zgodności.
Pytania ze strony dziewczyny, choć najpewniej w jakimś stopniu wskazane, dosyć mocno zbiły go z tropu. Spojrzał na nią pytająco, ponownie otwierając usta, żeby odpowiedzieć na to wszystko, co padło. Wciąż dosyć gładko i bez głębszej analizy, bo przecież miał jasno wyrobione zdanie.
- Ja... ...my?... ...to dosyć standardowe podejście, wiesz. Nawet zaczynając stosunkowo późno, raczej powinniśmy skończyć z kilkoma pąklami. Sama wiesz jak dobrze mieć rodzeństwo. Nie daj, Merlinie, żebyśmy wychowali drugiego Romulusa - aż się wzdryknął, nawet jeśli zrobił to dosyć teatralnie i celowo, moment później trochę poważniejąc. - Będziemy mieć do tego warunki, możliwości. Szczególnie, jeśli rozsądnie podejdziemy do planów, więc? - robił wszystko, żeby tylko nie wzruszyć przy tym ramionami, bowiem dla niego sytuacja wyglądała raczej dosyć jasno.
Kochali się, mieli do tego względnie zdrowe podejście. No, z wyłączeniem ich półtorarocznej przerwy, ale to było czymś, co z pewnością musieli przedyskutować do tego czasu. W końcu nie byli tak nierozważni, żeby od razu zająć się pąklami. Mieli na to te wspomniane kilka lat. Możliwość przygotowania się na tę okoliczność i tak dalej, więc to chyba nie było takie znowu niejasne, że nie mieli skończyć po jednym, tak? Tak?
Posłał Yaxleyównie kolejne badawcze spojrzenie, tym razem usiłując odgadnąć, co siedzi jej w głowie. Nie do końca rozumiał tę mnogość pytań. W końcu nawet wtedy, gdy wysrywali sobie swoje plany sprzed dwóch lat, używali tej mnogiej formy. Byli tradycjonalistami o dobrym pochodzeniu, ludźmi, którzy (jak już przecież ustalili) byli sobie pisani, więc?
- Chyba nie obawiasz się uwiązania innego od cyrografu - to było jedyne, co przeszło mu przez myśl, ale brzmiało naprawdę cholernie absurdalnie, zwłaszcza jak na ich sytuację, więc nawet nie sformułował tego jako pytanie. - Dwoje czy troje... ...to nic nie zmieni - tym razem już wzruszył ramionami, trochę mocniej ją do siebie przygarniając, nawet jeśli już praktycznie leżała mu głęboko na piersi. - Jeśli do tej pory nie dostanę awansu, przejdę całkowicie na prywatną praktykę. Wiesz, jakie mam zdanie - nie wiedzieć, czemu w ogóle zareagował w ten sposób, rzucając te wszystkie zbędne słowa, bo przecież zdawała sobie sprawę z tego, że nie zamknąłby jej w złotej klatce, każąc jej robić coś, co ją unieszczęśliwiało.
Kto jak kto, ale Rina powinna sobie zdawać sprawę z tego, że nie był i nigdy nie miał być takim człowiekiem. Być może na zewnątrz mógł sprawiać zupełnie inne wrażenie. Opowiadać się za zdecydowanie konserwatywnymi wartościami, ale już na samym początku swojej dorosłej znajomości rozmawiali na temat trzymania kogoś na łańcuchu, nawet złoconym.
Nie widział w niej gospodyni domowej. Z całym szacunkiem do wszystkiego, czym dzielili się podczas swoich wcześniejszych wspólnych lat. Nie spodziewał się, żeby nagle zapragnęła siedzieć w domu, do czego poniekąd zobowiązywało zakładanie rodziny, ale tu nie było już różnicy pomiędzy jednym a trzema czy czterema dzieciakami.
Wydawało mu się to też dosyć naturalne dla ludzi ich pokroju. Tu raczej nie chciał być wyjątkiem. Szczególnie, że oboje mieli rodzeństwo i raczej mimo wszystko podchodzili do niego dosyć pozytywnie. Jedynak w ich wypadku byłby zmarnowanym potencjałem. Nie mówiąc o tym, że prawdopodobnie przy okazji najbardziej rozpuszczonym dzieckiem, co przy mieszance ich charakterów mogłoby być dosyć druzgocące.
Nie mówiąc o tym, co by było, gdyby kilka...naście lat później postanowili zmienić zdanie. Albo dajmy na to trzydzieści trzy. Trzydzieści cztery lata później.
Oczywiście, że spodziewał się pochwycić takie a nie inne spojrzenie ze strony jego dziewczyny. On sam zareagował w dużo bardziej zszokowany sposób, nawet jeśli naprawdę starał się ukrywać wtedy swoje zdanie. Mimo wszystko próbował być tym rodzinnym człowiekiem. Nie ranić Evelyn i tak dalej. Tyle tylko, że miał o tym bardzo konkretną opinię.
- Gdyby to było dekadę wcześniej - co i tak byłoby szaleństwem, czego nie próbował ukryć w swoim tonie głosu, gdy zaczął o tym mówić. - Powiedziałbym, że to ona boi się o swoją pozycję i o to, że jednak postanowię nie ustąpić z roli dziedzica, jeśli ojciec umrze i wygnam ją z domu - powiedział wprost, tu także mając dosyć mocno ukształtowane zdanie - ale jak sama wiesz, bo poniekąd się do tego przyczyniłaś - tu zdecydowanie oddawał jej należne honory - nasze stosunki są poprawne a nawet powiedziałbym, że w ostatnim czasie były wyjątkowo dobre. Nie wiem, co im odpierdoliło - zazwyczaj dosyć dobrze się maskował, ale teraz?
Chyba po prostu potrzebował powiedzieć te następne słowa.
- Jest młoda, ale to nie zmienia faktu, że ich kurwa poniosło. On nadal jest gościem w swoim własnym domu, wiesz. Nie zmienił swoich nawyków po tym jak machnął swoją różdżką i wyczarował dzieciaka - tak, był na tyle podminowany tą sytuacją, żeby wreszcie do kogoś to z siebie wyrzucić, wbijając wzrok w sufit i świdrując przez chwilę cienie liści pociemniałymi, gniewnymi oczami.
Wziął jeden, potem drugi głęboki wdech, mamrocząc pod nosem.
- Znowu bawi się w dom - a kto miał mierzyć się z konsekwencjami tych decyzji?
No właśnie. To był już z dawna przerabiany motyw. Być może Roise naprawdę kochał swojego ojca, tak samo jak z pewnością ojciec kochał jego, ale tak - to zawsze był Thomas, nigdy ojczulek czy tata. Nie mówił do niego panie ojcze jak robił to jego przyjaciel w stosunku do swojego. Miał dużo szczęścia, ale jednocześnie nie dało się ukryć, że nauka była w ich domu pierwszą żoną, druga mogła czuć się trochę jak kochanka.
A teraz miała mieć dziecko z kimś, kto z pewnością wcale nie zamierzał odpuścić swojej naukowej kariery, roli w instytucie i tak dalej. Historia miała zatoczyć koło. Po co? Nie miał kurwa pojęcia. Natomiast ani trochę mu to nie odpowiadało, szczególnie że miał głębokie przeczucie, w jaki sposób to będzie wyglądać. Zwłaszcza, że nie wyglądało na to, by zaręczyny jego siostry miały zostać faktycznie odwołane, toteż najpewniej w przeciągu pół roku, może roku nie miała już mieszkać w domu rodzinnym.
Wedle przekonania rodziny, on natomiast tak. I tu był pies pogrzebany. Miał być pomocą, chciał tego czy nie, zazwyczaj był jedynym mężczyzną naprawdę często przebywającym w posiadłości. Wziął głęboki wdech, wreszcie wypowiadając i te słowa.
- To jeszcze nie jest powszechna wiedza, ale wiesz, co będzie dalej - stwierdził w dalszym ciągu tak samo podminowany. - Począwszy od samego przepływu informacji po niewypowiedziane oczekiwania - nie musiał mówić jakie, bo oboje to wiedzieli, więc nie mówił; od razu przeszedł do tego ostatniego wyjątkowo dosadnego zdania. - Zostanę wrobiony w ojcostwo. Wmanewrowany w nie, nie tylko pod względem pomocy macosze, ale przede wszystkim tego, co z niej wyniknie. Musisz być na to gotowa - nie to, żeby którekolwiek z nich wyjątkowo przejmowało się opiniami ludzi, ale po prostu potrzebował to powiedzieć.
Wyrzucić z siebie, jednocześnie mimowolnie zaciskając palce wolnej ręki na materacu. To nie wystarczyło. Nawet nie wiedział, kiedy tak właściwie narosło w nim to wszystko do poziomu, gdy mógł wyłącznie pierdolnąć pięścią w łóżko, zaciskając przy tym zęby.
- Ja pierdolę, kurwa, Rina, jakurwapierdolę. Putaindebordeldemerde. Do reszty ich popierdoliło. Ona nie patrzy już na nikogo i na nic, poza czubkiem własnego chuja. On ma wszystko w piździe - tak, dosłownie tak, zdecydowanie miał to na myśli. - Mają wyjebane. Zobacz, co im już z tego wyszło. Kogo oni, kurwa, wychowali? - Miał dosyć, miał serdecznie dosyć, nawet jeśli sam przeszedł do tego tematu, teraz zaciskając powieki i bardzo gwałtownie kręcąc głową. - Kanalia i zdzira. Po dwóch nieudanych eksperymentach wychowawczych postanowili trzasnąć sobie trzeciego bachora - rzadko kiedy mówił w ten sposób, praktycznie nie posuwał się do takich określeń, ale w tym wypadku nie potrafił sobie ich darować. - Nie wiem, czego oni kurwa oczekują - dawno nie zdarzyło mu się tak bardzo kląć, ale ta sytuacja zdecydowanie tego wymagała.
Nie był w stanie, po prostu nie był w stanie wyobrazić sobie tego, co kierowało jego rodziną. Nie była to wpadka. Tego był pewien. To dziecko było planowane, ale po co? Za cholerę nie wiedział, naprawdę. W tym momencie trochę nie panował przez to nad słowami. Musiała mu to wybaczyć. Dosyć długo tłumił w sobie wszelkie obiekcje, starając się nie emanować irytacją. Teraz popłynął.
- Nie, nie sądzę - stwierdził po chwili, wracając do tego samego tonu, co przed swoim chwilowym wybuchem frustracji, ale wbijając już nieco poważniejsze spojrzenie zielonych oczu w Geraldine.
Przymknął je na kilka sekund, wydobywając spomiędzy warg te kolejne słowo. Dwa. Bardzo proste.
- Dziękuję, Bruyère - ciche, prawie bezgłośne, ale mimo wszystko słyszalne.
Nie musiała pytać go, za co, prawda? Oboje mieli swoje doświadczenia, swoje przywary, sprzeczne zdanie, ale mimo wszystko przy nikim innym nie potrafił dać sobie tak bardzo odpocząć. Po prostu powiedzieć to, co chciał mówić. Zupełnie bez jakichkolwiek wątpliwości.
- Tak, oboje je mieliśmy. Mimo wszystko. W innym wypadku na pewno byłoby znacznie bardziej skomplikowanie - stwierdził zgodnie z tym, co już wcześniej mówili.
Mieli wyjątkowo dogodną sytuację.
- Nie łudź się, że kiedykolwiek odejdą - w końcu oboje ustalili, że nie są idealistami, nie? - Gdybyś widziała, dla jakich dupków zdarza mi się pracować - i nie, nie mówił tutaj o swojej mniej legalnej działalności. - Pod tym względem nie ma żadnych szans na zmiany - cóż, lepiej było powiedzieć to wprost niż udawać, że ten szumnie deklarowany postęp dotrze także tutaj, w te najgłębsze zakamarki posiadłości tradycjonalistycznych rodzin.
- Och, ciotka zawsze jest miła. Niezmiernie kulturalna - odpowiedział w pierwszej chwili, dopiero później dodając z całą pewnością swego. - Zaczekaj aż oficjalnie wejdziesz do rodziny - nie, wcale nie groził Geraldine.
Jedynie ją...
...informował.
- Oczywiście, że potrafię - prychnął pod nosem, starając się włożyć w to jak najwięcej pobłażliwości i teatralnego sprzeciwu przeciwko założeniu, że mogłoby być inaczej.
A zdecydowanie było. Tyle tylko, że zaprzątali sobie wtedy głowę całkowicie przesadzonymi interpretacjami. Próbami zdyskredytowania wszystkiego, co w gruncie rzeczy było bardzo jasne. Nie mogli obdarzać się znacznie bardziej wymownymi sugestiami niż to robili, a jednak całkiem długo im zeszło. Potrzebowali sporo czasu, by pozbyć się wrażenia, że to nie są tylko ich urojenia. Całe szczęście później wszystko poszło już całkiem szybko.
- Nie da się ukryć - kolejna zgodność, no, naprawdę dziś z nimi szaleli.
Nie mieli jej tylko w jednej kwestii. Od wielu lat.
- Spodnie i gorsety? Okazjonalnie sukienki? - Mogli negocjować, tak? - Po domu od czasu do czasu możesz chodzić w koszulach? Nie zawsze musisz łączyć je ze spodniami - stwierdził wprost. - Wiem, że będziesz je brać - a on chuja mógł, nie jej zabronić, więc przynajmniej mogła mu się za to zrewanżować.
- Nie, nie. Tu mnie nie zdyskredytujesz. Sama mówisz, że jestem ekspertem. Znam twoje cycki - pokręcił głową, ani przez chwilę nie zastanawiając się nad wypowiadanymi opiniami. - Poza tym pomyślałby kto, że mnie nie znasz, Rina. Jestem prostym człowiekiem - naprawdę musiał przypominać jej o tym za każdym razem. - Oczywiście, że gapiłem ci się w dekolt nawet, gdy nie byliśmy ani sami, ani razem. Niektórych nawyków nie da się wyplenić, wiesz - tak, to było takie proste. - Tak, na tyłek też. W sześćdziesiątym czwartym, piątym, szóstym, siódmym, po kolei, siedemdziesiątym pierwszym, siedemdziesiątym drugim, w trzecim też się to nie zmieni. Lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte... ...zawsze będę ci się gapić na cycki i myśleć o tym, jak bardzo chcę cię obracać, bo... ...cholera, dziewczyno - dodał, gładko wzruszając ramionami.
Może trochę teraz przesadzał z tym tonem, ale nie z uznaniem, prawda? Uznanie było zdecydowanie zasłużone, bardzo słuszne. Mogli udawać, że są sobie obojętni czy wrodzy a on w dalszym ciągu wodził oczami za jej biustem. Mieli być ze sobą szczerzy, prawda? Zawsze miała tak na niego działać.


RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.04.2025

- To się pewnie nigdy nie zmieni. - Tak już mieli, prawda? Od samego początku, poprzez te wszystkie lata, nigdy nie mieli siebie dość, wręcz przeciwnie, raczej nieustannie łaknęli swojej bliskości, ciepła swoich ciał. To było ich, nie walczyli z tym jakoś szczególnie. Trzymanie się od siebie z daleka podczas tego półtora roku było naprawdę trudne, dlatego też po prostu wolała go unikać, bo wiedziała, że zbyt długo nie będzie umiała trzymać się na dystans. Zresztą wystarczył jeden wspólny, zupełnie przypadkowy taniec, aby wtedy w maju skończyli w swoich ramionach, nie odzywając się do siebie ani słowem, po prostu dając upust wszystkim emocjom, które w nich siedziały.

- Dzisiaj mamy same jasności. - A to znowu wcale nie było dla nich takie typowe, byli wyjątkowo zgodni, chyba naprawdę im siebie brakowało, skoro żadne z nich nie chciało przepychać ostatniego słowa, czy chociaż drobnego kontrargumentu, ale to dobrze, pewnie niedługo wszystko wróci do normy, a mogli się nacieszyć tym, jakże spokojnym, wspólnym początkiem.

- Coś w tym jest, ale lubię sama załatwiać swoje sprawy. - Przecież wiedział. Rzadko kiedy przychodziła do niego po pomoc, raczej ze wszystkim radziła sobie sama, chyba, że było naprawdę źle i brakowało jej pomysłów, wtedy szukała innych rozwiązań, innego spojrzenia na problem. Nie był to jednak jej typowy sposób działania.

