![]() |
|||
|
[08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin (/showthread.php?tid=4723) Strony:
1
2
|
|||
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.04.2025 Oczywiście, że powinna się spodziewać tego, że jej brat ponownie ją zaskoczy, mogła się po nim przecież spodziewać wszystkiego, co najlepsze, a właśnie za jedną z takich jakże niesamowitych informacji uważała to, że zna jej nowego ulubionego aktualnie przyjaciela Roisa, ba okazało się, że chyba sami są całkiem blisko. Przewróciła oczami i westchnęła ciężko. Kto wie, gdzie szlajał się Astaroth, gdy jeszcze nie był wampirem, właściwie miał dosyć wolną rękę, jak i ona. Wolała nie wnikać skąd się znają, to powodowało, że była spokojniejsza, przynajmniej pozornie. Nie zamierzała ingerować w to, jakże wylewne przywitanie, ale na pewno będzie miała to z tyłu głowy, zwłaszcza po rozmowie, którą odbyła z Roisem i po tym, że stwierdzili, że dobrze byłoby zaangażować jego przyjaciela do tego, aby doprowadzić Rotha do porządku, co mogłoby pójść nie tak... Gdyby Yaxley patrzyła tylko i wyłącznie na czubek własnego nosa, to już dawno nie byłoby jej w Londynie, tak się jednak składało, że ciągle tutaj trwała, więc to nie było takie proste, jak sobie myślał Fenwick. - Nie, żeby mnie to specjalnie dziwiło, ministerstwo jest nieporadne jak zawsze. - Miała wyrobioną opinię na temat tego, jak działali i po raz kolejny nie zaskoczyła się pozytywnie, powinni się tego spodziewać. Skoro siedziała tam banda debili, to nie mogło być inaczej, skupieni tylko na tym, by utrzymać swój własny stołek. Gdy dochodziło do kryzysowej sytuacji, to pokazywali za każdym razem brak swoich kompetencji. Nie spodziewała się, aby kiedykolwiek miało się to zmienić. Przeniosła spojrzenie na brata, który najwyraźniej był bardzo pewny tego, że znajdą się w Snowdonii, chyba się nieco rozczaruje. Geraldine wiedziała, że ojca nie ma w domu, że jest gdzieś w Szkocji, bo wspomniał jej o tym w liście, a nie chciała wpaść na matkę, która na pewno odpowiednio skomentowałaby to, w jakim stanie znajdował się Astaroth, pewnie zasugerowałaby, że jest to jej wina, bo miała się nim opiekować. Nie mogli wrócić do domu - nie tym razem, chociaż na pewno było tam bezpiecznie, w to nie wątpiła nawet przez chwilę. - Mam wrażenie, że nigdzie nie jest bezpiecznie. - Rzuciła jeszcze do Eliasa, który włączył się w tę uroczą pogawędkę. Może nie było to szczególnie optymistyczne podejście, ale podczas tego wieczora raczej stawiała na realizm. Przeniosła wzrok na Roisa, nim odezwała się do brata, chociaż wiedziała, że już ustalili plan działania, musieli się go teraz tylko trzymać, w końcu spojrzała na Astarotha, żeby uświadomić mu to, że tym razem nie wybierają się do Snowdonii. - Nie wybieramy się do Snowdonii. - Odparła nieco chłodnym tonem. Pewnie jeszcze nie domyślił się, czym było to spowodowane, ale mimo tego, że Londyn płonął, pożary niszczyły wszystko wokół nich, mimo tego, jej aktualnym priorytetem było to, aby jej brat przestał zażywać eliksiry nasenne, skoro już sam poprosił ją o pomoc, nie mogła tego zignorować i musiała mu jej udzielić jak najszybciej. Może nie dopięli planu na ostatni guzik, ale jakiś tam mieli, wiec wystarczyło powoli zacząć go realizować. - Też wybieramy się do ciotki Corio, Astaroth z nami. - Oczywiście, że zadecydowała za brata, miała ku temu prawo jako jego starsza, troskliwa siostra. - Nawet nie waż się tego kwestionować. - Rzuciła jeszcze wpatrując się w Rotha. Nie była szczególnie przyjemna, ale wymagała tego sytuacja. RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - Benjy Fenwick - 29.04.2025 Nawet nie słuchałem tego, co mówił Elias. Po co miałbym słuchać? Nie obchodziło mnie to, tak naprawdę mnie to nie obchodziło, co nie było żadnym zaskoczeniem. Przecież niemal każdy tutaj zdawał się być świadomy, że nie darzyłem Prudence sympatią, zresztą od dawna i zdecydowanie z wzajemnością. Nie komentowałem tego, nie mówiłem, że to nie czas na te tematy, bo miałem w sobie trochę empatii - wiedziałem, że mowa o kimś bliskim dla przynajmniej jednej, a może nawet dwóch osób z naszego otoczenia - no, dla Eliasa na pewno, a i chyba też dla Ambroise’a, skoro pytał o Prue, co było dziwne, ale no ok, coś musiało się zmienić - ale dla mnie… To po prostu był ktoś, z kim nie łączyły mnie dobre relacje. Zostałem z tyłu, powstrzymując tupanie nogą i rozważając, jaka jest najlepsza droga z miasta, gdy nagle