Secrets of London
[12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue (/showthread.php?tid=4846)

Strony: 1 2


RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - Romulus Potter - 04.06.2025

Pewnie, moja obecność działa na ciebie jak płachta na byka – mruknąłem już bardziej do siebie niż do niej. Trochę niezrozumiany, może trochę zraniony. Bo przecież ja naprawdę chciałem tylko przyjaźni. A w zamian dostałem niedoszłą morderczynię.
Nie spodziewałem się tego po niej. Zwłaszcza nie tej pewności. Tego uporu. Uporu… którego szczerze nie znosiłem. Był jak uporczywy chwast. Wyrwiesz? Odrasta. Wpełza pod skórę i udaje, że to coś pięknego, że niby rozwój osobisty, a w rzeczywistości tylko wrzód na nerwach.
Słabe to jest. Sama jesteś jak paskudny robal – rzuciłem z pogardą, już się do niej nie odwracając. W sumie nie zasługiwała teraz na więcej uwagi niż przypadkowy pająk w namiocie.
Zająłem się czymś ważniejszym – sobą. Zamierzałem przygotować sobie iście królewskie, leśne posłanie. Miałem różdżkę. Nie swoją, ale świeży nabytek, i wyglądało na to, że jako tako się dogadywaliśmy. Literki wirujące wokół Prudence może i nie były sztuką wysoką, ale sygnał wysyłały jasny. I jeszcze nie zniknęły. Reasumując: działało.
Damy radę, co? – rzuciłem półgębkiem do różdżki, bo skoro z jedynymi ludźmi w tym lesie rozmowy nie wychodzą, to może z drewienkiem coś z tego będzie?
No więc posłanko. Wygodne, strategicznie umiejscowione i estetyczne – wiadomo. Może nawet dorzucimy liściastą kołderkę? Albo dwie? Jak się rozszaleję, to i z paproci zrobię zagłówek.
Miłego niezbliżania się do mnie! – rzuciłem przez ramię z gorzką satysfakcją, niemal jak życzenie dobrej nocy, choć ton zupełnie temu przeczył.
Potem nachyliłem się, zerkając na mech, ziemię i liście, jakbym wybierał miejsce pod królewskie łoże. Moje posłanie musiało być wygodne, dostosowane do moich plecków. Delikatnych, przyzwyczajonych do najlepszych materacy świata, idealnej sprężystości i absolutnego braku paprochów. A tu? Cóż... Sam środek lasu. Katorga. Prawdziwa tortura dla kogoś tak wyrafinowanego jak ja. Ale nie miałem wyboru. Musiałem improwizować. Wyciągnąłem różdżkę – nie swoją, ale już prawie się dogadywaliśmy, a przynajmniej tak mi się wydawało – i zamierzałem machnąć pierwsze zaklęcie, gdy…
…wszystko poszło się... Ach!
Zamarłem. Palce zacisnęły się na drewnie różdżki, a serce zabiło mocniej. Bo usłyszałem głos. Nie ten, co mnie prześladował w koszmarach. Nie głos Prudence. Inny. Ale znajomy. Ten śmiech. Ten cholerny śmiech wydobywał się z mojej piersi.
Nieświadomie wycelowałem różdżką w stronę, z której dochodził głos, jakbym instynktownie szykował się do ataku. Ale to nie był atak. To był czysty, nieprzetworzony szok. Niedowierzanie. Jakby ktoś zerwał zasłonę rzeczywistości i postanowił pokazać mi alternatywną wersję snu. Czy ja znowu śniłem?!
Benek?! – wyrwało mi się. Głos mi zadrżał. – Benek, to naprawdę ty?! Czy… czy to znowu jakiś pieprzony majak?! – zapytałem, wpatrując się w niego z niedowierzaniem... ale przecież akcent się zgadzał. Te seplenione słowa, podszyte francuszczyzną... Znałem je aż za dobrze. Miałem trzymać się z daleka od Prudence, ale tym razem przymknąłem na to oko. Przecież przede mną stał mój zbawiciel!
Jak tu się dostałeś?! Utknąłem tu z tą krową. Poranna gazeta była świstoklikiem, a ten las… ten las jest kompletnie szalony. I ona też, całkiem postrzelona. ODSUŃ SIĘ OD NIEJ – dodałem ostrzegawczo, łapiąc go za łokieć, żeby choć trochę odciągnąć od roześmianej Prudence. Miałem wrażenie, że z każdą minutą zbliżała się do jakiegoś granicznego punktu obłędu. Psychopatyzm level expert.
Jak najbardziej jestem istotą rozumną i potrzebuję ratunku! Jak tu dotarłeś?! Gdzie jest świat?! Gdzie dom?! POTRZEBUJĘ WRÓCIĆ DO DOMU!!! – głos mi zadrżał, najpierw próbowałem mówić spokojnie, ale z każdym słowem emocje brały górę. Panika wkradała się do krwi. – NIE MAM ZAMIARU ROZMAWIAĆ! Mów mi natychmiast, gdzie mam iść. GDZIE MAM IŚĆ, ŻEBY DOTRZEĆ NA MIEJSCE?!
Za długo, zdecydowanie za długo znajdowałem się w tym lesie. To źle na mnie działało. Nie chciałem już tu być. Pragnąłem wrócić do domu, do domu cioci Uli, do mojej kołderki i skrzata, który zrobi mi gorącą czekoladę na dobry sen.


RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - Prudence Fenwick - 05.06.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=gbGrObI.jpeg[/inny avek]

Prue nie odzywała się już do Romulusa. Nie było sensu wchodzić z nim w dalszą dyskusję, bo nie rozumiał jej punktu widzenia. Nie, żeby ją to specjalnie zdziwiło. Uznał, że jest czarnym charakterem tej historii, trudno było walczyć z czymś takim, kiedy ktoś ujebał sobie to, aż tak mocno. Nie spoglądała na niego, nie obserwowała go. Raczej po prostu pozostawało jej jakoś doczekać do rana, siedząc przy tym pniu, który sobie wybrała.

Wiedziała, że nie zaśnie. Od zawsze miewała problemy z zasypianiem w obcych miejscach, tak właściwie to nawet nie w obcych, a i w tych znajomych, noce przesypiała spokojnie tylko i wyłącznie w swoim własnym łóżku. Kolejne jej dziwactwo, na które nie miała wpływu. W domu Ursuli nie było najgorzej, zważając na to, że była zmęczona to udało jej się zmrużyć oczy na dłużej. Tutaj jednak? Wiedziała, że nie będzie to możliwe. Zapewne będzie czuwać, aż wstanie słońce. Tylko, czy to coś zmieni? W dzień również nie umieli się stąd wydostać. Czy zostaną tutaj na zawsze? Nie była to zbytnio optymistyczna perspektywa, ale fakty raczej świadczyły o tym, że tak się stanie.

Była skołowana, obraz się jej rozmazywał, bo zmęczenie również dawało o sobie znać, a do tego te dziwne papierosy... To wszystko powodowało, że Bletchley zdecydowanie nie była sobą, już dawno straciła kontrolę i była w tym wszystkim zagubiona. Zaklęcie Romulusa przestało działać, litery nie wirowały już dłużej wokół niej, przestały odwracać jej uwagę.

Objęła ramionami swoje kolana, przyciągnęła je do podbródka i siedziała bez ruchu, ciągle spoglądała w niebo, które skutecznie odwracało jej uwagę od tego, gdzie się znajdowała. Skupiła się na tym, co było przyjemne, wolała nie zwracać uwagi na towarzystwo w którym się znalazła, bo ono tylko podnosiło jej poziom stresu, czy okolicę - ciemny las nie był miejscem, które wzbudzało w niej spokój. Nie wiedziała bowiem, co jeszcze mogło się w nim czaić.

W ustach nadal czuła posmak przejrzałych jeżyn, miała wrażenie, że ten zapach się ciągle nad nią unosił. Nie sądziła, że jej fajki mogły okazać się być czymś przesiąknięte, że wcale nie były jej. Wariowała, powoli. Do tego nie myślała jasno, właściwie to chyba wcale nie myślała. Po prostu patrzyła w niebo.

