![]() |
|
[13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4941) |
RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.06.2025 Wieczór robił się coraz późniejszy. Zmierzch zapadł już dawno temu, noc na dobre rozgościła się nad wrzosowiskami, przechadzając się po których, można było już poczuć nadchodzącą jesień. Szli raczej powoli, niespecjalnie gdziekolwiek się spiesząc. W końcu nie mieli praktycznie żadnych planów. Już nie. Ambroise musiał pozwolić sobie na to, aby przetrawić tą gorzką myśl, że jego własny przyjaciel, niemalże brat postanowił im je zniweczyć. Być może powinien odczuwać coś na kształt ulgi na myśl o tym, że Geraldine o tym nie wiedziała? Że nie zdawała sobie sprawy z tego, co tak naprawdę zrobił Roman? Że nie musiała mierzyć się ze wszystkimi emocjami, z jakimi Greengrass poniekąd także już przestał walczyć? Odpuszczał, naprawdę odpuszczał. Tyle tylko, że nie Potterowi. Odpuszczał sobie. Naprawdę próbował osiągnąć coś w rodzaju może nie wewnętrznego spokoju, lecz zgody z samym sobą. Z myślą, że oto nadszedł czas na zmiany w jego życiu, choć nie do końca takie, jakich oczekiwał od tego wieczoru. Zamiast łączyć, musiał dzielić. Rozdzielać, odpychać, żegnać... ...i to nawet nie osobę, a wizję kogoś, wobec kogo miał bardzo określone i wcale nie tak wysokie oczekiwania. Przez lata wydawało mu się, że być może nie zawsze jest w stanie zrozumieć Romulusa, jednak są dla siebie ważni. Stanowią rodzinę. Nie tę z krwi a tę z wyboru. Równie istotną, praktycznie tak samo ważną. Najwidoczniej powinien lepiej precyzować swoje oczekiwania. Choć nie. Nie. Po namyśle, nie miał sobie nic do zarzucenia. Przynajmniej nie w tej kwestii. Prosił wyłącznie o dwie rzeczy. Roman postanowił zakpić z nich obu. Wybrał karmienie własnego ego ponad to wszystko, co budowali razem przez lata. Chociaż, gdy tak przelotnie o tym pomyślał, Ambroise nie był w stanie jasno stwierdzić, na czym tak właściwie polegała ta dotychczasowa inicjatywa ze strony kumpla. Jasne, spotykali się ze sobą nawzajem. Pili alkohol, jarali trawę, rozmawiali, grali w karty i tak dalej. Jednakże gdy przychodziło co do czego, to nie Romulus był przy nim. To nie Potter bez słowa zaoferował mu swoje ramię, nie na Romana patrzył w swoich najgorszych chwilach. O ironio, nie na człowieka, który pracował jako psychiatra, bo... ...abstrahując od tego, że Roise nie byłby skłonny zwierzać się ze swoich beznadziejnych myśli prosto w oczy jakiegokolwiek, nawet najbliższego przyjaciela. Nie zwykł i nie chciał rozmawiać o uczuciach. Robił to wyłącznie wtedy, gdy rzeczywiście nie istniała żadna inna możliwość i musiał, po prostu musiał (nawet jeśli nic nie musiał) to z siebie wylać. Nie wierzył, zwyczajnie nie wierzył w to, że to byłby dobry pomysł. To nie tak, że nie ufał Potterowi. Choć może inaczej: ufał mu aż do tego wieczora, jednakże niespecjalnie widział siebie korzystającego z pomocy kogoś takiego. Zwracającego się do człowieka, który teoretycznie znał się na ludzkiej psychice, natomiast w praktyce nie mającego w sobie nawet najmniejszych oporów przed podjęciem decyzji o nadużyciu umiejętności względem innego kompana. Może to, że znali się od tylu lat, miało wpływ na jego odczucia, jednak dla Ambroisa, Romulus miał pozostać kompanem od picia, nie materiałem na powiernika najskrytszych przemyśleń. Choćby był z niego najlepszy magipsychiatra, jakiego widziała Lecznica Dusz. Najwyraźniej nawet dając Romkowi kredyt zaufania, podświadomie wiedział, co może mieć miejsce. Szkoda tylko, że nie skorzystał z tej wiedzy, podczas gdy prosił Pottera o zachowanie sekretu i wprowadzał go w swoje plany zaręczynowe. Być może sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby postanowił zrobić wszystko sam albo zwrócił się do kogoś innego. Nie było zresztą sensu spekulować. Ognista się rozlała. Toastu nie było. Wpatrując się we wzniesienie przed nimi, powoli zaczynał dochodzić do wniosku, że nie chciał, po prostu nie chciał, żeby Romulus miał kolejną szansę wtargnięcia z butami w życie jego czy Geraldine. Po prostu. Bez wielkich przemów, bez oznajmiania tego przez megafon, bez listów, bez wyjców. Nie potrzebował sygnalizować tego rozstania, żeby móc je przetrawić. - Wyhodowaliśmy żmiję na własnym łonie, co? - Parsknął z nieznacznym uśmiechem, jednak bez śladu rozbawienia. - Chociaż, żeby to jeszcze była żmija. A to co najwyżej zaskroniec - tym bardziej, że przecież na sam koniec zemdlał, padł i udawał trupa. - Ewentualnie jaszczurka - ponownie prychnął pod nosem, dochodząc do wniosku, że to drugie porównanie mogło być równie właściwe. Potter naprawdę sądził, że jest w stanie pozbyć się tego, co ciągnął za sobą. Zrzucał ogon, myśląc, że tym samym wyzbędzie się jakichkolwiek konsekwencji swojego postępowania. Znów mu wybaczą. Następnego dnia cofną swoje słowa, postanowią sprawdzić, co u niego, wcześniej pozwalając mu zaszyć się w sypialni zajmowanej w domu ciotki Corneliusa. Jak gdyby nigdy nic, wyniosą go do jego ciepłego pokoiku. To nie miało mieć miejsca. A Roise nie czuł nawet najmniejszej potrzeby, aby pozostać w rezydencji i napawać się widokiem odchodzącego wygnańca. To samo w sobie także było wyjątkowo wymowne. Świadczyło o tym, że granicą rzeczywiście została przekroczona. Nigdy nie był wyrozumiałym człowiekiem. Jego cierpliwość całkowicie się wyczerpała. Nie było spektakularnych syren alarmowych. Wielkich deklaracji, że jest blisko końca. Nie było spektakularnych wybuchów, wielkich przemów. To po prostu uszło z niego. W niemalże zupełnej ciszy, niczym powietrze z przebitego balonika. Nie miał zbyt wiele do dodania, nie czuł potrzeby wyjaśniać tego Yaxleyównie. Wiedziała. - Wobec tego... ...ani my nie znaliśmy jego, ani on ewidentnie nas nie znał - skwitował, wzruszając ramionami. - Mam świadomość, że to może brzmieć dla ciebie mocno, ale - no, właśnie, ale jak miał to wyjaśnić bez mówienia o tym, co Potter próbował im odebrać, pragnąc zostać gwiazdą wieczoru? - Mieliśmy ustalenia. Wiele ustaleń. Potter złamał je wszystkie. Ot tak - a skoro ich nie szanował, czemu oni mieli szanować jego? Zasada wzajemności była jedną z najważniejszych podstaw dla Greengrassa. To nie była tajemna wiedza. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.07.2025 Tak właściwie Geraldine nie miała specjalnych planów na ten wieczór. Miało być ognisko, było, chyba nawet udało się je rozpalić, dosyć szybko musieli je zakończyć, jednak nie było to dla niej problemem. Jasne, liczyła na to, że spędzą czas w większym gronie, ale miała świadomość, że nie zawsze wszystko mogło się ułożyć według założeń. Spodziewała się, że może dojść do jakiegoś spięcia, jednak raczej nie do końca zakładała, że to wszystko może eskalować aż tak. Nawet ona była zaskoczona, a raczej należała do osób, które nie tak łatwo było zadziwić. Sporo już w swoim życiu widziała, sporo sama odwaliła, więc mało co tak naprawdę było ją w stanie jeszcze zszokować. Cóż, bywały jednak takie momenty, jak ten całkiem niedawno, że nawet ona nie wiedziała, co do końca powinna powiedzieć, jak zareagować. Nie uważała to za coś dobrego, wręcz przeciwnie. Oznaczało to bowiem, że odjebało się naprawdę potężne gówno. Tak naprawdę jednak nie sądziła, że warto było ciągnąć temat. Bez sensu było się na tym skupiać. Nie mieli aktualnie na to żadnego wpływu, warto byłoby jednak jeszcze wykorzystać dalszą część wieczoru, chociaż właściwie może nawet bardziej już nocy. Robiło się późno, księżyc oświetlał im drogę, wiatr całkiem przyjemnie plątał włosy, zwiastował nadchodzącą jesień. - Faktycznie gady są najgorsze, więc całkiem trafne porównanie. - Sama nie do końca była pewna, które było najbardziej właściwe, jednak Ambroise wymienił w sumie zwierzęta z jednej grupy, które idealnie pasowały do określenia osoby, która nie do końca było można ufać. Nie do końca miała świadomość o jakie ustalenia chodziło, tak właściwie to póki co wolała w to nie wnikać, bo nie wydawało jej się to odpowiednie. Zależało jej na tym, żeby Roise przestał się wkurwiać, bo to niczego nie zmieniało, niczego nie wnosiło. Jasne, zdawała sobie sprawę, że