![]() |
|
[11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus (/showthread.php?tid=4760) |
RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - Romulus Potter - 12.05.2025 Ojej, jakiż zawód. Już przez chwilę łudziłem się, że Prudence Bletchley – ta racjonalna, nieczuła kobieta – w ramach swojego praktycyzmu przeczytała wszystkie możliwe książki survivalowe, a tymczasem... klops. Nawet nie spojrzała na drzewo z myślą o wspinaczce! A przecież, umówmy się, to był najprostszy sposób na rozeznanie terenu. Ja sam, naturalnie, również się nie wspinam, nie po to noszę te buty i mam ten kręgosłup. Ale znałem kobiety, które z gracją wdrapywały się na drzewa, a potem równie zgrabnie z nich schodziły. Ja takich rzeczy w dzieciństwie nie robiłem. Byłem względnie grzeczny. Do obrzydzenia wręcz przykładny. Z różdżką była już zupełnie inna historia. Nie było mowy, by zostawić ją gdzieś w lesie i po prostu iść dalej. To nie był jakiś tam kawałek drewna. To była MOJA różdżka. Towarzyszka od pierwszych dni w Hogwarcie. Powierniczka. Symbol wszystkiego, co czyniło mnie mną. Porzucenie jej byłoby nie tylko nierozsądne, byłoby wręcz hańbą. Oczywiście tego wszystkiego Prudence nie mówiłem. Nie czułem takiej potrzeby. Wolałem nastraszyć ją dziką zwierzyną, co, o dziwo, zadziałało. Sukces godny toastu. Co więcej, zaczęła iść pierwsza, co było mi jak najbardziej na rękę, bo prawdę mówiąc... nie miałem pojęcia, gdzie iść. Wcześniej nawet się nie rozglądałem. Byłem absolutnie przekonany, że nie zamierzam wracać. Do teraz. Cóż, życie bywa przewrotne, szczególnie moje. Niczego nie można było być pewnym. – Do nocy jeszcze daleko – stwierdziłem z pozornym spokojem, wpatrując się w niebo. Chociaż… może jednak nie aż tak daleko? Jesień miała to do siebie, że dzień kończył się szybciej, niż człowiek zdążył zorientować się, że w ogóle trwa. A ja byłem głodny. Autentycznie. Mój żołądek prowadził monolog wewnętrzny, który z łatwością mógłby być uznany za dramat klasy B. Mieliśmy pewnie już po południu. Słońce powoli schodziło za korony drzew, a wraz z nim moje morale. Ale Prudence wciąż miała różdżkę, więc teoretycznie to ona powinna zająć się wszelkimi zagrożeniami losu. Teoretycznie. Rozglądałem się za różdżką, ale, o zgrozo!, nic. Zero. Żadnego błysku drewna, żadnej poświaty, żadnego cudownego przypadku. Zacząłem nawet żałować, że nie poszliśmy do przodu, tak jak planowaliśmy na początku. Może już byśmy byli w drodze do domu? Może leżałbym w swoim łóżku? Może piłbym kawę? A tak… nie miałem nic. Ani kawy, ani różdżki, ani godności. Tylko Prudence, która władała papierosami niczym suwerenny monarcha. I która nie dzieliła się swoim bogactwem. Okrutna kobieta. Dobrze... Może trochę się dzieliła, ale byłem głodny i zmęczony, więc miałem prawo do narzekania i złorzeczenia. – Podziel się jeszcze jednym. Nic nie jadłem, więc potrzebuję tego papierosa bardziej niż powietrza – wymamrotałem z całą dramatycznością, na jaką było mnie stać, licząc, że moje zmęczenie i melancholia wywołają choć odrobinę współczucia. Marzyłem, żeby po prostu paść w swoim łóżku w Exmoor. Spać dwa dni bez przerwy, zanim ktoś przypomni mi, że muszę funkcjonować. Ale najpierw zjadłbym śniadanie, obiad i kolację – wszystko w jednym posiłku, wielkim jak moje ego. Mijałem jakieś podejrzane krzaczki z owocami, ale wyglądały na typowe leśne pułapki. Nie chciałem być bohaterem tragicznej ballady o jedzeniu nieznanych jagód. – Czy my dobrze idziemy? Niczego tu nie poznaję. Nie ma mojej różdżki. To jakiś koszmar – powiedziałem po dłuższej, nużącej wędrówce, czując, że kończy mi się energia nawet na narzekanie. Byłem zbyt zmęczony, żeby się z nią kłócić. Zbyt zmęczony, żeby myśleć. Po prostu… zbyt. Zatrzymałem się. Westchnąłem. Spojrzałem w niebo jak na ostatnią deskę ratunku. – Stój. Musimy zrobić prowizoryczny obóz. W nocy nic nie znajdziemy. Jeszcze bardziej się pogubimy – skrzywiłem się, zirytowany własną bezradnością. Obozowanie nie należało do moich mocnych stron. Nigdy nie było. Raczej miałem ludzi od takich rzeczy. I bardzo mi ich w tej chwili brakowało. RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - Paracelsus - 12.05.2025 Las, który z początku wydawał się nieprzychylny, ale zwyczajny, z każdą godziną stawał się coraz bardziej obcy, coraz mniej uległy jakimkolwiek próbom zrozumienia jego ukształtowania. Prawdę mówiąc, nawet z mapą prawdopodobnie byłoby to zadanie godne wprawionego trapera a nie dwójki mieszczuchów, którzy być może doskonale odnajdywali się w dżungli, tyle że miejskiej. Romulus i Prudence wędrowali przed siebie, wciąż mając złudne poczucie, że idą naprzód, ale nie potrafili już wskazać, gdzie ten przód się zaczynał, a gdzie kończył. Kiedy faktycznie szli wprost przed siebie, a kiedy musieli odbić z obranej ścieżki bez ścieżki, trafiając na jakieś wyjątkowo gęste skupisko drzew albo formację skalną, którą musieli obejść naokoło, mimowolnie zmieniając tor wędrówki. Każdy krok był decyzją podejmowaną na ślepo, opartą na przypuszczeniu, domyśle, podszeptach intuicji, która prawdopodobnie jeszcze jakoś działała. Z tym, że z minuty na minutę oboje zaczynali być coraz bardziej poirytowani, zmęczeni, zniecierpliwieni, spragnieni i głodni, co zdecydowanie nie sprzyjało jasności osądu. Wspólne towarzystwo również niewiele ułatwiało. To nie było moralne wsparcie, zdecydowanie nie. Mogłoby się wręcz zdawać, że z czasem oboje zaczęli coraz mniej skupiać się na obranym kierunku a bardziej na tym, jak bardzo chcieliby, by to drugie poszło w swoją własną stronę. Wewnętrzny głos także przestawał szeptać idź w prawo. Skupił się na idź w diabły skierowanym w stronę wątpliwego kompana bądź kompanki. Nie wiedzieli, czy idą w zygzakowatej linii, wędrują w kółko, czy może kręcą się w spiralę. Mieli wrażenie, że setny raz mijają to samo drzewo: stare, wykrzywione, z naroślą przypominającą zaciśniętą pięść z wyciągniętym środkowym palcem poruszającym się na wietrze. Albo, że tysięczny raz przechodzą obok podobnych formacji skalnych, które wyglądały jak szczątki jakiegoś pradawnego kręgu. Lub, co gorsza, że wcale nie robią ani tego, ani tego, bo za każdym razem w tym obrazie coś się zmienia. Minimalny detal, drobny szczegół. Coś na tyle niewielkiego, że nie mogli powiedzieć, co to jest, ale na tyle zauważalnego, że wzbudzało ich podskórny niepokój. Informacje wyniesione z podręczników, jeśli w ogóle przychodziły im do głowy, te obszerne rozdziały o orientacji w terenie, liczne ilustracje pokazujące, jak wykorzystać mech i porosty (to słynne: rosną na drzewach od strony północnej), jak użyć cienia do wyznaczenia godziny, okazały się bezużyteczne. Niebo ponad ich głowami miało jednolitą barwę jasnej szarości. Słońce już nawet nie próbowało przebić się przez