![]() |
|
[13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4980) |
RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.07.2025 To była nawet całkiem pozytywna refleksja. Dobrze było wiedzieć, że w ich świecie nie wszystko zwykło gwałtownie się zmieniać. Niektórzy ludzie nadal pozostawali tacy sami. To bez wątpienia świadczyło o sile ich charakteru i tych najmocniejszych, najbardziej wyrazistych cechach. Geraldine była uparta. Cholernie uparta. Dokładnie tak jak on. I chociaż czasem ścinali się pod tym względem, ta stałość w gruncie rzeczy była naprawdę dobra. Dobrze było ją odzyskać. - No dobrze, zamiast flądry, możesz być... ...hm... ...rozgwiazdą? - Zasugerował z całą premedytacją, nawet jeśli to ten wspomniany przez nią rekin zdecydowanie dużo bardziej pasował do Geraldine. Nie mógł jednak nie rzucić czegoś od siebie. Niekoniecznie wyjątkowo pasującego, będąc tego zupełnie świadomym, ale w tym momencie pijąc do jednego z nieoczekiwanie znanych przez siebie faktów o rozgwiazdach: niektóre miały naprawdę niezłe tyłki. Poza tym naprawdę przyciągały wzrok, nawet jeśli ich faktyczna rola w podwodnym ekosystemie była raczej... ...no cóż, niezbyt dobrze wiedział, jaka. Mogli oglądać dziesiątki, jeśli nie setki odcinków dokumentów o morskim i oceanicznym życiu podczas chwil spędzonych w domu nad morzem, ale przyswajanie wiedzy na temat wodnej fauny nigdy nie było czymś, co Ambroise robił niemal bez użycia świadomości. W przeciwieństwie do flory, o której już miał znacznie więcej wiedzy. Ta przychodziła mu praktycznie samoistnie. Był w stanie wyciągnąć z dupy (może nie rozgwiaździej) informacje na temat jakiejś rośliny tylko dlatego, że kiedyś miał z nią przelotny kontakt albo mgliście zapamiętał coś z literatury lub opowieści. W przypadku zwierząt to jednak nie działało już tak łatwo. Jednakże co nieco z pewnością wiedział o rekinach. Na tyle, żeby w tym momencie mrugnąć raz czy dwa, leciutko kręcąc głową w wyrazie pobłażliwości. Doskonale to opisała. Oczywiście, że chciała być przerażająca. Choć może raczej była to kwestia respektu, jaki tym wywoływała. A temu z pewnością nie dało się zaprzeczyć. - Niech ci będzie, jesteś rekinem - kiwnął wreszcie głową, nieznacznie wydymając wargi w wyrazie zastanowienia. - Wobec tego, czym ja jestem? - Musiał o to spytać, zwyczajnie musiał. Doskonale pamiętał te wszystkie momenty, gdy dostrzegał efekt, jaki Geraldine miewała na ludzi dookoła niej. Nawet tamtej pamiętnej nocy w szpitalu, znaczna część personelu rzeczywiście bała się konfrontacji. O ironio, tej samej, która nigdy nie nadeszła, bo nie było ku temu żadnych podstaw. Cóż, po prawdzie, sporo kwestii związanych z odbiorem przez otoczenie ich nie miało. On sam poniekąd wpadł w dokładnie tę samą pułapkę. Tyle tylko, że znacznie później. Wiele lat po tamtym wieczorze. I, o ironio, mimo tego, że przecież znali się lepiej niż ktokolwiek. Znał ją. Mimo to, pozwolił sobie uwierzyć w plotki zamiast włożyć to wszystko między bajki. Tak, to nie była najbardziej błyskotliwa reakcja. - Myślałem, że nie potrzebujesz niczyjej opieki? - Wypalił praktycznie od razu, oczywiście, że zamierzając wykorzystać możliwość, jaką mu dała. To nie była pierwsza okazja, przy której łapał dziewczynę za słówka. Ostatnia z pewnością też nie. Po prawdzie mówiąc, naprawdę lubił to robić. Na tyle mocno, że nie przeszkadzało mu robienie tego również w drugą stronę. Tak, to zdecydowanie był obusieczny miecz. A on ani myślał przestać z niego korzystać. Prowokowała go, tak? On o tym wiedział, ona także zdecydowanie zdawała sobie sprawę z tego, co robi. Dostrzegał to w jej twarzy. W wyrazie oczu, które w tym świetle przybrały zadziwiająco ciemny, wręcz burzowy kolor. O czasu do czasu błyszcząc przy tym, gdy światło zamglonego księżyca padało na twarz Yaxleyówny. Lub jak teraz: kiedy lśniły same z siebie z powodu satysfakcji, jaką czerpała, myśląc, że go zagięła. Otóż nie. Ta rozgrywka jeszcze wcale nie zbliżała się do końca. Nie, skoro miał całkiem sporo do powiedzenia. Chrząknął cicho, kląskając językiem o podniebienie. W dalszym ciągu odwzajemniał spojrzenie, ani myśląc odwracać wzrok czy nawet mrugać, choć odrobinę zaczynały piec go oczy. Nie, nie miał zamiaru wypowiadać niczego, co mogłoby być choć trochę zbliżone do tego, co mu powiedziała. Ani myślał. - Najwięcej, co mogę zrobić to uścisnąć mu dłoń na powitanie - stwierdził, nie dodając oczywistego bierz to lub nie, które wybrzmiało samoistnie. To i tak była dosyć mocna zmiana względem ostatnich miesięcy, kiedy wyłącznie wymuszenie kiwał głową w kierunku przyjaciela dziewczyny, raczej nie szukając okazji do tego, by porozmawiać. Jasne, mieli ze sobą całkiem sporo tematów. W przeszłości nawet lubił tego człowieka. Z czasem zaczął jednak pałać do niego na tyle znaczącą niechęcią, że nie zamierzał próbować odnawiać kontaktów i próbować osiągać porozumienia. W tamtym czasie wydawało mu się to wręcz wyjątkowo odstręczające. W takich kwestiach miał raczej naprawdę nikłą cierpliwość i krótki lont. Będąc święcie przekonanym (i regularnie przekonywanym), że od pewnego momentu mógł dopisać wspólną kobietę do łączących ich spraw, umyślnie trzymał się z dala od sytuacji mogących poskutkować otwartym konfliktem. W końcu nie odpowiadał wyłącznie za siebie. Musiał mieć na uwadze dobre imię całej rodziny. Był synem głowy rodu. Najstarszym dzieckiem Thomasa Greengrassa, który być może dawał mu nawet nazbyt szeroką, momentami nieco olewaszczą swobodę, ale raczej nie byłby zadowolony z publicznego przedstawienia tego typu. Ambroise zatem wyjątkowo pilnował się swoich założeń o chłodnym dystansie. Nie szukał okazji do konfrontacji. Może nie unikał jej w ostentacyjnie widoczny sposób, ale zdecydowanie nie zachowywał się zgodnie z rzekomymi założeniami przyjaciela. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej dystansował się od wszystkiego, co w środku zżerało go do cna. Całe szczęście, mieli to już za sobą. Nie bez przebojów, szczególnie wtedy, gdy czara goryczy gwałtownie przelała się z obu stron. Ostatecznie trudno byłoby powiedzieć, że nie wyszło im to na dobre. Ot, ironia losu. Wyrzucając z siebie większość wyrzutów, dosyć mocno oczyścili atmosferę. Fiksowanie się na bezsensownej niechęci do Erika byłoby skrajnie głupie, nawet jeśli w dalszym ciągu nie zamierzał się z nim zaprzyjaźniać. Miał dosyć wąskie (choć paradoksalnie i tak nietypowo szerokie, jak na swoje standardy z przeszłości) grono najbliższych mu ludzi. Nie czuł potrzeby, aby to zmieniać. Nawet teraz, kiedy teoretycznie ta grupa nieoczekiwanie się pomniejszyła. Potrzebował zaufanych ludzi, nie usilnego kumplowania się z kimkolwiek, kogo lubili jego najbliżsi. Nawet Geraldine, która cholernie dużo dla niego znaczyła. Zdecydowanie mogli mieć wspólnych przyjaciół. Dokładnie tak samo jak tych indywidualnych, z którymi druga strona nie czuła potrzeby trzymać zbyt blisko. To było dosyć zdrowe podejście. Dla każdego zaangażowanego. Bez cienia wątpliwości. Poniekąd gdzieś w głębi duszy podziwiał przy tym Corneliusa za wyjątkową wyrozumiałość wobec dwojga przyjaciół, bo jako ich wspólny kumpel bez wątpienia przeżył całkiem sporo przez te ostatnie półtora roku. - Mhm - uśmiechnął się pod nosem. - Nauka przez praktykę bywa przydatna - przyznał bez cienia zawahania, nadając tym słowom dokładnie tak autoironiczny wyraz, jaki prawdopodobnie powinny mieć, biorąc pod uwagę to, co działo się w ostatnich miesiącach. Rzecz jasna, sam także twierdził, że potrafi uczyć się na błędach. Zdecydowanie był w stanie wyciągnąć wnioski z tego, co przynosiły mu niektóre decyzje czy zachowania. W innym wypadku nie byłby w stanie brać odpowiedzialności za ich efekty finalne. Tyle tylko, że pozostawała przy tym jeszcze jedna drobna kwestia. Było nią analizowanie samych pobudek, podstaw tychże reakcji, z czym bez wątpienia miewał... ...no, może nie problem. Przynajmniej w znacznej mierze nie uważał tego za kłopotliwe dla siebie. A więc pewne trudności? Wyzwania? Tak, bez wątpienia autorefleksja stanowiła dla niego