musiał to przetrawić, bo wydarzyło się dość sporo, Potter był jednym z jego najbliższych przyjaciół, zdradził go, więc pewnie jeszcze trochę potrwa pogodzenie się z tym, co właściwie się wydarzyło. - Dobrze się maskował przez te lata, ale nikt nie jest w stanie ciągle ukrywać tego, jaki jest naprawdę. - W końcu musiał pęknąć, pokazać swoje prawdziwe oblicze. Może nie był to najlepszy moment, bo chyba wszyscy obecni w tym miejscu potrzebowali spokoju, odpoczynku, a to im odebrało te chwilę wytchnienia, z drugiej strony mieli zostać tu jeszcze trochę, więc może nie wszystko stracone. - Wiem, że to dużo, ale olej go, niedługo będziemy musieli się stąd zbierać, więc może warto wykorzystać ten czas, który nam pozostał. - Nie mogli siedzieć przez wieczność u Corio, za kilka dni wrócą do Londynu, w sumie jeszcze nie dyskutowali o tym, czy to będzie stolica, czy Whitby. Tak właściwie chyba wypadałoby się udać do ich chatki nad morzem, bo póki co nie mieli pewności, że pożary jej nie pochłonęły. Z tego, co słyszała to strawiły nie tylko Londyn, ale sporą część Wielkiej Brytanii. Psy szły gdzieś przed nimi, zupełnie nie zwracały na nich uwagi, jednak trzymały się na tyle blisko, żeby mieli szansę je obserwować. Yaxleyówna spoglądała na zwierzęta, pilnując, żeby przypadkiem nie oddaliły się w pogoni za jakąś zwierzyną, na pewno w okolicy mieszkało ich sporo. Nie zabierała ich ze sobą na polowania, były bardziej jej maskotkami, jednak na pewno gdzieś siedział w nich łowczy zmysł, miała nadzieję, że nie odezwie się zbyt szybko i nie dzisiaj, bo nie do końca miała chęć ganiać je po klifach. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.07.2025 Dalsze prowadzenie rozmowy o tym, co stało się przyczyną końca wieczoru, który (o ironio) miał zacząć jego nowe życie, nie było dla Greengrassa czymś, co mógłby chcieć robić na dłuższą metę. Nie, gdy powiedział już tak naprawdę wszystko, co mógł mieć do powiedzenia. Nigdy nie był przesadnie wylewny. Poza tymi nielicznymi okazjami, no, może inaczej... ...dosyć licznymi, ale tylko w kontekście ostatniego tygodnia z kawałkiem, Ambroise nie miał tendencji do wyrzucania z siebie monologów na temat uczuć i emocji. Wręcz przeciwnie. Zazwyczaj tłumił to wszystko w sobie aż nie znalazł się na granicy wybuchu. Tego dnia, czara goryczy przepełniła się w przeciągu zaledwie kilku chwil. Nie miał już żadnego usprawiedliwienia dla zachowania kogoś, kto miał go wspierać. Nie, gdy wszystkie jego oczekiwania nie miały żadnego znaczenia dla tego człowieka. Romulus musiał zniknąć z życia Roisa. Decyzja została podjęta. - Taki mam zamiar - przytaknął krótko, nie próbując przesadnie rozciągać tego, co jeszcze mógł mieć do powiedzenia w tym temacie. Nie. Geraldine miała rację. Nieważne, co więcej miałby do dodania, nic nie było w stanie zmienić ostatecznej konkluzji. Romulus zbyt wiele razy testował granice swoich rzekomych przyjaciół. Nazbyt często próbował je przekraczać. Stawiał palce na linii, próbując czubkiem buta narysować nową, zaś piętą zatrzeć tę, którą inni wyznaczyli tam nie bez powodu. A oni zawsze mu wybaczali. Za każdym jebanym razem, choćby byli na niego wyjątkowo mocno wkurwieni, ostatecznie ponownie odnajdowali wspólny język. Czasami to zajmowało kilka godzin, dzień, czasem parę dni, bywały to także tygodnie, raczej nie idące w miesiące, ale tym razem? Tym razem to nie miały być ani godziny, dni, ani miesiące, ani nawet lata. Nie. Roise naprawdę miał serdecznie dosyć. Im szybciej miał się z tym całkowicie oswoić, tym lepiej. W gruncie rzeczy, czyż nie w ten sposób wyglądała lwia część znajomości z dziecięcych lat? W pewnym momencie zwyczajnie okazywało się, że życiowe priorytety zupełnie się rozminęły. Nie było już zbyt wiele wspólnych punktów, za to zaczęło być znacznie więcej różnic niż podobieństw. Gdyby mocniej zastanowił się nad wszystkimi ostatnimi tygodniami, zapewne zauważyłby schemat, który niespecjalnie by mu się spodobał. A jednak bez wątpienia uświadomienie sobie tego miało przynieść mu więcej zysku aniżeli szkody. Przynajmniej długofalowo, do czego przecież dążył, pragnąc budować sobie przyszłość, rodzinę i dom z kobietą, która była dla niego najważniejsza. Spoglądając z szerszej perspektywy, rozminął się z Romkiem już całe lata wstecz. Po prostu. Ot tak. W momencie, w którym Romulus nadal był lwem salonowym, księciem towarzystwa, złotym dzieckiem Potterów raz po raz pokazującym się w towarzystwie u boku kogoś innego, Ambroise zaczął doceniać możliwość postępowania w zgodzie z własnym wyborem. Jednym, bardzo konkretnym. Nie do końca wiedział, kiedy dokładnie, jednak w pewnym momencie poczuł się zmęczony rolą czystokrwistego Casanovy, wygadanego, błyskotliwego bawidamka. Nie bawiło go szukanie towarzystwa panien. Mimowolnie skupił się na rzucaniu niechętnych, często gęsto ostentacyjnie nieprzyjaznych spojrzeń w kierunku adoratorów kręcących się wokół jego najlepszej przyjaciółki. Zresztą nie wytrzymując zbyt długo w podobnym układzie. Później wszystko zaczęło układać się zupełnie inaczej niż przewidziałby, gdy jeszcze nie wierzył w podobne sprawy. Nie zauważył, gdy zaczęło być mu znacznie bliżej do Corneliusa, dalej zaś od Romulusa bądź Eliasa, którzy w tym samym czasie z dużym prawdopodobieństwem znaleźli wspólny język, bowiem nie dało się ukryć, że stali się sobie bardziej bliscy. Dynamika grupy uległa zmianie. To z Corio i z Amandą spotykali się we czworo. To z nimi spędzali czas w weekendy i czasami wieczory w środku tygodnia. To oni byli głównymi ludźmi z jego młodzieńczego otoczenia, z którymi utrzymywali bardzo silne kontakty nawet wtedy, kiedy wyprowadzili się do Whitby. Co prawda wciąż nie podzielili się z nimi informacją o zmianie miejsca zamieszkania, jednak w gruncie rzeczy, Roise w pewnym sensie żałował takiej a nie innej decyzji. Nie myślał o tym zbyt często. Nie chciał dołować się czymś, na co już nie miał wpływu, ale bez wątpienia przez jego umysł przetoczyła się myśl o tym, co byłoby, gdyby... Nie był jednak w stanie cofnąć czasu. Wiedział jedno: był zadowolony z faktu, że nie podzielił się tą informacją ze swoim domniemanym najlepszym przyjacielem, ponieważ ani przez chwilę nie wątpił w to, gdzie wtedy udałby się Potter. Z kluczami czy bez nich, pewnie zastaliby go w Whitby i to raczej nie w pokoju gościnnym ani na kanapie. Na swoje usprawiedliwienie miałby coś w rodzaju przecież wiecie, że w moim mieszkaniu nie mogę się wyspać. A na pytanie o to, czemu zatem nie udał się do rezydencji ojca? Cóż. Pewnie prosto w oczy, uśmiechając się przy tym szeroko, powiedziałby im, że w gruncie rzeczy powinni mu dziękować, bo posesja była pod jego czujną obserwacją. Dbał o ich dom. Nie mogli mieć lepszego stróża na czas nieobecności gospodarzy. Tak, bez wątpienia nie miałby najmniejszego problemu, aby rządzić się ich majątkiem. W końcu tego wieczoru zrobił to samo w stosunku do Corneliusa. Tu także zresztą jego dziewczyna poruszyła całkiem właściwy temat. Nie mieli jeszcze okazji, by to zrobić, ale skoro zwierzęta szły przed siebie, kręciły się grzecznie wokół nich a noc była całkiem spokojna, równie dobrze mogli spróbować wykorzystać tę myśl, żeby gładko zmienić myśl przewodnią spaceru. Rozmawiać o przyszłości. Nie cofać się do przeszłości, jaka by nie była. Co prawda, Roise miał ten plan w zupełnie innym kontekście. Rzeczywiście mieli snuć dalsze rozważania, ale nie do końca na temat domu nad morzem, jednak ostatecznie... - Myślałaś o tym, co z nim zrobimy? Z Whitby? Czy dalej chcemy go remontować? - Spytał po dłuższej przerwie, posyłając spojrzenie w stronę Yaxleyówny. - Mamy dom, dwa mieszkania - stwierdził, moment później postanawiając poprawić to, co powiedział. - Dom i jedno mieszkanie. Drugie to już rudera, ale przynajmniej przy okazji odpadła nam Pokątna. Klauzula pozwala zerwać umowę w przypadku, gdy nie ma już możliwości mieszkania w pomieszczeniach - no cóż, to było akurat całkiem pozytywne, przynajmniej tyle, co nie? Światło w tunelu. Jeden pozytyw, jaki wywołał ogień niekontrolowanie trawiący Londyn. Dziesięć lat skróciło się do siedmiu. To było akurat wyjątkowo dobre. - To jednak nie był zupełnie najgorszy dzień - parsknął pod nosem. Oczywiście, nie mówił o tym teraz. W dalszym ciągu miał na myśli pożary. Dziś? Dziś zdecydowanie nie było zbyt dobre. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.07.2025 To wszystko o czym dyskutowali nie miało niczego zmienić. Romulus nawarzył piwa, teraz będzie musiał je wypić. Właściwie to chyba się już zaczęło. Corio wyrzucił go z domu, nie miał tutaj czego szukać. Czuła, że wszyscy przyjaciele się od niego odsuną, przynajmniej tak to wyglądało podczas tek eskalacji, która miała miejsce na ognisku. Przekroczył granice wszystkich, nikt nie stanął w jego obronie, nikt nie wyciągnął do niego ręki. Były takie czyny na które nie można było przymknąć oka, dla Yaxleyówny w zasadzie należało do tego wyciągnięcie wahadła i skierowanie go w stronę swojego przyjaciela. Czuła, że poza tym wydarzyło się coś jeszcze, coś, czego nie widziała, nie dostrzegała, przynajmniej jak na razie. Skoro Roise mówił o nim w ten sposób, to musiało być coś głębszego. Nie chciała jednak już tego drążyć, wypytywać, nie było sensu podsycać ognia, skoro i tak nastąpił już dosyć spory pożar. Był to moment, w którym powinni się uspokoić, przestać o tym myśleć, zająć się czymś innym. Ogólnie nie zastanawiała się szczególnie na czym opierała się ich męska przyjaźń. Miała świadomość, że czasem drogi się rozchodziły, zmieniały się priorytety, zaczynało brakować wspólnych punktów. Dzisiaj trochę tak to wyglądało, jakby Romulus zatrzymał się gdzieś kilka lat wstecz, nadal był zadufanym w sobie gówniarzem, który nie miał za grosz dystansu, a może wręcz przeciwnie, wraz z upływem czasu miał coraz większego kija w dupie i gdzieś tracił dystans do siebie i do otoczenia. Jakby był najważniejszy pośród całego otoczenia. Trudno jej było tak naprawdę to określić. Jasne, znali się od lat, ale nigdy nie był jej bliskim przyjacielem. Dużo szybciej nawiązała więź z Corio, bo mieli wspólne tematy, nawet kiedy Ambroise zniknął z jej życia pojawiała się u niego w domu, pielęgnowała tę relację, bo przez lata przywykła do tego, że jest obok i może na niego liczyć, zresztą sama oferowała mu wsparcie, jeśli tylko takiego potrzebował, chociaż raczej był tą osobą, która umiała sobie poradzić ze wszystkim. Wiedziała jednak, że nawet on powinien mieć obok siebie kogoś, kto po prostu jest, chciała być jedną z tych osób. Z Romulusem tego nie miała, jakoś szczególnie nie brakowało jej jego towarzystwa, bo był zupełnie innym typem osoby od niej. - Na pewno nie chcę się go pozbyć, to nasze miejsce, dobrze byłoby je doprowadzić do porządku. - Chatka nad morzem należała do nich od dawna. Nie chciałaby jej sprzedawać. Teraz, kiedy znowu byli razem decyzja wydawała się być oczywista. Musieli poświęcić nieco czasu, aby wróciła do swojej świetności, ale nie sądziła, żeby sobie z tym nie poradzili. Z tym miejscem wiązało się wiele wspomnień i wydawało jej się słuszne, aby nadal należało do nich. - Horyzontalna jest ze mną od zawsze, ale teraz nie należy do końca do mnie. - Mimo, że było to jej mieszkanie, to miała przecież lokatora. Aktualnie nie do końca jej się to podobało, nie kiedy w końcu wracała do tego życia, które najbardziej jej odpowiadało. Nie sądziła, żeby młodszy brat pomieszkujący z nimi był czymś, czego potrzebowali. Szczególnie, że jakoś nie wykazywał chęci do tego, aby zmienić swoje nastawienie. Nie miała zamiaru się z nim przepychać w nieskończoność, ten temat zresztą też powinna poruszyć ze swoimi rodzicami. Naprawdę się starała, ale może po prostu nie była w stanie mu pomóc. Nie miała w zwyczaju odpuszczać, ale przecież i ona miała swoje granice, nawet ona nie mogła sobie poradzić ze wszystkim sama, może to ją nieco przerosło. - Chociaż tyle dobrego, zamierzasz remontować Horyzontalną? Wiem, że tamto mieszkanie miało dość istotną lokalizację. - Znajdowało się tuż nad mieszkaniem Corio, więc szkoda byłoby się go pozbywać, z drugiej strony zdawała sobie sprawę z tego, że po pożarach nie nadawało się do niczego. Nie miała pojęcia, czy ktokolwiek byłby w stanie doprowadzić je do porządku, nie po tym, jak całe spłonęło. - Trzeba skupiać się na pozytywach. - Czemu by nie, zawsze jakieś były. - Czyli tak naprawdę aktualnie pozostaje nam tylko Whitby, ale i ono nie do końca nadaje się do mieszkania tam na stałe. - Nie tak, jak wyglądało teraz. Wymagało włożenia w nie nieco pracy, a zdawała sobie sprawę, że po pożarach mogą mieć niedoczas, na pewno już niedługo się to zacznie. Może powinni zastanowić się nad kupnem czegoś nowego, gdzie będą mogli wprowadzić się od razu? To też nie było takim głupim pomysłem, w końcu nie mogła narzekać na zawartość swojej skrytki bankowej, mogła sobie pozwolić na kupno domu gdy miała na to ochotę. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.07.2025 Geraldine miała dowiedzieć się o wszystkim, co w oczach Ambroisa stanowiło ostatni gwóźdź do trumny Romulusa. Oczywiście, że miała. W końcu nigdy nie potrafił zbyt długo ukrywać przed nią tak poważnych spraw. Nie chciał jej okłamywać. Nie zamierzał także pozwolić na to, aby działania rzekomego najlepszego przyjaciela trwale odwlekły jego zamiary wobec ukochanej. Tyle tylko, że w tym momencie jeszcze nie był w stanie poruszyć z nią tego tematu. Ba. Wedle własnego odbioru, jednocześnie nie chciał tego robić, ponieważ pragnął, aby Yaxleyówna nie czuła tego samego, co on poczuł. Nie chciał jeszcze bardziej psuć tego wieczoru. Zamierzał zadbać o to, żeby wszystko, co planował nadal miało właściwy wydźwięk. Nie, by jego dziewczyna wiązała ognisko z planowałem, ale mi nie wyszło, to wina Pottera, wybacz, być może jeszcze kiedyś nadarzy się właściwa okazha. Nie chciał żalić jej się z tego, co poczuł, gdy ten całkowicie zawiódł jego oczekiwań. Nie miał w zwyczaju użalać się nad sobą. To po pierwsze. Po drugie zaś to oznaczałoby, że dał Romanowi wygrać. Że pozwolił na to, aby ten człowiek miał nad nim władzę wystarczającą do zrujnowania mu przyszłości. Przedłożyłby własną frustrację ponad szczęśliwy moment, gdyby postanowił wylać z siebie gorzkie żale zamiast przetrawić to wewnątrz i przemyśleć to, co mógł zrobić z całą sytuacją. Rzecz jasna, poza pozbyciem się Romulusa z ich życia. Ta decyzja podjęła się praktycznie sama. Wszystkie inne były już znacznie cięższe. Wymagały rozmów i myślenia perspektywicznego. Na przykład odnośnie drugiego naczelnego problemu ogniska: stanu, w jakim pojawił się tam brat Yaxleyówny. Tego, że mając szczere chęci zadbania o kogokolwiek, Roth zupełnie nie zważał na swoich najbliższych. Było to widoczne zarówno wtedy na ulicy podczas konfrontacji z grupą chuliganów. Jak i w sposobie, w który podszedł do Roisa na zakończenie ogniska, zupełnie ignorując stan, w jakim znalazł się Greengrass, tylko usiłując odesłać go do Eliasa. Ambroise był rodzinnym człowiekiem. Naprawdę. A przynajmniej właśnie za takiego uważał się praktycznie od zawsze. Cenił sobie rodowe wartości, szanował tradycję, utrzymywał kontakty ze znaczną większością krewnych i tak dalej, i tak dalej. Brał udział w uroczystościach, pojawiał się na świętowaniu sabatów. Szczerze wierzył w konieczność pielęgnowania relacji z bliskimi mu ludźmi. Tyle tylko, że w tym wypadku nie miał zielonego pojęcia, co powinien zrobić. Coraz bardziej nie wiedział, w jaki sposób będzie wyglądać ich życie z młodym wampirem pod jednym dachem, jednocześnie mając wrażenie, że z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia. Jeszcze przed pożarami Londynu, gdy podjęli decyzję o tym, aby ponownie związać się ze sobą nawzajem, zostawili dosyć sporo tematów na później. Między innymi kwestie mieszkaniowe. Mieli poruszyć je z czasem i to raczej nie uległo zmianie. Tyle tylko, że wyjazd do Exmoor udowadniał, że Astaroth wymagał znacznie większej uwagi niż oboje mogli zakładać. Miał naprawdę mocne wahania nastrojów. Zachowywał się jak nastolatek podczas burzy hormonów, wspomagany substancjami psychoaktywnymi, w dodatku mający zdecydowanie niebezpiecznie dużo siły. Tego nie dało się zignorować. Nie po tym, co Ambroise