Oczywiście, że gdyby faktycznie miała swojego osobistego ochroniarza, to nie musiałaby się zajmować wszystkimi pierdołami i skupiać tylko na tym, co było faktycznie istotne, jednak wiedziała, że prędzej, czy później zacznie jej tego brakować. Yaxleyówna potrzebowała od czasu do czasu komuś przyłożyć, pokłócić się, pokazać, gdzie było jego miejsce. Nie należała do osób, którym sprawiało to problem.

- Jestem w stanie to rozważyć, wiesz? - Skoro sam zaproponował jej to, że będzie jej psem gończym, to nie widziała nic przeciwko temu, oczywiście o ile nie weźmie na siebie zbyt wiele, bo jeszcze by się zanudziła, jak odciąłby ją od większości rzeczy, którymi się zazwyczaj zajmowała. Była przyzwyczajona do tego, że raczej nikt jej nie pomagał, przynajmniej przez ostatnie półtora roku.

Nie sądziła, że to było najlepszym rozwiązaniem, wiedziała, że dobrze było mieć u swojego boku kogoś, kogo mogła poprosić o wsparcie, bo czasem brała na siebie zbyt wiele, co nie kończyło się zbyt dobrze, ostatnio czuła tego konsekwencje, to lato bowiem nie należało do najprostszych. Miała wiele naglących spraw, którymi musiała się zajmować, a jak to się skończyło? Widziała. Nie była w stanie poświęcić odpowiedniej ilości czasu na wszystkie problemy, więc każdy został potraktowany po macoszemu, nie do końca tak, jakby chciała, ale musiała sobie przecież radzić, czyż nie? Teraz mogło być tylko lepiej, powoli bowiem wracali do tego, co kiedyś mieli. Nie była już sama, Roise nigdy nie był obojętny na jej problemy, nie, żeby sama ochoczo je na niego zrzucała, ale dobrze było wiedzieć, że może na niego liczyć, że miała w nim wsparcie.

- Mogę się na tyle zgodzić. - To nie było w końcu, aż tak wiele, prawda, pięć, czy sześć krzaków, no oczywiście w zależności od tego, jakiej miały być wielkości, a z tym też mogło być różnie, nie sądziła jednak, że Ambroise zamierzał przejąć cały strych, inaczej przecież nie proponowałby jej jego, jako jej pomieszczenia. Musiała pomyśleć nad tym, co zrobić ze swoją bronią, miała jej sporą kolekcję, a większość jednak znajdowała się w tym mieszkaniu. Zresztą nie rozmawiali jeszcze na temat tego, gdzie właściwie zamierzali zamieszkać. Piaskownica była ich wspólną własnością, jednak znajdowała się daleko od Londynu, czy powinni wrócić do tego, co robili kiedyś? Zaszywali się w Whitby od czasu do czasu, w siedemdziesiątym pierwszym stało się ono również miejscem, w którym zamieszkali, to pewnie też wypadałoby przegadać. Tyle, że aktualnie nie było to też takie proste, bo nie byli już zupełnie sami, mieli, w sumie to ona miała pod opieką Astarotha, no a jeśli ona miała to właściwie było to również ich wspólnym problemem.

- Oczywiście, że jesteśmy. - Nie mogłaby zaprzeczyć jego słowom, prawda? Powtarzali sobie ciągle o tej wyjątkowości, zresztą naprawdę w to wierzyła, to nie były tylko puste słowa rzucane na wiatr. Szczególnie razem, razem byli najlepszym, co mogło się im przytrafić.

- Wszystko zaczyna się rozjaśniać. - Oczywiście, że nie wziąłby sobie pierwszego, lepszego towaru, prawda? Mógł mieć każdy, który zwróciłby jego uwagę, a jednak sięgnął po nią, na pewno miał ku temu konkretne powody.

- To nie tak, że liczy się dla mnie zdanie innych, po prostu sam wiesz, jak to wygląda, czas płynie. - Nie miała już dwudziestu lat, zdawała sobie sprawę, że upływ czasu nie był czymś korzystnym, jej organizm również się starzał, a w pewnych sprawach mogło to powodować komplikacje, oczywiście, wiedziała, że nie jest jeszcze, aż taka stara, ale kto wie kiedy właściwie zaczną realizować te plany.

- Nie wiem, pojawiają się myśli przeróżne, może niepotrzebnie. - Zazwyczaj nie rozdrabniała się jakoś szczególnie, ale ostatnio analizowała sprawy nieco dokładniej, niż kiedyś. Naprawdę chciała, aby teraz było inaczej, nie wracać do przeszłości, nie popełniać tych samych błędów, ułożyć wszystko lepiej, na nowo.

Nie powinny jej dziwić, jego kolejne słowa, bo przecież wiedziała, że już kiedyś to planował, tyle, że to wcale nie było dla niej tak oczywiste, bo cały ten plan brzmiał bardzo poważnie, tyle, że przecież zawsze tego chcieli. W końcu musieli podjąć te oficjalne kroki, a aktualnie szkoda było marnować czas. Byli pewni swoich uczuć, nie chcieli spędzić życia z nikim innym, to chyba był odpowiedni czas na takie deklaracje. - Nie zamierzam Ci tego utrudniać. - Gdy była młodsza to nie było dla niej wcale takie oczywiste, nieco jednak zmieniła swoje podejście, już wiedziała, że nie chodziło tylko i wyłącznie o spełnienie jej oczekiwań, że to nie było wymuszone, Roise faktycznie tego chciał. - Chętnie ominęłabym ten punkt związany z szopkami. - Na pewno o tym wiedział, niestety ludzie ich pokroju musieli zachowywać się w pewien sposób, nie mogli tego opuścić, bo nie wyglądałoby to dobrze, prędzej, czy później jednak skończą we właściwym miejscu i nie będą się musieli nikim, ani niczym przejmować.

Nie spodziewała się, że będą dzisiaj rozmawiać o ewentualnym potomstwie, ale może właściwie dobrze, że się tak stało, mogli sobie wszystko jakoś ułożyć, zobaczyć swoje podejście i oczekiwania. Przymknęła oczy na chwilę, zastanawiała się nad tym, co mówił. Właściwie to miało sens. - Wyciągnąłeś bardzo silny argument. - Faktycznie nie chciałaby skończyć z pąklem pokroju Pottera. To mogło być bardzo problematyczne, cóż, wiedziała też, że jeśli mieliby już potomstwo to na pewno chcieliby dać dzieciakowi wszystko, co najlepsze. Gdyby był to jeden dzieciak - mogliby przesadzić. Jej rodzice zapewne również nie mieliby granic w rozpieszczaniu wnuka lub wnuczki, bo raczej nie zapowiadało się na to, aby któryś z jej braci zamierzał powiększyć rodzinę, zresztą Astaroth nawet jeśli by chciał, to nie mógł, a James... James znowu zniknął chuj wie gdzie. Była tylko ona.

- Kilka pąkli, nie brzmi aż tak źle, o ile to nie będą zbyt duże ilości, bo mogłabym tego nie przeżyć. - Jasne, była wyjątkowo wysportowana, ale każde ciało miało swoje granice, prawda? Nie do końca umiała sobie wyobrazić siebie z dzieciakiem w swoim ciele, ale na pewno jakoś to ogarnie, prawda? Zresztą czymże właściwie było dziewięć miesięcy na tle całego życia.

- Nie do końca chodzi o uwiązanie, tylko wiesz, będę musiała uważać, przynajmniej w między czasie, jak już okaże się, że nam się udało, ale powinnam sobie z tym poradzić. - Będzie trzymać się domu, te kilka miesięcy nie powinno być dla niej, aż takie problematyczne. Oczywiście nie zakładała, że nagle całkowicie zmieni styl życia, bo nie potrafiłaby usiedzieć w domu opiekując się dziećmi, jednak wiedziała, że da się to wszystko jakoś ze sobą pogodzić. W końcu gdy zaczęła żyć z Roisem przestała tak często opuszczać granice kraju, raczej trzymała się Wielkiej Brytanii i też nie czuła się w żaden sposób przez to pokrzywdzona. Jedna, dwie dłuższe wyprawy w roku powinny jej wystarczyć do szczęścia.