pewne wyzwanie. Nie dlatego, że nie umiał tego robić. Przez to, że nie zawsze chciał aż tak głęboko wnikać w to, dlaczego robił to, co robił. Nie lubił być podatny. Nienawidził przyznawać się do własnej słabości. W dużej mierze był to z pewnością skutek dosyć chłodnego, analitycznego wychowania. Środowiska pełnego naukowców, badaczy i wykształconych ludzi. Bliskich mu osób, pośród których nie było zbyt wielu równolatków Ambroisa. Nawet wśród rodziny matki, wychowywał się głównie ze starszymi od niego kuzynkami. Z uwagi na to, bycie uczuciowcem nigdy nie wchodziło w grę. Wystarczyło, że trochę zbyt mocno odsłonił swoje uczucia, okazując te bardziej wrażliwe emocje, aby usłyszeć co najmniej jeden niezbyt przychylny komentarz o byciu mężczyzną, nie płaczliwym chłopczykiem. Miał być mocny, odpowiedzialny, decyzyjny. Nie słaby i podatny. Nic więc dziwnego, że ziarno rzucone na odpowiednio przygotowany grunt wyrosło w oczekiwany sposób. Może nawet trochę za mocno wybujały, momentami z nieco niekontrolowanym dalszym rozrostem. Jasne, trzymał się w ryzach. Szczególnie w ostatnich latach, kiedy sam zaczął dostrzegać niezdrowość niektórych systemów obronnych. Tyle tylko, że wymagało to od niego naprawdę dużych nakładów energetycznych. Przez wiele lat rzeczywiście wkładał je w to, aby być jak najlepszym partnerem. Nie, nie człowiekiem. Partnerem. Nie uważał się za dobrą osobę, nie względem większości ludzi, na których zupełnie mu nie zależało. Miał swoich ludzi, jego bliskich, dla których rzeczywiście dałby się pokroić. W przypadku innych osób, najbardziej przyjacielską rzeczą, na którą było go stać było prawdopodobnie pomaganie im jako uzdrowiciel. Otaczanie ich medyczną opieką, dobieranie względnie neutralnych słów, aby przekazywać im informacje, nawet te najtrudniejsze. Niewiele więcej. Zdecydowanie oddzielał od siebie te dwie płaszczyzny. Domowe, rodzinne i przyjacielskie życie od tego, w jaki sposób nosił się na co dzień. W jaki sposób wyglądała jego publiczna persona. Dosyć chłodna, zdystansowana i stanowiąca coś na kształt przeciwieństwa tego, kim był, gdy nie potrzebował tych wszystkich osłon. Kiedy mógł pozwolić sobie na wieczór taki jak ten. Na ściśnięcie dłoni Yaxleyówny i uśmiech, jaki jej posłał. - Mamy wręcz nietypową zgodność - powtórzył to, co w ostatnim czasie padało już raczej w formie żartu niż potwierdzania prawdy. Tak. Mieli ją. To była naprawdę dobra konkluzja. Tyle tylko, czy rzeczywiście była aż taka nietypowa? Względem ostatniego niechlubnego okresu: z pewnością. Ale dotychczasowego życia? RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.07.2025 Nie dało się ukryć, że Yaxley pod tym względem się nie zmieniła. Zresztą nie była to nigdy cecha, którą uważała za jakąś szczególnie przeszkadzającą. Była uparta, stawiała na swoim, no i co z tego? Nie miała oporów przed tym, aby bronić swojego podejścia, czy poglądów, może nie zawsze było to zdrowe, ale przynajmniej nie była chorągiewką fruwającą na wietrze. - Zostaję przy rekinie i nie biorę innych opcji pod uwagę. - Wydawała się być bardzo pewna swojego własnego porównania i zdecydowanie nie chciała od niego odchodzić. Mógł z tym zrobić co chciał, chociaż tak naprawdę gdyby po prostu je zaakceptował, bo nie było innej możliwości. Skoro już tak sobie ujebała to miało tak być. Nie nadawała się na rozgwiazdę, nie była szczególnie kolorowa, nie zachwycała oczu, zdecydowanie nie była przykładem rozgwiazdy, nawet jeśli miała całkiem niezły tyłek. - To proste, Ty jesteś ośmiornicą. - Roise potrafił się kamuflować i czekać na idealną okazję, aby zaatakować. Nie mogła wybrać innego zwierzęcia, był ośmiornicą, która potrafiła w idealnym momencie wyciągnąć swoje macki po to, aby zaatakować tego, na kogo polowała. Nic trudnego, całkiem łatwo przyszło jej znalezienie tego dopasowania. - To zależy, są sytuacje w których mi się przydaje. - Wiedziała do czego zmierzał. Niby ze wszystkim radziła sobie sama, ale bywały momenty, w których wolała odczuwać wsparcie, najlepiej takie tuż obok siebie, z którego mogła skorzystać w każdym momencie. Tym był dla niej Erik podczas spędów czystokrwistych. Ambroise mógł to traktować lekko, ale Geraldine doceniała jego obecność i towarzystwo, pomimo swojego standardowego podejścia, że jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim sama i nie brak jej samodzielności. Pośród tych wszystkich hien to wcale nie było takie proste. - Jak na Ciebie to i tak dosyć sporo, musisz jednak być przygotowany na to, że ja nie będę taka obojętna. - Nie zamierzała radykalnie zmieniać swojego podejścia do Longbottoma, naprawdę za nim przepadała i nie chciała się od niego dystansować. Naturalne wydawało jej się pozostanie w bliskich kontaktach, nawet jeśli jej chłopak nie był z tego powodu szczególnie zadowolony, musiał jej wybaczyć. - Tak naprawdę, moim zdaniem jest najlepsza, nic tak nie działa na wyobraźnie jak to, kiedy sam dostaniesz po dupie. - Było to całkiem proste, jeśli raz się sparzysz, to pamiętasz o tym, kolejny raz nie popełnisz tego samego błędu. Yaxleyówna przynajmniej starała się ich unikać, bez względu na to, czego by nie dotyczyły. Wiedziała, że ludzie mieli różne podejście, niektórzy nie zauważali własnych potknięć - trochę im współczuła. Obwinianie innych za swoje niepowodzenia nie było najlepszą opcją, zresztą sama miała raczej tendencje do brania wszystkiego na siebie. To wydawało jej się bardziej logiczne, dzięki temu mogła pracować nad sobą samą. - Czu ja wiem, czy taką nietypową, mam wrażenie, że ostatnio okropnie łatwo przychodzi nam odnajdywanie punktów wspólnych. - Przez ten tydzień naprawdę wiele razy padło między nimi to, że się ze sobą zgadzają, nie było to wymuszone, po prostu tak było - zresztą, czy faktycznie powinna się nad tym zastanawiać, mieli dość podobne charaktery, podobne podejścia do większości spraw, byli do siebie dopasowani. Już w to nie wątpiła, to wydawało się raczej oczywiste i dobrze, że się z tym pogodzili. Naprawdę miło było siedzieć tak po prostu, z dala od całego świata, łapać się za ręce i dochodzić do wspólnych wniosków. Tym razem bez zbędnych przepychanek, bez udowadniania sobie nawzajem kto ma rację. Naprawdę cieszyło ją to, że znowu spoglądali w jedną stronę, dużo bardziej zjednoczeni niż wcześniej. Nie wydawało jej się, aby ktokolwiek, albo cokolwiek mogło to popsuć, nie tym razem. Zbyt dobrze wiedzieli na czym im zależało. Zresztą nie bez powodu Yaxleyówna postanowiła przerzucić problem związany z bratem na rodziców, nie dość, że nie radziła sobie z nim najlepiej, to po prostu czuła, że to była pora, w której powinni zająć się sobą, skupić się na tym co odzyskali. RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.07.2025 Cóż, nie zamierzał kłócić się o hipotetyczną zwierzęcą formę, jaką mogłaby przyjmować jego dziewczyna. Warto byłoby dodać, że gdyby nie została skunksem. To też z pewnością było istotne. W końcu miał przed sobą animaga. I to nie byle jakiego, choć tak właściwie, naprawdę szczerze mówiąc, nie miał zbyt wielu okazji, aby oglądać popisy Geraldine w tym wydaniu. Nie mieli ku temu zbyt wielu okazji. Szczególnie, że wedle jego wiedzy, Rina była niezarejestrowanym, zatem nielegalnym animagiem. A oni nie zwykli ze sobą współpracować w zakresie pokątnych interesów. Co prawda to zapewne miało ulec zmianie wraz z upływem czasu. W końcu nawet zaczęli o tym rozmawiać. Tyle tylko, że potrzebowali odłożyć te tematy na później. Ta noc natomiast zdecydowanie nie powinna być przeznaczana na takie dyskusje. Potrzebowali odprężenia i odpoczynku. Głupich gadek o morskich zwierzętach, scenariuszy nie do spełnienia. Tymczasowego oddalenia od rzeczywistości. I chyba nawet całkiem nieźle im to wychodziło. Przynajmniej jak na jego standardy. - Ośmiornicą, powiadasz? - Powtórzył bez większego przekonania po dziewczynie, przypatrując jej się kątem oka, z niewiele mówiącą miną. Jasne, nie uważał, że to może być jakaś starannie zawoalowana obelga. Całe szczęście, opuścili już te wody. Nie potrzebowali używać porównań mających