usłyszał w kwestii najświeższych zachowań Rotha. Astaroth był cholernie niestabilny i w odbiorze Greengrassa, zażywane medykamenty, od których był uzależniony Roth, stanowiły wyłącznie sam czubek góry lodowej. To był jedynie wierzch problemów. Prawdziwa istota nowego sposobu bycia brata Geraldine tkwiła gdzieś znacznie głębiej. Nie tylko w eliksirach nasennych. Nie tylko w odwyku. Nie tylko w wampiryzmie. Oczywiście, mogli próbować pomóc mu wyjść na prostą. Już to robili. Przynajmniej w kwestii środków nasennych. Tyle tylko, że nie dało się nie zauważyć, że Yaxley już wcześniej miał ze sobą problemy. Wtedy w czerwcu, kiedy ścięli się ze sobą nawzajem na korytarzu w mieszkaniu przy Horyzontalnej, młody chłopak nie był jeszcze uzależniony od żadnych specyfików. Był za to pełen gniewu i zupełnie nieprzewidywalny. Wpadał w depresję, później w manię. Przeskakiwał między stanami. Traktował siostrę jak swoją własność, jednocześnie odnosząc się do niej jak do śmiecia. Nie dało się przewidywać jego zachowania. To wszystko sprawiało, że Ambroise naprawdę poważnie zastanawiał się nad tym, co rzeczywiście potrafili jeszcze osiągnąć. Co mogli zrobić bez straty dla siebie. Bez podejmowania ryzyka za ryzykiem. Był logicznym człowiekiem, szczególnie we własnych oczach, pracował na oddziale zatruć eliksiralnych, toteż nie raz, nie dwa naoglądał się wielu różnych zachowań. Co prawda później takie osoby zazwyczaj witała Lecznica Dusz. Oni w Mungu leczyli wyłącznie skutki przedawkowań, ich powody były badane przez magipsychiatrów. Jednakże wiedział, jaka męczarnia mogła ich czekać. Był tego świadomy od samego początku. I chociaż nigdy nie pozwoliłby, aby Rina przechodziła przez to sama, jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że oboje musieli w najbliższym czasie odbyć rozmowę dotyczącą mierzenia sił na zamiary. Londyn nie był już tym samym miejscem. Stolica być może była w trakcie odbudowy. Podnosiła się z gruzów po niedawnych pożarach, ale powrót do poprzedniego stanu raczej przestał wchodzić w grę. To nie do końca było już miejsce, które znali. Zasady gry ulegały nieustannym zmianom a Roise... ...Roise zupełnie nie wiedział, w jaki sposób mieliby pogodzić konieczność dostosowania się do nowej rzeczywistości przy jednoczesnych dalszych próbach wzięcia odpowiedzialności nie tylko za siebie (z osobna czy nawzajem), lecz także za nieprzewidywalnego, maniakalnego wampira. Roth go nienawidził. Przynajmniej przez większość czasu. Później nagle się z nim spoufalał, aby następnie znów ziać nienawiścią. Ambroise nie zamierzał mu na to pozwalać. Jak mieliby dzielić jeden dach? Na Horyzontalnej czy w Whitby? W obu tych miejscach, gdzie powinni móc odpocząć, odetchnąć? - Wiem. Nie zamierzam dolewać smoczej oliwy do ognia - ale to wiedziała, czyż nie? - Ale jednocześnie nie wyobrażam sobie nie bywać w twoim mieszkaniu. Nie zamierzam chodzić na palcach, bo wkurwia go moja twarz - w tym momencie na jego twarzy pojawiło się coś na kształt ironicznego uśmiechu, jednak dosyć szybko spoważniał. Przecież nie był ślepy. Rina już się dusiła. Dostrzegał to, nawet jeśli o tym nie mówił. Szukał rozwiązań tak samo jak i ona ich poszukiwała. Robili to oboje. Tylko Roth pozostawał bierny. Przynajmniej do momentu, w którym zaczynała kierować nim agresja. Wtedy dosłownie przemieniał się w potwora mogącego skrzywdzić wszystkich bez chwili zawahania, nie patrząc na nic. Jak mieli mu ufać? Jak mieli spać spokojnie z myślą, że w każdej chwili może ich zaatakować? Dzielić z nim dom? Wprowadzić go w swoją przestrzeń? - Moglibyśmy wybrać się tam w przeciągu najbliższego tygodnia? Do Whitby? - Stwierdził w zamyśleniu, kiwając do siebie głową, bo to brzmiało już jak jakiś plan. - Upewnić się, że wszystko jest w porządku. Zacząć tworzyć jakiś plan - nawet jeśli dostęp do materiałów i specjalistów miał być obecnie ograniczony, przecież i tak to były w większości niemagiczne tereny. Oczywiście, mugole również ucierpieli od ognia, ale dostęp do lokalnych rzemieślników mógł być ułatwiony. To nie był Londyn. To była prowincja. Poważniejsza sprawa dotyczyła stolicy. - Nie wiem - odpowiedział wyjątkowo wprost, ten nieliczny raz naprawdę nie wahając się przed przyznaniem, że tu także zupełnie nie miał pojęcia. - Corio przygotował całą listę dokumentów związanych z remontem części wspólnej, która ucierpiała jednocześnie ze spłonięciem tamtego mieszkania, co samo w sobie jest dosyć skomplikowane, bo kamienica zalicza się już do zabytków. Jeszcze przed pożarami, budynek był obłożony obwarowaniami i obostrzeniami dotyczącymi nawet zmian wewnątrz. Nie tylko w układzie pomieszczeń, ale także przy wykończeniach. W takim wypadku? - Urwał na chwilę, tylko po to, żeby posłać wymowne spojrzenie w kierunku Geraldine. - Nie wiem, czy to gra warta świeczki. Jeśli spróbują wymusić na mnie - bo tak, bez wątpienia mogli tylko próbować; raczej bezskutecznie - trzymanie się określonych wymagań, czeka mnie bardzo kosztowna batalia - nie musiał mówić, jaka, czyż nie? Istniały tylko dwie opcje: mógł rzeczywiście spełniać wszystkie wygórowane wymagania, wlewając czas i majątek do studni niemal bez dna. Mógł także posunąć się do łapówkarstwa, które było tak samo drogie i niosło ze sobą ryzyko. Pokręcił głową, wykrzywiając wargi w czymś na kształt niezbyt entuzjastycznego uśmiechu, po czym przeniósł wzrok z dziewczyny z powrotem na linię horyzontu. - Zresztą - zaczął po chwili milczenia, szukając odpowiednich słów, choć te chyba nie istniały; nie, gdy była mowa o czymś takim. - Racja - wyjątkowa zgodność, tak? - Whitby to dobre miejsce, ale to odskocznia - a nie musiał mówić, że Londyn nigdy nie był jego ulubionym miejscem zamieszkania, czyż nie? - Jest za daleko od miasta. Poza tym, to mały budynek. Swego czasu myślałem o dokupieniu części wrzosowiska. Tak, by oficjalnie była nasza, ale rozbudowa tamtego domu będzie absurdalnie kosztowna. Już sam remont pochłonie sporo funduszy. Być może sprzedając spalone mieszkanie i inwestując to w naprawy, wyjdziemy na nieznacznym plusie, ale - zamilkł po raz kolejny. No właśnie. Ale? To było ich ukochane miejsce, jednak bez wątpienia nie dało się ukryć, że lokalizacja miała również dużo zalet, co wad. Przez ostatnie półtora roku oboje doszli do tego samego wniosku. Już o tym rozmawiali. Nie dało się trzymać zupełnie z dala od konfliktu. Nie mogli wrócić do alientowania się na odludziu. To już nie wchodziło w grę. - Nie, nie możemy tam ponownie zamieszkać - przytaknął wprost, bardzo poważnie. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.07.2025 Nie chciała obarczać Roisa swoimi problemami, ale już i tak został zamieszany w próbę doprowadzenia Astarotha do użyteczności. Wzięli go tutaj ze sobą, do ich wspólnego przyjaciela, a coraz bardziej czuła, że to nie był dobry pomysł. Nie mieli pojęcia, czego mogli się po nim spodziewać. Był nieprzewidywalny, niby został zamknięty w zabezpieczonej piwnicy, ale co jeśli któregoś dnia zabazpieczenia okażą się nieodpowiednie? Nie chciała ryzykować, że skrzywdzi kogoś z tutaj obecnych, w końcu w rezydencji przebywał też Fabian, musieli dbać o tych, którzy nie mogli się bronić. Wydawało jej się, że to może była zbyt spontaniczna decyzja, tyle, że przez pożary działali szybko, nie do końca wszystko przemyśleli. Próbowała dawać bratu więcej przestrzeni, nie trzymała go zamkniętego w piwnicy przez całą dobę, chciała, żeby miał kontakt z innymi ludźmi, może to miało mu pomóc. Tyle, że chyba nie do końca przynosiło to oczekiwane efekty. Nadal mówił tylko i wyłącznie o eliksirach, ich odwyk nie przynosiłó skutku, miała wrażenie, że byłby w stanie zrobić wszystko, nawet ją zabić tylko po to, by sięgnąć po kolejną dawkę. To nie wróżyło niczego dobrego. Ludzie ledwie radzili sobie z walką z uzależnieniem, a co dopiero młody wampir. Widziała, że miał problemy z panowaniem nad sobą, miewał momenty, pojedyncze, kiedy wydawało się, że jest jakaś nadzieja, a później bardzo szybko postanawiał udowadniać jej, że się myli. To, co wydarzyło się wczoraj w lesie ją w tym utwierdziło. Postanowił pokazać jej swój