okrywę chmur. W ogóle nie było go widać. Teoria działała tylko wtedy, gdy znało się choć jeden punkt odniesienia. Oni go nie mieli. Nie potrafili już nawet wskazać, z której strony przyszli. Każde drzewo wydawało się znajome, jakby cały las był wykonany z tej samej formy i rozciągał się wokół nich jak powtarzalna struktura. Zaklęcie duplikacji? Tak, zdecydowanie mogło w tym coś być, prawda? To nie tak, że byli aż takimi ignorantami. Z każdą minutą robiło się nie tylko ciemniej, lecz także ciszej. Ptaki zamilkły. Wiatr, który wcześniej poruszał koronami drzew i niósł charakterystyczny zapach runa leśnego również zamarł. Liście już nie szumiały. Nawet ich własne kroki wydawały się wytłumione, jakby mech, który coraz częściej pojawiał się pod stopami wędrowców, wchłaniał dźwięki wraz z wilgocią głuszy. Nie czuli się jednak ani obserwowani, ani bardziej zagrożeni niż jeszcze przed kilkoma chwilami. Las, który ich otaczał, nie był ani przyjazny, ani wrogi. Po prostu trwał. Obojętny, monotonny, milczący, senny. Ciemność nie nadchodziła gwałtownie, lecz sączyła się powoli. Szarość ogarniała wszystko: drzewa, liście, ich twarze, dłonie, myśli... Niebo robiło się coraz bardziej szare. Nie, nie granatowe. Szare. To była szarość nadchodzącego deszczu, być może nawet jednej z ostatnich letnich burz, bowiem w powietrzu pojawiło się dziwnie elektryzujące wrażenie. Coś, co nawet osoby ich pokroju mogły połączyć z tym podskórnym przeczuciem, że lepiej byłoby, by jak najszybciej znaleźli sobie jakąś względnie suchą kryjówkę. To właśnie wtedy usłyszeli coś nowego. Na początku ledwie słyszalne, niemal na granicy świadomości. Cichy, rytmiczny chlupot. Woda. Nie był to jednak zwykły szmer strumienia. Dźwięk był głębszy, miał w sobie echo, jakby odbijał się od skał, jakby woda spadała z wysokości. Wodospad. To jedno słowo pojawiło się równocześnie w ich myślach. Coś w tym odgłosie było niewytłumaczalnie klarowne, jednoznaczne, jakby rzeczywistość wokół wreszcie uznała, że należy im się choć jedna wskazówka. Mogli tam pójść. Albo nie. Nikt ich nie zmuszał. Dźwięk nie przyzywał ich, nie był magiczny, nie niósł obietnic. Po prostu był. Jedyny ślad istnienia czegokolwiek żywego poza nimi. RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - Prudence Fenwick - 12.05.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=gbGrObI.jpeg[/inny avek] Zainteresowania Prue jakoś nigdy nie znajdowały się specjalnie blisko survivalu, ku ich nieszczęściu. Pewnie gdyby wpadła w jej ręce chociaż jedna taka księga, to sporo by zmieniło w tej sytuacji. Bletchley miała pamięć fotograficzną, a więc była w stanie zapamiętać bardzo dużo, a nawet wracać do konkretnych stron, które kiedyś przeczytała. Cóż, zapewne nadrobi braki, gdy wrócą do Exmoor, aby przygotować się na kolejną taką ewentualność. Prudence uczyła się w końcu na błędach, wyciągała wnioski, które wdrażała w swoje życie. Jako kilkuletnia dziewczynka, nie była tak ułożona, jak Romulus. Ba, zdarzyło jej się wspinać po drzewach, latała nawet na miotle, do momentu, w którym nie zaliczyła spektakularnego upadku, po którym została jej dość spora blizna na łydce i strach przed znajdowaniem się w powietrzu. Od tego momentu zaczęła unikać wysokości, nie zmieniło się to przez lata, nadal wzbudzało w niej dyskomfort. Nie było więc szansy na to, aby chociażby spróbowała wleźć na drzewo, to nie była, aż tak bardzo podbramkowa sytuacja. Nie miała pojęcia, czy Romulus zdawał sobie sprawę na to, jak wyglądały jej doświadczenia z wilkołakami. Wyciągnął argument, z którym nie potrafiła jakoś szczególnie oponować. Nie znosiła tego gatunku, obawiała się go i miała ku temu dość solidne podstawy. Ciągnęło się to za nią od lat. Uważała, że ministerstwo powinno się nimi zająć i ograniczyć ich prawa, w końcu wielu z nich chodziło między ludźmi i tak, zdawała sobie sprawę, na jakiej zasadzie działała ich przemiana, ale nie zmieniało to jej zdania, co do tego, że te stworzenia były niebezpieczne i nie można było im ufać. - Nie byłabym tego taka pewna, mam wrażenie, że plączemy się tutaj cały dzień. - Przerażało ją to, nie do końca była gotowa na to, aby spędzić tutaj noc. W buszu, w dziczy, niby jak mieli sobie poradzić? Nie mieli ze sobą niczego poza paczką fajek, której zawartość powoli zaczynała się kurczyć, oraz jej różdżką, bo okazało się, że ten pajac, zgubił gdzieś swoją. Prudence nie była jakoś szczególnie wprawiona w praktycznych dziedzinach magii, wiedziała więc, że może wyjść różnie radzenie sobie jej w takich warunkach. Trochę obawiała się tego, że może sobie ze wszystkim nie poradzić, sama. Nie znosiła takich sytuacji. Zaczynała się bać, że faktycznie coś ich tutaj zeżre, do tego znajdowała się w tym lesie z osobą, z której wolałaby unikać, nie mogło być gorzej. Powróciło do niej to okropne poczucie beznadziejności. Robiło się coraz chłodniej, zimny wiatr zaczął przypominać o tym, że była jesień, może wcześniej ten dzień sprawiał pozory jeszcze jednego z tych letnich dni, jednak już to minęło. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach, naprawdę zaczynała czuć się coraz bardziej niepewnie. Bletchley tak właściwie nie była głodna, ze stresu żołądek jej się skurczył i najprawdopodobniej zawinął w supeł, przez który aktualnie nic nie byłoby w stanie się przedostać. Nie czuła się dobrze ze świadomością, że będą musieli przeżyć tu noc. To nie było miejsce, które kiedykolwiek by wybrała, nie w takiej formie. - Proszę. - Nie miała siły się z nim kłócić, wyliczać mu kolejnej fajki, więc po prostu wyciągnęła w jego kierunku paczkę i poczęstowała go szlugiem, przy okazji wyciągając jednego i dla siebie. - Nie wiem. - Wysyczała przez zęby nieco zirytowana. Skąd niby mogła wiedzieć, czy zmierzają w dobrym kierunku? Ustalili przecież, że nie należała do osób, które wybierały spacery po ciemnym lesie jako jedną ze swoich aktywności. Pytanie, które zadał było głupie. Prue zawiesiła się na moment, zastanawiała się, nad tym, czy jeśli by tu utknęli, a później umarli, to szybko znaleziono by ich ciała. Pewnie nie, nikt nie wiedział, gdzie się znajdowali, nie wiedzieliby gdzie ich szukać. Była nawet szansa, że nikt, nigdy by ich nie odnalazł, ich bliscy nie mieliby świadomości, co się z nimi stało. Zniknęli, przepadli w dziczy. Mrugnęła szybko dwa razy, aby powrócić do rzeczywistości, niestety nadal znajdowała się z Romulusem w lesie, nic się nie zmieniło. Zaciągnęła się dymem, musiała czymś zająć dłonie, żeby nie zacząć się trząść, nie mogła panikować, ale teraz on wspominał coś o szałasie? Czy naprawdę sądził, że wiedziała od czego mieliby zacząć? Miała wrażenie, że nagle zrobiło się bardzo cicho. Przestała słyszeć trel ptaków, drzewa, jakby nie miały siły dalej poruszać koronami. Nie sądziła, że