Czy spodziewała się tego, że nie są tutaj sami? No nie. W ogóle nie zwracała uwagi na to, co działo się wokół, a Benjy potrafił się kamuflować jak nikt inny. Nie domyśliłaby się, że tu jest, nie wpadłaby na to. Nie była w najlepszej formie, a pewnie nawet gdyby była to i tak nie umiałaby go dostrzec. Posiadał pewne umiejętności, których można byłoby mu pozazdrościć.

Usłyszała głos, gdzieś z zza siebie, znajomy głos. Czyżby śniła? Nie, nie mogła tutaj zasnąć. Nie spodziewała się tego, że ktoś może tu być, umysł płatał jej figle? To było prawdopodobne, po tym wszystkim, co się tutaj wydarzyło. Nie pisnęła, chociaż się wystraszyła, zamiast tego przesuneła się nieco w bok, uniosła głowę w stronę mężczyzny, który wyłonił się zza drzewa, o które jeszcze przed chwilą się opierała. Przesunął się, stanął obok. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.

- To sen, w końcu nie koszmar. - Powiedziała cicho, bardziej do siebie samej. Mrugnęła pospiesznie dwa razy, przy okazji uszczypnęła się w nadgarstek, żeby sprawdzić, czy miała rację, tyle, że poczuła ten delikatny ból, a on nie zniknął, więc faktycznie stał tu przed nimi?

To jednak nie był sen. Benjy stał tutaj w całej okazałości. Znalazł ich w tym ciemnym lesie. Był ich ratunkiem, znowu? Jak to możliwe, że zawsze pojawiał się wtedy, kiedy działo się coś złego. To było dziwne, ale nie był to pierwszy raz, znowu ją znalazł, ich znalazł, Romulus bowiem bardzo szybko przypomniał o tym, że i on się tutaj znajdował. Krzyczał tak głośno, znowu dramatyzował. Bletchley przymknęła oczy. Nie była gotowa na te jego ponowne krzyki.

Za dużo bodźców... miała wrażenie, że dźwięk głosu Pottera uderzał w nią niczym ostrze, nie była na to gotowa. Siedziała więc nadal na ziemi, nie podnosiła się jeszcze, nie widziała takiej potrzeby. Najwyraźniej Romulus postanowił przedstawić to, co się im wydarzyło, nie miała zamiaru wtrącać się w jego wersję. Była zmęczona, nie chciało jej się wracać do przerzucania się swoimi racjami, bo to niczego nie zmieniało.

- Próbowałam go zabić, ale nic mu się nie stało. - Dorzuciła swoje trzy grosze, kiedy Romulus skończył swój wywód, uważał ją za wariatkę - proszę bardzo, właśnie to potwierdzała. Gdyby faktycznie próbowała coś mu zrobić, to na pewno by jej się to udało, wiedziała przecież, gdzie powinna uderzyć, aby odebrać życie. - Dlatego jestem niebezpieczną wariatką. - Ton jej głosu był całkiem lekki i spokojny jak na to, o czym rozmawiali, nie wydawała się specjalnie przejmować opinią swojego pobudzonego nieprzyjaciela.




RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - Benjy Fenwick - 05.06.2025

