![]() |
|
[09.09.1972] Doctor, Doctor please! | Millie, Basilius & Thomas - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [09.09.1972] Doctor, Doctor please! | Millie, Basilius & Thomas (/showthread.php?tid=4796) Strony:
1
2
|
RE: [09.09.1972] Doctor, Doctor please! | Millie, Basilius & Thomas - Thomas Figg - 29.05.2025 - Pan maruda - mruknął jedynie na fakt, że medyk uciął dywagację na temat grania w pokera z nimi, ale co się odwlecze to nie uciecze, po ósmej whisky nie będzie pamiętał że nie chciał grać. Pytanie tylko oczy wtedy będą jeszcze w stanie trzymać karty i je widzieć - ale to już kwestia drugorzędna by była. Ale teraz zgodnie z przykazem zachowywał kamienny wyraz twarzy. - No właśnie się pali - powiedział chichocząc, ale ten skubaniec najpierw mu kazał być poważnym, a potem sam dowcipkuje! - Czemu miałbym wymagać pomocy? Jestem duży, nie omijałbym brania eliksirów - powiedział całkiem poważnym tonem, jakim to nastolatkowie obiecują rodzicom, ze podczas ich nieobecności wcale nie urządzą imprezy w domu. Nie chciał nikogo obarczać koniecznością dbania o niego, bycie ciężarem dla innych zdecydowanie nie było czymś na co chciał sobie pozwalać. I wtedy go olśniło, skoro przepisze mu eliksiry, to zapewne chodziło o to, żeby ich nie pomieszać. I tu go uderzyło, bo co on będzie robił do czas jak odzyska wzrok? W pierwszej chwili myślał, że nadrobi czytanie książek, ale... Potem stwierdził, że popracuje nad mechanizmami... Jedyne co mu zostało to chyba leżeć jak kłoda na łóżku i odliczać minuty i godziny. Zanudzi się na śmierć do tego czasu. Oby faktycznie minęło to szybko jak mówił. - Uwierz mi, że teraz niczego bym tak nie chciał jak popatrzeć - powiedział rozbawiony, ale zrozumiawszy o co chodzi Basiliusowi poruszał swoimi oczami, choć nie czuł żadnej różnicy, poza tym, że faktycznie był zimno, jakby mu kostki lodu położył na oczy. - Liliowy brzmi dobrze - zdecydował nad wyraz ochoczo. Już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, kiedy do środka wpadłą Millie jak usłyszał. - Wpadłeś. No i prościej by ci było uczyć smoka etykiety niż pilnować, żeby nasza urocza małą Millie jadła zdrowo - zwrócił się jeszcze teatralnym szeptem do uzdrowiciela, powoli zaczynało dopadać go zmęczenie, adrenalina już dawno uszła z ciała, teraz lekko pobudzonego przez bycie opatrywanym. Kiedy w ręce został mu wciśnięty kubek z gorącą kawą, przyjął go bez słowa i zaczął dmuchać w naczynie, aby spróbować się nie oparzyć podczas picia. - Przecież żyje, muszę tylko pamiętać o tym, że licznik żyć mi spada. Ale w wy stanowczo musicie o siebie zadbać, macie po tylko jednym - odpowiedział i wysiorbał mały łyk kawy. - Jak przyjdzie to go spytaj, a ja czuje się już całkiem dobrze, dzięki Basiliusowi, ale straszy mnie, że będę potrzebował opieki - powiedział i poczuł jak kubek znika z jego dłoni. - Hej! Co ja jestem stolik?! - udał oburzenie na fakt, że jak nagle kawa mu została wręczona tak i też została zabrana. - Tylko bez kutasów, ja nie chcę potem musieć tłumaczyć Mabel co to jest jak mnie zobaczy - jęknął na samą myśl, że coś takiego mogłoby się zdarzyć. - Śniadanie? - sceptycyzm w głosie Thomasa był wręcz namacalny, przez zapach medykamentów i kawy wcale nie czuł słodkiego zapachu pączków, jak i nie był nietoperzem, nie słyszał szelestu torby, dlatego jako ten posiłek rozumiał właśnie kawę. RE: [09.09.1972] Doctor, Doctor please! | Millie, Basilius & Thomas - Basilius Prewett - 30.05.2025 – Nie uśmiechaj się – przypomniał mu, kompletnie nie wrażliwy na fakt, że sam tę wesołości w nim wywołał. Na wszelki jednak wypadek nie ciągnął już dalej żadnych żartów. – Hm... Eliksiry będą oznaczone wypukłościami, abyś mógł je brać bez problemów, ale bardziej chodziło mi o to... – Abyś na przykład nie walnął się o drzwi, kiedy będziesz gdzieś wchodził. – Aby ktoś cię w razie konieczności nakierował na to jak iść by uniknąć przeszkód. Ale myślę, że jutro już pod koniec dnia powinieneś zacząć coś widzieć. Grunt by nie zrobił sobie nic do tej