- Do tej pory? Moim zdaniem już dawno powinieneś wypiąć się na Munga. - Nie zamierzała nawet udawać, że ma inne zdanie. Ambroise od lat starał się o ten awans, a dalej nikt mu go nie dał. Wiedziała, że nie chodzi o jego braki w wiedzy, czy doświadczeniu, a raczej tylko i wyłącznie o to, że zawsze znajdował się ktoś lepszy, kto przypadkowo był znajomym dyrektorki Munga. Oczywiście nie działo się tak bez przyczyny, prawda? Potrafiła połączyć kropki, a nie uważała się za szczególnie bystrą jeśli chodzi o takie sprawy.

Tak właściwie to chyba nie widziała nic w złego w tym, aby pokusić się na te dwa, czy nawet trzy pąkle. W sumie przynajmniej mieliby pewność, że gdy ich zabraknie nie zostaną same na tym świecie. Z drugiej strony mieli to szczęście, że Roth był wampirem, na pewno do tego czasu już się ogranie i będą mogli wymagać od niego tego, że będzie miał oko na ich rodzinę, gdy ich zabraknie na tym świecie, ten cały wampiryzm miał jednak swoje plusy.

- To dziwne, w sensie, no nie spodziewałam się tego, że nagle postanowią sobie zrobić nowe dziecko. Nie wyobrażam sobie, żeby nagle Jen mi powiedziała, że będę mieć braciszka, albo siostrzyczkę. - Bo przecież mieli już swoje lata. Tak samo, jak ojciec Ambroisa, który swoją drogą był niemalże nieobecny na miejscu, więc nie spodziewała się, że miałoby się to zmienić. Jej chłopak od wielu lat robił za głowę rodziny, chociaż nią nie był, zajmował się swoją macochą i siostrą, chociaż nie powinno to być jego obowiązkiem.

- Jak mniemam to miał być Twój problem, a nie jego? - Brzmiało to naprawdę bardzo źle, zwłaszcza, że Ambroise powinien po prostu zajmować się swoim własnym życiem, a nie brać na siebie obowiązki swojego rodzica, też był tylko i wyłącznie dzieckiem, miał prawo czuć się jak ono, oczekiwać wsparcia, a nie wiecznie przejmować się swoją własną rodziną.

- Pierdol to Roise, dlaczego masz ponosić odpowiedzialność za nieswoje dziecko? - Rozumiała, że wypadało angażować się w los swojej rodziny, ale czy na pewno był to jego problem, dlaczego po raz kolejny miał zajmować się rodzeństwem, już swoją siostrę wychowywał, to czas, aby naprawdę w końcu zajął się swoim własnym życiem, a nie ciągle paziował wszystkim członkom swojej rodziny.

- Niech on się tym martwi, to nie jest Twój problem, olej to po prostu i zobacz, jak się bawią w swoim cyrku. - Nie skomentowała w żaden sposób epitetów, jakimi określił siebie i swoją siostrę, chociaż może powinna to zrobić? Nie podobało jej się to, jak siebie widział w tym wypadku. - Nie jesteś kanalią, wręcz przeciwnie, martwisz się o wszystko i wszystkich, ale to też nie jest dobre, nie możesz wiecznie tego robić. - To przecież nie należało do niego, jego ojciec w końcu powinien odpuścić i zająć się tym, czym powinien, a jeśli tego nie chciał, to wypadało, aby bardziej panował nad swoim chujem i nie doprowadzał do takich sytuacji.

- Wiesz, że tu jestem, zawsze jestem, możesz na mnie liczyć. - Nie musiał jej za to dziękować, w końcu miała być jego oparciem, tak to wyglądało. Na dobre i złe, prawda? Nie musiał się przy niej ograniczać, czy hamować, zawsze tak było, mógł wyrzucić z siebie wszystko, co leżało mu na sercu. Może nie zawsze była w stanie znaleźć rozwiązanie, ale przynajmniej mogła go wysłuchać.

- To prawda. Wolę nawet nie myśleć, co by było, gdybym trafiła do innej rodziny. - Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nie wszędzie było mile widziane, aby kobiety podążały swoją własną drogą, szczególnie taką jak ona, bo zajmowała się raczej typowo męskim zajęciem, i nikt nie widział w tym problemu, wręcz przeciwnie, ojciec zawsze zachęcał ją do przekraczania granic, mówił, że jest najlepsza i ma się nie przejmować tym, że z początku spoglądali na nią z rozbawieniem w oczach. Mówił, że bardzo szybko zmienią ton i tak się stało. Zaczęła być doceniana. Wiedziała, że nie znajdowałaby się w tym miejscu gdyby nie ich wsparcie i może zdarzało jej się drzeć koty z Jen, ale i ona nie dałaby jej skrzywdzić.

- Szkoda, bo już dawno powinno się to zmienić. - Mężczyźni w ich świecie jednak nie do końca chyba mieli takie zdanie, a szkoda, naprawdę było jej żal tego, jak wyglądało życie czystokrwistych czarodziejów. Nie chodziło tylko i wyłącznie o kobiety, które przez samą płeć znajdowały się na straconej pozycji, mężczyźni również nie mieli łatwo, a mimo wszystko nadal powtarzano te zachowania, nadal kontynuowano tradycje, w imię czego? Nie miała pojęcia. Nigdy tego nie rozumiała.

- I co się wtedy stanie? Może próbować, wiesz, ale ja się jej nie boję. - W końcu miała doświadczenie z Jen, naprawdę była wprawiona w walce z pomysłami silnych kobiet. Nie sądziła jednak, że ciotka będzie się jakoś specjalnie wtrącać w ich życie, no, może z Ambroisem nie miałaby problemu, ale ona? Ona nie znosiła, jak ktoś próbował jej coś sugerować, więc mogłoby dojść do ewentualnego spięcia, zresztą nie wydawało jej się, aby Ula faktycznie odwaliła coś takiego, znały się przecież.

- Tak, jasne, w końcu Ty potrafisz wszystko. - Nie mogła zaprzeczyć, prawda? Jej chłopak był najlepszy i znał się na wszystkim, to też ustalili już dawno temu. Nie było sensu się z tym kłócić.

- Bardzo okazjonalnie, wiesz przecież, że za nimi nie przepadam. - Sięgała po sukienki praktycznie tylko i wyłącznie wtedy, gdy musiała się pojawić w towarzystwie, bo wypadało. Gdyby nie to, chodziłaby pewnie na te spędy czystokrwistych w spodniach, ale wiedziała, że to nie wzbudzałoby aprobaty. - Sam widziałeś, co się stało ostatnio, gdy ubrałam sukienkę. - Nie mogła w nich swobodnie walczyć, na pewno zdawał sobie sprawę, które zdarzenie miała na myśli. To, kiedy zupełnie przypadkiem doszło do jej starcia z Rookwoodem. Nigdy przecież nie mogła zakładać, że nie nawinie się jej na drogę ktoś, komu trzeba będzie przyłożyć.

- Dziękuję za zgodę, ale jej nie potrzebowałam. - Często sięgała po jego koszule, jakoś tak od zawsze przypadkiem wpadały w jej ręce, a później na jej ramiona. Czuła się w nich wyjątkowo dobrze, a do tego otaczał ją zapach jej chłopaka, bardzo lubiła mu je kraść. Wiedziała, że do tego przywyknął, może nie powinna być, aż tak terytorialna, ale musiał się z tym pogodzić. -Zresztą wyglądają na mnie równie dobrze, co na Tobie, szkoda by było z tego nie korzystać. - Do tego Roise przykładał większą wagę do tego, co nosił, więc dzięki niemu i ona wyglądała bardziej elegancko, to rozwiązanie miało tylko i wyłącznie zalety, nie widziała żadnych wad.

- Faktycznie nie powinnam podważać Twojej specjalistycznej opinii... - Jakże mogła to zrobić. Ambroise zdecydowanie był ekspertem w temacie jej biustu, nie powinna w ogóle tego negować. - Eksperckie oko więc stwierdziło, że jest lepiej, cóż, powinnam się cieszyć? - Chyba tak, skoro doceniał jej atuty i mówił o tym w głos, nie pozostawało nic innego, jak zaakceptować ten komplement.