usłyszałem moje imię. Nie spodziewałem się, że to pytanie skierowane jest akurat do mnie. Instynktownie przeniosłem wzrok na Ambroise’a, próbując przetrawić tę niespodziewaną informację, chociaż praktycznie od razu poczułem się tak, jakby ktoś uderzył mnie obuchem w głowę - skołowany, nic nie rozumiejący, jakby dopiero miało do mnie dotrzeć, że zaraz zemdleję, bo dostałem cios w potylicę. Ostatnie sekundy przed tragedią... Na zewnątrz nie pokazałem niczego, co zdradziłoby moje zaskoczenie, lecz w głowie zaczęły kłębić mi się myśli - szczególnie te obrazy i fakty, które zaczęły powoli układać się w spójną całość. Jasne, nie dałem tego po sobie poznać, ale w środku byłem zupełnie zbity z tropu. Wcześniej słyszałem coś o ministerstwie, w wypowiedzi Eliasa, teraz jakby mnie oświeciło i zacząłem intuicyjnie łączyć kropki - dostrzegałem powiązania, które do tej pory były ukryte albo nie do końca jasne. Tak, jakby puzzle same zaczęły wskakiwać na miejsce w układance. Chociażby to, że miałem wrażenie, że ta kobieta to ktoś, kto był dla mnie znajomy, chociaż nie potrafiłem od razu przypisać tego do konkretnych wspomnień. Wcześniej, kilka dni temu, podczas tej akcji z kotem w zaułku, kiedy miałem okazję przyjrzeć się jej lepiej, też wydawała mi się do kogoś podobna. Starałem się zachować spokój, chociaż w tym momencie mój żołądek zrobił fikołka, podczas gdy umysł próbował znaleźć logiczne wyjaśnienie tego wszystkiego. Próbowałem się opanować, mrugając dwukrotnie, jakby to miało mi pomóc zresetować myśli, ale to było na nic. W tym momencie wszystko było już jasne. Wypaliłem w myślach: „O chuj, o kurwa, serio?” - poprzedzone i uzupełnione o wiele innych, niecenzuralnych określeń. Nie mogłem tego wykrztusić, nie wyrzuciłem z siebie tego na głos, bo wiedziałem, że to byłoby zbyt głupie, bezpośrednio wskazywałoby na to, że nie miałem pojęcia, co odwaliłem, gdy to odstawiałem. Szczególnie przy tym, co się stało na koniec naszej rozmowy przed ministerstwem. Zamiast tego, poczekałem, aż emocje opadną, próbując poukładać myśli. W końcu odpowiedziałem normalnie, chociaż z ciężkim oddechem: - Zoształa sgalnięta pszes placowników, plóbujących opanowaś tłum przed gmachem. Jusz jeszt w plasy, co oznacza, sze plawdopodobnie jeszt najbespieszniejsza s nas wsystkich. - To chyba było najważniejsze w tym momencie - że jest pod opieką, już jest w miejscu, gdzie jest względnie bezpieczna, na pewno nie stoi w sercu pożaru w jakiejś kamienicy. - Ma szię stamtąd nie luszaś. - Dodałem, bo mi to obiecała - raczej nie miałem podstaw, by kwestionować to, czy jest na tyle inteligentna, żeby nie wracać na ulicę. Milczałem przez chwilę, gdy reszta ustalała, co dalej. Nie odzywałem się, bo moje myśli były zbyt chaotyczne, bym mógł znaleźć jakieś sensowne słowa. Próbowałem ogarnąć wszystko, co właśnie się wydarzyło, i zrozumieć, co to oznacza, starając się opanować cały ten natłok wrażeń, który kłębił się we mnie. Czekałem, aż reszta się zdecyduje. Wiedziałem, że czas nie jest po naszej stronie, a każda sekunda może przeważyć szalę na jedną lub drugą stronę, ale nie zamierzałem nikogo pospieszać - jeszcze. Gdy Gerda zaczęła się rządzić, próbując przejąć kontrolę nad sytuacją, przeniosłem wzrok na Astarotha - spojrzałem na niego wymownie, chociaż nie powiedziałem nic na głos. Wzruszyłem ramionami, dając mu do zrozumienia, że nie mam jakiejkolwiek kontroli nad tym, co się teraz dzieje, i że jedyne, co możemy zrobić, to się zbierać i iść dalej. W końcu, już bez zbędnych słów, powiedziałem: - Wobes tego, chyba musimy szię zbielaś. Nie ma na co czekaś, lepiej lusyś, zanim bęsie za póśno. - To było jedyne, co mogłem dodać, choć w głębi duszy czułem, że opuszczenie Londynu to dopiero początek przeprawy - nie miałem złudzeń, że jeszcze wszystko się wyjaśni, cel, sens tego, co się stało, i raczej będzie to dużo bardziej druzgocące niż ktokolwiek mógłby zakładać - ale na razie musieliśmy działać szybko. Od tego momentu, wszystko zależało od tego, jak szybko uda nam się opuścić płonące miasto i jak skutecznie zorganizujemy dalsze kroki. Wiedziałem, że czas nie jest po naszej stronie - musimy działać natychmiast, bo każda minuta zwłoki to wystawianie się na śmiertelne zagrożenie, które może nadejść w każdej chwili. Kamienica jeszcze stała, ale to nie było bezpiecznie schronienie. RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - Astaroth Yaxley - 29.04.2025 Rozmowa o Prudence była dla mnie