wampirzy gniew, jeszcze ona była to tego przyzwyczajona, bo walczyła z różnymi bestiami, ale co by było gdyby zachował się w ten sposób w stosunku do kogoś innego z tego domu? Za każdym razem pokazywał jej, że nie wie co robi, że nie potrafi o niego zadbać w tej nowej wersji. To powodowało, że Yaxleyówna zaczynała wątpić w to, czy faktycznie uda jej się go doprowadzić do porządku, nawet z ogromnym wsparciem bliskich, które aktualnie otrzymywała. Bywały przypadki beznadziejne, miała wrażenie, że jest to jeden z nich. Nie do końca chyba podobało jej się to, żeby mieli wrócić z nim do mieszkania i nadal go niańczyć. Nie wyobrażała sobie również, aby mieli mieszkać osobno, a nie dało się nie zauważyć, jakie podejście miał jej brat do Greengrassa. Zdecydowanie za nim nie przepadał, wcale tego nie ukrywał. Po tym tygodniu pełnym wzlotów i upadków, kiedy w końcu udało im się dojść do wspólnej wersji nie miała zamiaru teraz dystansować się od swojego chłopaka przez problematycznego brata. Musieli znaleźć jakieś rozwiązanie, właściwie to chyba był czas najwyższy, aby skupiła się na sobie, a nie wszystkich wokół. Może to było nieco egoistyczne, ale ona również potrzebowała stabilizacji, szczególnie po tym nie do końca przyjemnym początku roku, a właściwie to praktycznie dziewięciu kurewsko ciężkich miesiącach. - Też tego nie chcę. On nie jest dzieckiem, nie chce zauważyć problemu, nie chce nic z tym zrobić, dlaczego my mamy przez to tracić? - Jasne, zależało jej na rodzinie, od zawsze doceniała to, co dla niej robiła, ale w tym wypadku była nieco między młotem, a kowadłem. Nie zamierzała pozwolić na to, by jej życie po raz kolejny się rozsypało przez kogoś innego. - Tak, możemy się tam wybrać, nie mam jakichś szczególnych planów na ten tydzień. - Wypadałoby faktycznie sprawdzić, jak wyglądała sytuacja w Whitby, niby ogień nie powinien dosięgnąć ich domu, ale przecież nie mogli mieć pewności. W sumie taka wycieczka dobrze im zrobi. Nie spodziewała się, że jakoś szczególnie szybko uda im się doprowadzić dom do użyteczności, jednak mogli zacząć planować jego remont, zwłaszcza, że chcieli go zostawić, może nie jako ich miejsce bytowania, ale jednak już kiedyś służyło im ono jako odskocznia od życia codziennego. Szkoda byłoby zmarnować jego potencjał, szczególnie, że nikt nie wiedział o tym, że w ogóle mają ten dom. Mogli się tam ukrywać przed całym światem, gdy mieli na to ochotę. - To tak, czy siak będzie długa droga, chyba nie ma sensu remontować tego mieszkania. - Miała świadomość, że urzędy bardzo skutecznie potrafiły zniechęcić, papierologia była bardzo żmudna i wyczerpująca. Oczywiście, wiedziała, że kto jak kto, ale Corio pewnie byłby sobie z tym w stanie poradzić, ale czy faktycznie gra była warta świeczki, czy potrzebowali akurat tego mieszkania? - Czyli co, chcemy kupić coś nowego? - Najwyraźniej zmierzali ku temu. Warto było więc się zastanowić, gdzie właściwie chcieli mieszkać. Londyn nie był najgorszym rozwiązaniem, chociaż Yaxleyówna wolałaby coś za miastem, lubiła znajdować się bliżej natury. Nadmorska chata znajdowała się daleko od stolicy, na dłuższą metę teleportacja między nią, a Londynem mogła być męcząca, więc chyba faktycznie potrzebowali czegoś innego. - Bliżej Londynu, żeby było wygodnie, ale nie tam. - Nie do końca wcześniej o tym myślała, ale faktycznie było to chyba najlepszym rozwiązaniem. Mogli się nad tym zastanowić, nie było to wcale takie nielogiczne. - Może to faktycznie być jakiś większy dom, chciałam mieć stajnie, jak w Snowdonii. - Szczególnie, gdy wróciła do jazdy konnej, mogłaby sprowadzić swojego konia od ojca, wiedziała, że Ambroise raczej nie przepadał za tymi zwierzętami, ale wzięłaby to na siebie. - Do tego jakieś szklarnie dla Ciebie, to chyba nie jest taki głupi pomysł. - Mogliby mieć w jednym miejscu wszystko, czego potrzebują. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.07.2025 W oczach Ambroisa, to nie Geraldine czy oni razem zawodzili Astarotha. To nie oni nie dawali sobie rady z opieką nad jej młodszym bratem. To wspomniany wampir popadł w marazm, nie próbując znaleźć rozwiązania, nie chcąc iść dalej. Robili wszystko, co mogli, aby to zmienić. A jednak nic nie działało. W oczach Ambroisa, to nie było także nic niezwykłego, że próbował, naprawdę próbował włączyć się w rozwiązanie problemu, jaki mieli. Oboje. W końcu byli razem. Nie zamierzał zostawić Yaxleyówny z tym wszystkim, co działo się wbrew jej szczerym chęciom. Starała się, ale to ją wykańczało. Należało wreszcie powiedzieć stop. To była ta chwila. Jak nie teraz to kiedy? - Nie, nie jest - odparł bez konieczności namyślania się nad odpowiedzią, bowiem Geraldine kolejny raz miała rację. Jednocześnie nie mógł jednak nie pochylić się nad tematem z nieco innej perspektywy. Tej, która w jego oczach być może w pewnym sensie wyjaśniała gwałtowność zachowań Rotha. I tej, która zarazem nie zwiastowała zbyt dobrze na jakąkolwiek przyszłość młodego Yaxleya. W tym wypadku, Ambroise miał jednocześnie zbieżne i zupełnie inne obserwacje. Tak, jak najbardziej zgadzał się ze słowami o tym, że Astaroth nie był już dzieckiem. Nie był nawet nastolatkiem. Teoretycznie przed przemianą przekroczył magiczną granicę i stał się kimś dorosłym, ale... ...no właśnie. - Nie znam się na wampirach, wiesz - nie zamierzał ukrywać tego, że o ile jego zainteresowania sięgały naprawdę głęboko i dotyczyły wielu kwestii, które mogłyby być zbieżne z życiem po śmierci, nigdy nie czuł potrzeby zgłębiania tematu wampiryzmu. Czy teraz tego żałował? Niekoniecznie. Oczywiście, z pewnością byłoby im łatwiej, gdyby mieli szerszą wiedzę odnośnie przypadłości brata dziewczyny, ale nawet ta, jaką posiadali wystarczała mu, aby mógł stwierdzić najważniejsze rzeczy. Operował faktami, paroma przypuszczeniami, kilkoma informacjami zdobytymi podczas załatwiania krwi dla Yaxleya. To wszystko układało się w raczej dosyć jasny obraz. - Ale z medycznego punktu widzenia, Roth się nie starzeje. Nie zestarzeje się. W jego ciele nie zachodzą żadne nowe zmiany, prócz tych wywoływanych przez wampiryzm - stwierdził spokojnie, mimo wszystko zamierzając przejść od razu do sedna, nie krążyć naokoło, nawet jeśli jego wnioski były dosyć ponure. - Najważniejsze struktury mózgowe odpowiadające za dojrzałość rozwijają się do około dwudziestego piątego, dwudziestego szóstego roku życia. W przypadku młodych chłopców - urwał na moment, mimowolnie cicho parskając pod nosem na wspomnienie własnych młodzieńczych lat - w przypadku młodych arystokratów - tak, to było cyniczne, ale trafione; w końcu sam też wychował się w bogactwie i przekonaniu o własnej zajebistości związanej ze statusem społecznym - to może zająć znacznie dłużej - czy w ogóle musiał kończyć zdanie? Skoro jednak powiedział a, zamierzał także wypowiedzieć b. Choćby tylko po to, aby oboje mogli ostatecznie zgodzić się we wniosku, do którego zmierzali już od jakiegoś czasu. Po wydarzeniach z lasu, o których usłyszał, naprawdę nie miał już zbyt wielu złudzeń. Zresztą nie zamierzał dawać się nimi karmić komuś, kto nawet nie próbował wykorzystać kupowanego sobie czasu, aby się zmienić. - On nie dorośnie. Może się przystosować, ale umysłowo zawsze będzie młodym dorosłym - stwierdził wreszcie na głos, utrzymując spojrzenie na twarzy Yaxleyówny i lekko ściskając jej palce wplecione w jego własne. - Nie sądzę, że będziemy mieć skuteczny wpływ na jego wychowanie. Jasne, może nauczyć się maskować - tu akurat on sam także miał dosyć szerokie doświadczenie w byciu kameleonem; oboje zdawali sobie z tego sprawę - ale gdzieś musiałby być sobą i ktoś musiałby nauczyć go rozgraniczać tu od tam. Inaczej to nie zadziała - nie rozwijał tego dalej, bo i po co? Po prostu stwierdził to, co oboje gdzieś podskórnie już wiedzieli. Nawet ich własna relacja w znacznej mierze bazowała na tym, że wewnątrz ich domu mogli zachowywać się normalnie. Dokładnie tak jak chcieli. Nie mieli oporów przed pokazywaniem swojej naturalnej strony. Nie tej bazującej na pilnowaniu się wymogów stawianych im przez społeczeństwo czy status. Zresztą, na zewnątrz też