Przez chwilę jeszcze tkwiłem w cieniu, zanim zdecydowałem się wyjść, widok na scenę przede mną tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że trafili dokładnie tam, gdzie trafiać nie powinni. Spojrzałem w górę - gałęzie drzew zlały się z nocnym niebem, ciemność była gęsta, nieruchoma i nienaturalna. Tu noc była czymś innym - gęstym i nienaruszalnym - a my byliśmy przez nią odcięci, do świtu ten teren nie pozwalał na przeniesienie się nigdzie, tak po prostu, a ja nie czułem potrzeby wnikać, dlaczego to tak działa... Albo raczej - dlaczego to tak nie działa - tak było i już, musieliśmy przeczekać. Ta część lasu rządziła się swoimi prawami - wiedziałem o tym aż za dobrze, bo już raz próbowałem się stąd teleportować. Wiedziałem, gdzie jesteśmy, znałem to miejsce lepiej, niż chciałem przyznać, i z całą pewnością wiedziałem, że błąkanie się tu nocą po prostu nie działa - ram się o tym przekonałem - raz, wystarczyło raz, żebym nigdy więcej nie popełnił tego błędu.
Bletchley przycupnęła przy pniu tuż obok mnie, tak blisko, że mógłbym dmuchnąć jej w kark. W innych okolicznościach pewnie bym to zrobił - gdybyśmy byli gdzieś indziej, w innych nastrojach, a ja nie musiałbym zachować pełnej czujności... Nie, teraz to nie miało znaczenia, a mimo to, zalążek tej myśli uniósł mi kącik ust.
Wyszedłem z cienia, w końcu, jak ktoś, kto po prostu już tu był, tylko właśnie postanowił się ujawnić.
Potter zawsze był głośny - jak zwykle dramatyzował, wołał o pomoc z takim przekonaniem, jakby świat się kończył, głośno, impulsywnie, z histerycznym rozedrganiem, które znałem aż za dobrze, i może właśnie dlatego, w tamtym momencie, kiedy wreszcie wynurzyłem się z cienia - gęstego, ciemnego jak atrament - nie odpowiedziałem mu od razu. Zatrzymałem się - pozwoliłem mu mówić, wylać z siebie tę całą histerię, bo moim przyjacielem, jasne, ale to nie znaczyło, że nie miałem ochoty zatkać mu ust jakąś zaklętą szmatą, zanim ściągnie tu na nas całą uwagę tej przeklętej części puszczy. Zaczął wyrzucać z siebie wszystko, cały potok emocji, paniki, niedowierzania, próbował mnie złapać za łokieć, pozwoliłem mu na to, ale tylko przez chwilę. Być może fizyczny kontakt miał rozwiać jego wątpliwości - albo najwyraźniej mnie uratować przed Prudence, o której odsunąłem się z nim o dwa kroki, z miną, jakby śmierdziała, bo... Trochę tak było - dym i jeżyny, to było nieatrakcyjne połączenie.
Romulus krzyczał z całą tą swoją dramatyczną, niepohamowaną intensywnością, która zwykle mnie bawiła, ale nie teraz, nie tutaj - tym razem czułem tylko, jak ciarki pełzną mi po karku, bo im dłużej na niego patrzyłem, tym bardziej byłem pewien, że nie miał zielonego pojęcia, gdzie bylśmy, ani, z czym igra.
- Lomek... - Zacząłem powoli, nie ruszając się ani o krok. - Jeszli chces dowodu, sze to ja, to… Twoja była, Bettany… Pamiętas Bettany, nie? Miała ten niepszyjemny zwyszaj nasywania twojego penisa… - Urwałem, chrząkając znacząco, spojrzałem mu w oczy, a potem jeszcze niżej, dla pełnego efektu. To jedno zdanie, chociaż niepełne, miało moc bomby atomowej - wiedziałem, że nic nie potwierdzi mojej tożsamości lepiej, niż wspomnienie, którego nikt inny nie powinien znać, a którego Romulus nie znosił bardziej niż czegokolwiek innego.