zbędna, bo i tak jej nie znałem. Wpadała mi jednym uchem, drugim wypadała, zostawiając po sobie jedynie echo cudzych trosk. Ja nie miałem już przyjaciół, nie w sensie, który coś znaczy. Ale... była cała rzesza ludzi z mojej przeszłości, o których może jednak powinienem się martwić. Próbowałem tego nie robić, próbowałem odciąć się od emocji, ale... może zamiast iść spać, powinienem wrócić i sprawdzić, czy nic im nie jest? Może powinienem mieć syndrom bohatera... Ale ja miałem syndrom potwora. A potwór nie powinien się bawić w bohatera. To się zwykle kończyło dodatkową jatką, krwią w ustach i pytaniami bez odpowiedzi. Koniec tematu. Dlatego nie rozumiałem, skąd pomysł, żebym ruszył z nimi wszystkimi do ciotki Corio, tej Ursuli czy jak jej tam. Oni potrzebowali bezpiecznego azylu, odpoczynku i regeneracji, a moja obecność szeroko mijała się z bezpieczeństwem, spokojem czy normą. Geraldine wyglądała na nieugiętą, ale najwyraźniej zapomniała, że byliśmy ulepieni z tej samej gliny. Jej chłodny głos, jeszcze zimniejsze spojrzenie – znałem je dobrze. Też tak potrafiłem. Może nawet lepiej. Może teraz mógłbym konkurować biegunem północnym? – Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł, Geraldine – odparłem, ignorując ostrzeżenie, które zawisło w powietrzu między nami. Ważyłem się je zakwestionować, choć nie powinienem. Ale w moim mniemaniu to był bardzo zły pomysł. Zrobiłem wymowną minę, próbując jej przypomnieć – bez słów – o moim stanie. O tym, że nie jestem bezpieczny. Że nie jestem już tylko ja, ale szedłem w pakiecie z Bestią we mnie. Ale Geraldine najwyraźniej była niedotleniona. Albo zbyt zmęczona, by logicznie myśleć. – Z moim problemem – dodałem powoli, przeciągając słowa jak ostrze po kamieniu. Czułem kły. Wstrętne, obce, pulsujące przy każdym wdechu. Najchętniej pokazałbym je jej, żeby się w końcu otrząsnęła, ale nie zamierzałem się z tym obnosić. Wystarczyło, że wiedział już Ambroise. Benek teraz też. Krąg wtajemniczenia stawał się zbyt szeroki jak na coś, co miało pozostać moją prywatną klątwą. Geraldine patrzyła na mnie, ja patrzyłem na nią. Sorry, Benjy, nie miałem głowy, by pytać cię spojrzeniem o zdanie. Teraz potrzebowałem wygrać z hydrą, jedną z wielu, które nosiła twarz mojej siostry. Nie chciałem wycieczki. Chciałem kąpieli. I ciszy. A potem się zobaczy. Zacisnąłem dłonie w pięści. Wizja wspólnej podróży była niepokojąca. Przed oczami już miałem realne i senne obrazy pełne krwi, bólu i przemocy. Przede wszystkim mojej żądzy. Nie chciałem nikogo na to skazywać. Nikogo więcej. W Snowdonii czekały eliksiry. Mama z pewnością załatwi ich więcej, jeśli tylko szepnę, że znów mam problemy z zasypianiem. Natychmiast wyśle skrzata do apteki. A ja... ja może znowu zasnę. Może tym razem przyśni mi się coś dobrego. Może opowieść Laurenta o słońcu? Nie, jednak nie. Po ostatnim incydencie... nie. Słońce było przereklamowane. Thoran skutecznie mnie z tego wyleczył. Z tego głupiego pragnienia. – Nawet nie waż się mi rozkazywać – dodałem na koniec równie chłodno, powtarzając jej słowa na własny rachunek, jak na młodszego brata przystało. Dla zasady. Dla siebie. RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - Elias Bletchley - 04.05.2025
RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.05.2025 Wyjaśnienia, jakie popłynęły z ust przyjaciela, przyjął milczeniem i pokiwaniem głową. Niczym więcej. Prudence była bezpieczna i to mu wystarczyło. Mimo wszystko ją lubił. Może niezupełnie byli przyjaciółmi. Prędzej można ich było nazwać sojusznikami, ale to tak czy siak oznaczało, że nie chciał jej zguby. Dobrze było usłyszeć, że jest bezpieczna. Niekoniecznie za to trzeba było dywagować na ten temat, więc to sobie darował. Tego wieczoru zdecydowanie nie był zbyt rozmowny. Nie to, żeby kiedykolwiek wiele mówił, gdy nie czuł, że chce albo potrzebuje to robić. Nie był typem gaduły, ale w tym momencie zdecydowanie przechodził sam siebie. Czuł się jednak w pełni usprawiedliwiony. Nie to, by kiedykolwiek czuł potrzebę tłumaczenia swojego postępowania. To nie był czas na śmieszkowanie z przyjaciółmi... ...i Astarothem. Tak. Jeśli bowiem Benjy i Geraldine stali przeciwko sobie nawzajem po dwóch stronach barykady, Roise robił to samo z Rothem. Napięcie, jakie wisiało w powietrzu miało związek nie tylko z pożarami. Choć w znacznej mierze z nich wynikało. To o niedawno podjęte decyzje Greengrass był najbardziej wkurwiony na brata jego dziewczyny. Tyle