raczej nie mieli w zwyczaju zbyt mocno uginać karku. Zazwyczaj robili to, czego chcieli. Ale w domu? W domu byli zupełnie naturalni. W domu mogli nie zwracać uwagi na to, co poza nim było istotne. Tak jak w przeciągu ostatniego tygodnia, gdy ganiali się po salonie albo kochali w ogródku. Mieli to porzucić ze względu na kogoś, kto nigdy nie miał odwzajemnić ich starań? Mieli całkowicie zabić w sobie spontaniczność? Stać się wymuszonymi rodzicami wiecznego nastolatka z burzą hormonów? Wpadającego to w euforię i manię, to w depresję? Zważać i baczyć na wszystko, co mówią i robią? Poza tym na chwilę przed wybuchem pożarów rozmawiali także o własnej przyszłości. O swojej rodzinie. O tym, że choć teraz to nie był najwłaściwszy moment, być może za kilka lat mogli chcieć coś zmienić. Założyć rodzinę, założyć stado. To także kryło się gdzieś pod powierzchnią. To również wpływało na jego osąd. Wampiry i dzieci nie były zbyt dobrym połączeniem. Szczególnie, gdy nie mogli zaufać zachowaniom Rotha. Prócz tego wszelkie wyjazdy. Wakacje. Wycieczki za miasto. Weekendy w domu w Whitby. Polowania Geraldine, jego wielogodzinne dyżury w pracy. W tej formie mogli utrzymać wszystko jeszcze przez miesiąc, może dwa, ale na dłuższą metę? Dawał im góra pół roku zanim coś znów by pękło. Nie w nich, ich relacja wychodziła na prostą, ale w ich stosunkach z Astarothem. Prędzej niż później coś spektakularnie by się spierdoliło. A już nie było łatwo. - Jest - potrzebował sekundy albo dwóch, żeby uświadomić sobie upływ czasu - środa. W czwartek rano powinienem dostać aktualizację grafiku - stwierdził, nie dodając, z czego to wynikało. Stracili dużo osób. Naprawdę wiele. Pożary odebrały życie zarówno cywilom, jak i ratownikom. Uzdrowicielom, stażystom, członkom ich rodzin. Chaos nadal nie został do końca opanowany. Sytuacja wciąż ulegała zmianom. - Podejrzewam, że nie wcisną mnie nigdzie na piątek rano, ale wieczór mogę mieć już w pracy - a to oznaczało, że na ten moment najstabilniejszy moment mieli właśnie za niecałe dwa dni. Posłał pytające spojrzenie w kierunku dziewczyny. Teoretycznie stwierdziła, że jej plany na tydzień były względnie luźne, jednak wciąż zamierzał potwierdzić z nią, że ta data wstępnie jej pasowała. - Powinniśmy sprzedać mieszkanie - skinął głową. - Nie zarobimy na nim, ale to najrozsądniejsza decyzja - szczególnie po tym wszystkim, co działo się w ich świecie, po sytuacji z pożarami i Romulusem... ...prócz tego, Roise szczerze wątpił, aby większość ich bliskich nie myślała podobnie, jeśli nie tak samo. Nie byli już wiecznymi imprezowiczami. Życie nocne ich nie przyciągało. Przynajmniej nie wszystkich. Potrzebowali spokoju. A tego w Londynie już nie było. To nie byłby pierwszy raz, kiedy pomyślał o tej możliwości. Ten wieczór miał stanowić wstęp do nowego rozdziału. Prędzej czy później musieli zatem rozważyć dalsze możliwości. Londyn był dobry krótkoterminowo, ale ciągłe życie w wielkim mieście zupełnie do nich nie pasowało. Jednocześnie teoretycznie po ślubie powinni planować przenosiny jak najbliżej Doliny Godryka. Tak nakazywałby obyczaj. To były jego rodzinne strony, jego rodowa odpowiedzialność. Powinien zamieszkać jak najbliżej Kniei, ale... ...no właśnie. O tym też już rozmawiali, prawda? W ostatnim czasie czuł się coraz bardziej przytłoczony oczekiwaniami, które stawiano mu bez cienia wyrozumiałości. Bez odrobiny wdzięczności za to, co robił. Ponadto miał wrażenie, że starano się zadbać o to, aby rzeczywiście nie sięgnął po należne mu dziedzictwo. Może nie robił tego ojciec, ale matka siostry? Ich relacje uległy poprawie wraz z upływem czasu, ale czym innym było to nagłe zajście w ciążę? Staranie się o syna, który mógłby wypchnąć go ze stołka, znajdując na to jakiś sposób? - W stronę Dover? Canterbury? Chelmsford? - Rzucił zatem, nie czekając zbytnio, aby dodać. - Okolice morza, ewentualnie Tamizy? Dużo zieleni? Spory dom z dużą działką? - W tym wypadku zdecydowanie mieli jasność. Tak, być może była to całkiem szybka decyzja, jednak w gruncie rzeczy przecież zawsze działali w ten sposób. To nie był moment na długie zwlekanie. Za dużo się działo. Zbyt wiele się zmieniało. - O ile budynki gospodarcze nie będą znajdować się w pobliżu domu - zaznaczył, nie zagłębiając się zbytnio w temat, dlaczego tak bardzo mu na tym zależało. Nie lubił koni. Ot co. Nie lubił parzystokopytnych. Po prostu. Nie zamierzał udawać, że przez te niecałe dwa lata zupełnie zmienił swoje zdanie w ich temacie. Być może jednocześnie w dalszym ciągu trwał w przekonaniu, że nie stanowi to dla niego nawet najmniejszego problemu w normalnym życiu. Bo tak było, prawda? Nie miewał doczynienia z takimi stworzeniami. Jednakże nie chciał kusić losu. Nie potrzebował zmieniać podejścia, skoro nie miewał styczności z końmi i tak dalej. - Najlepiej w przeciwległym krańcu w stosunku do szklarni - dopowiedział po kilkunastu sekundach, dorzucając jeszcze względnie gładkie. - Tak, żeby nie zeżarły niczego, co im zaszkodzi, rzecz jasna. I żeby nie popsuły upraw - bo tylko o to chodziło, czyż nie? Kwestie techniczne. Dbanie o otoczenie. Nie prywatne uprzedzenia względem zwierzęcych demonów. Wcale. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.07.2025 Miała tendencje do wyciągania pomocnej dłoni, gdy ktoś tego potrzebował. Wcale nie musiał być jej bliski, pokazywała to wiele razy, czasem zupełnie niepotrzebnie, ryzykując przy tym własnym zdrowiem, czy życiem. Nie była egoistką, nie skupiała się tylko na sobie. Widziała krzywdę innych, dostrzegała ją, pomagała słabszym. To nie było dla niej niczym nowym, tyle, że tym razem czuła, że to nie ma sensu. Kwestionowała sprawczość swoich działań, bo w jaki sposób niby miałaby pomóc komuś, kto tego nie chciał, nie potrzebował. Astaroth był jej rodziną, ale nawet ona miewała granice. Zauważała, kiedy nie mogła nic zaradzić na to, co się działo obok niej. Jeśli ktoś odrzucał pomoc, nie korzystał z niej, to niby w jaki sposób miałaby mu ułatwić życie, wesprzeć go w stanięciu na nogi? Nie było takiej możliwości. Nie potrzebowała wcale potwierdzenia Ambroisa, jednak je dostała. I Geraldine i on to widzieli. Astaroth nie był dzieckiem, był dorosły, a zachowywał się jak rozkapryszony nastolatek. Nie powinni mieć tego na swoich barkach, nie kiedy nie wykazywał żadnej wdzięczności, wręcz przeciwnie, ciągle coś mu nie pasowało. Skupiał się tylko na sobie i na swojej tragedii, nie raz był agresywny do Yaxley, czy jej chłopaka. Nie mogli na to pozwalać. Szczególnie, że ich próby wsparcia jego osoby nie przynosiły żadnych, pozytywnych efektów. Niczego, ciągle stał w miejscu, ba miała wrażenie, że jeszcze bardziej pogrążał się w swoim własnym dramacie. To nie było zdrowe, ani dla niego, ani dla nich. Powinni w końcu przestać się tym przejmować. Nawet jeśli miało to oznaczać poszukanie wsparcia u jej rodziców. Nie uważała, żeby to źle o niej świadczyło, próbowała - zawiodła, może tamci będą mieli na niego większy wpływ. - Na zawsze zostanie rozkapryszonym nastolatkiem. - Zrozumiała do czego zmierzał Ambroise. Jej brat został przemieniony w młodym wieku, na zawsze miał taki pozostać, nie tylko ciałem, a również umysłem, to nie wróżyło niczego dobrego. Nie sądziła, żeby nagle dojrzał, najwyraźniej nigdy nie miał mieć takiej możliwości. Całe życie miała się dostosowywać do jego zachowań? Skoro zmiana nie mogła się pojawić... Nie chciała tego. Nie zamierzała być odpowiedzialna za kogoś takiego, szczególnie, kiedy ta osoba nie wykazywała do niej po tym wszystkim za grosz szacunku. Obwiniał ją za to, co mu się stało, mówił jej o tym, że to ona powinna być na jego miejscu, najgorsze było to, że naprawdę zaczęła w to wierzyć. Tyle, że jej to nie spotkało, mimo tego, że należała do porywczych osób, to przez lata, które spędziła w lasach jako łowcza jakoś udawało się jej przetrwać każde starcie, oczywiście, że bywała ranna, ale nigdy nie dała sobie zrobić czegoś podobnego. Byli tam razem, czuła jednak, że gdyby to ona trafiła na tego wampira, to zakończyłoby się inaczej. Oczywiście, że mogła sobie tak gdybać, może gdyby jej brat