godzić w nerwy tej drugiej strony, ale... - Czemu akurat ośmiornicą? - Być może nie powinien o to pytać, ale z drugiej strony, dlaczego nie miałby tego robić? W końcu próbował pojąć tok myślenia Yaxleyówny, a że niespecjalnie znał się na podwodnych stworzeniach, nie mógł tego zrobić w tak łatwy i instynktowny sposób jak w przypadku rekina, którym miała być jego dziewczyna. Nie znał ośmiornic. Tak po prawdzie, kojarzyły mu się wyłącznie z mackami. Natomiast macki... ...cóż. Nie potrzebował tego mówić, czyż nie? Wystarczył sam uśmieszek, jaki pojawił się na jego ustach. Ten, który zadrżał w ich kącikach. O dziwo, nie znikając, gdy przeszli do tematu, który zwykł go wkurwiać. Teraz bezwiednie zaczął przyjmować inną, właściwszą narrację. Nie potrafiąc nie podpuszczać Riny, łapiąc ją za słówka, lecz z pewnością robiąc to w dostrzegalnie rozbawiony sposób. Nie po to, aby faktycznie ją rozdrażnić. W żadnym wypadku. Niezależność, prawda? Oczywiście, że zdawał sobie sprawę z tego, że chęć udawania się z Longbottomem na te wszystkie spędy nie wynikała z potrzeby tego, aby ktokolwiek osłaniał ją przed otoczeniem. Znacznie łatwiej było pojawiać się we dwoje z kimś, komu się ufało. Dodatkowo dzięki temu nikt nie próbował swoich sił w wymuszonych swatach. Nie wciskał osób towarzyszących. Nie wymuszał, nie próbował żadnych dziwnych zagrań. Tak, wiedział to, bo te wszystkie mechanizmy na ogół działały niemal tak samo. W istocie doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co Rina miała na myśli. Świadomie wybierał to, by ją podpuszczać. Zwłaszcza teraz, gdy mógł sobie na to pozwolić, bowiem ich relacja zaczęła wracać na właściwe tory. - To zależy - skwitował wzruszeniem ramionami, nie zamierzając ani nakłaniać Geraldine do zmiany zdania (i tak nie zrobiłaby nic, czego nie chciała), ani usiłować ukrywać tego, że mimo wszystko niektóre rzeczy miały być dla niego raczej średnio dopuszczalne. Wiedziała to. Nie mogła mu się dziwić, czyż nie? Tym bardziej, że poniekąd wcale nie zamierzał w jakimś znacznym stopniu odbiegać od nastawienia znanego im obojgu. Tego samego, które miał przed laty, zanim sytuacja eskalowała w niezbyt przyjacielskim kierunku. Nigdy nie dyktował Yaxleyównie, z kim dziewczyna może a z kim nie może się zadawać. Co najwyżej wyrażał swoją opinię na temat danej osoby, przy czym także nie zwykł korzystać z niektórych słów mogących brzmieć jak otwarte zakazy i nakazy. No, poza tamtą bardzo konkretną grupą ludzi na samym początku ich związku. Tych z sabatu, co do których unikania uważał, że powinna go posłuchać. Doskonale pamiętał kłótnię, jaką zaliczyli podczas tamtego wieczoru, ale mimo wszystko miał nadzieję, że wzięła sobie do serca jego ostrzeżenia. Nawet, jeśli nie weryfikował tego faktu. Ufał jej, czyż nie? Była dorosła. A on mógł lubić trzymać rękę na pulsie, jednak zdecydowanie daleko było mu do kontrolującego partnera. Nie. Jeśli chciała trzymać się blisko Longbottoma, nie zamierzał jej tego zabraniać. Abstrahując od skuteczności podobnych zabiegów, która byłaby w tym wypadku raczej niska. Yaxleyówna była równie uparta, co on sam. Nie planował mówić jej, co powinna a czego nie powinna. On zdecydowanie potrzebował czasu, aby zdystansować się od tamtego błędnego przekonania. Nie zamierzał również robić z Erika kogoś na kształt tego, kim Cornelius został dla Geraldine. Raczej nie widział zbyt wielu szans na wielką przyjaźń, ale nie zamierzał zachowywać się jak kawał chuja, jeśli nikt nie dałby mu do tego powodu. Były jednak pewne nieprzekraczalne granice, które sam respektował i (co Rina z pewnością wiedziała) których poszanowania oczekiwał także od swojej dziewczyny. Od kogoś, kto był mu naprawdę cholernie bliski. Kogo kochał i szanował. Komu ufał. W przeciwieństwie do Longbottoma, bo... ...no cóż. Czy ktokolwiek tak naprawdę dziwiłby się tej myśli? Czy była na świecie jakakolwiek osoba, zwłaszcza płci męskiej, która mogłaby nie wiedzieć, dlaczego Ambroise potrzebował podkreślić, że nie wszystkie zachowania miały mu pasować? Nie, naprawdę nie sądził. Nie miał niemal żadnych ale... ...ale kilka z pewnością musiało się pojawić. Wyjaśnili sobie z Riną, że nie miał powodu, aby czymkolwiek się niepokoić. To były fakty. Ale naturalnie brak obojętności też winien mieć swoje granice, nie? Całe szczęście, raczej oboje wiedzieli, co miał przy tym na myśli. - Kolejny raz nie mogę nie zgodzić się z tym, co mówisz - stwierdził, odrobinę przekrzywiając głowę i posyłając Yaxleyównie cień stopniowo coraz bardziej rozbawionego spojrzenia. Tak, jasne. Oczywiście, że mówili o bardzo poważnych rzeczach. Poruszali naprawdę istotny temat. Nie powinien śmiać się z czegoś, co jeszcze chwilę wcześniej sprawiało, że ich sytuacja była cholernie skomplikowana. A jednak nie był w stanie ukryć błysku przekory w oczach, gdy z jego ust padały te konkretne słowa. - Okropnie łatwo powiadasz? Żenująco ochoczo zgadzamy się ze sobą? Jesteśmy tragicznie jednomyślni? Szokująco zgrani? Dopadła nas klątwa zbiorowej jaźni, o której Florence nie raczyła wspomnieć, bo nie sądziła, że to nastąpi od razu? - Praktycznie bez zastanowienia rzucał kolejnymi hasłami, niemalże bez większego wysiłku tworząc nowe, jakże przerażające określenia na tę okropną łatwość osiągnięcia kompromisu, do jakiej najwyraźniej doszli. Tragedia, po prostu dramat. Jak oni mieli z tym żyć. - Jesteśmy na to skazani? - Rzucił zatem, podkreślając to jedno słowo, nie mogąc darować sobie tej możliwości. Bo czemuż miałby to robić? Lubił droczyć się z Yaxleyówną. Szczególnie, gdy miał w tym intencję. RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.07.2025 Cóż, nigdy jakoś szczególnie nie była zadowolona z tego, że jej animagiczna wersja przyjmowała postać skunksa. Gdyby wiedziała, że kiedyś postanowi się uczyć tej śmiesznej sztuki to pewnie za dzieciaka oglądałaby nieco inne zwierzęta, może jakieś większe, wzbudzające strach, silniejsze, cokolwiek. Nie miała jednak na to wpływu i pozostało jej się cieszyć z tego, że w ogóle opanowała tę umiejętność. Była animagicznym skunksem, bardzo dumnym zwierzęciem... tak, jasne. Cóż, nie ubolewała nad tym jednak jakoś bardzo mocno, bo wiedziała, że nie było wiele osób, które potrafiły zmieniać się w zwierzę. - Tak, ośmiornicą. - Skoro musiał to usłyszeć po raz kolejny, to znowu powiedziała to w głos. Jasne, nie był to może przewidywalny wybór, jednak miała swoje powody, aby porównać go właśnie do tego stworzenia. - One są sprytne, potrafią czekać na okazję i później niespodziewanie uderzyć w przeciwnika, maskować się, wiesz. Masz w sobie coś podobnego. - Wiedziała, że jej chłopak potrafił sprawiać pozory, kiedy mu na czymś zależało był cholernie uparty i cierpliwy, stąd właśnie wzięło się jej to nieoczywiste porównanie. - Nie dlatego o czym sobie pomyślałeś. - Dostrzegła ten uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, dość szybko dotarło do niej, co go spowodowało, Greengrass był całkiem prostym człowiekiem jeśli chodzi o niektóre względy, ale nie trafił, nie tym razem, to nie było powodem dla którego wybrała właśnie to zwierzę i musiał się z tym pogodzić. Nie sądziła, żeby Ambroise nagle zamierzał wpływać na to, z kim się zadaje. Ostrzegał ją przed niektórymi osobami, nie miała problemu z tym, aby trzymać się od nich z daleka, bo nie widziała sensu w pakowanie się w jakieś znajomości tylko po to, żeby utwierdzić się w tym, że faktycznie ci ludzie nie byli warci jej towarzystwa. Miała zresztą swoje grono, sprawdzonych przyjaciół, którego trzymała się od lat. Nie potrzebowała nikogo nowego w swoim otoczeniu. Czas to wszystko zweryfikował, pokazał kto nadal utrzymywał z nią kontakt, a kto zniknął z jej życia, jakby nic dla niej nie znaczył. Roise nie wymagał od niej nigdy tego niezdrowego dystansowania się od znajomych, mogła spotykać się z kim chciała, na tym w końcu polegało zaufanie, czyż nie? Ona również nie kontrolowała tego, z kim się trzymał, z czasem przecież zaczęli mieć wspólnych przyjaciół, to wychodziło naturalnie. Wiedziała, że jej znajomość z