to wróży coś dobrego, nawet Romulus zamilkł. Szarość zaczęła okrywać okolicę. Najprawdopodobniej noc się zbliżała, a oni nadal tkwili w miejscu. Nie wiedziała, gdzie się znajdowali, czy wrócili na miejsce, w którym się tutaj pojawili, czy kręcili się w kółko. Zdecydowanie nie odnajdywała się pośród natury. - Słyszysz to? - Przerwała w końcu tę ciszę, aby upewnić się, że zmysły nie zaczęły sobie robić z niej żartów. Wydawało jej się, że gdzieś z oddali dochodzi do nich dźwięk wodospadu, musiała się jednak upewnić, że nie jest to złudzenie, że nie jest jedyną, która to zauważyła. RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - Romulus Potter - 13.05.2025 Papieros już mnie nie koił. Był tylko drobnym pocieszeniem, bladym śladem dawnego luksusu, potwierdzeniem, że prawdziwy świat istnieje gdzieś poza tym przeklętym lasem. Świat, do którego pasowałem. Raj. Pełen przyjaciół, miękkich foteli, porządnych papierosów i herbaty podanej w porcelanie, nie w puszce po konserwach. Świat swobody, wygody i – przede wszystkim – cywilizowanego łóżka z kołdrą. Co prawda tutaj też panował spokój, ale był to ten niepokojący rodzaj ciszy, która zwiastuje nocleg na runie leśnym, wśród rzeczy, których wolałem nie analizować. A jednak... zaczynałem analizować. Mrówki. Pająki. Ślimaki. Odchody zwierząt. Grzyby o niepokojąco obślizgłej fakturze. Trącący zaduchem mech. Iskry wilgoci w powietrzu. Istny koszmar dla kogoś, kto w dzieciństwie miał osobnego skrzata do polerowania pantofli na spacery po parku. W takich momentach naprawdę mogłem żałować, że nie urodziłem się w rynsztoku. Albo chociaż nie miałem osobowości Aloysiusa. On by wiedział, co zrobić. On z pewnością miałby przy sobie magiczny nóż do oprawiania królika i jeszcze wygłosiłby o tym referat. – Alojzy! – jęknąłem zbolały, dokładnie w chwili, gdy Prudence zapytała, czy coś słyszę. Nie, to nie był Alojzy. To było... – Woda? – powtórzyłem za nią, niepewny, czy to rzeczywistość, czy halucynacja. Teraz byłem gotów spokojnie – lub niespokojnie – stwierdzić, że woda jest moim nowym papierosem. – Idziemy w tamtą stronę? Nie miałem nic w ustach od porannego mycia zębów – zauważyłem z goryczą. Poranne magiczne szorowanie zębów... ach, wspomnienia. Czy Prudence ustawiła budzik na jakąś zagrażającą życiu godzinę? Czy przez to właśnie teraz włóczymy się po tym niekończącym się lesie? Bo to już nawet nie było bagno. To był zielony labirynt śmierci. Aj, a mnie bolały nogi. Nogi dziedzica! Chciałem spać. Chciałem do taty. Zamknąłem oczy i nasłuchiwałem. Cisza była tak głęboka, że aż przerażająca. Wcześniej z nudów wymyślałem ptakom imiona. W końcu nie znałem ich prawdziwych nazw, a nuda sprzyjała kreatywności. Teraz nie słyszałem nawet ptaków. Tylko ten jeden dźwięk. Woda. Przełknąłem znikomą ślinę, oblizałem spierzchnięte usta. – To nie może być pułapka. Jedna, ta z gazetą, zdecydowanie nam wystarczy na najbliższe milenia – mruknąłem z przekąsem, wspominając Proroka Codziennego, którego nie tylko udało mi się złapać równo z Prudence, ale też przeczytać w całości w czasie jednej z licznych przerw w marszu. I to nawet nie dlatego, że był ciekawy. Po prostu był. A w takich chwilach człowiek docenia wszystko...? Albo i nie. Gazeta pełna lania wody. Bez słowa ruszyłem w stronę dźwięku, który zdawał się prowadzić mnie jak jakaś leśna syrena. Nawet przyspieszyłem krok, jak gdyby nagle coś się we mnie przebudziło. Może ostatni instynkt przetrwania? Może zwykła desperacja? Chciałem się napić. Umoczyć twarz. Zanurzyć dłonie. Oby to źródło nie było przeklęte, bo – jak na złość – nie miałem przy sobie mojego runicznego lejka do oczyszczania wody. A to przecież podstawowe wyposażenie podróżne. Ależ to wszystko było żenujące. Iście niegodne mojego nazwiska. Przeklinałem ten dzień ponad wszystkie. RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - Paracelsus - 13.05.2025 Nie potrzebowali narady. Wystarczyła tylko sugestia, krótka rozmowa i wymiana spojrzeń z gatunku tych, w których nie było już miejsca na zgryźliwości, racje czy argumenty. Pozostała tylko wola przetrwania. I woda. Ta jedyna wskazówka. Ruszyli. Las, który jeszcze niedawno zdawał się być bezkresnym labiryntem o monotonnej fakturze i nieprzeniknionej topografii, z wolna otwierał się przed nimi. Nie urywał się nagle, jednak drzewa robiły się coraz rzadsze, coraz bardziej pochylone. Ścieżka w dalszym ciągu nie istniała, ale kierunek? Owszem. Wyznaczał go szum wodospadu. Nie mistyczny, nie symboliczny, a jak najbardziej fizyczny. I co równie istotne - nieprzerwany. Równomierny. Realny. Podłoże robiło się coraz bardziej nierówne, twardsze, miejscami zupełnie pozbawione roślinności. Coraz częściej pod stopami zamiast ściółki czuć było kamień. W powietrzu unosił się zapach mokrej ściółki i czegoś jeszcze. Metalicznego, słonawego? Nie. To nie do końca było to. Próbując go lepiej określić, Prudence mogła przypomnieć sobie jedną z niedawnych spraw kryminalnych, która dosyć mocno utrudniła im życie w biurze koronera. Łącząc kropki między zapachem a sprawą topielca z okolic Dover, była w stanie przypisać tę woń do nie tyle do odoru rozkładającego się ciała, co do zapachu wody, która przez długie lata drąży średniej jakości beton i obmywa metalowe elementy przeżarte przez rdzę. Dosyć sporo czasu spędzili w jednym z miejsc, które pachniały w ten sposób. W końcu, niemal niezauważalnie, teren zaczął wznosić się w górę. Najpierw delikatnie, potem coraz stromiej. Stawianie kroków stało się coraz trudniejsze. W tym wypadku, buty Bletchley okazały się nieocenionym akcesorium. Pottera? Niekoniecznie. Szli długo. Ale jak długo? Nie byli w stanie tego stwierdzić. Może dziesięć minut, może godzinę. Czas, podobnie jak wcześniej przestrzeń, rozciągał się lub kurczył bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Jego upływ nie był logiczny. To, co zdawało się minutą, mogło w rzeczywistości trwać pół godziny. To, co powinno zajmować pół godziny, równie dobrze mogło okazać się dziesięcioma minutami. Mimo to, zmierzali przed siebie. Nie wspinali się, ale wzniesienie zdecydowanie dawało o sobie znać narastającym bólem kolan i łydek. I nagle... ...nie było już drzew. Bez żadnego ostrzeżenia las się skończył. Nie przeszedł w polanę, nie zwęził się do zagajnika. Nie. Po prostu nagle się urwał. Romulus i Prudence stanęli u krawędzi skarpy. Widok przed nimi był zaskakująco rozległy. Zupełnie tak, jakby świat rozsunął się w trzech kierunkach naraz. Po lewej, naprawdę blisko nich górowała potężna konstrukcja, której część ginęła gdzieś poza ich polem widzenia. Z tej odległości mogli dostrzec kratownice, przewody, rury, coś jak mechaniczne koło zamachowe czy system śluz. To nie była ruina, nie było to też jednak w pełni nowoczesną konstrukcją. Nawet