- Jeszteśmy w stalej częsi lasu. - Powiedziałem powoli, żeby oboje mogli to przyswoić. - I tak, wiem, gdzie dokładnie. Tu nie działa telepoltasja, pszynajmniej nocą, pszekonałem się o tym wiele lat temu, kiedy… No, mniejsza o to. - Spojrzałem na nich z góry, mierząc każdego chłodnym, stanowczym spojrzeniem. - Nie zamieszam szię stąd luszaś asz do świtu, wy tesz nie powinniście. Ja nigdzie nie idę, nie s dwojgiem ludzi. S jedną osobą, mosze bym splóbował, ale nie zamieszam lysykowaś. Ten las sząsi szię swoimi plawami, któle wy, swoją dlogą, złamaliszcie pewnie kilkadziesiąt lasy, sądząc po tym, jak szię zachowujesie. - Spojrzałem znacząco na Romulusa. - Ty jeszteś tak ostentacyjnie głośny, sze chyba cały las jusz wie, sze tu jeszteśmy. - Zwróciłem wzrok w stronę Prudence, która przycupnęła przy drzewie, nie ruszała się, była uważna, chociaż wyraźnie przeciążona. - A ty... Losumiem, sze nikt cię nie nauczył nie składaś klwawych ofial w miejscach, o któlych chuja wies?
Wyglądała, jakby to nie jej dotyczyło, jak gdyby jej umysł działał na zupełnie innym poziomie niż nasz - może i działał, ale nie zamierzałem się nad tym rozwodzić, nawet jeśli kusiło mnie, żeby powiedzieć coś więcej, zasygnalizować... Cokolwiek - nie zrobiłem tego, po prostu nie. Nie powiedziałem nic więcej, ani słowa więcej niż to, co musiała usłyszeć, nasza umowa była jasna - nie tu, nie teraz, nie przy nim, nie, to nie była ta rozmowa. Nigdy nie miała być.
- Lospalę ognisko, zabespieczę telen, potem moszecie szię kłóciś, glyś, zabijaś albo medytowaś, wszystko mi jedno, ale nie lusamy się sztąd ani o klok.
Koniec, kropka - nie było pola do dyskusji - mój głos był cichy, ale stanowczy.
- Ambloise ma twój pielścionek. -Powiedziałem tylko na dokładkę. - Spadł, kiedy polwał was świstoklik, stąd wiedzieliśmy mniej więcej, gdzie was szukaś. - Poinformowałem.
Zaraz potem spojrzałem na Romka, jeszcze raz, i dodałem, jakby od niechcenia, ale ton miałem śmiertelnie poważny.
- Lomulus. - Spojrzałem na niego znacząco. - To las numelologiszny.
Potrzebował czegoś, w co mógłby wierzyć - nawet jeśli to miało być idiotyczne, idiotyzmy czasem ratują ludzi - oznaczało to karmienie go łgarstwami.
- Stego lasu da szię wyjś tylko lewą nogą, gęsiego, i to dokładnie o siódmej siedem, lano albo wieszolem. Musi byś siódma siedem, bo jeszt nas tloje, a siódemka to liszba ochlonna, to nie mosze byś szósta. Szósta to wieloklotnoś tlójki, a tlójka jeszt tu pszeklęta. - Powiedziałem z taką powagą, że aż sam się sobie dziwiłem. - Na zegalku muszi byś siódma siedem, gdy wyjsiemy s tej częsi lasu, minuta wcześniej i, gówno, wszystko szię zapętla. Jasne?
Oczywiście to była bzdura, lecz na razie musiałem go czymś zająć, dać mu kierunek, nawet fałszywy. Uspokajanie go logicznymi argumentami nie działało, nigdy, ale pseudokonkret? Pseudokonkrety go rozbrajały. Wiedziałem, że to łyknie - już nie raz tak było - jak dzieciak, któremu podajesz historię tak absurdalną, że nie ma wyjścia, musi być prawdziwa.
- Mam wodę, tlochę helbaty, jedzenie. Ktoś coś potszebuje?
Ruszyłem się - bez emocji, bez paniki, ze zorganizowanym, opanowanym wyrazem twarzy i spokojem, który starałem się rozciągnąć na ich dwójkę - zsunąłem plecak z ramienia i już, klękając, zacząłem gmerać w kieszeniach. Nie dodawałem, że świt będzie za cztery godziny i dwadzieścia trzy minuty, nie mówiłem też, że to będą najdłuższe cztery godziny, jakie człowiek może przeżyć. Zresztą - to był ich problem, nie mój, ja nie zamierzałem być ich mediatorem - moim zadaniem było tylko dopilnować, żebyśmy wrócili do domu.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/2a933b47e70f8705407a1625a79cfba1/7e581c102582b16a-c4/s400x600/048ca558684f09972c7cac8f1356c731405394af.jpg[/inny avek]

Koniec sesji