Longbottomem aktualnie może być dla niego nieco trudnym tematem, zwłaszcza po tych plotkach, które docierały do jego uszu. Sprostowała i wyjaśniła mu wszystko, licząc na to, że zrozumie skąd się to wzięło. Ludzie lubili plotkować, szczególnie o osobach jak oni, które już dawno powinny stanąć na ślubnym kobiercu, dużo wygodniejsze dla niej było łączenie jej osoby z przyjacielem, niż z kimś zupełnie obcym, nikt też nie próbował dzięki temu grać z nią w żadne gry, to było bardzo proste rozwiązanie dzięki któremu i ona i Erik mogli zyskać chwilowy spokój. Tak właściwie, to chyba powinna mu przekazać, że czas najwyższy znaleźć sobie nową przyjaciółkę, która będzie mu towarzyszyła na tych wszystkich spędach, na których musieli się pojawiać. - Jeszcze trochę i zacznie mnie niepokoić ta zgodność. - Jasne, nigdy nie mieli problemu z tym, żeby się dogadać, zawsze jakoś dochodzili do konsensusu, mniej lub bardziej zadowalającego, ale teraz wszystko szło tak prosto, że nie do końca wierzyła w to, że faktycznie było to możliwe, nie przy ich charakterach. - Kolejna klątwa? Nie wiem, czy to przetrwamy, wiesz jak to z nimi bywa w naszym przypadku. - Zdarzało im się przecież traktować tę ich specjalną więź jako przekleństwo, bo wiele zależało od punktu widzenia, a że zaliczyli ten dość okropny moment na swojej wspólnej drodze, to mieli świadomość, że mogło ich to wykończyć, jeśli postanowiliby trzymać się od siebie z daleka. Oczywiście po tym kurewsko długim tygodniu udało im się znaleźć lepsze wyjście, ale wiedzieli, że mogło się to skończyć inaczej. - Tak, spodziewam się, że nie przewidziała takiego obrotu spraw. - Dosyć szybko wyjaśnili sobie wszystko, z drugiej strony sama Yaxleyówna miała w zwyczaju działać w ten sposób, porywczo, szybko bez zastanowienia, Florence znała ją na tyle, żeby wiedzieć, że w jej przypadku wszystko było możliwe. Zapewne nie zdziwiłby jej widok ich dwójki w tej chwili. - Nie mogłeś użyć jakiegoś bardziej optymistycznego słowa? - Zapytała jeszcze, chociaż przecież to oddawało idealnie sytuację, w której się znaleźli mimo, że nie brzmiało najlepiej. Byli na siebie skazani, nie mogli uciec przed przeznaczeniem które postanowiło połączyć ich losy ze sobą bardzo grubą nicią, musieli się z tym pogodzić, w sumie to przecież już to zrobili. RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.07.2025 Jeśli chodziło o jego odbiór zdolności dziewczyny, spojrzenie Ambroisa na formę, jaką przyjmowała Geraldine było zdecydowanie mniej krytyczne. Była skunksem, więc lubił skunksy. Proste? Proste. A gdyby była robakiem... ...to kurwa pewnie nadal by ją za to cenił. Ewentualnie poszliby razem na ryby. Istniało wiele różnych hipotetycznych opcji wykorzystania tych talentów. Trudno byłoby mu bowiem podchodzić do tego jak do czegoś całkowicie przeciętnego. Nie, gdy wiedział to, co wiedział. A przecież zdecydowanie zdawał sobie sprawę z tego, ile wysiłku musiało kosztować ją dojście do wprawy w przemianie w skunksa. Nie, animagia zdecydowanie nie należała do łatwych umiejętności. Wręcz przeciwnie, nawet wedle jego wiedzy, była to wyjątkowo skomplikowana sztuka. Szczególnie przy początkowych stadiach nauki przemiany w zwierzę, kiedy to wielu ludzi popełniało mniejsze lub większe błędy, lądując w szpitalnych łóżkach albo pod opieką prywatnych uzdrowicieli. Być może nie znał oficjalnych statystyk z list Ministerstwa. Tym bardziej, że jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że wielu animagów postanawiało podążać tą samą ścieżką, co Yaxleyówna i raczej unikać konieczności rejestracji w jakichkolwiek urzędowych organach. Nie wydawało mu się jednak, aby każdy miał predyspozycje do nauki tej umiejętności. On sam nigdy nie był tym zresztą szczególnie zainteresowany. Transmutacja nie była jego konikiem. Nie przykładał szczególnej uwagi do tego, aby rozwijać się w tej dziedzinie, zatem nie przeszło mu przez myśl, by próbować swoich sił w czymś, co wymagało szczególnego rodzaju skupienia i wielu zapewne niezbyt przyjemnych kroków w celu osiągnięcia sukcesu. Nie czytał na ten temat, nie wiedział tak naprawdę nic ponad to, co mimochodem przyswoił. Nie miał zielonego pojęcia, czy dało się wpłynąć na to, w jaki sposób ostatecznie wyglądała zwierzęca forma czarodzieja. Od czego tak naprawdę to zależało. Czy można było zmienić ją na przestrzeni życia, tak jak to czasami działo się w przypadku patronusa. Co tak naprawdę było a co nie było niemożliwe. Wiele różnych kwestii, zero odpowiedzi. Nigdy nie pytał Riny o to, czy faktycznie chciała być skunksem. Po prostu przyjął fakt, że to właśnie nim była, gdy zaprezentowała mu tę część własnej natury. Robiąc to zresztą w dosyć nieoczekiwany sposób, tuż na samym początku ich głębszej, dorosłej relacji, co być może miało swój udział w utworzeniu się jego opinii na ten temat. Nie kwestionował tego, czy powinna być jakimś większym, groźniejszym lub bardziej zwinnym zwierzęciem. Nie uważał, aby tego potrzebowała. Ta forma jak najbardziej do niej pasowała. Była częścią niej samej. Poza tym raczej nie wyobrażał sobie rekina skaczącego po ulicach Londynu. Śmiał w ogóle wątpić w to, aby jakikolwiek czarodziej celowo pragnął być morskim lub oceanicznym zwierzęciem. Jakąś formą pośrednią, wodno-lądową może i tak, ale z drugiej strony w takim wypadku na myśl przychodziły mu głównie żaby. A bycie płazem nie wydawało się szczególnie atrakcyjne, przynajmniej jak na jego standardy. Natomiast ośmiornica? Cóż. Nie mógł ukryć, że instynktownie zmrużył oczy, przysłuchując się temu, o co tak naprawdę chodziło Yaxleyównie, gdy przypisywała mu jego podwodną wersję. I tak, być może rzeczywiście coś w tym było. Ba, nawet więcej niż coś. - Ma to sens - przytaknął po kilku sekundach, wyginając wargi w zamyśleniu, po czym kwitując jej spostrzeżenie kiwnięciem głowy. Nie brzmiał przy tym jednak tak, jakby był jakoś szczególnie przekonany do tego, że gdyby rzeczywiście miał być podwodnym stworzeniem, faktycznie celowałby właśnie w ośmiornicę. Szczególnie, jeśli Rina nie miała przy okazji na myśli tego, co poniekąd nakazała mu wykreślić z listy argumentów. Tak, oczywiście, że wywrócił oczami. Jakżeby inaczej. Jasne, cały ten opis rzeczywiście pasował do strategii, którą lubił przyjmować, zwłaszcza załatwiając te wszystkie mniej jawne sprawy. Tyle tylko, że szczerze wątpił w to, by miał w sobie aż tak znaczne pokłady cierpliwości, żeby przeżyć w ten sposób całe życie. Czaić się i uderzać, uderzać i ponownie stapiać się z tłem, wypatrując kolejnej okazji. Nie zawsze przecież unikał konfrontacji. Bywały momenty, w których nie w smak było mu obserwowanie z oddali. Czasami potrzebował działać zupełnie na rympał, tłumacząc się tym, że w innym wypadku niechybnie zbyt wiele by stracił, nawet jeśli prawda była taka, że zdarzało mu się robić to wyłącznie dla sportu. Ot, dla adrenaliny. Dla chwili, być może dla ukojenia wewnętrznego zewu, jaki miał w sobie jeszcze jako młody, niespecjalnie odpowiedzialny dzieciak dopiero co po ukończeniu szkoły. W tamtym okresie nie przejmował się niemal niczym. Robił całkowicie to, co chciał. Brał i korzystał, ignorując zdrowy rozsądek i narzucane sobie reguły. Tak po prawdzie, w ostatnich miesiącach poniekąd także na powrót osiągał w tym swoje niechlubne wyżyny. Nie chodziło o przymus, nie chodziło o to, czego wymagały od niego okoliczności. Chodziło wyłącznie o to, że w takich momentach czuł się trochę bardziej żywy, mniej zawieszony w próżni między odpowiedzialnością a obowiązkami. Trudno byłoby ukryć, że na osobach takich jak oni spoczywała cała gama społecznych, towarzyskich i rodzinnych oczekiwań. O ile znaczną część tych wyobrażeń można było zbyć w jeden czy drugi sposób, czasami uciekając się do podstępu, przy innej okazji zwyczajnie stając do nich okoniem i wykorzystując wcześniej zapewnioną sobie pozycję. O tyle bywały także takie, na które nie dało się tak po prostu powiedzieć to wyłącznie moja sprawa. Nie zawsze wystarczało machnięcie ręką i zapewnienie, że sytuacja jest pod kontrolą, nie ma powodu do jakiegokolwiek