z odległości, przypominało raczej relikt jakiegoś ambitnego projektu sprzed co najmniej kilku dekad. Dwóch, trzech, może nawet więcej. Była to zapora, bez wątpienia sztuczna. Nie widzieli wejścia, ale z pewnością gdzieś musiała mieć swoją sterownię. Spomiędzy jej ceglanych ramion z hukiem wylewała się woda. Biały, spieniony strumień spadał kilkanaście metrów w dół do niewielkiego jeziora. Oboje widzieli już zdecydowanie większe zbiorniki wodne. Ponadto ten tutaj, choć stary i zarośnięty, miał w sobie coś uporządkowanego. Jego brzeg był zbyt równy, by być naturalny. Został stworzony ludzkimi rękami. Gdzieś po lewej z pewnością wiła się rzeka, przez którą go stworzono. Z tym, że chowała się za betonowo-ceglaną konstrukcją. Nad powierzchnią wody unosiła się para mieszająca się z wieczorną mgłą. Mimo to, oboje byli w stanie spostrzec, że zadziwiająco spokojna tafla odbijała rozproszone światła. No właśnie. Światła. Migoczące punkty przyciągały wzrok. Zachęcały do jego wytężenia i wpatrzenia się w dal, nawet mimo szarówki rozmywającej pole widzenia i męczącej oczy. Po drugiej stronie jeziora, na tle szarzejącego nieba i zieleni lasu majaczyły zabudowania. Kilka domków. Proste, drewniane konstrukcje ułożone w kształt mogący być okręgiem z ledwo widocznymi liniami ścieżek pośrodku. Każda chatka z własnym źródłem światła. To nie była wioska. Skupisko było zbyt małe, zbyt zwarte. I zbyt równe. Wszystko wyglądało na celowo rozplanowane. Może letni obóz? Sanatorium? Ośrodek wypoczynkowy? Niezależnie od tego, czym było to miejsce, ciepłe, bursztynowe poświaty w oknach sugerowały obecność ludzi. Chociaż aktualnie żaden człowiek nie poruszał się między domami. Przez huk wody nie było słychać pogłosu rozmów, dźwięku muzyki. Nie paliły się ogniska ani nie widać było dymu. A jednak to miejsce zdecydowanie istniało. Żyło. Oferowało schronienie, być może nawet ciepłą kolację i transport do domu. Od ich strony brzeg był skalisty, urwisty. G Jeśli by się wychylili i spojrzeli w dół, gdzieś poniżej spadku terenu linia wody spotykała się z jaśniejszym pasem ziemi. Gdyby postanowili skoczyć z urwiska, nie wpadliby do wody. Kilkanaście metrów pod nimi rozciągała się wąska, piaszczysta plaża, jakby stworzona do łowienia ryb. Obok niej mogli zauważyć pomościk. Drewniany, wąski, ale stabilny. Cumowała przy nim jedna łódka. Z tej odległości wyglądała na całkiem nową, wiosłową, nie większą niż dwuosobowa. Ciemne drewno było lekko błyszczące od wilgoci. Skarpa, z której spoglądali, nie była nie do przebycia. Widzieli wąskie zejście. Stroma ścieżka prowadziła zygzakiem między skałami i trawami w dół do plaży. Wyglądała na trudną, ale nie niemożliwą do pokonania. Po prawej stronie, brzeg skarpy wydawał się dosyć mocno zarośnięty. Bardziej niż kierunek, z którego przyszli. Był zakrzewiony i zadrzewiony. Dało się zauważyć ścieżkę, a raczej coś, co mogłoby nią być. Nie prowadziła bezpośrednio przy urwisku. Należało trochę odejść od jeziora. Znowu wejść w las. Dróżka urywała się kilkadziesiąt metrów dalej. Skręcała za formację skalną, ale może dalej za kolejnym zakrętem znajdowało się dalsze przejście? Może można było obejść jezioro pieszo, przedzierając się przez las, kamienie i ciemność? Nie schodzić w dół, nie wiosłować przez jezioro, tylko obejść to wszystko bokiem i wtedy znaleźć zejście do zabudowań? Niebo powoli ciemniało. Nadal nie było granatowe. Nadal nie było czarne. To była ta osobliwa, lekko niepokojąca szarość, która zdawała się tłumić kolory, jakby świat został przełączony w tryb monochromatyczny. Ale światła odbijające się w wodzie były jak ogniki w tej szarości. Migotały, rozmazywały się, a jednak uparcie trwały. Były realne. Na pewno. Nie było słychać ptaków, nie było słychać, nie było słychać własnych myśli. Tylko huk wodospadu. Jednostajny, hipnotyzujący. Głośny, ale jednocześnie całkiem uspokajająco miarowy. Rozmowa w tym miejscu mogłaby być trudna. Raczej należało, by porozumiewali się głównie na inne sposoby. I to najlepiej jak najszybciej. Nadchodził zmierzch. Na nieboskłonie po lewej od Romulusa coś zamigotało i zgasło. Piorun? Nie było słychać grzmotu, nie widzieli też samego zygzaka przecinającego chmury. A jednak zdecydowanie błysnęło. Tam, od tamtej strony, gdzie wznosiła się konstrukcja zapory wodnej odcinająca im możliwość obejścia jeziora z innej strony niż w prawo. Mieli dwie opcje. Trzy, jeśli woleliby poszukać schronienia gdzieś przy strukturach zapory. Wybór należał do nich. RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - Prudence Fenwick - 14.05.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=gbGrObI.jpeg[/inny avek] Tak naprawdę Bletchley doceniała tylko i wyłącznie jedno łóżko, swoje własne, w swoim mieszkanku. Nie należała do osób, które miały w zwyczaju narzekać, mimo wszystko wiedziała, że nawet w rezydencji ciotki Corneliusa nie wyśpi się jakoś specjalnie. To było jedno z jej dziwnych przyzwyczajeń, rzadko kiedy opuszczała swój dom, więc nie do końca akceptowała łóżka inne niż swoje własne. Kolejna fanaberia. Aktualnie jednak doceniłaby nawet to łóżko, w którym znajdowała się jeszcze tego poranka. Trudno było tego nie zrobić wiedząc, że czekała ich noc w lesie. Pośród drzew, zwierząt, chuj wie czego. Nie zakładała bowiem już tego, że wrócą na noc do Exmoor. Nie było takiej możliwości. Nie po tym, jak kręcili się w kółko, nie mogli znaleźć drogi, znajdowali się nie wiadomo gdzie. Las wcale nie chciał ich chyba stąd wypuścić, ku jej niezadowoleniu. Zmarszczyła brwi i zmierzyła oceniająco wzrokiem Romulusa. Alojzy. Czy on był niepoważny, wiedziała, że jest średnio rozgarnięty, ale nie spodziewała się, że aż tak bardzo. Mogła przecież połączyć fakty, jasne to była tylko ona, nie była zagrożeniem, ale skąd mogli wiedzieć, że częściej nie rzuca takich irracjonalnych słów. To mogło niepotrzebnie zwrócić czyjąś uwagę na Benjy'ego, a on jej zdecydowanie nie potrzebował. Powinien chyba porozmawiać ze swoim przyjacielem na temat jego umiejętności ukrywania informacji, a raczej jej braku. - Tak, chodźmy. - Nie skomentowała jego kolejnej uwagi na temat tego, że nie miał nic w ustach od rana, nieszczególnie ją to interesowało. Ogólnie robiła się coraz bardziej poirytowana. Zmęczenie dopadło i ją, jednak nie skupiała się na nim. Naprawdę podjęła całkiem rozsądną decyzję, że ogarnęła sobie te buty, inaczej spacerowałaby po tym lesie jak Potter, w swoich uroczych lakierkach, a jak już wiedziała to nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń. - Nie byłabym tego taka pewna, ale możemy to sprawdzić. - W przeciwieństwie do Romulusa Prue brakowało tego optymizmu, raczej nie nastawiała się na nic pozytywnego, wiedziała, że życie lubiło pokazywać, że zawsze mogło być jeszcze gorzej, nie