tylko, że nie zamierzał o tym rozmawiać. Nie teraz. To nie był czas na wyjaśnianie sobie takich kwestii, nawet jeśli cała ta akcja na ulicy była zupełnie o dupę potłuc. Zbędna. Niepotrzebna. Niebezpieczna. Strata czasu... ...a niemalże też głowy. Chusta, którą zawiązał wokół dolnej połowy twarzy nie kryła zmęczenia, jakie biło z jego spojrzenia (bezwiednie wbitego w okno i kawałek ściany za Fenwickiem) nawet jeśli niekoniecznie chciał je okazywać. Zmęczenia nie tylko przemieszczaniem się pędem przez płonący Londyn, nie wyłącznie ucieczką przed bandziorami siejącymi dodatkowy zamęt na ulicach, już i tak pogrążonych w chaosie, lecz również koniecznością ciągłego kontrolowania, tłumienia, analizowania. Odpowiedzialności. Był na skraju. Naprawdę. Zamilkł. Nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. Milczenie było jego świadomym wyborem. Zapach dymu wciskał się pod chustę owiniętą wokół jego twarzy, gryząc nozdrza, wysuszając gardło, powodując kaszel, który Roise jeszcze jakoś tłumił. Ale no, właśnie... ...to był jeden z powodów, przez które Greengrass postanowił się nie odzywać. Nie chciał robić wokół siebie szopki kasłaniem jak gruźlik. Drugim było to, że raczej nie powiedziałby nic przyjemnego. A naprawdę nie chciał się kłócić o urażone uczucia. Gdy Astaroth postanowił odezwać się do siostry w taki a nie inny sposób, protestując z naiwną pewnością kogoś, kto jeszcze wierzy, że ma głos, Ambroise nie poruszył głową. Nie od razu. W pierwszej sekundzie po sprzeciwie dzieciaka (bo w jego oczach przy takim zachowaniu to nadal był młokos, choćby miał zarost i biceps) nie wydarzyło się nic widocznego. Zielone oczy mężczyzny (nadal utkwione gdzieś w tym niesprecyzowanym punkcie korytarza za plecami Benjy'ego) nie przesunęły się w kierunku jego niechętnie przysposobionej rodziny. Zareagował nie ruchem, lecz bezruchem... ...albo przynajmniej czymś w tym rodzaju. Poruszył bowiem głową. Tyle tylko, że bardzo nieznacznie, ledwie zauważalnie. Nie gwałtownie, nie z oburzeniem. Raczej jakby chciały się upewnić, że dobrze usłyszał. Lekko zmarszczył czoło, poruszając podbródkiem pod chustą. Zaciskając wargi, ale nie zgrzytając zębami. Jeszcze nie. Zdecydowanie słyszał dobrze. Miał bardzo dobry słuch. Nawet zarejestrował intonację towarzyszącą każdej kolejnej wypowiedzi Yaxleya. Lekko zbyt wysoką, wibrującą od nieopierzonej, roszczeniowej decyzyjności za własne życie. Tyle tylko, że Astaroth był martwy, czyż nie? Nie mógł decydować o swoim życiu. W tym momencie chcąc nie chcąc to oni za niego odpowiadali. On i Rina. Geraldine tak czy siak wyrzucała sobie odpowiedzialność za śmierć brata. Poruszyli ten temat wtedy na ganku w Whitby, więc zdecydowanie mogli wykorzystać ten pokraczny argument: jego też nie było, aby pomóc w kryzysie, toteż oboje byli odpowiedzialni za śmierć Rotha. A więc za jego nieżycie. Czyli mogli o nim decydować. Narzucać mu swoje zdanie, dopóki się nie ogarnie. Jak zwał tak zwał. Dziękuję. Dobranoc. Rzut mikrofonu. A zaraz potem pierwsza wyraźna reakcja następująca tuż po zakończeniu ostatniej wypowiedzi gówniarza: wreszcie wyraźnie obrócił głowę, przestając wpatrywać się w wyższe półpiętro. Spojrzenie Ambroisa przeniosło się powoli. Nie ospale, tylko z bezdenną cierpliwością człowieka, który od tygodni nie miał ani chwili spokoju. Był na skraju. Naprawdę. Jego zielone oczy były przekrwione od dymu, matowe, zamglone zmęczeniem, ale jednocześnie zadziwiająco... ...spokojne. Lodowato spokojne. Nie były ciepłe. Były opanowane. I od razu zostały skierowane w stronę Astarotha, którego Roise otaksował wzrokiem od góry do dołu i znowu do góry. Nawet po tym nie mrugając, choć chwilę wcześniej łzawiły mu oczy szczypiące go od dymu. Teraz w ich spojrzeniu nie było ani zaskoczenia, ani gniewu. Nie było dezaprobaty. Zareagował trochę tak jak podnosi się wzrok znad herbaty, słysząc coś niezbyt wartego pełnej uwagi, ale wciąż kontrowersyjnego. Choć może nie? W jego wzroku było też coś jawnie zniesmaczonego. Nie do końca: Flora, racz mi wyjaśnić, czemu w mojej świeżo podanej herbacie pływa zyzuś tłuścioch. Raczej nie: czemu to zwykła czarna, skoro miał być pu-erh? Niby obie herbaty są wytwarzane z Camellia Sinenses, no, ale do cholery... Nie. Zareagował ostrzej. Bardziej pogardliwie. Tak, jakby każde drgnienie jego tęczówek i źrenic potrafiło przecinać złudzenia niczym skalpel. Naprawdę sądzisz, że masz cokolwiek do powiedzenia? Naprawdę