angażowania się czy interwencji ze strony najbliższych. Czasami sprawy były dużo bardziej skomplikowane. Zdarzały się momenty, kiedy zdecydowanie korzystniej było wykorzystać zalążek jakiejś narracji, byleby tylko zyskać przestrzeń na złapanie głębszego oddechu i odzyskanie kontroli nad sytuacją. Tak, poniekąd był w stanie zrozumieć podłoże salonowego sojuszu jego dziewczyny (wtedy byłej, jednak nie znaczyło to, że te plotki nie uderzyły w niego bardziej niż chciał im na to pozwolić) i jej wieloletniego przyjaciela. Nie, nie był specjalnie zadowolony z tego, co błędnie przyjął za pewnik. Tak, bez wątpienia ulżyło mu, że to sobie wyjaśnili. Nie, nie chciał dłużej zastanawiać się nad ich dalszymi powiązaniami z Longbottomem. Nie dziś. Zdecydowanie nie dziś. - Nie sądziłem, że coś takiego kiedykolwiek może stać się powodem naszych zmartwień - uśmiechnął się pod nosem. Nie, raczej nie sądził, aby faktycznie groziła im jakaś przesadna, nazbyt bezpłciowa zgodność i wypowiadanie się tylko w liczbie mnogiej, per my. Nie potrzebowali kłócić się ze sobą nawzajem, żeby od czasu do czasu prezentować zupełnie inne spojrzenie na świat. To była kwestia... ...no właśnie, dosłownie chwili. I o, mieli swoje pięć minut różnych opinii. Idealnie, czyż nie? Akurat, gdy tego potrzebowali. - I to moja wypowiedź jest niedostatecznie optymistyczna, tak? - Nie, nie mógł powstrzymać się od tego pytania, kolejny raz lekko potrząsając głową i tłumiąc uśmiech. Geraldine sama się o to prosiła. Tak, zdecydowanie, skoro to z jej własnych ust padały wpierw słowa wyrażające powątpiewanie w szanse ich powodzenia w przypadku kolejnej klątwy, natomiast moment później postanawiała podkreślić jego własny nieoptymistyczny dobór określeń. Nie to, żeby faktycznie brzmiały niezbyt romantycznie. Nie, nie, wcale... ...no cóż. - Od czego mamy naszego sprawdzonego eksperta, do którego możemy udać się o każdej porze dnia i nocy, bo osobiście zadbałaś, by akurat na to faktycznie była przygotowana? - Uniósł brwi, uśmiechając się pod nosem na wspomnienie ich ostatniej wizyty w mieszkaniu Florence, nawet jeśli w tamtym momencie zdecydowanie nie było mu do śmiechu. No tak, niespecjalnie lubił uzewnętrzniać się przed kimkolwiek, z kim nie łączyły go żadne głębokie więzi. Tak właściwie, jeśli miałby być całkowicie szczery (a był) nawet w tym momencie potrafił bez wahania wskazać wyłącznie jedną osobę, przed którą mógł spróbować całkowicie odkryć swoje myśli. Bulstrode nią nie była, nawet jeśli zdecydowanie darzył ją szacunkiem. Nie, nie miał przy tym pojęcia o tym, jak bardzo felerne były również te wypowiedziane przez niego słowa. Towarzyszyła mu tą wyjątkowo ironiczna, wprost makabrycznie błędna pewność, że dotarły do nich wszystkie wieści dotyczące wydarzeń, jakie rozegrały się podczas pożaru stolicy. Przepływ informacji być może nie był obecnie zbyt płynny, ale pozwolił sobie wierzyć, że gdyby stało się coś naprawdę poważnego, ktokolwiek z nich dowiedziałby się o tym w przeciągu dwóch czy trzech dni. Minęły cztery. Nie był spokojny, ale zdecydowanie uśpił tę część swojej czujności. Szczególnie teraz, w tej chwili, gdy wszystko zdawało się znacznie lżejsze, być może nawet całkiem zabawne. - A więc jakiego słowa powinienem użyć, hm? - Spytał, nie spuszczając wzroku z oczu Geraldine i tego, jak cholernie mocno błyszczały w tym świetle. Brakowało mu tego. Być może to było na swój sposób absurdalne, tym bardziej, że zdążyli spędzić ze sobą długie godziny, ale w chwilach takich jak ta naprawdę zauważał te wszystkie braki. Tę całą pustkę, jaka nagle przestawała ciążyć mu gdzieś w głębi duszy. Która była tam miesiącami, choć starał się ją wypierać, usiłując udowodnić sobie własną obojętność, niewrażliwość, swój realizm. Cholera, czyżby rzeczywiście zdarzało mu się bywać... ...nieeee. Szczególnie, że przecież starał się być lepszy, nieprawdaż? Dopuszczał do siebie te wszystkie zmiany. - Jakie bardziej optymistyczne słowo zadowoliłoby Panienkę, Panno Yaxley? Co też perferowałaby Panienka usłyszeć? - Skoro już powiedziała a, bez wątpienia nie mogła poprzestać na samym przeuroczym zwróceniu mu uwagi. Z pewnością miała w zanadrzu jakieś dużo bardziej odpowiednie synonimy, czyż nie? Najpewniej cały wachlarz słów, które mogłyby lepiej określić stopień zawiłości ich relacji. To, do czego doszli zarówno w ostatnich dniach, miesiącach, jak i przez te wszystkie lata. Tak, mógłby prawić banały dotyczące tego, że są sobie pisani. Zapewne z powodzeniem byłby w stanie wznieść się w tej chwili na wyżyny swojego poetyckiego kunsztu, udowadniając ukochanej, że w istocie może być nawet aż nazbyt optymistyczny, jeśli właśnie tego sobie życzyła. Tyle tylko, że jej opinia na temat bardów nigdy nie była zbyt pozytywna, więc czy naprawdę właśnie tego od niego oczekiwała? Tak, był co najmniej zaintrygowany tym, co mogła mu podsunąć. Czekał z niecierpliwością. RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.07.2025 Cóż, faktycznie nie każdy pewnie byłby w stanie nauczyć się animagii, więc samo to, że Yaxleyówna potrafiła to robić było sporym sukcesem. Nie chwaliła się tą umiejętnością za bardzo, wspominała o niej tylko osobom, którym ufała, z którymi współpracowała, bo był to jej as którego mogła wyciągnąć z rękawa w najbardziej nieprzewidywalnych sytuacjach. Lubiła mieć w zanadrzu sztuczkę, o której mało kto wiedział. Czasem przemiana w zwierzę była bardzo wygodna, mogła przemykać niezauważona w różnych miejscach, uzyskiwać informacje, nie bez powodu przecież postanowiła opanować tę sztukę. Wolała nie dawać ministerstwu tej informacji, chociaż wiedziała, że nie było to legalne, nigdy jednak nie usiłowała nawet udawać, że jakoś przejmuje się regułami. Działała na granicy prawa, robiła to, co uważała za słuszne. Oczywiście, że się nie podkładała, wiedziała, jakie mogą wyniknąć z tego konsekwencje. - Musi mieć jakiś sens, bo inaczej bym jej do Ciebie nie dopasowała. - Miała ku temu swoje powody. Miała wrażenie, że Roise nie do końca był zachwycony tym porównaniem, ale musiał się z nim pogodzić, nie zmieni zdania. Wiadomo, że Yaxley była uparta jak osioł, właściwie dziwne, że to nie w osła zmieniała się w swojej zwierzęcej formie. Coś zdecydowało o tym, że miała zostać skunksem. Mogło być gorzej, zdecydowanie. Mogła skończyć jako mucha, żuk, czy inny robak, wtedy pewnie bałaby się zmieniać w zwierzę, bo ktoś mógłby ją przypadkiem zdeptać, albo mogłaby zostać zjedzona. To dopiero byłaby tragiczna śmierć, zostać zjedzonym przez inne zwierzę w swojej animagicznej formie. Na szczęście nie musiała się o to martwić. - Życie lubi zaskakiwać. - Ta zgodność faktycznie nie była dla nich do końca naturalna. Zazwyczaj mieli swoje opinie na każdy temat, co kończyło się długimi dyskusjami i szukaniem wspólnych punktów, aby każda ze stron była chociaż nieco zadowolona. Aktualnie? Wyjątkowo dobrze wychodziło im dogadywanie się ze sobą. Cóż, może czas też zrobił swoje, nieco się zmienili, nie byli tacy bardzo zacięci jak wcześniej, przynajmniej w stosunku do siebie nawzajem. Zresztą szkoda było skupiać się na tych drobnych niesnaskach, kiedy można było bez problemu się dogadać. Jeszcze tydzień temu nie spodziewałaby się tego, że będą siedzieć razem na klifie i dyskutować w podobny sposób. Nic tego nie zapowiadało, widać wystarczyło nieco uporu i wszystko można było ułożyć. Na szczęście, bo wreszcie czuła spokój, w końcu wszystko było na swoim miejscu. - Ty zacząłeś, ja tylko kontynuuje wątek, a skoro tak postawiłeś sprawę, to cóż... - Ambroise w końcu podkreślał to, że był realistą, a skoro stwierdził, że to mogła być kolejna klątwa to nie rysowało się zbyt optymistycznie. Oczywiście Geraldine na pewno sama nie ujęłaby tego w ten sposób, ale sam włożył jej podobne słowa w usta. - Potrzebowałeś to zweryfikować, to sięgnęłam po pomoc najlepszego ze specjalistów, teraz przynajmniej nie masz argumentów, aby z tym walczyć. - Wzruszyła jedynie ramionami. Nie uważała tego, że udali się do Flo za coś złego, skoro mieli zweryfikować swoją więź to lepiej