był bardziej odpowiedzialny to nie mieliby tego problemu. - To może nam przystworzyć jeszcze więcej problemów, jak przy nas będzie zachowywał się tak, jak od niego oczekujemy, pozwolimy mu wyjść na zewnątrz i wtedy pokaże swoje prawdziwe oblicze. Nie chcę sprzątać jego syfu. - Wampiry miały swoje potrzeby, musiały jakoś sobie z nimi radzić. Wampir praktycznie nastolatek? Choćby chciała nie była skłonna stwierdzić, że będzie miał jasno określone zasady moralne. Nie ufała mu na tyle, żeby wierzyć w jego przemianę. Nie po tym wszystkim, co jej pokazywał. Nie mogli nad nim ciągle czuwać. Mieli swoje życia. Nie był ich dzieckiem, a bestią, z którą jakoś trzeba było zrobić porządek. Zaczęło to do niej docierać. Nie miała zamiaru zmarnować swojej przyszłości na opiekę nad wampirem, może było to nieco egoistyczne, ale Yaxley nigdy nie ciągnęło do tego by być najbardziej odpowiedzialnym członkiem swojej rodziny. Pragnęła wolności, a w ten sposób została ona okropnie ograniczona. Zabijała w niej spontaniczność, możliwości. - W takim wypadku może piątek rano. - Mogli założyć, że tak zrobią. Plany można było nieco zmienić, gdy Ambroise dostanie grafik, a dobrze było jednak mieć jakieś założenia. Musieli sprawdzić, jak wygląda chatka, szczególnie, że nie zamierzali jej sprzedawać. - To bardziej pozbycie się problemu niż próba zarobku. - Nie miała pojęcia, czy znajdzie się jakiś kupiec na to pogorzelisko, ale tak chyba było najprościej pozbyć się tego ciężaru. Skoro Roise i tak nie zamierzał tam wracać to wydawało się być najlepszą możliwością. Dzięki temu ominą problemy związane z załatwianiem tej całej papierologii i ktoś inny będzie musiał się tym martwić. - Devon brzmi dobrze. - Nie myślała o tym, gdzie właściwie chciałaby mieszkać. Było to dość spontanicznym rozważaniem, więc przystanęła na ten pomysł. Lubiła morze, chociaż zawsze bardziej ciągnęło ją do gór, ale nie chciała mieszkać gdzieś dalej, więc to nie było najgorszą możliwością. Całkiem malownicze tereny, gdzie na pewno by się odnaleźli. - Oczywiście, że nie będą. - Nie miała problemu z tym, aby stajnie znajdowały się z dala od domu, sama możliwość ich posiadania wydawała jej się już ogromnym plusem. Będzie mogła na miejscu zajmować się tym, co sprawiało jej przyjemność, ominą ją wycieczki do Snowdonii. - Tak, jak najbardziej, wszystko dla dobra koników. - Pokręciła przy tym głową, bo wiedziała, że to nie była główna przyczyna, Ambroise na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że znała jego podejście do zwierząt, przynajmniej tych kopytkujących, ale nie wspominała o tym teraz, nie było sensu. Grunt, że zgodził się w ogóle na to, żeby wydzieliła sobie gdzieś miejsce dla swoich zwierzęcych przyjaciół. RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.07.2025 Musieli być świadomi prawdy, czyż nie? Nieważne jak bardzo brutalna była, musieli to wiedzieć, znać realia, aby móc podejmować racjonalne decyzje. Te zaś malowały się coraz wyraźniej. Nie mogli dłużej poruszać się w świecie wyobrażeń na temat tego, co mogą zrobić dla Astarotha, skoro Astaroth nie robił nic dla siebie ani dla nich. Na dłuższą metę byłoby to wyniszczające dla wszystkich. To nie było poddawanie się. To nie był zawód. Nie było to także opuszczenie pola bitwy. Nie było to zostanie wyniesionym na tarczy, nawet jeśli żadne z nich jednocześnie nie miało z nią wrócić. Nikogo nie porzucali. Jedynie porządkowali fakty, które mówiły bardzo jasno. Nie mogli poświęcać się dla kogoś, kto jedynie ciągnął ich na dno. - Prędzej niż później ściągnęlibyśmy sobie problemy na głowę - stwierdził, przez moment spoglądając w niebo zasnute chmurami, przez które od czasu do czasu ledwo przebijał się księżyc. Było cicho. Nie było ani ciemno, ani jasno. Wokół nich panował półmrok. W powietrzu dało się wyczuć charakterystyczne nuty jesieni. Nie było jeszcze zupełnie zimno, jednak od morza zawierała chłodna, słona bryza. Gdzieś niedaleko nich fale obijały się o ostre, wysokie skały. Byli coraz bliżej docelowego miejsca. Psy hasały tuż przed nimi, raz za razem oddalając się i zbliżając. - Poręczyłem za niego wtedy, wiesz - powoli powrócił do tematu, biorąc głęboki wdech. - Sądziłem, że może usamodzielni się od twojej czy mojej pomocy. Że kiedy sam będzie odpowiedzialny za swoje dostawy, gdy zacznie robić samodzielne interesy, zajmie się czymś innym niż własne jazdy - teoretycznie to powinno mieć sens, prawda? - Brałem pod uwagę to, jak szybko zaczął bazować na przysyłanej krwi. Że potrzebował nie być twoim problemem. Mieć własne źródła - tak, dokładnie na tej, o którą starli się w Dolinie Godryka, co raczej oboje doskonale pamiętali. - I to, że jeśli coś się nie powiedzie. Jeżeli ich - celowo nie użył słowa mnie, choć właśnie to miał na myśli - zabraknie, znowu zacznie całkowicie opierać się na tobie. Szczególnie, gdy jego Kimi... ...nie bójmy się tego powiedzieć... ...nie wytrzymała presji. Nie chciałem, aby to nadal był całkowicie twój problem. Głodny wampir w domu. Nie przy wszelkim innym gównie, za które też byłem odpowiedzialny - tak, miał tę świadomość, bo obiecał być a go nie było, nie zareagował, nie wsparł Riny, kiedy go potrzebowała. Pluł sobie w brodę. Oczywiście, że sobie pluł, nawet jeśli wszystko ostatecznie jakoś się ułożyło. Nie do tego jednak zmierzał. Jego usta musiały opuścić znacznie bardziej trudne, ale zdecydowane słowa. - Będę zmuszony cofnąć moją protekcję - powiedział wreszcie; zwięźle i do celu, prawda? - Nie mogę ręczyć za niego, nawet nieoficjalnie - Geraldine wiedziała, co miał na myśli, więc nie czuł potrzeby wdawać się w zbędne szczegóły - gdy zachowuje się nie tylko niebezpiecznie, ale także nieracjonalnie - to było jasne, czyż nie? - Ma szczęście, bo wraz z ustaniem pożarów zmieniono lokalizację głównego wejścia na Ścieżki. Nie będzie w stanie wrócić tam sam. Nikt nie wykorzysta tego, że znalazł się tam zbłąkany, niedoinformowany wampir, za którego nikt nie odpowiada i za którym nikt nie stoi - kontynuował cicho, cholernie poważnie. - Ale jeśli jakimś cudem wpadnie na pomysł, żeby próbować korzystać z moich wpływów, aby osiągnąć coś tam albo na Nokturnie... ...musisz wiedzieć, że na to nie pozwolę. My nie możemy sobie na to pozwolić. To też musimy brać pod uwagę, zwłaszcza w tych czasach - zakończył z głębokim wdechem. Być może to wcale nie miało mieć miejsca. Z dużym prawdopodobieństwem mogli odesłać Rotha do ojca do Snowdonii. Jennifer miała załatwiać synowi krew. Wszystko miało ułożyć się dużo bardziej optymistycznie, ale jednocześnie należało także brać pod uwagę tę gorszą wersję. To, że Astaroth postanowi uciec z domu, że zapałęta się w niewłaściwe miejsce. Wtedy? Tak. Dokładnie tak. Nie mogli liczyć na to, że zachowując się dobrze w domu, Yaxley nie postanowi wyładować się na zewnątrz. Mógł narobić im naprawdę olbrzymich problemów. Szczególnie, gdy nie odpowiadał za własne zachowanie. Sytuacja po pożarach była napięta. Zarówno oficjalnie, jak i w półświatku. Nie potrzebowali dodatkowych trudności. Wystarczyło to, co miało miejsce. - W piątek rano wybierzemy się do Whitby, później możemy odwiedzić Londyn? Załatwić dwie sprawy za jednym zamachem? Myślę, że mimo wszystko, mieszkanie sprzeda się na pniu - nie, nie sądził, by to był nadmierny optymizm. Znał realia życia, więc wiedział, że po tragediach znajdowali się ludzie gotowi natychmiast ulżyć pogorzelcom, odciążając ich od problemów ze spalonymi mieszkaniami. Nie zamierzał korzystać z takich ofert. Nie miał dziesięciu lat, nie był naiwny ani zdesperowany. Jednakże zdecydowanie zamierzał wykorzystać sytuację do tego, aby pozbyć się ciężaru, jakim był zniszczony apartament. Tym bardziej, że wizja wspólnego mieszkania z kolegami przestała być dla niego tak kusząca jak wcześniej. - Zależy mi tylko, byśmy nie byli na tym zbyt wiele stratni - bardzo lekko wzruszył ramionami. - Kupując tereny poza miastem, zwłaszcza po tym, co stało się w stolicy, potrzebujemy jak najwięcej galeonów - stwierdził bez potrzeby owijania w bawełnę, bo tak to przecież wyglądało, nawet w przypadku zamożnych czarodziejów i