- Widzisz, ale czy gdyby nie moje skórzane spodnie, to mógłbyś, aż tak bardzo cieszyć oko? Nie, więc powinieneś się od nich odczepić. - Wiedziała, że jej tyłek wyglądał w nich wyjątkowo dobrze, to był kolejny argument za tym, aby nie pozbywać się ich ze swojej szafy, Roise musiał to zaakceptować, bo nigdy się to nie zmieni.

- Na szczęście możesz mnie obracać kiedy tylko masz ochotę. - Co do tego również mieli zgodność, szkoda by było, aby się ograniczał prawda? Zresztą raczej nigdy tego nie robił, miał w zwyczaju sięgać po to na co miał ochotę, zresztą tak samo jak ona.




RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.04.2025

- Nie chcę, żeby się zmieniało - odparł zgodnie z tym, na co się przecież pisał.
Widziały gały, co brały, prawda? Ona też zdawała sobie sprawę z tych wszystkich rzeczy, które szły z nim w pakiecie. Po prostu się takimi przyjmowali.
- Poinformuj mnie o wyniku tych rozważań - dodał tylko przelotnie w ramach przytaknięcia, bo tak: zdawał sobie sprawę.
Wiedział, że mogła o tym pomyśleć.
- Od samego początku było bardzo jasne - poprawił Geraldine, przenosząc na nią wzrok i lekko kiwając głową. - Wiem, że upłynęło dużo czasu. Naprawdę dużo. Zbyt wiele jak na niektóre standardy - nie zamierzał tego ukrywać ani owijać w bawełnę faktu, że poniekąd w tym także odrobinę zbyt mocno się zamotali.
Tyle tylko, że nie mogli nic z tym zrobić, prawda? Nie dało się cofnąć czasu. To nie był powód, dla którego powinni się zadręczać. Nie teraz. Nie, gdy było między nimi naprawdę dobrze i kiedy mimowolnie zaczęli wyjaśniać sobie niektóre sprawy. Od słowa do słowa przeszli do tematów, które może były odrobinę nieoczekiwane, ale najwyraźniej potrzebne.
- Dlatego o tym mówimy - stwierdził gładko, wbijając w nią odrobinę bardziej badawcze spojrzenie, które momentalnie pojaśniało na ten kolejny fragment wypowiedzi, jaka padła z ust Riny.
Co prawda nie spodziewał się niczego innego, bo nie chciał się spodziewać, ale czym innym było usłyszeć to na głos. Wypowiedziane przez nią dokładnie tym tonem głosu i w ten sposób. Nie w swoim własnym umyśle. Jako fakt, nie fragment wyobrażenia.
- Doskonale. Skoro tak, nie zamierzam zbyt długo zwlekać - być może nie były to najbardziej romantyczne słowa pod słońcem, ale w gruncie rzeczy aktualnie tylko dyskutowali.
Nie do końca rozważali opcje, bo w ich przypadku istniała wyłącznie jedna możliwość, jednak znacznie lepiej było mieć jasność. Od samego początku do niej zmierzali, czyż nie?
Uważał się za dosyć pragmatycznego człowieka. Wiedząc to, co wiedział w tej chwili, zdecydowanie miał postąpić właściwie. Nie wątpił w to ani przez chwilę.
- Wiesz, że ja też - odmruknął, posyłając dziewczynie odrobinę zmęczone spojrzenie, może nawet kryjące w sobie coś na kształt zawodu czy smutku na myśl, że nie mogli tak po prostu postąpić po swojemu.
Nie w tym wypadku. Tu naprawdę musieli zachować się zgodnie z konwenansami, nawet jeśli żadne z nich nie chciało tego robić. Dużo łatwiej byłoby im postąpić w zgodzie z własnymi przekonaniami, jednak to była jedna z tych sytuacji, w których było to raczej niemożliwe. Nie dla ludzi ich pokroju.
W pewnych kwestiach potrzebowali zachowywać tradycję. Dokładnie tak samo jak bardzo konkretną kolejność postępowania.
- Wiem - na te słowa uśmiechnął się pod nosem, tym razem już z pewną wesołością.
Jego argumenty zawsze były silne, czyż nie? Nie lubił rzucać nimi zupełnie z dupy. Myślał i analizował, szczególnie że wbrew pozorom wcale nie był mistrzem lania wody. Ostatnie dni były pod tym względem na swój sposób wyjątkowe, bo jak na siebie mówił naprawdę dużo. Bardzo dużo.
Za to te kolejne zdanie, jakie padło z ust jego dziewczyny? W tym wypadku zmrużył oczy, posyłając Rinie niezmiernie karcące spojrzenie. Nie chciał słyszeć od niej podobnych bzdur. W żadnym wypadku. Z pewnością była tego świadoma, więc nie musieli zbyt mocno rozwijać tego tematu.
- Wiesz, że jeśli cokolwiek będzie nie tak - nieznacznie pokręcił głową, nawet nie próbując dokończyć tego zdania, tylko od razu przechodząc do meritum wypowiedzi, której nie wygłosił. - Jesteśmy dorośli i rozsądni. Ja jestem uzdrowicielem, ty znasz siebie. To prosta sytuacja. Nieważne, czy zechcemy mieć gromadkę pąkli, ale skończymy na jednym albo - to, co powinien dodać średnio pasowało do wizji szczęśliwej przyszłości, ale mimo wszystko kontynuował - wcale. Nie zrobimy nic, z czym nie będziesz czuć się komfortowo. Wiesz, że nie jestem jednym z tych mężczyzn - zakończył całkiem poważnie.
Tych, o których rozmawiali w przypadku Rookwoodów czy innych im podobnych. Tych, o których mówili w kontekście ciemnej strony tradycjonalizmu. Rzekomych odwiecznych wartości, które w rzeczywistości nie miały zbyt wiele wspólnego z szanowaniem przeszłości i korzeni. Za to zdecydowanie niezmiernie dużo z wykorzystywaniem siły, władzy i pozycji.
Nie, by nigdy tego nie robił, ale nie tu. Nie w tym wypadku. Nie w takim kontekście. Mieli całkowitą jasność, prawda? W innym wypadku nigdy nie spędziliby ze sobą tych wszystkich lat ani nie rozmawialiby o ślubie czy o dzieciach. W żadnym wypadku. Nie, nie zawsze posiadanie jakiejkolwiek przewagi musiało wiązać się z jej wykorzystywaniem.
Tyle tylko, że niektórzy zupełnie tego nie respektowali. Tak, zdawał sobie sprawę z tego, co działo się na co dzień choćby w szpitalu, w którym pracował. Pozycja, która rzekomo miała na niego czekać od wielu lat, nadal była wyłącznie kawałkiem marchewki na kiju. Zauważył już (chyba w przeciwieństwie do zarządu Munga), że coraz bardziej przywiędłej i mniej apetycznej.
Tyle tylko, że nadal był związany umową o pracę i wieloma innymi pobocznymi kwestiami. Tymi, o których zresztą mówił już dziewczynie, teraz zamiast tego posyłając jej dosyć posępne spojrzenie.
- Te kilka lat nie bierze się znikąd. Mierzę siły na zamiary, przecież wiesz - stwierdził spokojnie, choć jednocześnie bez wątpienia ponuro, nie zamierzając kolejny raz zagłębiać się w temat.
Nie, gdy mieli naprawdę udane popołudnie i jeszcze chwilę temu rozmawiali o czymś, co powinno być dla nich obojga całkiem przyjemnym tematem. Nie zamierzał tego psuć mówieniem o kosztach zakładania prywatnej działalności. Ani tym bardziej o konieczności dopisania do listy także generalnego remontu w Whitby i organizacji tych wszystkich szopek, o których mówił.
Nie zamierzał przerzucać tego na swoją rodzinę. Nie był dorosłym dzieckiem żyjącym na garniszku ojca. Jasne, miał to szczęście, że mógłby sobie na to pozwolić. Nie byłoby to zresztą niczym nietypowym, niezwykłym czy nawet godnym pogardy. Wielu tak żyło, ale on zawsze dążył do czegoś innego. Do niezależności, nawet jeśli tylko finansowej, bo w inne tematy był zdecydowanie zbyt uwikłany.
- Wyobraź sobie, że ja też nie - nie próbował kryć przekąsu, jaki pojawił się w tonie jego głosu, powoli robiąc się coraz bardziej dostrzegalnie poirytowany.
To był temat wzbudzający w nim wręcz niemożliwie dużo frustracji. Jasne, powinien cieszyć się szczęściem ojca i macochy. Tyle tylko, że nie spodziewał się czegoś takiego. Miał dostatecznie dużo na głowie, żeby słysząc tę szczęśliwą nowinę poczuć się dokładnie tak jak wyglądał w tej chwili: jak strzelony z piąchy w twarz.
- Och, nie wątpię, że to ma być mój problem - odparł wyjątkowo mocno zaciskając przy tym wargi, żeby nie ziać tym wszystkim aż tak mocno. - Nie wątpię też, że dla bardzo licznego grona to będzie mój problem - nie musiał dodawać, pod jakim kątem, nieprawdaż?
Być może nie był przy tym zbyt delikatny, ale musiała mu to wybaczyć. Po prostu. Nie chciał znaleźć się w tej sytuacji, jednak tak właściwie to nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Praktycznie żadnego wyboru. Został postawiony przed faktem dokonanym. Dlatego tym bardziej go to wkurwiało.
I dlatego, że wbrew sugestiom jego dziewczyny, nie mógł tak po prostu tego pierdolić.