było to zrobić u jej przyjaciółki niż u kogoś obcego. Zresztą nie wydawało jej się, by znaleźli lepszego specjalistę od Flo. - Wydaje mi się, że aktualnie nie ma sensu zawracać jej głowy, po tym, co się wydarzyło ma pewnie ręce pełne roboty, ale jeśli ta potrzeba nadal będzie istnieć to pod koniec miesiąca możemy ją nawiedzić. - Nie wydawało jej się to konieczne, ale dobrze było mieć możliwości, czyż nie? - Jesteśmy temu przeznaczeni? Tak brzmi lepiej. - Rzuciła dość niepewnie, chociaż w jej oczach przeznaczenie wyglądało zdecydowanie lepiej od bycia na coś skazanym. Wiadomo, zależy jak leży, jak się patrzy, ale chyba wrócili już do momentu, w którym nie zamierzali traktować tego, jako czegoś złego, bez sensu więc było nazywać to w taki nie do końca optymistyczny sposób. RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.07.2025 Naprawdę nie wątpił w to, że wybór dokonany przez Geraldine był merytorycznie właściwy, poparty faktyczną szeroką wiedzą na temat magicznych i niemagicznych stworzeń, jaki posiadała i rozszerzała od wielu lat. Śmiał jedynie lekko kwestionować to, czy aby na pewno nie istniała żadna alternatywa dla tej nieszczęsnej ośmiornicy, która ze wszystkimi swoimi zaletami i zdolnościami wymienionymi przez dziewczynę, po prostu nie brzmiała zbyt atrakcyjnie. No, na pewno nie tak jak rekin albo wąż morski. Ośmiornice być może mogły kojarzyć się z gigantycznymi stworzeniami oplatającymi statki i ciągnącymi je na dno. Z mitycznym Krakenem i tak dalej. Śmiał jednak głęboko wątpić w to, że to o tej skali ataku i zniszczenia z zaskoczenia myślała jego luba. Patrząc jej prosto w oczy i dostrzegając wyraz twarzy Yaxleyówny czy choćby sposób, w jaki unosiła brwi albo układała wargi, dopatrywał się u niej raczej innego toku myślenia. Może nie przypisywała mu ośmiorniczki. Niedużej, tyciej, zabójczo precyzyjnej mikro maszyny do zabijania, ale to i tak nie brzmiało zbyt ekscytująco czy nawet poważnie. Przynajmniej nie w jego uszach. Tak, pokręcił głową. Nie, niespecjalnie go przekonała. Nawet nie próbował tego ukryć, tym bardziej, że moment później z jego ust padło coś, czego nie zamierzał powstrzymać. - Pozwól, że mimo wszystko nie pociągnę tematu i nie spytam, co lądowego albo latającego byś mi przypisała - mimo wszystko, leciutko drgnęły mu przy tym kąciki ust, bowiem zdecydowanie spodziewał się tego, że Rina byłaby przy tym równie kreatywna. Niechybnie znalazłaby równie ciekawe odpowiedniki tej nieszczęsnej ośmiornicy. Chodzące na czterech, sześciu czy ośmiu nogach. Kto wie, może nawet na ich większej liczbie. W końcu nie miał żadnej gwarancji, że nie istnieje jakaś lądowa bestia przypominająca tę podwodną, co nakazywałoby dać mu kolejne osiem ramion. Skrzydła raczej miałby dwa, choć tu także tak naprawdę cholera wiedziała. No, nie był ekspertem od stworzeń, zdecydowanie dużo bardziej znał się na roślinach. O tym zaś już kiedyś rozmawiali, czyż nie? Co prawda, w zupełnie innych okolicznościach i nastrojach, nie znając się aż tak dogłębnie, zdecydowanie nie od tej partnerskiej, romantycznej strony. Jednakże zapytany poniekąd podtrzymałby swoje zdanie odnośnie tego, czym była. Wbrew powszechnej opinii otoczenia, która w dalszym ciągu malowała się zupełnie błędnie. Tak, życie lubiło zaskakiwać. - Mhm, kto by pomyślał, że tak bardzo mnie słuchasz - uśmiechnął się pod nosem, przypatrując się dziewczynie kątem oka spod uniesionej brwi. Oczywiście, że to była jego narracja. Jego błędny punkt widzenia. Jego pesymistyczno-realistyczne założenia, ku którym miał tendencje w przeciągu zdecydowanie dłużej niż tylko ostatniego tygodnia. To była też jego ich klątwa, którą Rina tak gładko złamała jedną wizytą u specjalistki od klątwołamania. Jakżeby mógł sprzeczać się z nią teraz, skoro to w istocie były fakty. No, przynajmniej do pewnego stopnia, bo gdzieś tam pod skórą nadal uważał, że było w tym wszystkim coś, o czym nie powiedziała im Flo. Ich wizyta była poniekąd dosyć krótka i raczej niezbyt skupiona wokół dialogu. Nie ukrywał, że miał swój własny wkład (albo raczej zupełny brak wkładu) w to, w jaki sposób wyglądała. Nie uważał jednak, aby potrzebowali kontynuować temat z przyjaciółką Geraldine. Zdecydowanie mogli sami dodatkowo zaczerpnąć tyle informacji, ile potrzebowali i kiedy potrzebowali. Aktualnie? Może trochę podpuszczał dziewczynę, ale zdecydowanie nie musiał oglądać pod lupą tego wszystkiego, co stanowiło drugie dno ich relacji. Tej bardziej duchowej, mniej uświadomionej więzi, jaka ich ze sobą połączyła. Kiedyś? Może tak, ale nie w tej chwili. Był pewien własnych uczuć. Równie mocno, co tego, że bez siebie nawzajem wcale nie mieli być szczęśliwsi, Rina nie miała być wolna od wszystkiego, co szło w pakiecie z ich relacją, nie miała być ani spokojniejsza, ani bardziej bezpieczna. Wręcz przeciwnie, oboje wyjątkowo malowniczo udowodnili sobie to, jak tak naprawdę wyglądały realia. Nie potrzebował dalej świrować. Nie miał zamiaru z tym walczyć. - Myślę, że możemy darować sobie dalsze angażowanie Florence w nasze prywatne sprawy - nie ukrywał tego, że jakkolwiek pomocna była Flo, raczej nie widział jej w roli ich faktycznego stałego konsultanta w sprawach związkowych. Klątwa czy nie klątwa (no, obecnie nie klątwa), raczej wolał skupić się na prostowaniu ich wspólnych spraw na własną rękę. Na przeżywaniu życia, nie na dyskutowaniu na temat wyborów, jakie mogli dokonywać. W wypadku tego, jak to określiła Rina, czemu byli przeznaczeni (to słowo akurat zabrzmiało wyjątkowo dobrze, zdecydowanie lepiej na głos) raczej wybierał improwizację. Zawsze postępowali nieco na rympał, prawda? Łamali konwenanse, mieli w nosie opinię towarzystwa. Przeżyli tak naprawdę wiele lat. To im służyło, po prostu płynięcie z prądem. Znaki się przecież. Wiedzieli, jak ze sobą postępować. Na co mogą, a na co nie chcą sobie pozwalać, nieprawdaż? - Temu czemu? - Spytał, nie próbując ukryć błysku, jaki pojawił się w jego oczach. Oczywiście, że nadal ją podpuszczał. Nawet nie próbował ukrywać tego, czym dyktowane były jego słowa. Tak, poniekąd czekał na ten moment. Nie, sam nie do końca o tym wiedział. To nie było coś, czego był świadomy, jednak gdy już padło na głos, po prostu wiedział. Tak, przeznaczenie w istocie było znacznie lepszym określeniem od skazania. Niosło ze sobą znacznie więcej pozytywnych emocji, szczególnie w tym konkretnym znaczeniu. Tu i teraz. Między nimi. Sam być może przez długi czas celowo unikał tego słowa. Wolał uznawać to za ich własną decyzję, za świadomy wybór, nie zaś za jakiś z góry napisany plan, jednak w gruncie rzeczy, czy jedno tak naprawdę wykluczało drugie? Nie, nie sądził. Nie po tym wszystkim. Nie po słowach Florence. Nie po ich własnych doświadczeniach. Tak, zdecydowanie mieli wybór. Mogli przekonać się o tym na własnej skórze. Mogli w dalszym ciągu walczyć ze sobą nawzajem, doskonale wiedząc, gdzie należy zadać cios. Mogli iść dokładnie w tę narrację, usiłując pogłębić przepaść pomiędzy nimi, doprowadzać się na sam skraj. Mogli podjąć decyzję o fizycznym zdystansowanie się od siebie nawzajem. O braku kontaktu, o uciętych relacjach, niewysłanych listach, stłumionych słowach. Oczywiście, że mogli zrobić to wszystko. To było w ich rękach. Nie potrafili być neutralni, nie mieli być wyłącznie przyjaciółmi, jakiekolwiek próby znalezienia wspólnego gruntu w ramach sojuszu także nie wchodziły w grę. Wzbudzali w sobie zbyt intensywne, nazbyt skrajne emocje. Jednakże dokładnie tak jak powiedziała to Flo: mogli nadal dystansować się od siebie, ponosząc koszty tej decyzji, zachowując się wbrew tej więzi, na sam koniec dnia będąc kurewsko nieszczęśliwi. Tylko po co? Tak, dotarło to do niego. Nie zamierzał dłużej iść w narrację, która cholernie ich oboje krzywdziła. Wbrew pozorom, potrafił zmienić punkt widzenia. Szczególnie, gdy gdzieś pod skórą nigdy nie był przekonany do tamtej pierwotnej decyzji, gdy z tyłu głowy zawsze wiedział, że jest niewłaściwa. - Tak. Tak brzmi lepiej. Zawsze będzie - przyznał, przesuwając powoli kciukiem po wierzchu dłoni