pory. Ostrożnie nałożył Thomasowi opatrunek i już miał mu podać kolejne zalecenia, ale wtedy do pomieszczenia weszła Millie. – Słucham? – powiedział, niemal nie wypuszczając z rąk resztki liliowogo bandaża. – Millie może... – Nie nazywajmy tego w ten sposób? – Nie ważne. Thomas. Potrzebuję od ciebie bardzo wyraźnej deklaracji, że jesteś absolutnie świadomy tego, że nie masz więcej żyć niż jedno, nie ważne ilu nie miałbyś kotów. Z wdzięcznością przyjął kubek kawy, wstał od Thomasa i usiadł na krześle obok wreszcie pozwalając sobie na chwile spokoju. – Wiesz co Miles? Ogólnie to dość ciężko się wyspać akurat dzisiaj kiedy Londyn płonie a w moim mieszkaniu najprawdopodobniej nie da się spać – mruknął biorąc łyka kawy. Prawda była taka, że czuł się jak trup i pewnie rzeczywiście jak trup wyglądał zwłaszcza udekorowany tą cholerną farbą. Niestety o ile nie emdleje na oczach innych, a mdleć na oczach innych nie zamierzał, na razie jeszcze nie mógł odpocząć. Zamiast tego więc po prostu wyciągnął dłoń po zmiażdżonego pączka. RE: [09.09.1972] Doctor, Doctor please! | Millie, Basilius & Thomas - Millie Moody - 30.05.2025 Zawsze lubiła ten wyraz twarzy ludzi jak słuchali jej obrazoburczych tekstów. Drażniło ją nawet że Pan Kocham Cię Wśród Płomieni nie skrzywił się z zazdrości czy coś. Thomas owinięty liliowym bandażem zdawał się najszczęśliwszym kociakiem w koszu. W sumie to jej to jednak nie drażniło. To było po prostu miłe uczucie że on tak konsekwentnie się do niej uśmiecha jakby ona była czymś miłym, czymś co nie jest pokryte kolcami. W sumie to było niemiłe. Nienaturalne. W sumie nie wiedziała co o tym myśleć więc wcisnęła mu w twarz bez uprzedzenia drugiego zdeptanego pachą pączka. — Dobra to teraz dwa pytania Liszek. Co tu wyprawialiscie jak mnie nie było, jak o tego kalekę dbać i czemu się nie da spać? Splonelo? Czy Francesca sie tam wprowadzila? – zapytala z detektywistycznym zacieciem, siadajac sobie obok Thomasa i tracajac go barkiem zeby nie myslal ze sobie polazla oraz kto wie, zeby mogl spontanicznie oblać się kawą. – RE: [09.09.1972] Doctor, Doctor please! | Millie, Basilius & Thomas - Thomas Figg - 02.06.2025 - Nic nie wolno, pan maruda, niszczyciel dobrej zabawy - mruknął tylko, ale zgodnie z zaleceniami, nie śmieszkoawał już, ani nie uśmiechał się, tylko siedział grzecznie czekając aż ten skończy. Słowa Millie oczywiście, że wryły mu się w czaszkę, na szczęście zwierciadła, które najwięcej zdradzały z jego osoby były bezpieczne za liliowym bandażem, dlatego mógł bez problemu uśmiechać się i nie było aż tak bardzo widać czy jest to uśmiech wymuszony. Zmilczał pytanie Basiliusa o potwierdzenie odnośnie ilości żyć. Gorączkowo myślał jak z tego wybrnąć, ale na szczęście uratował go pączek wsadzony prosto w pysk - nawet nie trudziła się z czekaniem na to, żeby otworzył usta, ale w tym momencie był jej wdzięczny. Wyartykułował coś niezrozumiale, co miało być odpowiedzią dla magomedyka i uznał, że temat jest zamknięty. Dlatego skupił się na jedzeniu to co mu wciśnięto - a jak wiadomo z pełnymi ustami ciężko się mówi, dlatego dał im rozmawiać w spokoju. RE: [09.09.1972] Doctor, Doctor please! | Millie, Basilius & Thomas - Basilius Prewett - 05.06.2025 – Wcale nie. Możesz na przykład mówić i oddychać – powiedział dalej utrzymując swój poważny, profesjonalny ton głosu, przez któryjednak przebijały się nuty humoru. Nie że sytuacja jakkolwiek sprzyjała żartowaniu. Zapewne, gdyby był nieco mniej zmęczony i skupiony na opatrywaniu Thomasa, do jego głowy doszłoby, że chyba warto byłoby doprecyzować co tak naprawdę kto komu obiecał i czemu to nie było aż tak poważne jak brzmiało. Nie było jednak na to czasu, a coraz bardziej wykończony umysł Prewetta zapewne sam blokował mu tę myśl, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak wiele energii kosztowałoby uzdrowiciela, wytłumaczenie tego wszystkiego w jakiś rozsądny sposób, tak aby każdy był zadowolony. Na pewno jednak wypomniałby Thomasowi, że ten wcale nie odpowiedział na jego