nazwałaby tego oczywiście pesymizmem, a raczej realizmem. Wiedziała, że może na nich czekać dosłownie wszystko, nie zakładała, że faktycznie trafią do wodospadu, którego dźwięk wydawało się jej, że słyszy. To mogły być omamy, jednak bez sensu było rezygnować bez sprawdzenia tego miejsca. Co innego mieli tutaj do zrobienia? No nic, ewentualnie mogli zacząć organizować sobie obozowisko, ale na to chyba jeszcze nie była gotowa. Nie miała pojęcia, jak długo będą musieli przed siebie iść, aby dotrzeć do miejsca, w którym znajdowała się woda, nigdzie się jednak nie spieszyli, prawda? Noc powoli okrywała okolicę, niedługo zrobi się całkiem ciemno, na samą myśl o tym po raz kolejny przeszedł jej po plecach dreszcz, nie czuła się tutaj dobrze, lasy nie były jej miejscem na ziemi. Szła jednak przed siebie, nie narzekała, nie mówiła nic, obserwowała przy tym okolicę, jakby bya w stanie coś z niej wyczytać. Tak się jednak nie działo, miała wrażenie, że w końcu drzewa zaczęły rosnąć jakby rzadziej od siebie, że las nie była już taki gęsty i ciemny, póki co jednak nie wiedziała, czy to dobrze, czy nie. Do jej nozdrzy dotarł znajomy zapach, kojarzyła go, beton, metal, woda. To sugerowało jej, że gdzieś tutaj musi znajdować się jakaś budowla, nie do końca mogła przewidzieć jaka, ale spodziewała się ją zobaczyć, prędzej, czy później. Westchnęła ciężko, gdy dotarło do niej, że będą musieli iść pod górę, jej nogi dawno nie przeżyły takiej ilości aktywności, naprawdę zaczęło ogarniać ją zmęczenie, a teraz to? - Uważaj, żebyś się nie poślizgnął. - Mruknęła jeszcze do swojego towarzysza, bo nie miała zamiaru go tutaj ratować, musiał na siebie uważać, nie potrzebowali kolejnych problemów. Skarpa. Bletchley odruchowo cofnęła się o krok, pojawiło się to bardzo nieprzyjemne uczucie, lęk. Nie reagowała dobrze na wysokości. Przytłaczały ją one, nie radziła sobie z nimi dobrze. Oczy miała szeroko otwarte, spięła się też cała, bo obawiała się, że wystarczy jeden nieodpowiedni krok i zsunie się na dół, spadnie i nie będzie, co z niej zbierać. Nie było już lasu, drzewa gdzieś zniknęły. Czy to dobrze? Tego jeszcze nie wiedziała. Otaksowała wzrokiem okolicę, spojrzenie zawiesiła na budowli, którą dostrzegła jako pierwszą. Była ogromna, ciężko jej było od niej odwrócić wzrok. To musiał być ten zapach, to to wyczuwała chwilę wcześniej w powietrzu. Później przesunęła wzrok po horyzoncie, dostrzegła te światła, w oddali, albo jej się wydawało, albo były tam też niewielkie zabudowania. Znajdowały się jednak zbyt daleko, aby w ogóle zakładała, że tam pójdą. Nie spojrzała w dół, bez względu jak bardzo interesujący nie byłby widok pod jej nogami, to wolała tego nie robić. Wiedziała, że mogłaby spanikować, a zdecydowanie nie chciała do tego doprowadzić. Zauważyła też tę zarośniętą ścieżkę po prawej stronie, jakby dawno nikt nią nie podążał. Za nią widać było las, nie do końca była pewna, czy miała zamiar do niego wracać, zwłaszcza, że robiło się coraz ciemniej, jeszcze chwila, a nadejdzie noc. Potrzebowali schronienia. Najbardziej oczywistą i rozsądną opcją, wydawało jej się w tej chwili znalezienie się przy zaporze. Mogli tam przeczekać, z dala od dzikiej natury, bez ryzykowania spotkania z jakimś stworzeniem, które mogło ich zaskoczyć. Nic nie mówiła, czuła, że Romulus i tak by jej nie usłyszał przez szum wodospadu. Bez żadnej konsultacji, pytania, po prostu ruszyła w stronę zabudowań zapory, intuicja podpowiadała jej, że to nie był najgłupszy pomysł. Nie miała pojęcia, czy pójdzie za nią. Może zamierzał wybrać inną opcję, droga wolna. RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - Romulus Potter - 15.05.2025 Szliśmy długo. A potem jeszcze dłużej. W górę, po nierównym terenie, gdzie mech tylko udawał miękkość, a w rzeczywistości ślizgał się pod butami jak sprytny sabotażysta. Dźwięk wody stawał się coraz wyraźniejszy, a wraz z nim moja motywacja. Miałem wizję: chłodny łyk, może nawet zamoczenie twarzy. Wystarczyło jeszcze kilka kroków. I jeszcze kilka. I jeszcze... Od groma kolejnych kroków, ale w końcu ujrzymy wodospad. Wiedziałem to. Moje ciało to wiedziało. Idąca przede mną Prudence, nawet zatroszczyła się o moje dobro. Zaskoczony obrzuciłem ją zaciekawionym spojrzeniem, ale... to zdecydowanie była uwaga spowodowana jedynie potrzebą przetrwania. Gdybym się faktycznie pośliznął i złamał kark czy nogę, to zapewne zostawiłaby mnie bez głębszego namysłu. – Nie mam czasu na poślizgi, idę ku przeznaczeniu – odpowiedziałem, jakbym właśnie zdobywał szczyt świata, a nie jakąś przeklętą skarpę w lesie. Bądź co bądź, podobał mi się ten tekst. Sytuacja może niekoniecznie, ale w przyszłości z pewnością będę sobie żartował z tej sytuacji albo opowiadał wnukom, jakiego mieli dzielnego dziadka, który nie dał się potwornej dziczy. Ostatecznie dotarliśmy. I nie był to wodospad. Ani źródło. Ani nic z tych romantycznych bzdur, które mogłyby wynagrodzić nam ten wysiłek. To była tama. Stara, zaniedbana, zarośnięta, cuchnąca... woda wyglądała jakby już dawno zrezygnowała z ambicji bycia zdatną do czegokolwiek. Śmierdziała mułem. Zatrzymałem się, patrząc na to bagno ze zmarszczonym nosem. Ochota na picie wyparowała równie szybko, co moja cierpliwość. – Może pracują tu mugole — rzuciłem, wskazując w kierunku drewnianej konstrukcji, po której kręciło się może coś... może ktoś? Żadnej żywej duszy...? Prudence nie odpowiedziała. Nawet na mnie nie spojrzała. Może tak na dobrą sprawę nie słyszała mnie, bo huk wody był niewyobrażalny. Machnąłem na to ręką, bo po prostu ruszyła przed siebie, jakby wszystko było jasne, a ja jak zwykle miałem opóźnione tempo. Na szczęście – albo co dla niej było oczywiste – ruszyła w kierunku tamy. Świetnie. Nie widziało mi się pływanie w tej brudnej wodzie, a spacerów po lesie miałem powyżej uszu. Wystarczą mi na najbliższe dekady. – Jasne, idź, ja tylko umieram za tobą — mruknąłem, ruszając za nią z nogami ciężkimi jak ołów, ale zdeterminowanymi jak pies, co zgubił właściciela i biegnie za jego zapachem. Nie, moim właścicielem nie była w tym przypadku Prudence, tylko wolność i ciepłe kapcie. RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - Paracelsus - 15.05.2025 Decyzja zapadła. A więc w lewo. Po raz pierwszy od wielu godzin mieli wrażenie, że coś się zmieniło. To nie było déjà vu, nie była to powtórka jakiegoś niepokojąco podobnego fragmentu lasu. To była nowość. A to znaczyło, że zrobili coś dobrze. Albo bardzo źle. Powoli szli w obranym kierunku. Zmierzch zapadał nieubłaganie, ale żadna kolejna błyskawica nie przecięła już nieba. Robiło się po prostu ciemniej. I... ...ciszej? Zamiast narastać, jak mogliby się spodziewać, huk wody stawał się... ...