- Nie udźwignie tego. Żadne z nich tego nie dźwignie. Doskonale wiesz, gdzie leżą ich priorytety. Jego i jej - o trzeciej osobie w ogóle nie mówił, bo wkrótce zapewne miała być niemal całkowicie nieobecna w domu.
W końcu miała swoje własne zobowiązania wobec nowego narzeczonego, czyż nie? Technicznie rzecz biorąc, zmieniała rodziny. Idealnie w czas, żeby nie być częścią tego narastającego pierdolnika.
- Nie mogę się z tego wypisać, Rina - nie sądził, żeby musiał to mówić.
Z drugiej strony, ona nie musiała próbować wmawiać mu tej kolejnej rzeczy. Nie bez powodu określił się tym konkretnym epitetem. Nie biczował się. Nigdy tego nie robił. Mówił prawdę. W końcu czyż nie to sobie obiecali?
- Jestem - odpowiedział twardo, nie powstrzymując się ani przez chwilę. - Nie musisz mnie pocieszać, jeśli o to chodzi. Zapewniać, że jest inaczej - dodał, kontynuując dokładnie tym samym tonem, w jakim zaczął odpowiedź. - To nie jest coś, co mnie rusza, wiesz? To po prostu fakt. Jestem kanalią, zawsze nią będę, nie zamierzam tego zmieniać, bo nie czuję takiej potrzeby. Nie jest mi z tym źle - słysząc reakcję ze strony Geraldine, czuł potrzebę, by głębiej to poruszyć. - Robiłem, robię i będę robić wstrętne rzeczy - nie miał problemu, żeby to powiedzieć, przynajmniej nie Yaxleyównie. - Nie przynoszę tego do domu, nie mam zamiaru. Dokładnie tak samo jak mam nadzieję, że nigdy nie doświadczysz tej strony mojego zachowania... ...ale to nie znaczy, że ona nie istnieje - bardzo nieznacznie wzruszył ramionami, usiłując odzyskać spokój utracony na wspomnienie domowego cyrku.
Naprawdę próbował nad sobą panować. Nie dało się jednak ukryć, że ten temat był dla niego wyjątkowo drażliwy. Narastał w Ambroisie na tyle długo i intensywnie, że gdy już znalazł ujście, Greengrassowi trudno było tak po prostu sucho wyłożyć dziewczynie informację o jego nowym rodzeństwie i zakończyć wypowiedź.
- Zostawiłbym go tam - odezwał się po chwili grobowym tonem, przenosząc wzrok na Rinę i wbijając w nią spojrzenie. - Gdybyś nie była w stanie cofnąć się korytarzem. Jeżeli miałbym wybierać. Zostawiłbym go tam - tego akurat nie był już w stanie skwitować wzruszeniem ramionami, ale jego spojrzenie było dostatecznie wymowne, by mogła wiedzieć, że nie zamierzał wykrzywiać prawdy. - Znamy się blisko dwadzieścia lat, ale każde słowo, jakie tam wtedy padło było prawdziwe. Pisał się na to, wchodząc do jaskini. Wszyscy się na to pisaliśmy. Gdyby to miało wpłynąć na ostateczne powodzenie polowania, na twoje życie i bezpieczeństwo wszystkich innych, których to coś wzięło na celownik, to bym go tam zostawił - tak: to było zarazem na tyle proste i tak trudne.
Nie zamierzał mówić tego, co już kiedyś padło z jego strony. Sam też nie oczekiwałby ratunku. Byłby wściekły, gdyby ktokolwiek, nawet Geraldine próbował ratować mu dupę kosztem porzucenia znacznie ważniejszego celu. Poświęcenia swoich szans na powodzenie istotniejszego zadania.
Wiedział, na co się pisze, gdy decydował się podjąć próbę walki z dopplegangerem. Zdawał sobie sprawę z ryzyka oraz z tego, że z dużym prawdopodobieństwem może nie wrócić już na powierzchnię. Miał wrażenie, że jako jedna z dwóch osób, które w ogóle brały pod uwagę konieczność szacowania szans. Ich pozostali towarzysze zachowali się nierozsadnie.
Ale nie zmieniało to faktu, że zrobiłby to. Porzuciłby jednego ze swoich przyjaciół, żywiąc głęboką (i najwyraźniej błędną) wiarę w to, że Figg zdawał sobie sprawę z priorytetów. Z tego, że rozwścieczony demon musiał zostać załatwiony raz na zawsze. Inaczej ich poświęcenie nie miałoby sensu. Zemściłoby się nie tylko na nich, ale także na ich bliskich. Byli blisko tego, żeby zginąć przez podjętą decyzję o porzuceniu istoty wyprawy.
- Czy byłaby to jedna z najgorszych decyzji, jaką podjąłbym w życiu? Być może. Z pewnej perspektywy tak. Z innej? - Tym razem już musiał unieść kąciki ust, nieznacznie kręcąc głową. - Jestem kanalią, ma moitié. To, że mam ku temu swoje motywy i jednocześnie o niektórych bardziej się troszczę nie oznacza, że nią nie jestem - ot, tak to wyglądało.
Prosta prawda. Jedna z najprostszych. Nigdy tego zresztą przed nią nie ukrywał. Miał szczęście, że w dalszym ciągu chciała być obok niego. Że mu ufała. Dokładnie tak jak on ufał jej. Doceniał to, co dla niego robiła. To, że ponownie przy nim była. Że chciała tego wszystkiego nawet wtedy, kiedy on sam był skłonny dać wątpliwościom wygrać. Szanował ją za to, że przy tym trwała.
- Za to cię kocham - odpowiedział bez chwili namysłu, kolejny raz wypowiadając te słowa, które w ostatnim czasie padały między nimi naprawdę niezwykle często.
Zasługiwała na to, by je słyszeć.
- Och, zobaczysz - tylko tyle miał jej aktualnie do powiedzenia, uśmiechając się pod nosem, bo banie się Ursuli nie było czymś, o co mógłby kiedykolwiek podejrzewać Geraldine.
Ale to nie oznaczało, że jego dziewczyna nie miała w przyszłości poczuć pełni siły ciotuni. Mogła mówić, co chce, ale Ula miała swoje sposoby na to, żeby zarządzać rodziną. Zwłaszcza tą przysposobioną, która nie bez powodu potrzebowała znacznie więcej uwagi. Trudno było ukryć, że byli bandą naprawdę interesujących jednostek. I jakże utalentowanych, rzecz jasna.
- Dobrze, ale nie zaprzeczysz, że za przedostatnim razem było znacznie lepiej - spróbował przerzucić ten jej niepodważalny argument, przywołując coś znacznie milszego.
Moment, gdy jej sukienka rzeczywiście przyniosła im całkiem sporo satysfakcji. Nie dało się też zresztą ukryć, że nawet za tym ostatnim razem wszystko było dobrze przez większość czasu. Przynajmniej do momentu, w którym trafili na klatkę schodową kamienicy. Później trochę się zrypało, ale w gruncie rzeczy mieli wtedy naprawdę dobry dzień.
- Poza tym uważam, że świetnie sobie poradziłaś - dodał, może próbując ją odrobinę ugładzić, nawet jeśli nie sądził, by tego potrzebowała.
Po prostu trafiła na kogoś, kto praktycznie przez półtorej dekady nie brał urlopu od jednej długiej wyprawy. Nie mogła się tego spodziewać a i tak była przecież naprawdę blisko postawienia na swoim. Siły były bardzo wyrównane. Pewnie bez sukienki miałaby przewagę, ale w gruncie rzeczy to przecież nie była walka na śmierć i życie, czyż nie?
- Wiem, że jej nie potrzebowałaś - parsknął pod nosem, kręcąc głową z rozbawieniem. - Nawiasem mówiąc, to była prowokacja? - Nie, nie spodziewał się twierdzącej odpowiedzi, ale to nie oznaczało, że nie zamierzał nawiązać do tego drobnego faktu, skoro miał taką okazję. - Biurko w Dolinie. Mogłem się tłumaczyć, że chcę ją odzyskać - mógł na powrót rzucać półsłówkami i niepełnymi zdaniami, bo doskonale wiedziała, o co mu chodzi, prawda?
A potem w lesie. W lesie to też była jego własność. Z pewnością miała inne, zresztą przecież je widział, ale te dwa przypadki wyjątkowo mocno wyryły mu się w pamięci. Wzbudzały w nim szereg różnych emocji i instynktów. Musiała być tego w jakimś stopniu świadoma, nawet jeśli nie robiła tego zupełnie celowo, bo teoretycznie nie przykładała uwagi do tego, co na siebie zarzuca.
- No, nie w tej niszy. To jest moja nisza. Zdecydowanie - przytaknął, jakby na dowód przenosząc wzrok na dekolt dziewczyny i uśmiechając się jak dziecko w Yule. - Nie mówię, że kiedyś było źle, ale tak. To całkiem... ...spore zaskoczenie - w pewnym sensie trochę przesadzał teraz z tymi reakcjami, dokładnie tak samo jak ze słowami, ale musiała mu to wybaczyć.
Raz na jakiś czas potrzebował po prostu czegoś tak trywialnego jak pozwolenie sobie na niemal szczeniackie zachowania. W innym wypadku najpewniej szybko by oszalał.
- Nie doceniasz tego, jak prostym człowiekiem jestem ani moich możliwości poznawczych - odpowiedział bez zająknięcia. - Oczywiście, że w spodniach jest naprawdę dobrze, ale bez nich też cieszyłbym oczy tym widokiem - zapewnił, powstrzymując parsknięcie śmiechem na te kolejne (jakże prawdziwe!) słowa. - Całe szczęście - naprawdę trafił mu się doskonały towar...
Najwspanialszy.


RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.04.2025

- To dobrze, bo też tego nie chcę. - To było ich, prawda? Bez sensu więc było usilnie próbować się zmieniać, szczególnie kiedy i jemu i jej odpowiadało to wszystko. Byli w tym wyjątkowo zgodni, ostatnio zresztą bardzo łatwo przychodziło im dogadywanie się i patrzenie na świat z tej samej perspektywy.

- Te standardy nas nie dotyczą. - Powiedziała jeszcze, bo przecież tak było. Nigdy nie przejmowali się tym, co wymuszało społeczeństwo, zawsze robili wszystko po swojemu, tak też miało się stać i tym razem, czyż nie? Nie powinna się tym zupełnie przejmować, właściwie wypadało podejść do tego, jak do wszystkiego innego.

- Nie do końca mamy na to wpływ, to jednak nie oznacza, że nie możemy być szczęśliwi, prawda? - Postępując po swojemu, bo zawsze to robili, nigdy szczególnie nie przywiązywali wagi do tego, co będą o nich mówić. Nie mogli przejmować się tym, co już się wydarzyło, grunt, że w końcu dotarło do nich to, co było dla nich właściwe. Mogli teraz realizować te wszystkie plany, o których rozmawiali.

- Tak, rozumiem, chyba wypada porozmawiać o wszystkim. - Przecież po tym czasie nie mogli ominąć nawet drobnych szczegółów, warto było w końcu się określić, wyjaśnić sobie wszystko. Nie spodziewała się tego, że ten moment nadejdzie tak szybko, ale może to i lepiej? Im szybciej zaczną, tym szybciej sobie wszystko ułożą, a zdecydowanie tego potrzebowali po tym półtora roku spędzonym osobno. Wypadało nadrobić stracony czas, szkoda byłoby nie skupić się na tym, aby było tylko lepiej.

- Jasne, na pewno znajdzie się odpowiedni moment. - Była skora powiedzieć, że nie musiał się spieszyć, ale nie chciała, aby odebrał jej słowa opatrznie. Nie chciała go ponownie odrzucić, ale też, jak zawsze nie chciała na niego naciskać. Tym razem jednak było zupełnie inaczej, wiedzieli to, tak, czy siak mieli to zrobić, bo okazało się to być dla ich dwójki jedynym istniejącym rozwiązaniem. Mieli skończyć razem, więc wypadałoby w końcu przejść tę całą oficjalną szopkę, prawda? Zresztą to miał być tylko moment, później będą mieli święty spokój i skupią się na sobie. To powodowało, że naprawdę była skłonna to zrobić, najlepiej jak najszybciej, i zacząć ich wspólne życie, w ten zupełnie inny sposób, który nie miał niby zmienić zbyt wiele, ale jednak to był dosyć spory krok, zważając na to, co przeszli.

- Wiem, bo przecież od zawsze mamy takie samo podejście. - Zdawała sobie sprawę z tego, że Roise najchętniej tak jak i ona ominąłby te całe konwenanse, jednak osoby jak oni nie do końca w tym przypadku mogły robić to, na co miały ochotę. Musieli chociaż odrobinę przestrzegać przywilejów, a szkoda, bo najchętniej po prostu poszłaby z nim do kowenu i załatwiła sprawę, bez zbędnych przygotowań. To nigdy jednak nie miało być im pisane, z racji na to, z jakiego towarzystwa pochodzili. Jakoś będą musieli sobie z tym poradzić, zresztą z nie takimi problemami sobie radzili, prawda?

- Tak, to jasne, jasne jak słońce. - Może nie powinna się dzielić z nim tymi obawami, ale wolała być zupełnie szczera. Wiedziała, że nie będzie jej oceniać. Zresztą zawsze stawiał ją na pierwszym miejscu, gdyby coś poszło nie tak, na pewno by na nią nie naciskał. Wiele razy udowadniał jej to, że troszczy się o nią bardziej niż wszyscy inni, nie wątpiła w to. Mimo wszystko miała pewne obawy, nie chciała, żeby był przez nią nieszczęśliwy, zresztą to chyba nie był jednak odpowiedni moment, aby zamartwiać się problemami, które nigdy mogły się nie pojawić. Nie miała w zwyczaju myśleć tak pesymistycznie, jednak tutaj najwyraźniej zależało jej na tym, aby wszystko dokładnie określić i przegadać. Nie chciała go rozczarować, bo był dla niej najważniejszą osobą na świecie, naprawdę chciałaby, aby wszystko poszło po ich myśli.

- Chciałam Ci tylko przypomnieć, że to trwa już od kilku lat i nie chodzi nawet o Twoje siły. - Przecież wiedział. Nie miał wpływu na to, co działo się w Mungu. Miała świadomość, że bardzo mu na tym zależało, widziała jego zaangażowanie, a jednak nie przynosiło skutku, czasem trzeba było wiedzieć, kiedy odpuścić zamiast zarzynać się skoro i tak nie miało to przynieść oczekiwanych efektów. Bywały momenty, że nie dało się głową przebić muru, miała wrażenie, że to był jeden z nich.

Wiedziała do czego zmierza. To nie brzmiało szczególnie kolorowo, bo faktycznie cała sytuacja dla niektórych osób mogła wydawać się bardzo zero-jedynkowa. Jego ojca nie było na miejscu, za to Roise mieszkał ostatnio w domu rodzinnym z ledwie dziesięć lat starszą od siebie macochą, to mówiło samo za siebie, ludzie mogli doszukiwać się w tym jakiegoś powiązania. - Poradzimy sobie z tym jakoś. - Na pewno nie był to powód przez który zamierzała w niego wątpić, jeśli trzeba będzie to uciszy parę mord, bo z tym też nie miała większego problemu.