sądzisz, że możesz odzywać się w taki sposób do własnej siostry? Nie masz tu żadnej władzy. Pozwól, gówniaku, że wyjaśnię ci to bez ani jednego zbędnego słowa. Ino z cichym... ...no właśnie... ...chusta wokół dolnej połowy twarzy poruszyła się, kiedy nabrał powietrza przez nos a następnie westchnął przy wydechu. A może raczej syknął? Zdecydowanie było to coś pomiędzy jednym a drugim. Ni to syk, ni to westchnienie, ale raczej nie parsknięcie. Nie prychnął. Nie bawiło go to. Westchnął sycząco. Ledwo słyszalnie, bardziej dla siebie niż do kogokolwiek innego. Cicho. Krótko. A jednak bez wątpienia dosyć słyszalnie. Jak człowiek, który z początku zamierzał coś wypowiedzieć, ale uznał, że szkoda na to gardła. Wzmocnione akustyką wąskiego korytarza, zabrzmiało to nawet nie jak złośliwa ocena a jak od razu wydany werdykt: Astaroth był stracony. Jego struktury mózgowe zatrzymały swój rozwój na poziomie dwudziestodwuletniego nastolatka. Patrząc na to, że pełną dojrzałość osiągało się w wieku między dwadzieścia pięć a dwadzieścia siedem lat... ...to było wymowne, czyż nie? Młody wampir już zawsze miał być bezdennie głupi. A przez to także nie powinien być brany pod uwagę w momencie, w którym od podejmowanej decyzji miały zależeć losy wszystkich dookoła. Ten syk nie był groźbą. Nie był też jednak wyrazem zmęczenia myślą o konieczności kolejnego tłumaczenia się przed kimś, kto nie rozumie, że sprawy już dawno wyszły poza zwykłe plany wycieczkowe z możliwością wyboru destynacji. Bo Ambroise nie zamierzał tego tłumaczyć. Ten syk był wyrazem pogodzenia się z myślą, że jakakolwiek kooperacja z na wpół naćpanym wampirem-łowcą była skazana na klęskę, więc należało powziąć inne środki. Takiego ostatecznego pogodzenia się z tym faktem. Zupełnie, jakby jeszcze chwilę wcześniej w ogóle wierzył w rozsądek Yaxleya i teraz zupełnie stracił resztki złudzeń. Milczenie, które po tym zapadło, przeciągnęło się o sekundę za długo. Celowo. Decyzja została podjęta. Roth mógł się tylko dostosować. Gratulacje. Zostałeś uratowany. Proszę nie stawiaj oporu. Palce prawej dłoni, dotąd luźno zawieszone przy biodrze, poruszyły się powoli. Przesunął nimi po krawędzi rękawa płaszcza, wygładzając materiał. Ruch ten nie był zbędny. Był celowy. Jak każde jego działanie. Pokazał, że ma nie tyle czas, co środki. Że mógłby złagodzić tę rozmowę samą rezygnacją z niej. I Astaroth to wiedział, nieprawdaż? Nie był głupi. No, nie aż tak. Różdżka schowana tuż przy ręce. Dokładnie to Roise pokazał mu to przed ich wyprawą na Ścieżki. Jedna gładko rzucona Drętwota i mieliby to z głowy, czyż nie? Zero dalszych protestów. Zupełny brak możliwości sprzeciwiania się Geraldine w tak... ...godny pożałowania sposób. Być może transportowanie wampira w ten sposób byłoby nieco niewygodne, ale przecież to nie tak, że gdyby raz czy dwa przypadkiem uderzyli facjatą albo potylicą Rotha o ścianę czy futrynę to ten by umarł. To zdecydowanie mu nie groziło. Już nie. Nie dyskutował. Zagroził I jednocześnie w milczeniu, skinięciem głowy zgodził się z Eliasem odnośnie kłótni poza centrum pożarów. Był raczej dosyć jawnie gotowy uczynić wszystko, co możliwe, by iść dalej. Nawet jeśli miałoby być tym znokautowanie pyskatego wampirzyny. RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.05.2025 Był to chyba jeden z nielicznych momentów, w którym zamierzała zgodzić się z Fenwickiem. Musieli stąd spiedalać, jak najszybciej, nie było tutaj czasu na niepotrzebne kłótnie, które i tak się pojawiły. Londyn płonął wypadało więc się stąd ewakuować, gdy znajdą się w bezpiecznym miejscu będą mogli pomówić o tym, jaki jest plan. Właściwie nadal miała jeden najważniejszy - ogarnąć swojego brata i doprowadzić go do porządku. Zdawała sobie sprawę, że w Snowdonii może być to utrudnione, bo póki co nie chciała mówić zbyt wiele rodzicom, co nieco komplikowało sprawę. Musiała sama wziąć odpowiedzialność za to, co się odpierdalało (jak zawsze). Nie, żeby kiedykolwiek zakładała, że stanie się najbardziej odpowiedzialnym gówniarzem w swojej rodzinie, to nie miała być jej rola, ale jakoś tak wyszło, że ostatnio to ona miała wszystko na swoich barkach. - Tak, musimy stąd spierdalać. - Dodała, jakże elokwentnie. Nic tu po nich, czy coś. Bez sensu było się dalej kręcić między mieszkaniami, gdy mieli pewność, że większość ich najbliższych była bezpieczna. - Nie pytałam Cię, czy myślisz, że to dobry pomysł. - Westchnęła jeszcze ciężko, spoglądając