łagodniejszy? Zdecydowanie zmieniał się jego charakter. Zupełnie tak, jakby wchodzili w przestrzeń wyciszoną zaklęciem, które nie tyle tłumiło, co wygładzało fale dźwiękowe. Echo w ich uszach cichło. Mogli rozmawiać. A zdecydowanie mieli, o czym, bowiem to, co wydawało się znajdować blisko nich w istocie zdawało się być oddalone o lata marszu. Czyżby to miejsce znów sobie z nich igrało? Mogłoby się bowiem zdawać, że zanim dotarli na miejsce, parokrotnie zmuszeni do lekkiego zboczenia z obranego kursu, minęła wieczność. Mimo to wreszcie zbliżyli się do konstrukcji. Tyle tylko, że... ...czy to była ta sama tama? Ta zapora była olbrzymia. Naprawdę wielka. Tak duża, jakby musiała powstrzymywać naprawdę przytłaczające masy wody. Zupełnie nie pasowała do tego, co oboje mogli wiedzieć o tych terenach. A Romulus, który bywał tu od dziecka, z pewnością wiedział jedno: nie było tu tak szerokiej rzeki. Nigdy, przenigdy. Nie mogła nagle się tu zmaterializować, zostać wykopana, przeniesiona z Amazonii ani z Afryki. Tak samo jak dwa wzgórza, między którymi rozciągała się zapora. A jednak tu była. Jedna i druga góra tak samo. Dla Prudence to też było raczej dosyć jasne i logiczne. Mogła nigdy tu nie być, ale nie była też głupia. Te rejony zdecydowanie nie wymagały budowania czegoś takiego. Poza tym zarówno zbiornik jeziora, jak i wcześniej widziany wodospad były przy tym nielogicznie nieduże. Zbyt małe w porównaniu do tego kolosa. Zresztą... ...teraz już go nie było? Nie dostrzegali wodospadu, była tylko ściana i jezioro, które nagle wydawało się większe. Ciągnęło się na naprawdę znaczną długość i szerokość. Tylko domki nadal stały tam, gdzie stały. I wbrew pozorom, wcale nie wydawały się bardziej oddalone, mimo zdecydowanego powiększenia się szerokości jeziora. Skarpa też nadal była. Znajdowała się po prawej stronie, ale uskok był większy, jakby nagle znaleźli się w górach. O co tu chodziło? Monumentalna, betonowa ściana rozciągała się na wprost przed nimi. Wysoka na kilkanaście pięter, z potężnymi słupami i galerią techniczną biegnącą wzdłuż jej szczytu, sprawiała wrażenie reliktu z innej epoki. Była masywna. Ciężka, przemysłowa, brutalistyczna. Mimo nadkruszeń w górnych partiach, była wciąż w zaskakująco dobrym stanie. Po lewej stronie znajdowało się coś, co mogło wyglądać jak kompleks pomocniczy, może pomieszczenia techniczne. Po prawej, mniej więcej w jednej czwartej szerokości zapory: skarpa, uskok i jezioro. Oczom przybyszów ukazało się kilka budynków z pordzewiałą blachą na dachach, które gdzieniegdzie dodatkowo porastała trawa. Jedno z zabudowań wyglądało na wyraźnie większe od reszty. Miało wysokie okna, teraz zasłonięte od środka czymś czerwonym, prawdopodobnie grubymi kotarami, przez które ledwo sączyło się ciepłe światło. Drzwi prowadzące do środka nie były drewniane, były metalowe. Ciężkie, nawet z odległości sprawiały wrażenie zimnych, bardzo masywnych, zupełnie niepasujących do okien. Na oko dwieście metrów przed nimi, podłoże było już całkowicie utwardzone, tworząc coś na kształt dziedzińca. I to właśnie wchodząc na ścieżkę prowadzącą do tego dziedzińca po raz pierwszy usłyszeli inne dźwięki. Był to szczek psów i pogwizdywanie. Melodyjne, głośne, niosące się echem między budynkami, jednak wygwizdywana nuta nic im nie mówiła. To było obce brzmienie. Skoczne i wesołe, ale obce. Nie nasuwało im żadnego skojarzenia. Nic, prócz tego, że pochodziło od mężczyzny... ...i to jakiego. Kiedy jegomość wyłonił się spomiędzy linii lasu między zabudowaniami spory kawałek od nich, praktycznie na ukos dziedzińca, zdecydowanie nie sposób było go nie dostrzec. To był kawał człowieka. Zbliżał się pewnym krokiem. Zupełnie tak, jakby wędrówka przez mroczne lasy i ukryte skarpy nie robiła na nim żadnego wrażenia. Kiedy wszedł w plamę światła, oboje mogli dotrzeć, że był blondynem o ogorzałej twarzy i włosach jasnych jak len, związanych luźno z tyłu głowy. Nawet z tej odległości dało się dostrzec znaczną część jego cech, zalążek rysów twarzy a te były... ...niemal nierealistycznie symetryczne. Klasycznie rzeźbione: prosty nos, wąskie usta, wysokie kości policzkowe, głęboko osadzone oczy, linia szczęki, którą możnaby ciąć szkło. Było w nim coś prawie nierzeczywistego. Zupełnie niczym z jakiegoś plakatu propagandowego, którego grafik przesadził z rysowaniem ideału męskości. Jegomość nie był wyłącznie przystojny. Oj nie, on był oszałamiający. Idealny. Z gatunku tych, za którymi na ulicy oglądają się nawet najbardziej zatwardziale heteroseksualni mężczyźni. Nie po to, żeby go podrywać. Po to, by upewnić się, że nie przywidział im się ten widok. Blondyn był ubrany w długi, ciemny płaszcz z podwiniętym kołnierzem. Miał na sobie spodnie z poprzecieranego denimu, który z pewnością pamiętał wiele marszów po głuszy. Spod nogawek i dołu płaszcza wystawały ciężkie wojskowe buty. Jego sylwetka mówiła o sile, ale nie było w niej agresji. Poruszał się spokojnie, niemal miękko. Z pewnością miał ponad dwa metry wzrostu, był budowy tura, ale szedł z taką gracją, że przez pierwsze kilka sekund zdawał się unosić a nie iść. Wokół jego nóg biegały trzy psy. Dwa czarne jak noc, trzeci rudy albo brązowy. Trudno byłoby to stwierdzić w tym oświetleniu. Wszystkie były duże. Raczej kundle, mieszańce. Na oko nie pasowały do żadnej rasy. Zwierzęta poruszały się z dziką radością. Szczekały, ale nie z wściekłością. Raczej z ekscytacją. Biegały dookoła właściciela, raz po raz węsząc między budynkami. Mimo to, żaden z nich nie zwrócił uwagi na Prudence ani Romulusa. Mężczyzna pochylił się i uniósł rękę, przywołując najmniejszego psa. Tego rudobrązowego. Ruch, jaki przy tym wykonał także miał w sobie jakąś dziwną grację. Jego gest przypominał element rytuału, zaklinania, nie zwykłego wydawania polecenia. Pies natychmiast usiadł, patrząc w górę. Dwa pozostałe nadal ganiały dookoła, poszczekując. - Bravissimo, Vecchio - powiedział mężczyzna. Jego głos był głośny i zrozumiały. Prawdopodobnie przez echo, które niosło się od zabudowań dziedzińca. Nieznajomy brzmiał... ...serdecznie. Doskonale pasował do wrażenia, jakie sprawiał na pierwszy rzut oka: spokojny, opanowany, ciepły, ale konkretny. Opoka, ostoja, nie zagrożenie. I... ...nie był sam. Wyszła zza rogu. Drobna, bardzo szczupła. Dorosła, choć na pierwszy rzut oka mogła przypominać dziecko. A jednak nim nie była. Latarnia szybko zweryfikowała pierwsze wrażenie. Rysy twarzy kobiety były ostre, ale nie odpychające. Nieznajoma miała wysokie kości policzkowe, pełne usta umalowane na ciemną czerwień, cerę o oliwkowym odcieniu, ciemne oczy i burzę falujących włosów opadających na ramiona w nieładzie, który sprawiał wrażenie zamierzonego. Była równie magnetyczna, co jej towarzyszy. Niemal tak samo nierealistycznie plakatowa. Z tym, że już nie propagandowo, tylko niczym