dziewczyny, przenosząc spojrzenie na ich splecione palce i wpatrując się w nie przez dłuższą chwilę, zupełnie bez słowa. - Los bywa przekorny, nie sądzisz? To samo chyba tyczy się przeznaczenia - stwierdził w zamyśleniu, nieznacznie marszcząc przy tym brwi, gdy wreszcie ponownie otworzył usta. - Myślisz, że coś cię nie dotyczy, więc żyjesz po swojemu przez wiele lat. Przez dekady. Tylko po to, by jedna noc zmieniła wszystko. Zupełnie bez pytania - kontynuował cicho, bezwiednie przenosząc wzrok na horyzont. Tam, gdzie jeszcze kilka minut wcześniej błyszczały pióropusze fajerwerków. Teraz niebo było ciemne. Przez chmury nie dało się dostrzec zbyt wielu gwiazd. Światło księżyca przebijało się na chwilę, aby zaraz ponownie zniknąć, ale ta noc i tak była zadziwiająco jasna. Spokojniejsza i bardziej senna niż mógłby założyć po początku wieczoru. - A potem? Nawet nie wiesz, kiedy to się dzieje. Po prostu... ...budzisz się któregoś dnia i jest inaczej - to była dziwna konkluzja. Nie pierwsza, jaką miał na ten temat. Z pewnością nie ostatnia, skoro mieli spędzić ze sobą resztę życia. Po prostu dziwna, osobliwie niewymuszona. Nie taka, z jaką należałoby walczyć. Już nie, nie teraz. Teraz zwyczajnie była. Niemalże tak samo fizycznie namacalna jak dotyk dłoni dziewczyny pod jego palcami. Ciepła i naturalna myśl o tym, że nie w ten sposób planował przeżyć swoje życie, gdy dorastał. Przez praktycznie dwadzieścia pięć lat przyjmował za pewnik to, że nie znajdzie się tu i teraz. Nie odda nikomu tej władzy, jaka sama wyślizgnęła mu się z palców. Podświadomie oddał ją tej jednej jedynej osobie. I ani trochę tego nie żałował. RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.07.2025 Na pewno istniała jakaś alternatywa, tyle, że Yaxley nie do końca chciała jej szukać, bo wydawało jej się, iż znalazła idealne stworzenie. Nie widziała więc sensu by sięgać po kolejne gatunki zwierząt, nie gdy ten pierwszy wybór jej zdaniem był stuprocentowo trafiony. Co do atrakcyjności tego stworzenia pewnie też można by było o tym dyskutować. Zdaniem Geraldine ośmiornice miały swój urok, były dostojne, kurewsko inteligentne, no i miały wiele innych zalet. Może nie wszyscy je doceniali, ale tak to już bywa z ludźmi, nie zawsze są w stanie dostrzec całość, sugerują się jakąś opinią, czy częścią faktów. - Kiedyś pewnie ci o tym powiem, ale skoro nie chcesz teraz, to trudno, Twoja strata. - Oczywiście, że nie zamierzała wychodzić przed szereg, zachowa sobie na później ewentualne porównania, bo na pewno znajdzie się ku temu jakaś okazja. Tak właściwie to w przyszłości pewnie mieli mieć ku temu wiele okazji. - Słucham, wtedy kiedy mi się to podoba. - wyciągała to również w sytuacjach, które się o to prosiły. Nie należała w końcu do osób, które kierowały się czyimś zdaniem, ale jeśli mogła z tego skorzystać w tym momencie, to nie zamierzała ignorować tej możliwości. Ona miała nieco inne nastawienie, zresztą też nie bała się o tym mówić głośno, jednak najbardziej lubiła załatwiać podobne sprawy po prostu korzystając z pomocy specjalistów, skoro jej słowo nie wystarczało, to szukała kogoś, kto faktycznie się na tym znał i trudno było walczyć z jego eksperckim zdaniem. Najprostsza metoda by udowodnić to, że miała rację. Nie wydawało jej się potrzebne dogłębne konsultowanie tego, co się między nimi działo. Dostali pewne informacje, wskazówki, reszty mogli domyślić się sami. Nie byli przecież zupełnymi ignorantami, potrafili łączyć kropki, nie potrzebowali specjalisty, który tłumaczyłby im wszystko po kolei. Mogli dojść do pewnych rzeczy sami. - Znowu się zgadzamy. - Tak, ona również nie sądziła, aby był sens w angażowaniu w to jej przyjaciółki. Na pewno miała wiele ciekawszych rzeczy do zrobienia. Zresztą zbyt wiele razy korzystała z jej uprzejmości, wypadałoby przestać to robić, szczególnie w takim napiętym czasie. Bulstrode jako specjalistka na pewno miała ręce pełne roboty, w końcu pojawiło się wiele nowych klątw, które dręczyły ludzi, a ona jak nikt inny radziła sobie z takimi rzeczami. - Już Ty dobrze wiesz czemu. - Tak, podpuszczał ją, wyczuwała to. Yaxleyówna jednak nie należała do osób, które swoje uczucia nazywały po imieniu, nie miała problemu z tym, aby być bezpośrednią we wszystkich innych tematach, jednak to zawsze było dla niej problemem. Zawdzięczała to swojemu szorstkiemu wychowaniu, w jej rodzinie raczej nie było miejsca na takie sprawy, więc tego nie robiła. Jasne, próbowała, czasem, ostatnio otworzyła się dość mocno, ale nie zmieniało to faktu, że nadal było to dla niej problematyczne. - Okazuje się, że nie na wszystko ma się wpływ, nawet jeśli myśli się inaczej, pozostaje to zaakceptować. - Jasne, mogła trzymać się narracji, że jest panią swojego losu, ale po co? Nie do końca w to aktualnie wierzyła. Dotarło do niej, że istnieją siły, którym nie dało się przeciwstawić, same próby mogły wiele kosztować. Nie wydawało jej się, aby istniał sens w walce dla samej walki, skoro przy tym nie niosłoby to ze sobą niczego, co było właściwe. - Tak, jest inaczej, samo z siebie, po prostu, nagle. - Tylko, że coś co kiedyś wydawało się niemożliwe, raczej nie dla niej okazało się być czymś w czym potrafiła się odnaleźć. Bez większego problemu. Nie widziała potrzeby, aby podążać za samodzielnością, czy bezwzględną wolnością, które kiedyś wydawały się być dla niej najważniejsze. Bardzo łatwo przychodziło odnalezienie się w nowej rzeczywistości, nic to nie kosztowało, chociaż kiedyś wydawało jej się zupełnie inaczej. RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.07.2025 - Och, jestem pewien, że mi to powiesz, gdy tylko nadarzy się adekwatna sytuacja - odmruknął, nawet nie kryjąc rozbawienia słyszalnego w tonie jego głosu. Wiedział, że mówiła prawdę. Co prawda nie mógł powiedzieć, czy raczej groziła, ostrzegała, czy może obiecywała, jednakże z pewnością nie rzucała słów na wiatr. Miała wydać swój werdykt. Poniekąd nawet spodziewał się tego, co usłyszy. Przynajmniej w zakresie zwierząt chodzących na czterech nogach. W końcu słyszał to już dziesiątki, jeśli nie setki razy, nieprawdaż? Chociaż może nie? Być może miała być wobec niego trochę bardziej łaskawa? Cóż, nie miał dowiedzieć się tego teraz. Bez wątpienia to, co usłyszałby na swój temat w zakresie przypisywania mu jeszcze innych gatunków i odmian zwierząt byłoby niezmiernie interesujące. Ani przez moment nie wątpił w to, że Geraldine nie potrzebowałaby zbyt wiele czasu, aby wydać swoją ekspercką opinię. Jak i również w to, że z pewnością miałaby naprawdę solidną garść argumentów łączących go z każdym wskazanym przez nią zwierzęciem. Tyle tylko, że na ten moment w zupełności wystarczyła mu ta ośmiornica. Szczęsna czy nieszczęsna, była w zupełności dostateczna. Zresztą nie o tym tak właściwie chciał rozmawiać tego wieczoru. Co prawda jeszcze sam nie wiedział, w jaki sposób miała potoczyć się ich rozmowa. Owszem, robił naprawdę rozległe plany na końcówkę nocy i początek nowego dnia, jednak w żadnym ze scenariuszy nie uwzględnił siedzenia z dziewczyną w niemal zupełnych ciemnościach i wpatrywania się w horyzont. To był piękny widok. Noc była pogodna i dosyć malownicza. Gdzieś na wrzosowiskach za ich plecami z pewnością unosiła się coraz gęstsza mgła. Księżyc wisiał wysoko na niebie, niknąc w poszarpanych chmurach. Bryza od wody była rześka, może trochę chłodna, jednak jeszcze nie nieprzyjemnie mroźna. Powietrze miało zapach kojarzący się z nadchodzącą jesienią, ale kalendarzowo nadal jeszcze mieli końcówkę lata. Wyjątkowo ciepłego, momentami wręcz gorącego i to nie tylko z powodu pogody. Nie. Ostatnie tygodnie obfitowały w wydarzenia. Bywały trudne i chaotyczne. Łatwo było ulec wrażeniu nadchodzącego końca świata. Być może nie ostatecznej apokalipsy (choć wtedy w Londynie ludzie zachowywali się właśnie tak), lecz z pewnością rzeczywistości, którą znali. Nadchodziły zmiany. Chcieli tego czy nie, coś pękło. Coś, czego nie dało się już poskładać w jedną całość, a przynajmniej nie dokładnie tak samo jak wcześniej. W nim także coś zaczęło