![]() |
|
[28.09.1970 Woody & Ceolsige] What is in the box? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [28.09.1970 Woody & Ceolsige] What is in the box? (/showthread.php?tid=4958) Strony:
1
2
|
RE: [28.09.1970 Woody & Ceolsige] What is in the box? - Ceolsige Burke - 10.07.2026 Gdy dłoń Woody’ego spoczęła na ciężkim wieku, Ceolsige uniosła nieznacznie podbródek, puszczając z ust drobną, rwaną chmurkę szarego dymu. Jej wzrok, dotąd chłodny i skupiony na dopiero co uśpionym mechanizmie rygli, przeniósł się na powoli uchylającą się szczelinę. Metalowe zawiasy skrzyni wydały z siebie długi, przeciągły jęk. Wraz z uniesieniem pokrywy, oczom obojga ukazało się wnętrze, które stao w wyraźnym kontraście do stanu zewętrza pojemnika. Światło nienaturalnie leniwie wlało się do środka, załamując się na powierzchni lśniącego, purpurowego aksamitu. Delikatny, luksusowy materiał pokrywał skrupulatnie każdą ściankę, dno oraz wewnętrzną stronę wieka, ułożony w miękkie, mięsiste poduszki. Całość, dopełniona misternym, złotym haftem przedstawiającym więdnące pąki róż, budziła jednoznaczne, nieco makabryczne skojarzenia. Gdyby nie jej głębokość, kufer mógłby bez trudu służyć za ekstrawagancką trumnę. Wymiarowo może pomieściłaby nastolatka lub ciało drobnej kobiety. Zamaist jednak kleojnotów, kosztowności, antyków czy ludzkiego ciała skrzynia zawierała tylko drobą postać. Łatwą do pomylenia ze zniszczoną lalką. Było to jednak ciało skrzata domowego. Istota leżała rozciągnięta na brzuchu, z wątłymi ramionami podłożonymi pod lekko przechyloną głowę, sprawiając wrażenie pogrążonej w głębokim, bezpiecznym śnie. Ubrany był w niezwykle krótką sukienkę, która przy bliższym przyjrzeniu wyglądała jak naprędce przerobiony rękaw ciemnej szaty, ozdobiony karminowymi wzorami przypominającymi tańczące, drapieżne płomienie. Wnętrze skrzyni przez długie uderzenie serca pozostawało zupełnie nieruchome. Skrzat leżał tak cicho, że przez moment mógł wydawać się martwy. Dopiero nagłe, krótkie chrapnięcie przerwało tę ciszę. Istota gwałtownie nabrała powietrza w płuca, a jej wielkie, piwne oczy zatrzepotały, otwierając się szeroko. W tym samym ułamku sekundy, jakby wraz z przebudzeniem uwolniony został zamknięty dotąd prąd powietrza, z wnętrza skrzyni buchnął dziwny, ciężki aromat. Zapach egzotycznych, słodkawych kwiatów zmieszał się z wyraźną, korzenną nutą wilgotnej gleby, mieszając sie w powietrzu z zapachem tytoniu i aromatami pomieszczenia. Skrzat domowy gwałtownie wyprostował ręce, unosząc wątły tułów do siadu. Z jego twarzy, dotąd spokojnej, wykwitł wyraz wręcz komicznej paniki. Wyjrzał ponad krawędź aksamitnego obicia, mrugając kilkukrotnie na widok rosłej sylwetki Woody'ego, po czym z jego ust wyrwało się roztargnione, pełne lęku mamrotanie, skierowane do samego siebie. - Pan będzie bardzo niezadowolony… Bardzo niezadowolony… Zanim którekolwiek z nich zdołało zareagować, małe stworzenie poderwało się na równe nogi. Wspierając się kościstą dłonią o rzeźbioną krawędź kufra, zwinnie wyskoczyło na zewnątrz. Jednak jego bose stopy nigdy nie dotknęły wilgotnej podłogi piwnicy Rejwachu. W połowie lotu, tuż nad deskami, powietrze wokół niego drgnęło, a uszy obecnych uderzyło głuche, implodujące pyk, pozostawiając po uciekinierze jedynie powoli opadający pyłek i smugę zapachu ziemi. Ceolsige przeniosła spojrzenie na gospodarza. Widok Tarpaulina triumfalnie machającego różdżką z nadzianą na nią wełnianą skarpetą wywołał na jej twarzy wyraz głębokiego, choć nieco powściągliwego rozbawienia. Lewy kącik heracianych ust uniósł się ku górze. — Doprawdy, panie Tarpaulin — zaczęła, a jej głos, niski i melodyjny, potoczył się po ceglanych ścianach piwnicy z dystyngowaną gracją. — Gdyby uprzedził mnie pan, że pański Rejwach skrywa tak… ekstrawaganckie formy darmowej siły roboczej, ubrałabym się zdecydowanie mniej oficjalnie. Choć muszę przyznać, że stylizacja tego małego uciekiniera była nadzwyczaj… płomienna. Zoperowała dłonią nad etui, metodycznie układając narzędzia na ich miejsca. Metaliczne, czyste stuknięcia instrumentów o siebie brzmiały nadzwyczaj spokojnie w opustoszałym nagle pomieszczeniu. Gdy ostatnie szczypce zniknęły w przegródce, zwinęła rulon i zabezpieczyła go rzemieniem, dbając, by pył z sody i octu nie pobrudził jej długiej, czarnej spódnicy. Odwróciła głowę w stronę Woody'ego, przesyłając mu jeden ze swoich najbardziej profesjonalnych, a zarazem ujmujących uśmiechów. Uśmiech ten, w połączeniu z lekko przechyloną głową, sprawiał wrażenie obietnicy doskonałego interesu. — Ponieważ to ja zostałam wyznaczona do rozwikłania tej skomplikowanej zagadki rygli, czuję się w obowiązku… zaopiekować się tym porzuconym meblem. Chętnie odkupię od pana tę skrzynię, panie Tarpaulin. Oczywiście za uczciwą, partnerską cenę, która w niczym nie ustępowałaby innym potencjalnym ofertom. Koniec sesji
|