wyobrażenie Cyganki albo kogoś z bohemy artystycznej. Nosiła długą, wielowarstwową spódnicę z barwnym botanicznym wzorem, lekko podpiętą na prawym boku, ciężkie skórzane buty i podarte rajstopy. Miała na sobie wełniany sweter w kolorze bordo i musztardowo żółty szal z haftem w kształcie liści. Ręce miała ozdobione kilkoma złotymi bransoletami, które lekko dźwięczały przy ruchu. Podzwanianie również niosło się echem. Nieznajoma przypominała kogoś z zupełnie innej epoki niż towarzyszący jej mężczyzna. Tak, jakby została wyrwana ze swoich czasów i wrzucona do tej sceny przez pomyłkę. A jednocześnie zadziwiająco tu pasowała. - Che maleducati... Hanno svegliato tutto il bosco - powiedziała, zerkając na pozostałe psy, które na jej widok natychmiast przestały szczekać i podeszły do niej z pokorą. Mężczyzna zaśmiał się krótko. - Pensavo che ci fosse qualcosa nell’aria - spojrzał w bok ku głuszy, niemal wprost w miejsce, gdzie pojawili się Potter i Bletchley, ale... ...nie zareagował. Jego wzrok prześlizgnął się nad nimi, jakby jegomość ich nie widział. Zmierzchało, było już znacznie ciemniej niż tylko szarawo, więc zdecydowanie miał prawo ich nie dostrzec. On sam stał w świetle latarni, tak samo jak jego towarzyszka. Natomiast dwójka przybyszów tkwiła w cieniu. Mogli się ujawnić, nie musieli. Jeśli chcieli to zrobić, potrzebowali znacznie przyspieszyć kroku, może nawet podbiec. Z jakiegoś powodu wiedzieli, że nie było sensu krzyczeć. Kobieta przystanęła, podnosząc głowę. Przez chwilę wyglądała, jakby wyczuwała coś w powietrzu. Jakąś zmianę, może obecność nieproszonych gości, ale zamiast spojrzeć w kierunku obserwatorów, uniosła wzrok ku szczytowi zapory. - Non adesso - powiedziała nagle, choć słyszalnie, jednocześnie jakby do samej siebie. Zbliżyła się do mężczyzny. Gdy stanęli obok siebie, różnica wzrostu była niemal groteskowa. Przez moment stali tak, jakby świat się zatrzymał. Psy u ich nóg również zamarły. Zamilkli, patrząc na ścianę zapory. Mężczyzna zmrużył oczy, po czym przystawił dłoń do czoła, jakby chciał wypatrzyć coś na jej szczycie. Nie dotykali się, nie patrzyli na siebie, ale stali obok z jakimś nieokreślonym porozumieniem. A potem jak na komendę wszystko wróciło do ruchu. Psy znów zaczęły biegać, kobieta obróciła się na pięcie, mężczyzna ruszył za nią wolnym krokiem, rozpinając płaszcz. Odchodzili w stronę największego budynku. RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - Prudence Fenwick - 16.05.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=gbGrObI.jpeg[/inny avek] To nie do końca była troska, zresztą Romulus powinien zdawać sobie z tego sprawę. Prue po prostu wolała uniknąć kolejnych, niepotrzebnych komplikacji, które mogły jeszcze bardziej wyprowadzić ją z równowagi. Już i tak nie czuła się najlepiej, była zagubiona, nie wiedziała, co przyniesie im noc, powodowało to strach, na który nie do końca była gotowa. To nie tak, że bała się ciemności, bardziej obawiała się tego, co może ona im przynieść w tym miejscu. Byli w końcu w lesie, na jakimś zadupiu, na pewno był on miejsce do życia dla stworzeń, których wolała nie spotkać. Zresztą Potter wcześniej wspomniał o wilkołakach i mimo, że do pełni było jeszcze trochę czasu, to mimo wszystko przez to, co powiedział czuła strach, może irracjonalny, bo wiedziała, w jaki sposób funkcjonują te bestie, to jednak aktualnie nie myślała szczególnie jasno. - Mam nadzieję, że Twoje przeznaczenie o tym wie, szkoda by było, gdyby zamierzało Ci pokazać, że ma gdzieś to, że nie masz czasu. - Wiedziała, że los bardzo często potrafił udowadniać, że ma w nosie plany ludzi, specjalnie dokładał kolejnych problemów, aby pokazać, jak mały wpływ mieli na to, co działo się wokół nich. Może nie trafili na wodospad, ale przynajmniej pojawiły się opcje, z których mogli skorzystać. Możliwości, których nie mieli w dziczy. Nie, żeby straciła przez to czujność, bo nie mogli przewidzieć, czy i kto właściwie mógł tutaj być, jakie miał nastawienie do przybyszów z zewnątrz, a oni zdecydowanie w tej chwili byli intruzami, mogli zaburzyć spokój. Nawet jeśli nie mieli złych zamiarów, mogli zostać odebrani, jako tacy, którzy przyszli tutaj, aby zaszkodzić. Gdyby Romulus wspomniał jej o tym, że jest spragniony, zapewne nie miałaby najmniejszego problemu z tym, aby wyczarować mu strumień wody i ukoić tę potrzebę, jednak nie była jasnowidzem, nie zamierzała wychodzić z inicjatywą, bo on nie był dzieckiem, jeśli czegoś potrzebował mógł o tym wspomnieć na głos, potrafił poprosić o fajki, więc i z wodą pewnie nie miałby problemu. Zignorowała jego słowa, tak właściwie to ich nie usłyszała, bo szum wody skutecznie zagłuszał wszystko wokół. To mogło utrudnić im komunikację, chociaż tak naprawdę nieszczególnie jej na niej zależało. Nie widziała sensu, aby dyskutować o tym, co mieli zrobić. Mogli sprawdzić ten budynek, później ewentualnie wrócić i wybrać inną drogę. Mieli kilka możliwości, wydawało jej się, że wybrała najmniej inwazyjną, najbezpieczniejszą. Zależało jej na tym, aby po prostu mieli gdzie przeczekać noc. Schować się przed mieszkańcami lasu, których wolałaby uniknąć. Ścisnęła mocniej swoją różdżkę w dłoni, bo nie była w stanie przewidzieć, czy ktoś nie stanie im na drodze, czy nie będzie przeszkadzała im ich obecność, nie mogła zakładać tego, że jeśli ktoś pojawi się przed nimi to będzie miał pokojowe zamiary, wiedziała, że świat był pełen ludzi, którzy nie mieli problemu z tym, aby pokazać innym, że nie należeli do danego miejsca. Jeśli przyjdzie taka potrzeba, to będzie musiała się bronić, nie, żeby było to jej pierwszym wyborem, ale nie zawsze właściwie się go miało. Gorzej, że Potter był zupełnie bezużyteczny, więc cały ciężar spadł na jej barki. Jakoś go udźwignie. Kiedy wybrali drogę, szli nią dłuższą chwilę ponownie coś się zmieniło. Dźwięk wody opadającej na kamienie nie był już taki głośny, jakby został wyciszony. To zwróciło jej uwagę, czyżby ktoś potraktował to jakimś zaklęciem, nie było to całkiem naturalne, tylko po co właściwie ktoś miałby to robić w samym sercu lasu? Stała się czujniejsza, trochę jej się to nie podobało, bo raczej wydawało jej się, że to było jedno z mugolskich miejsc. Mugole zdecydowanie byli łatwiejszymi przeciwnikami, gdyby mieli się z nimi skonfrontować. Przyglądała się budowli, która się przed nimi rysowała. Trochę przytłaczał jej ogrom zapory, z drugiej strony to przynosiło kolejne pytania. Po co ktoś ją tutaj wybudował. Umiała łączyć fakty, wiedziała, gdzie się znajdowali, miała świadomość, że na tym terenie nie istniała potrzeba na budowanie podobnych miejsc. Coś przestało jej grać, ale sama jeszcze nie wiedziała co i dlaczego. Poczuła zimny dreszcz, który przeszedł jej po plecach, zdawała sobie sprawę, że wkraczali do