na brata. Jasne, zdawała sobie sprawę, że może uważać, iż nie jest to szczególnie bezpiecznie. Tyle, że mieli oni plan, może go w niego nie wtajemniczyli, póki co, bo zamierzali go wziąć z zaskoczenia, ale nie robili nic na pół gwizdka, wszystko było przemyślane, nie powinien tego negować. Yaxleyówna nie ryzykowałaby, gdyby nie miała pewności, że nie jest to szczególnie ryzykowne. Zresztą u Corio miało się znaleźć więcej osób, które były w stanie powstrzymać wkurwionego wampira. Nie była jedyna, więc to wcale nie było takim trudnym zdaniem. Do tego, może właśnie świadomość, że może wyrządzić komuś krzywdę chociaż nieco doprowadzi go do porządku. Nie chciała ciągnąć go tam siłą, bo nie o to chodziło, jeśli jednak nie będzie miała innego wyjścia to cóż - na pewno zamierzała to zrobić. Czy mu się to podobało, czy nie. To nie był odpowiedni moment na takie rozważania, nie tutaj, nie teraz. - Twój problem aktualnie jest nieco niżej na skali problemów od tego, co aktualnie się dzieje. - Powinni uciec przed ogniem, później zająć się resztą. Naprawdę nie było sensu teraz się na tym skupiać. Miał w sobie odrobinę ogłady i nie wydawało jej się, aby zamierzał za chwilę pokazać kły. Jeśli tak - nie byłby pierwszym wampirem, którego miała spacyfikować. Przeniosła spojrzenie na Eliasa. Naprawdę nie potrzebowała tego komentarza, zdawała sobie sprawę z tego, że nie był to najlepszy moment na kłótnie. Nie skomentowała jednak tego, co powiedział, nie było sensu kontynuować tej rozmowy. Widziała reakcję Ambroisa, i tak całkiem nieźle się trzymał zważając na to, jak potrafił reagować. Najwyraźniej nie chciał robić scen, chociaż trochę zrobił, obyło się jednak bez kolejnych, niepotrzebnie wypowiedzianych słów. Mieli świadomość, że to jedyne wyjście, które może okazać się być w miarę owocne, więc powinni po prostu zabrać gówniarza ze sobą. Czy mu się to podobało, czy nie. - Za późno Roth, idziesz z nami, tam to przedyskutujemy. Proszę. - Próbowała jakoś do niego dotrzeć, no i zasugerować, że to tylko chwilowe, że później znajdą się w Snowdonii, nie było to całkowite kłamstwo, raczej półprawda, później było bardzo luźnym terminem, więc tak, czy siak kiedyś na pewno znajdą się jeszcze w Snowdonii, gdy wreszcie chociaż odrobinę go ogarną. RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - Benjy Fenwick - 08.05.2025 Stałem oparty o balustradę przy schodach, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Sam, jak chyba wszyscy, też miałem coraz bardziej dosyć - raczej nie próbowałem tego nie okazywać. Dosyć dymu, którego zapach wdzierał się w pory skóry i przesiąkał we włókna ubrań, dosyć trzasku ognia za oknami, który coraz trudniej było ignorować, dosyć pulsującego w skroniach bólu i wspomnień, które wracały, mimo że próbowałem je odsunąć, dosyć świadomości, że oto właśnie, nie dalej niż dwie godziny temu, zaryzykowałem życie, by uratować kobietę, którą latami wyklinałem w myślach... I tego, że najpewniej zrobiłbym to znowu. Dosyć tego wszystkiego - świat się walił, dosłownie i w przenośni, a my zamiast ruszyć w cholerę z tego korytarza, staliśmy i gadaliśmy. Miałem ochotę wyjść stamtąd pierwszy, zostawić ich z ich naradą wojenną i snuciem planów na przyszłość, ale wiedziałem, że to nie jest ten moment. Alternatywnie - mógłbym przysiąc, że, jeśli jeszcze jedna osoba zacznie za moment rozważać opcje, które dawno powinny być za nami, to naprawdę sam coś wysadzę - podpalę ich własną klatkę schodową, bylebyśmy tylko się stąd ruszyli, i tak miała zapłonąć. Byłoby mnie na to stać - naprawdę - czasami cel uświęca środki, a ja nigdy przesadnie nie grzeszyłem wysokimi, idealistycznymi moralami. Nawet w tej irytacji, w tej napiętej sytuacji, moje myśli wciąż wracały do tego, co wydarzyło się chwilę wcześniej. Pomogłem jej, kurwa, Prudence - pomogłem jej dostać się do ministerstwa, pomogłem jej przeżyć, i gorsze w tym wszystkim było to, że zrobiłbym to znowu. Bez wahania. Nie dlatego, że była Prudence, jak sądziła reszta, tylko - no właśnie, dlaczego? Bo wyglądała, jakby nie dała rady bez wsparcia? Bo to był ktoś sprawiający znajome wrażenie, zresztą już raz wcześniej sobie pomogliśmy, więc było trzeba kontynuować tę tradycję pomocy? Bo sytuacja tego wymagała? Bo sumienie, które próbowałem latami trzymać w ryzach, znów się odezwało? Bo to był odruch, a ja byłem jebanym idiotą? Nie dowierzałem. Po prostu... Nie. Nie to, że nie chciałem, bo przecież - do cholery - to już się stało, nie mogłem się cofnąć, nie mogłem wymazać tamtego momentu, w którym wyciągnąłem rękę, znaleźliśmy się razem w kryzysowej sytuacji, a później jeszcze pod ministerstwem... Z Prudence. Prudence. Przez cały czas, jaki spędziliśmy w drodze, myślałem, że to po prostu jakaś czarownica, która może ma znajome spojrzenie - teraz już wiedziałem, że z cieniem tamtej wersji siebie, chociaż nie z piorunami w oczach, ani nie z krzywą miną, jakby od razu miała mi wytknąć wszystko, co zrobiłem, wszystko, czego nie zrobiłem, wszystko, co powiedziałem, wszystko, czego nie powiedziałem i tak dalej - chyba to mnie zmyliło... Bo była miła - my byliśmy dla siebie mili, potrafiliśmy się dogadać, tak od razu, bez problemu. To było jak uderzenie. - Mosze pszestaniemy piepszyś i wlescie pójsiemy? - Mruknąłem pod nosem, może nie aż tak cicho, jak zamierzałem - coraz bardziej czułem, że powinniśmy już dawno spierdalać, bo ogień nie czekał, i nie zamierzał się łaskawie wycofać tylko dlatego, że nie umiemy się dogadać. Dom na wsi, letnia rezydencja Ursuli - może nie była to najlepsza opcja na dłuższą metę, ale krótkoterminowo przynajmniej miała sens. Nie aż tak daleko od Londynu, w zakresie teleportacji, więc mogliśmy być w stanie mieć na oku wszystko, co się dzieje, ale na tyle daleko, żeby nie siedzieć w samym sercu tego piekła - wydawało się to jedyną sensowną możliwością w tym momencie. - Dom na wsi... - Powiedziałem, nie podnosząc głosu, dawno tego nie robiłem z uwagi na fizyczne ograniczenia. - To najlepse loswiąsanie, nie tszeba szię głowiś, co dalej, bo Ula na pewno nas pszyjmie, posa tym zawse jeszt zolientowana, jak to ona, najłatwiej tam tszymaś lękę na pulsie. - Nie szukałem aprobaty, bo moja decyzja została podjęta, ja wiedziałem, gdzie spierdalam - nie patrzyłem, kto się zgodzi, kto prychnie, kto rzuci spojrzenie w stylu: „O, proszę, znowu się odzywa, wielki specjalista w zarządzaniu kryzysowym”. Po prostu powiedziałem to, co należało powiedzieć - to, co było cholernie logiczne. Głos miałem niższy i bardziej szepczący, niż zwykle, gardło suche od dymu i zmęczenia, ale słowa padły jasno. Nie musiałem tego rozwijać, każdy z nas wiedział, że nie chodzi tylko o bliskość geograficzną - potrzebujemy miejsca, które nie będzie oderwaną od świata norą, tylko punktem obserwacyjnym, centrum dowodzenia, jeśli w ogóle jeszcze coś takiego miało sens. I może by na tym się skończyło, może dałoby się wreszcie ruszyć, gdyby nie ci dwoje - Astaroth i jego siostra. Geraldine. Geraldine znów coś powiedziała, tym tonem, który sprawiał, że człowiek miał ochotę wywrócić oczami aż do samego wnętrza czaszki, szczegółowo oglądając detale. Zawsze miała coś do powiedzenia, jakby miała wyłączny patent na pouczanie innych. Merlinie, czy ona musiała się odzywać przy każdej okazji, z tą swoją manierą wyższości w tonie głosu, jakby każde zdanie, które wypowiada, było ostatecznym słowem w dyskusji? Spojrzałem na Eliasa. Potrzebowałem punktu zaczepienia - jego twarz była skupiona, ale jednocześnie coraz bardziej zniecierpliwiona, jednak zachowywał opanowanie - dobrze. Przynajmniej on jeden miał jeszcze resztki rozsądku, bo Ambroise wyglądał, jakby miał zacząć kąsać jak wąż. Ton głosu, postawa, sposób, w jaki Astaroth zaciskał pięści, napięty jak struna, już niemal trzaskający na każde słowo siostry, a Geraldine unosiła brodę, z miną byłej królowej balu, która przypadkiem znalazła się w towarzystwie kwestionującym jej władcze panowanie - wszystko to działało mi na nerwy. Astaroth wbił w nią spojrzenie, jakby chciał ją fizycznie odepchnąć od siebie samym wzrokiem, Ambroise wbił je w Astarotha, chociaż to jego było zimniejsze - mroziło i odstręczało, zamiast palić... I tak oto, zamiast myśleć o ratunku, mieliśmy przed sobą rodzeństwo z gościnnym udziałem drugiej połowy demonstrujące rodzinne napięcia w wersji live from jeszcze-nie-płonąca-klatka-schodowa. Zamknąłem oczy, walcząc z własnym gniewem, bo wiedziałem, że nie powinienem się wtrącać - to nie było moje zadanie, więc jeszcze przez chwilę stałem tam, milcząc, czując jak w ustach zbiera mi się ślina. Napięcie w pomieszczeniu rosło, a ja już nie miałem siły na te gówno. W końcu wziąłem głęboki oddech, zmusiłem się, by wypluć słowa: - W jednym ma lasję, staly. - Powiedziałem, głosem zbyt spokojnym, żeby nie był podejrzany, cholernie świadom, że wypowiadam słowa, których nigdy nie sądziłem, że użyję. Właśnie poparłem