- Niby wiem, ale zastanawiałeś się kiedyś nad tym, co oni dla Ciebie zrobili, albo co by zrobili dla Ciebie, gdybyś znalazł się w podobnym położeniu? - Wypadałoby, aby w końcu otworzył oczy. Miała wrażenie, że jego rodzina zrobiła sobie z niego kozła ofiarnego, który musiał zajmować się całym gównem, z którym nie radził sobie nikt inny. W imię czego? Nazwiska? To nie było w porządku, nie podobało jej się to, że pozwalał siebie traktować w ten sposób. Był kurewsko wartościowym człowiekiem, miał wiele do zaoferowania, dlaczego więc znowu miał się przejmować nieswoim bagnem?

- Możesz wszystko. - Postanowiła mu jeszcze o tym przypomnieć. Oczywiście, że będzie trwała przy nim bez względu na to, jaką decyzję podejmie, ale musiał wiedzieć, że niczego nie musi, że to wcale nie był jego ciężar, ktoś musiał mu to uświadomić.

- To nie pocieszenie, po prostu, ja widzę Cię inaczej. - Chciała, żeby to wiedział. Zresztą nie wydawało jej się, aby to było takie czarno-białe. Roise miał swoje za uszami, ale kto nie miał? Musieli lawirować między różnymi światami, jakoś sobie radzić, nie mogli być tylko i wyłącznie tymi najlepszymi wersjami siebie, jakie mogli spotykać w domu. To było niemożliwe, świat tego od nich wymagał. Nie widziała zresztą w tym nic złego, zważając na to, jakich ludzi spotykała na swojej drodze byłaby skłonna stwierdzić, że wcale nie znajdowali się na dolnym miejscu na liście najbardziej okropnych osób.

- To był chujowy wybór, zdajesz sobie z tego sprawę? - Tak, dotarło do niej, że Thomas który znalazł się z nimi w jaskini był przyjacielem Roisa, zarejestrowała to, tyle, że aktualnie sama nie do końca mogła uwierzyć w to, że wzięła ze sobą kogoś takiego. Klątwołamacz, który okazał się być nie do końca doświadczony, który nie potrafił sobie poradzić z tym, co działo się wokół nich. Był zbyt słaby, niestety. Ona również nie miała problemu z tym, aby go tam zostawić, wróciliby po niego, gdyby pozbyli się problemu. Wtedy zresztą wszystko zaczęło się pierdolić, nic nie szło po jej myśli. Byli niczym dzieci błądzące we mgle przez to, że niektórzy nie potrafili określić priorytetów. Ona miała jeden, jasno przedstawiła sprawę - musiała pozbyć się demona. Nie szła tam z bandą dzieciaków, których powinni pilnować, to była ich decyzja, wiedzieli na co się piszą, jednak wcale nie okazało się to być takie jasne, nie dla wszystkich.

- Rozumiem ten wybór, i również zdaję sobie sprawę z tego, że czasem trzeba ponosić koszty podjętych przez siebie decyzji, przetrwają najsilniejsi, nie zmusiłam go, aby tam z nami zszedł, wiedział po co tam idziemy, zdawał sobie sprawę, że możemy nie wrócić. - Nie owijała w bawełnę, jasno mówiła o niebezpieczeństwie, które mogło się pojawić, przecież szli walczyć z demonem, wszyscy o tym wiedzieli. To nie było niczym zaskakującym, a jednak niektórzy mieli problem z odnalezieniem się w sytuacji. Powinna dokładniej dobierać swoich współpracowników, już wiedziała, że więcej nie popełni podobnego błędu.

Geraldine sama brała udział w wielu niebezpiecznych misjach, nigdy nie brałaby uwagę tego, że inni mogliby się skupiać na jej ewentualnym niepowodzeniu, zamiast na tym, aby faktycznie ogarnąć problem. To było dla niej naturalne, gdy ludzie pisali się na podobne akcje, to wiedzieli z czym się to jadło. W tym wypadku jednak było zupełnie inaczej, tych dwoje zaczęło niepotrzebnie panikować, nie potrafili trzymać nerwów na wodzy, to nie mogło się skończyć dobrze i tu był pies pogrzebany. To był jej błąd, ona źle dobrała ludzi, czego okropnie żałowała, bo aktualnie nawet nie miała do końca pewności, że osiągnęli sukces. Powinni to sprawdzić za jakiś czas, szczególnie, że Roise miał swojego klątwołamacza przyjaciela, który nie był taką pizdą - co była nawet w stanie powiedzieć w głos po ich ostatnim starciu.

- Dla mnie to nie jest bycie kanalią, ale sam wiesz, jaki ja mam podejście. Nie zrobiłabym czegoś takiego, nie postąpiłabym w ten sposób, więc to dla mnie nie do końca logiczne, też nie miałabym problemu z tym, aby zostawić kogoś za sobą, czasem tak trzeba robić. - Oni to wiedzieli, dla nich to było oczywiste, jednak nie dla wszystkich, cóż, nie każdy powinien zajmować się podobnymi sprawami.

- Mam wrażenie, że chcesz mnie trochę wystraszyć. - Zdecydowanie sugerował jej to, że cioteczka może zmienić do niej podejście, gdy faktycznie wejdzie do rodziny. Była na to gotowa, ba, Yaxleyówna zawsze przecież była gotowa na wszystko, więc te słowa Roisa nie powodowały u niej lęku, wręcz przeciwnie, naprawę chciała sprawdzić, jak wiele się zmieni, żeby móc zweryfikować to, co mówił.

- Czyli co, sugerujesz, że to był wyjątek potwierdzający regułę? - Można było przecież różnie odebrać to jej ostatnie wystąpienie w sukience. Wszystko zależało od punktu widzenia.

- Nie, nie poradziłam sobie świetnie, ale nie do końca odpowiednio oszacowałam jego siłę, następnym razem mi się nie wywinie. - Oczywiście, że na pewno będzie musiał być kolejny raz, nie zamierzała odpuścić temu typowi, wypadało pokazać mu kto faktycznie tutaj rządził. Nie była osobą, która łatwo odpuszczała, szczególnie gdy ktoś ją zirytował, a Rookwood zrobił to dosyć mocno.

- Prowokacja, no coś Ty, za kogo Ty mnie masz, że niby ja, sięgałabym po takie metody? - Uniosła przy tym głowę, aby spojrzeć na jego twarz, zatrzepotała przy tym całkiem uroczo rzęsami. Mógł się domyślić więc od razu odpowiedzi na swoje pytanie. Nic nie działo się przypadkowo prawda?

- Szkoda, że tego nie zrobiłeś, chętnie bym się jej wtedy pozbyła. - Wiedział o tym przecież. Mimo, że ich stosunki w tamtym momencie były dość napięte, to cóż, myślała o tym, zresztą też już dzisiaj o tym wspominali. I ona i on myśleli o tym, aby wykorzystać jego biurko w ten jedyny właściwy sposób.

- Dobra, dotarło, cieszę się więc, że i tutaj jestem Cię jeszcze w stanie zaskoczyć. - Bo przecież to wcale nie było takie oczywiste, prawda? Znali się bardzo dobrze, i swoje charaktery i ciała, te najdrobniejsze przyzwyczajenia, wiedzieli o sobie dosłownie wszystko, jak widać jednak nadal bywały momenty, w których jednak potrafili nieco się zaskoczyć. To zawsze był świeży powiew dla ich relacji.

- Chyba faktycznie miałam Cię za nieco bardziej skomplikowanego. - Nie mogła się z nim spierać, prawda. Skoro faktycznie był takim prostym człowiekiem... oczywiście, że zamierzała to zweryfikować, chociaż właściwie to przecież zdawała sobie z tego sprawę, zdarzało jej się przecież korzystać ze swoich atutów, aby dostać to, na czym jej bardzo zależało. Wiedziała o tym, że nie tak łatwo było mu się powstrzymać od pewnych przyzwyczajeń.


Koniec sesji