miejsca, które nie powinno się tutaj znaleźć, i nie było żadnego logicznego wytłumaczenia na to, dlaczego ta zapora znajdowała się w środku tego lasu. To powodowało niepokój, Bletchley starała się wszystko analizować i szukać argumentów, które przynosiłyby jej informacje po co i dlaczego coś zostało stworzone, tutaj jej ich brakowało. Otaksowała wzrokiem okolicę, gdzieś zniknął wodospad, za to jezioro wydawało się być jeszcze większe. Czyżby to była iluzja? Czy ktoś próbował mieszać im w głowach? Po co? W jakim celu. Nie podobało jej się to wcale. Może jednak należało pozostać w lesie? - Spójrz. - Powiedziała cicho do Romulusa, żeby on również mógł zwrócić na to uwagę. Tak właściwie to on był przecież specjalistą od ludzkich umysłów, to była jego nisza. Bletchley machnęła dyskretnie różdżką i mruknęła pod nosem zaklęcie, chciała spróbować rozproszyć ewentualną magię, która mogła ich oszukiwać, mamić.. Przeniosła wzrok w stronę mężczyzny, którego obecności nie dało się zignorować. Nie wiedziała, czy ich widział, odruchowo jednak się ruszyła z miejsca, jakby chciała schować się w cieniu, bo raczej wolała jeszcze nie zwracać na siebie jego uwagi. Nie wiedziała do końca, co się tutaj działo, nie mogła mieć pewności, że nie będzie niezadowolony z ich obecności, że nie przyłapali go na czymś, wiedziała, że ludzie nie lubili, gdy ktoś wtrącał swój nos w nieswoje sprawy, gdy przyłapywał ich na czymś, czego nie powinni robić. Pociągnęła za sobą Romulusa, bo nie mogła go przecież pozostawić na pożarcie. Miała w sobie odrobinę przyzwoitości, no tylko odrobinę, ale nie będzie jej później przynajmniej wyrzygiwał, że patrzyła tylko na siebie. W tej chwili byli przecież swoimi sojusznikami, nie miała tutaj nikogo więcej, może nie przepadała za nim jakoś szczególnie, ale wolałaby go nie stracić. Mężczyzna był potężny, w sumie tak samo, jak większość tych, którzy znajdowali się w domu, w którym aktualnie przyszło jej mieszkać. Poczuła żal, że znalazła się w tym lesie, ten dzień miał potoczyć się zgoła inaczej, miała być gdzie indziej, miała być z kim innym, a jednak wszystko się spierdoliło. Zresztą miała wrażenie, że to było bardzo dawno temu, czas płynął naprawdę wolno odkąd znaleźli się w tym miejscu i nic nie zapowiadało na to, aby mieli się stąd wydostać. Pojawiła się też kolejna osoba, kobieta. Prue ją zauważyła, cóż, nie była z tego powodu szczególnie zadowolona. Dwie osoby, które mogły chcieć im zrobić krzywdę. Zawiesiła się na moment, zaczęła kalkulować jakie mieli szanse na to, aby wyjść stąd bez szwanku. Co powinni zrobić, oddalić się w pośpiechu, czy poinformować o swojej obecności. Byli strażnikami tego miejsca, mieszkańcami? Nie miała pojęcia, wkurwiało ją niemiłosiernie to, że nie wiedziała, co właściwie się dzieje. Nie znosiła niewiedzy. Nie patrzyli w ich stronę, chociaż tyle dobrego, póki co nie wiedzieli o ich obecności, co było poniekąd ich przewagą. Nie do końca była pewna, czy powinni to zmieniać, może lepiej było pozostać w cieniu i ich obserwować? Wreszcie mrugnęła i przeniosła wzrok na Pottera, chciała usłyszeć, co on o tym myśli. Nie omieszkała oczywiście nie powiedzieć tego, co ona uważała za słuszne. - Wydaje mi się, że lepiej, żebyśmy pozostali w cieniu, możemy pójść za nimi, ale póki co nie informować o tym, że tutaj jesteśmy. - Szepnęła cicho, niemalże bezdźwięcznie, aby nie zwracać na nich uwagi. // [roll=N] ◉◉○○○ rozproszenie RE: [11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus - Romulus Potter - 19.05.2025 Milczałem, bo ona też milczała. Tak, to była idealna chwila na niedojrzały foch. Może już wodospad nie dudnił nam tak w uszach, w głowach, a nawet w moim penisie – bo ten dźwięk przez chwilę był dosłownie wszędzie – ale skoro ona nie mówiła nic, to ja też nie zamierzałem. Zresztą, i tak nie miałem nic nowego do powiedzenia. Poza tym, co już wiedziała: że była przemądrzałą ignorantką. I że byłem zmęczony. Kurewsko zmęczony. Szedłem. Szedłem. Szedłem. I, kurwa, szedłem dalej. Za każdym razem, gdy wydawało mi się, że to ta ostatnia prosta, wszystko znowu się zmieniało. Dźwięki cichły, jakbyśmy wchodzili w jakąś magiczną bańkę. Potem znów szliśmy i szliśmy, i – zgadnij co? – szliśmy. CHOĆ TO MIAŁA BYĆ OSTATNIA PROSTA. Coś tu nie grało. Przypominało mi to przekorne historie z dalekiej Japonii. Znałem je wszystkie. Wszystkie. Historie, które niektórzy ignoranci uważali za mity lub bzdury. A jednak były prawdziwe. Tak samo jak to miejsce. I równie fałszywe zarazem. Jakbyśmy ugrzęźli w pułapce bez wyjścia. No więc – wyjście było jedno: nie powielać schematów. Nie iść dalej. Ale zostać tu, w tym miejscu? Być może na zawsze? Też nie. O, Matko! Nie! Więęęc… TAMA. Rozwiązanie spłynęło na mnie jak grom z jasnego nieba: musimy skoczyć do wody. Tak, do tej cuchnącej, szlamowatej wody. Zanim jednak zdążyłem powtórzyć to sobie w głowie, a potem powiedzieć Prudence na głos, ta odciągnęła moją uwagę. Zamarłem. Wpatrywałem się w gościa przed nami. Przetarłem oczy. Czy on był prawdziwy? Nie mógł być. Na moment nawet rozważałem przejście na homoseksualizm, tak mnie zaskoczył jego wygląd. Ale zanim zdążyłem dojść do wniosków w tym zakresie, pojawiła się ona – równie boska kobieta. Uff. Nie musiałem zdradzać swoich aktualnych preferencji. Stałem więc i niemal się śliniłem, podziwiając każdy odsłonięty kawałek jej skóry. Ciekaw byłem, jakie miała nogi pod tą spódnicą... Dotknąłbym ich z rozkoszą. Dotknąłbym… Ale akcja szła dalej. Oni wpatrywali się w tamę. Nie byłem pewien, co ich przyciągnęło. Może nic? Może tylko coś im się wydawało, że widzą? A może to był znak? Znak dla mnie? Od siły wyższej? Skacz, Romulus. Brzmiało szalenie. Ale było szalenie logiczne. Nie pozwolę się uwięzić jakiemuś pierwszemu lepszemu lisowi. A może to pomysł Ministerstwa Magii? Spisek rządowy przeciwko obywatelom? Nieistotne, nie zamierzałem grać w ich gierki. Nie zamierzałem pozwolić się kontrolować. – Mi się wydaje, że powinniśmy pobiegnąć na tamę i skoczyć z niej do jeziora – powiedziałem to głośno, całkiem poważnie, odwracając spojrzenie na Prudence. Zanim jednak to zrobiłem, mój wzrok, z niemałym wysiłkiem, oderwał się od tamy i odprowadził piękną Cygankę, która znikała już gdzieś wśród zabudowań. Miliard razy większy kąsek niż Prudence Bletchley – pomyślałem. Ta myśl uderzyła mnie jak obuchem. Aż cofnąłem się o krok, kiedy mój wzrok ponownie padł na Pru. Nie chciałem być chamski, ale... Samo przez się. Przecież Prudence nie była łagodna. Nigdy nie była. Zawsze wyglądała na zirytowaną albo wściekłą, a to jej sporo ujmowało z urody. Z kolei ta Cyganka... Zniknąłbym z uwielbieniem między jej nogami. Och, taaak... Aż rozważałem, czy jednak nie zgubić się w tej pułapce... Może jednak powinienem iść dalej za pokusami? |