Geraldine Yaxley. - Tamten dom faktysznie lepiej szię nadaje, nawet bioląs pod uwagę twoją pszypadłoś, to pszy tym, co szię właśnie wydaszyło… W Snowdonii moszes mieś ploblemy s... Ze wsystkim, s jakimikolwiek szeszami, wsystko bęsie szię skupiaś wokół Londynu. Lepiej byś bliszej centlum nisz zaszyś szię w Snowdonii. - Święto, proszę państwa - niebo wali się na głowę, ziemia się rozstępuje. Koniec świata, skoro moje zdanie zgadza się z jej oceną sytuacji, ale nie robiłem tego dla niej. Nie zrobiłem tego, by poprzeć kogoś takiego. Zrobiłem to, bo to była jedyna sensowna decyzja, zrobiłem to, bo... Miała rację, i kurwa, to było jeszcze gorsze... Bo nie znosiłem, kiedy ktoś taki jak ona ma rację, ale logika była nieubłagana. - Nie s sympatii, szeby było jasne. - Dodałem z lekkim uniesieniem brwi, patrząc na Geraldine. - Ale faktysznie, w tamtym domu łatwiej bęsie ogalnąś cokolwiek, pomogę. - Skinąłem głową, jakby to miało cokolwiek zmienić, i cicho wciągnąłem powietrze. Z tyłu głowy wciąż dudniło mi pytanie, którego nie zamierzałem wypowiadać na głos: „Co dalej? Co, kurwa, dalej?” Ale nie było już czasu na pytania - nie tutaj, nie teraz. Trzeba było iść, trzeba było działać, trzeba było - jakkolwiek absurdalnie to brzmiało - jeszcze trochę pożyć. Ruszyłem pierwszy, wymijając resztę - ktoś musiał. RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - Astaroth Yaxley - 09.05.2025 Uciekałem w sen, żeby nie być zagrożeniem. Dla nikogo. Żeby nie wspominać chwil, w których mogłem kogoś skrzywdzić albo wręcz kogoś krzywdziłem. To wszystko wracało, kiedy spałem, ale wtedy nie robiłem im już krzywdy naprawdę. Ale teraz… Teraz mogłem znowu przeżywać koszmar na jawie. Teraz mówiono mi, żebym zamieszkał w domu pełnym obcych ludzi. Z dzieckiem plątającym się gdzieś między nogami. Z podstarzałą ciotką. W zupełnie obcym miejscu. Przerażało mnie to. Przerażało bardzo. Czy będę tam miał swobodny dostęp do krwi? Cóż, pod skrzydłami wkurwionego teraz Ambroise’a – najpewniej tak. Już miałem okazję przekonać się o jego skuteczności pomimo uprzedzeń do mojej osoby. Ale pytanie brzmiało: czy będę miał dostęp do eliksirów nasennych? Lepiej, żebym był nieprzytomny. Otumaniony. Tak będzie bezpieczniej. Dla wszystkich. Rozejrzałem się po twarzach zebranych wokół. Wszyscy zgodnie potwierdzali, że ten dom na wsi to świetny pomysł. Nawet Benjy mówił o tym z przekonaniem, najwyraźniej znał tamto miejsce. Najwyraźniej znał też realia życia z wampirem pod jednym dachem...? Albo się zgrywał. Ambroise? On jako jedyny się nie odezwał. Ale jego milczenie ważyło. Groził mi niemo, wyraźnie dając do zrozumienia, że jeśli nie zgodzę się polubownie, użyje siły. A ta, w obecnej sytuacji, była… niewskazana. I może faktycznie nie powinienem robić problemu? Nie teraz? Zarówno on, jak i Geraldine, zresztą wszyscy tu zebrani, czuliśmy, że ten pył był zły. Że wymknął się złowrogiej sile, która posłała go w świat, żeby niósł pożogę. Nie mogliśmy tu zostać. Musieliśmy się przegrupować. Schować. U ich ciotki. A potem… potem wrócę tam, gdzie moje miejsce. Do Snowdonii. – Niech ci będzie – odparłem w końcu, głosem nieco wyższym niż zwykle. Byłem zestresowany. Pięści mi drżały. Ale wmawiałem sobie, że będzie dobrze. Będzie dobrze. – Ale nie myśl, że unikniesz tego tematu. Serio to przegadamy – dorzuciłem, odbijając piłeczkę, chociaż nie miałem pojęcia, o jaką grę tu właściwie chodziło. Co też knuła Geraldine za moimi plecami. W głębi duszy byłem przekonany, że Geraldine uparcie chciała mnie mieć na oku. Jakby nagle zainteresował ją mój los. A Ambroise? Cóż… Spełniał jej zachcianki. Jak zawsze. Gdybym tylko słyszał myśli Benka, możliwe, że bym się z nimi zgodził. Nigdy nie uważałem Ger za księżniczkę. Ale może to dlatego, że miałem błędny, cukierkowy obraz księżniczek. Ger była raczej wojowniczą wersją, z tych, z którymi prędzej czy później każdy musi się zgodzić. Bo inaczej wymusi. Albo ominie. Tak jak wtedy, w jaskini, kiedy wzeszło słońce. Zostawiła mnie samego, żeby pogadać z Thoranem. Nie pozwoliła sobie pomóc. Nie wyjaśniła. Do dziś nie miałem pojęcia, o co jej wtedy chodziło. Może powinienem o tym pogadać z bratem? Rozprostowałem palce i ruszyłem za Benkiem. Niech mnie mają na oku. Może tak będzie lepiej. Nie chciałem mieć na rękach kolejnej krwi. Wstrzymałem oddech i wyszedłem z kamienicy. RE: [08.09.1972] team meeting | Ambroż, Asek, Benek, Eliasz i Żeraldin - Elias Bletchley - 18.05.2025
|