pytanie, gdyby nie to, że Millie skutecznie odwróciła jego uwagę. – Hm... – mruknął, bardzo ostentacyjnie wywracając oczami na imię swojej bardzo nieudanej randki po czym odłożył na bok śniadanie, z dużym smutkiem wstał z krzesła i następnie ponownie poprawił Figgowi opatrunek i podsunął pod usta kolejny eliksir.. – Wypij jeszcze to. I sam nie wiem. Jest tam... Dziwnie. Jakby... Miałem wrażenie, że ktoś nas obserwuje, ale to mogła być kwestia tej nocy. Tylko, że wszystkie meble zostały pokryte sadzą. Nie dało się jej zmyć. Nie wiem. Muszę się temu jeszcze przyjrzeć, ale nie chcę aby ktokolwiek tam na razie spał. Przez co pewnie będzie zmuszony spać u swojej matki. A z tym wiązało się sporo innych problemów, nawet jeśli żaden z nich nie wydawał się obecnie, aż tak olbrzymi w obliczu trawiącego Londyn pożaru. Przewaga: Leczenie Dzięki swojej pracy i wykształceniu Basilius skutecznie opatruje rannego Thomasa RE: [09.09.1972] Doctor, Doctor please! | Millie, Basilius & Thomas - Millie Moody - 05.06.2025 – Liszek zyskuje przy bliższym poznaniu, jest w sumie diablo zabawny, jak odreagowuje dyżur – zachichotała, pozostając w bańce swojej cudownej nieświadomości, że to co mówi może komukolwiek nie pasować. To znaczy... zakładała, że zawsze tak jest i miała to głęboko w piździe, pomijając te wszystkie momenty kiedy nie miała i zalewała się w trupa, żeby znowu mieć. Normalna sprawa. Podobnie w sumie było z rzeczami, które robiła w przypływie impulsu. Zbyt wiele głowy poświęcała na myśli, że powinna ostrożniej dobierać znajomych, no bo o ruchaniu - z powodu wiadomej przysięgi czy może raczej zakładu - na ten moment i tak nie było mowy. Na szczęście w tym pokoju nie musiała się stresować. Obaj panowie byli prześwietleni przez mądrzejszych od niej, selekcja prima sortu. To że wyglądali jakby zaraz mieli umrzeć nie miało znaczenia. Ona pewnie też nie wyglądała lepiej. Dłoń Miles powędrowała na napięty kark Thomasa bo mógł się uśmiechać, ale nie znali się od wczoraj. Właściwie od razu zaczęła delikatnie ten kark ugniatać, coby chłopak nieco wyluzował. Pewnie był zmęczony po całonocnym ratowaniu świata. – No już pieprzony masochisto, mamy jeszcze moment do spotkania, możesz odsapnąć, a potem skoczymy do... – myśl pojawiła się nagle, ale nie spędziła zbyt wiele czasu w małym móżdżku, bo od razu trafiła na język. To nie była kwestia zmęczenia. To była kwestia bycia sobą. – Wiesz, idealnie się składa Liszek bo teraz jak jesteś swój, to mogę Cię zabrać tam. – Super szpieg Moody do usług! – W naszym pokoju są dwa łóżka, więc do tego czasu jak Ci nie wyegzorcyzmują kamienicy, mieszkasz z nami. Będziesz miał oko na Thomasa bo ja chuja wiem o opatrywaniu ludzi, ja będę mieć oko na Ciebie żebyś się nie zajechał, a Thomas będzie miał oko na... hehe... jak będzie miał oko to się zastanowimy, może odciążysz Liszka w jego krucjacie dolewania mi witamin i białkowych supli do kawy. – Można było być ślepym, można było być nieludzko zmęczonym ale uśmiech Miles przebijał w każdej głosce, w każdym wypowiedzianym słowie. Jakby umawiała się z koleżankami na pidżam party, gdyby kiedyś miała jakieś koleżanki, które lubiłyby tego typu zabawy. Było w tym jednak drugie, trzecie dno, iskra odpowiedzialności, która niespiesznie rozchodziła się wewnątrz rozedrganego ciała kobiety czyniąc je stabilniejszym. Za Thomasa, który jak skończony kretyn chciał się poświęcić byle tylko ją ratować, chociaż to ona przecież miała wprawę w nieumieraniu. Za Basiliusa, którego wciągnęła w to wszystko, jej pierwszego rekruta, który został od razu hehe rzucony w ogień obowiązków, a przecież już i tak wypruwał sobie flaki w szpitalu. Byli jej przyjaciółmi. Byli dla niej ważni i chciała mieć ich możliwie blisko teraz gdy świat koszmarów stał się jawą. Było to jedyne słuszne rozwiązanie, które przyszło jej do głowy, przydające jej energii i woli by iść dalej. Jak feniks z popiołów czy coś. Popiołów mieli w końcu dość wokół siebie, ale razem... razem mieli szansę się z tego dźwignąć. Koniec sesji
|