czarownic. Jasne, Roise wywodził się z bogatego domu. Jego ród miał pieniądze. Nigdy nie cierpieli biedy, nie mieli potrzeby oszczędzać, nie znali pojęcia zbytku, jednakże jego własne podejście było pod tym względem nieco niestandardowe. Raczej wolał umiejętnie korzystać z rodzinnych zasobów, nie nadużywając dobroci ojca, który co prawda chętnie sypnąłby synowi złotem, ale nie o to przecież chodziło, czyż nie? Zbyt wiele razy widział, z czym wiąże się bycie uwiązanym do rodowego skarbca. Nazbyt często widział ludzi, którzy nie znali wartości pieniądza, szastając nim na prawo i na lewo. Tylko po to, żeby w najmniej oczekiwanym momencie spaść z piedestału i wywinąć salto przez drzwi. Był świadkiem wydziedziczeń albo odcięcia kurka od źródełka z forsą i tego, co wtedy działo się z tymi ludźmi. Dzięki temu stosunkowo szybko nauczył się dysponować własnymi pieniędzmi w taki sposób, aby nie szczędzić sobie dóbr, ale też nie przepierdalać wszystkiego, co sam zarobił. Raczej nie potrzebował odmawiać sobie niczego (no, może poza założeniem prywatnej praktyki), żył na naprawdę wysokim, dostatnim poziomie. Bez wsparcia Greengrassów, nawet jeśli z pewnością mogli zapewnić mu utrzymanie. Tyle tylko, że znał też realia. Z pewnością sporo osób pomyślało o opuszczeniu dużego miasta. Nie oni jedni wpadli na pomysł kupna posiadłości w sensownym dystansie od Londynu. Nie tylko oni mieli szukać nowego stałego domu. Potrzebowali zatem całego kapitału, jaki tylko mogli mieć. Sprzedaż spalonego mieszkania była w tym wypadku dosyć istotna. Może nie miała odbyć się z zyskiem, ale z jak najmniejszą stratą już tak. I nie, nie brał pod uwagę wysokiego statusu majątkowego jego dziewczyny. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, jakimi funduszami dysponowali Yaxleyowie. Wiedział o tym od wielu lat, jednak to nie było dla niego praktycznie żadną opcją do rozważenia. Chciał ożenić się z Geraldine, założyć z nią oficjalny dom, dać jej wszystko, na co zasługuje. Samodzielnie. Co najwyżej z równym, partnerskim wkładem. Nie chciał korzystać z nadmiernej ilości wsparcia ze strony któregokolwiek z rodów. Zamierzał radzić sobie jak zwykle. Nawet jeśli pożary wpłynęły na wartość rynkową jego własności. Nawet jeśli to oznaczało jeszcze dalsze odsunięcie marzeń o prywatnej praktyce. Kiedyś miał ją otworzyć. Teraz jego plany na powrót przedstawiały się inaczej. Nie, nie liczył już na mityczny awans w Mungu. Nie to trzymało go teraz przy etacie w szpitalu. Nie był już aż takim marzycielem. Dostrzegał to, co mu obiecywano a co najpewniej nigdy nie miało mieć miejsca. Jednakże mógł tam pracować jeszcze przez jakiś czas. Jego priorytety były jasne. I to przez nie wyraził zgodę na... ...konie. Cholerne konie. - Mhm. Jasne - odparł, choć w jego głosie ani przez moment nie wybrzmiało jakiekolwiek przekonanie. - Devon ma odpowiednio duże posiadłości na sprzedaż. Z pewnością będą tam... ...szczęśliwe - nawet się przy tym nie wzdrygnął, co było sukcesem, nie? RE: [13.09.1972] and I, at the door between worlds || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.07.2025 - Mam nawet wrażenie, że prędzej, niż później. - Nie mogli udawać, że było inaczej. Nie należeli do osób, które zakrzywiały rzeczywistość, raczej widzieli świat taki, jaki był naprawdę. Nie wypadało optymistycznie zakładać, że Astaroth nagle zmieni nastawienie, coś go trafi i się ogarnie. Nie po tym, co prezentował przez ostatnie miesiące. Nie chciał zmiany, nie zamierzał próbować odmienić swojego życia, raczej pozwolił się sobie zatracić w tym swoim dramacie i ignorował osoby, które chciały mu pomóc. - Najwyraźniej wolał zatracać się w tym całym gównie. Dostał swoją szansę, nie wykorzystał jej. - Każdy miał jakieś granice, nie mogli co chwilę próbować pomagać mu w inny sposób. Nie, gdy możliwości zaczynały się kończyć, starali się to robić na różne sposoby, ale to nic nie dało. Nie chciał zmian, najwyraźniej dobrze mu było w tej rzeczywistości, w której się znalazł. Gdyby tylko spróbował przecież już dawno mógłby się ogarnąć, ale do tego potrzeba było chęci, których mu brakowało. Yaxley nie zamierzała w nieskończoność podejmować kolejnych prób, nie mogła się skupiać tylko na swoim młodszym bracie, nie była przecież za niego odpowiedzialna. Nie mogła na tym tracić, zresztą nie była w stanie mu pomóc, nie po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło. Był to najwyższy czas, aby zająć się sobą, może było to egoistyczne, ale przecież próbowała, nie mogła tego robić bez końca, nie chciała marnować swojego życia na pomoc komuś, kto tego nie chciał. - Chyba tak mu było po prostu wygodniej, wiesz? Zrzucać wszystko na mnie. Skoro nie chciał zacząć radzić sobie sam, mimo tego, że miał taką możliwość. - Nie do końca też pozostał zostawiony sam sobie, skoro Ambroise za niego poręczył. Znowu miał dużo łatwiej niż wszyscy inni, a jednak nie wykorzystał tego w odpowiedni sposób. Marnował swoje nieżycie, ale czy to ona powinna się tym przejmować? Wiedziała, że często brała za dużo na swoje barki i to był chyba moment w którym wolała odpuścić. Geraldine ostatnio nieco zmieniła swoje podejście, zaczynała myśleć o swoim własnym szczęściu, przez wiele lat bowiem stawiała innych przed sobą i to był moment, w którym zamierzała przestać to robić. Czas najwyższy. - Nie dziwi mnie to specjalnie, lepiej, żebyś to zrobił, bo nikt nie może być pewny, co zrobi. Nie panuje nad sobą, nie sądzę, żeby szybko miało się to zmienić. Nie działa logicznie. - Zresztą sama wczoraj miała szansę przekonać się o tym na własnej skórze. Zachowywał się irracjonalnie, atakował ją - jedną z nielicznych osób, która dawała mu szansę, która wyciągała do niego dłoń i chciała mu pomóc. - Nie chcę ponosić odpowiedzialności za jego czyny, Ty też nie powinieneś brać tego na siebie, nie możemy pozwolić, by popsuł to, co budowałeś przez lata. - Kontakty bardzo łatwo było stracić, jeden nieodpowiedni ruch mógł zniszczyć lata podchodów i starań. Zdecydowanie nie mogli sobie na to pozwolić. Najlepszą opcją będzie poproszenie ojca o wsparcie, wiedziała, że Gerard jej nie odmówi, bo zawsze mogła liczyć na jego pomoc. Rodzice będą mogli zapewnić Astarothowi wszystko, czego potrzebuje i mieć na niego oko. Przestanie być jej problemem, może wtedy się ogarnie, dotrze do niego coś więcej, czasem nie dało się obejść bez ultimatum, którym w tym wypadku było odesłanie do Snowdonii. - Tak będzie najlepiej, skoro już się stąd ruszymy to załatwmy wszystko od razu. - Później będą mogli wrócić do odpoczywania, póki jeszcze mieli chwilę na to, by spędzać czas za miastem. Nie mogli jednak ignorować tego, co działo się w Londynie, czy w Whitby, za kilka dni mieli wrócić całkowicie do normalności. Mniej ich to zaboli jeśli zaczną się do tego przygotowywać. - Wiesz, że galeony to nie problem. - Geraldine chomikowała fundusze przez lata, nigdy nie należała do szczególnie rozrzutnych osób, miała tendencje do odkładania horrendalnie wysokich sum pieniędzy, bo nigdy nie miała za bardzo pomysłu na to, w co inwestować swój majątek. Yaxleyowie byli paskudnie bogatą rodziną, a do tego ona sama dorobiła się naprawdę wiele. Był to odpowiedni moment, aby ruszyć to, co udało jej się zaoszczędzić przez lata. Zresztą czekała na taki moment. Zdawała sobie sprawę z tego, że Roise może nie pozwolić na to, aby była ich głównym sponsorem, ale jakoś to obejdą, szkoda by było, żeby się hamowali skoro mieli ogromne możliwości. Podobało jej się to, że tym razem podchodzili do tego nieco inaczej, mieli miejsce, o którym nikt nie wiedział, teraz jednak mieli mieć wspólny dom, który stałby się ich oficjalną siedzibą, to była zmiana w stosunku do tego, co mieli kiedyś. Zresztą wyjaśnili sobie już wszystko, teraz faktycznie zaczynali wspólną drogę, z której jak ustalili nie było już odwrotu. Mieli doświadczenie, wiedzieli co powinni robić, czego nie, więc dużo łatwiej było im rozważać to wszystko. - Wszyscy będą tam szczęśliwi. - Devon nie znajdowało się szczególnie daleko, ale jednak nie tuż przy Londynie, to chyba był naprawdę świetny pomysł, aby kupili coś w tej okolicy. |