kruszyć się i pękać. Z początku dosyć niezauważalnie. Choć może sam po prostu nie chciał tego dostrzegać? Z biegiem czasu nie dało się tego już jednak dłużej ukryć. Był innym człowiekiem niż kiedyś. Zmienił się, nawet jeśli wcale nie planował się zmieniać. Nie dążył już do tego, co niegdyś miało być sensem jego życia. Nie potrzebował angażować się całym sobą w to, czego tak naprawdę wcale nie chciał. Nie czuł potrzeby, aby dalej brnąć w to, co w gruncie rzeczy nigdy nie miało żadnego głębszego znaczenia. A jednak to robił. Przez ostatnie półtora roku postępował dokładnie tak jak jego dawna wersja założyła, że będzie wyglądać całe jego dorosłe życie. Ponownie wkroczył na tę samą ścieżkę. Tyle tylko, że nie potrafił dłużej nie dostrzegać na niej tego wszystkiego, na co przed laty przymykał oczy. Szedł przed siebie. Oczywiście, że to robił, ale czy odnajdywał się w tym wszystkim? Przez jakiś czas usiłował twierdzić, że tak. Próbował wmawiać sobie, że to tylko kwestia ponownego wskoczenia na miotłę. Tego się przecież nie zapomina, nie? I rzeczywiście, teoretycznie dokładnie tak było. Umiał podejmować te wszystkie decyzje. Tyle tylko, że głęboko wewnątrz tak naprawdę wcale nie chciał. Głęboko wewnątrz zdawał sobie sprawę z tego, jak dalekie w istocie to jest od tego, czego naprawdę chciał od życia. - Wiem - nie potrzebował zbyt wiele mówić, wystarczyło tylko krótkie przytaknięcie. Oczywiście, że tak. Jasna sprawa. - O nie - odmruknął, teatralnie zniżając głos do ledwo słyszalnego szeptu; zupełnie tak, jakby sama myśl o kolejnej zgodzie była dla niego powodem do narastającego niepokoju. Klątwa, tak? Nie mogli, zwyczajnie nie powinni przez cały czas zgadzać się ze sobą nawzajem. Kusili Los czy coś w tym rodzaju, prawda? Niechybnie przyspieszali bieg wydarzeń. Co prawda, nie do końca wiedzieli, jakich (no, bo Florence im tego nie powiedziała), ale jakichś z pewnością. Bez wątpienia istniało pokłosie tak głębokiej zgody, jaka pojawiła się pomiędzy nimi. No, po prostu zgroza. - Nie zamierzasz mi tego ułatwiać - nie pytał, po prostu stwierdził fakt, unosząc przy tym brwi, wciąż z dokładnie tym samym cieniem uśmiechu na ustach. - Rozumiem - w istocie, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Yaxleyówna nigdy nie lubiła podawać mu niczego na tacy. Tak właściwie, on sam także wolał, gdy tego nie robiła. W ostatnich dniach i tak byli wobec siebie wyjątkowo wylewni. Nie potrzebowali robić z tego swojej nowej wersji standardowego zachowania. Co prawda, mógł ją podpuszczać, co też bez wątpienia teraz robił, ale w gruncie rzeczy wcale nie potrzebował słyszeć czegoś, co było dla niego wyjątkowo jasne. Szczególnie teraz, gdy wyjaśnili sobie wiele kwestii, jakich nie poruszyli ze sobą przez wcześniejsze lata, wychodząc z założenia, że nie muszą o tym mówić. Najwyraźniej musieli. Choćby tylko ten jeden, dostatecznie jasny raz. Co prawda, rozciągający się w czasie, ale o tym mogli zapomnieć, prawda? Nie było sensu dłużej wspominać o tamtych wszystkich nie do końca przyjemnych rozmowach. Nie, nie teraz. - W gruncie rzeczy, mogło być gorzej - nieznacznie przekrzywił głowę, posyłając dziewczynie nieco prowokacyjne spojrzenie spod zmrużonych powiek. - Mogłaś trafić na Macmillana albo, co gorsza, na jakiegoś Croucha - no, to dopiero byłaby zgroza... Przejebane. Bez dwóch zdań. Znając życie, Crouch-Macmillan też jak najbardziej istniał. Nie musiał tego mówić, prawda? RE: [13.09 1972] If the sky falls, fall with me || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.07.2025 - Ależ oczywiście, przecież nie rzucam słów na wiatr. - Zresztą tak samo, jak nie robił tego Ambroise. Bardzo dobrze znali swoje zwyczaje, wiedzieli, że kiedy padały takie obietnice, to prędzej, czy później je spełniali. To nie było dla nich niczym nowym, raczej rzadko kiedy zapominali o takich rzeczach. Czekali tylko na odpowiedni moment i wyciągali to, co nie padło wcześniej. To nie było szczególnie trudne. Dopasowywanie stworzeń do osoby, każdy bowiem miał pewne cechy, które bardzo łatwo można było przypisać pewnym gatunkom. Yaxleyówna znała ich wiele, miała szansę obserwować sporo zwierząt w ich naturalnym środowisku, wiedziała jak żyją, jak się bronią, jakie mają nawyki. Ludzie również to robili, czy tego chcieli, czy nie mieli pewne charakterystyczne cechy, które rzucały się w oczy, zwłaszcza kiedy miała szansę poznać kogoś bliżej, a tak się składało, że Roisa znała tak jak nikogo innego. Noc była spokojna, powodowała, że łatwo było zapomnieć o tych wszystkich wydarzeniach, które nie należały do najprzyjemniejszych. Fale uderzające o klif wprowadzały w przyjemny nastrój, skutecznie odsuwały myśli od tego, co jeszcze chwilę wcześniej ich drażniło. Nie spodziewała się, że wieczór zakończy się w ten sposób, raczej spodziewała się tego, że będą siedzieć przy dogasającym ognisku, pewnie dość mocno pijani, jednak plany czasem się zmieniały, czyż nie? Był to jeden z takich momentów. Wszyscy rozeszli się w swoją stronę i próbowali wykrzesać jeszcze coś dobrego z trwającej nocy. Tego chyba potrzebowali po tym dość drastycznym wybuchu, do którego doszło zaledwie kilka godzin wcześniej. Zresztą nie chodziło tylko o ten jeden moment, ostatni czas był pełen nieprzyjemnych wydarzeń, ciężkich rozmów, trudnych momentów. Tak właściwie to nie spodziewała się tego, że tak szybko przyjdzie im siedzieć razem, mając wszystko na nowo poukładane, walczyła o to całkiem dzielnie, ale nie sądziła, że przyniesie to takie efekty. Cóż, jednak miała w sobie tę siłę, przynajmniej kiedy jej na czymś mocno zależało, a na tym zależało jej jak na niczym innym. To ciche przytaknięcie wystarczyło. Nie musiała nazywać rzeczy po imieniu, to nie było potrzebne, kiedy bardzo dobrze zdawali sobie z tego sprawę. Potrafili wiele się domyślić. Nie był to moment, w którym kolejne, podobne słowa padające z ich ust zmieniłyby cokolwiek. Bardzo wiele sobie powiedzieli w ciągu ostatnich kilkunastu dni, wyjaśnili wszystko, co leżało im na sercach. To naprawdę wystarczało do tego, żeby wiedzieli na czym stoją. Było to jasne, niczym ten księżyc, który właśnie rozświetlał niebo. Zresztą była to tylko kwestia czasu, tak czy siak musieli w końcu skończyć w ten sposób, nawet osoby, jak oni nie były w stanie walczyć z tym, co przygotowało dla nich przeznaczenie, z tą więzią, która ich połączyła wiele lat wcześniej. Niby mogli to robić, ale było to niepotrzebne, skończyłoby się pewnie dość tragicznie. Mieli nieco doświadczenia w tym, co działo się, gdy trzymali się od siebie z daleka, chociaż tego nie chcieli. Wracali do bardzo starych, zakopanych głęboko nawyków, które nie przynosiły im niczego dobrego, wręcz przeciwnie - niszczyły ich od środka. To nie miało sensu na dłuższą metę, nie kiedy mogli być razem, szczęśliwi. - Oczywiście, przecież mnie znasz. - Nie należała do osób łatwych w obejściu, wiedział o tym. Ostatnio i tak wzniosła się na swoje wyżyny wylewając z siebie naprawdę sporo. Nie było sensu robić tego ponownie, szczególnie, że już raz padło to wszystko z jej ust, tak właściwie to nie raz, a wiele razy podczas tych ostatnich dni. Kiedy ułożyli sobie wszystko nie było po co znowu o tym mówić, bo wiedział, a ona wiedziała, że wie. To wystarczało. - Zawsze może być gorzej, to prawda. - Oczy jej błysnęły, a na twarzy pojawił się uśmiech. Och, gdyby trafiła na jakiegoś Macmillana i nie mogła z tym walczyć, to na pewno byłoby bardzo ciekawe doświadczenie. Zanudziłaby się przy nim na śmierć, z drugiej strony może przeznaczenie wiedziałoby co robi. Zresztą wolała tego nie rozważać, nie bez powodu przecież padło właśnie na Greengrassa. Byli do siebie podobni, mieli zbliżone podejście w wielu sprawach, więc nie tak trudno im się było ze sobą dogadać. Los naprawdę nie mógł lepiej wybrać. - Na szczęście nie musiałam tego sprawdzać, jak zawsze wszystko potoczyło się odpowiednio. - Nie mogła w końcu narzekać na to, jak wyglądało jej życie. Mogła robić to co kochała przy boku osoby, którą kochała. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. |