![]() |
|
[13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence (/showthread.php?tid=4999) |
RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.07.2025 Nie, to nigdy nie miał być jego problem. Tak po prawdzie, uważał, że Bletchleyówna mogłaby uczyć się od niego w tym zakresie. Tak, bez wątpienia potrzebowała jeszcze trochę poczucia własnej wartości. Nawet tego udawanego, pozornego, bowiem ono także z czasem zwykło przekształcać się we właściwy, zdrowy egoizm. Gdy dostatecznie długo udawało się pewnego siebie, ta pewność przychodziła niemal sama z siebie. Tak, świat był dokładnie tak prosty. - Wiesz, co sądzę o nigdy i zawsze, ale tak, prawdopodobnie tak - nie zamierzał kłopotać się myśleniem o tym hipotetycznym niecałym jednym procencie szans, jakie istniały na to, że kiedyś mu się odmieni i zacznie tracić wiarę we własną wartość. Tak właściwie, uważał to za jedną ze swoich niewątpliwych zalet. Tak, oczywiście. Bywały takie chwile, kiedy ludzie usiłowali zarzucać mu, że jest zapatrzony w siebie czy zarozumiały. Jednakże on sam nie uważał, aby robił im tym krzywdę. Wygłaszał jedynie swoje własne opinie. Paradoksalnie, zazwyczaj wcale nie skupiając się na tym, by dowieść komuś głupotę. Robił to jedynie przy okazji. W istocie sytuacja wyglądałaby znacznie gorzej, gdyby faktycznie był niedowartościowany. W jego przypadku w grę wchodziły raczej świadome zachowania. Nie zawsze potrzebował zniszczyć oponenta podczas rozmowy. Nie za wszelką cenę. Często gęsto był w stanie rzucić ostatnią wypowiedź, zaznaczając swój stosunek do sprawy i odejść z wysoko podniesioną głową. Nie zwykł kopać się z koniem, jeśli nie miał takiej potrzeby. A zazwyczaj zdecydowanie nie potrzebował przekonywać całego świata o tym, że jest od kogoś lepszy. On po prostu taki był. Kropka. Koniec historii. Metaforyczne upuszczenie tego samego mikrofonu, do którego był w stanie powtórzyć wszystkie swoje wypowiedzi, aby usłyszano go nawet w tylnym rzędzie. Nie rzucał słów na wiatr. Poza kilkoma nielicznymi momentami, podczas których naprawdę mocno poniosło go w dosyć zażartej, bardzo personalnej kłótni, raczej starał się baczyć na słowa. Nie rzucać obelg na prawo i lewo, nie grozić bez pokrycia, nie robić z siebie męskiej primadonny. Jasne, miał krótki lont, ale kłócił się zażarcie o swoje przekonania, nie zwykł mielić ozorem, wyciągając rzeczy zupełnie z dupy. Prócz tego był całkowicie świadomy swojego własnego podejścia i swojej moralności. Nie uważał się za dobrego człowieka. Nie był altruistyczny, nie był bohaterski. Nie chciał taki być. Nie czuł zupełnie żadnej potrzeby pozować na zbawcę wszechświata. Nie zamierzał udawać, że jest święty. Miał swoje naleciałości, dosyć często nosił konieczne maski. Nie zawsze był szczery, szczególnie wobec osób postronnych, dzięki którym mógł coś osiągnąć. Bez wątpienia był oportunistą, bo nie był głupi ani nietomny. Sugestia ze strony Prudence, że mógł nie radzić sobie z czymś tak banalnym jak krzyżówka na ostatniej stronie Proroka Codziennego. Czasopisma dla hołoty, tworzonego ku uciesze gawiedzi, dla wszystkich, a więc dla nikogo konkretnego. Szczególnie nie dla wybitnych jednostek... ...no cóż. Może nie tyle go ugodziła. Nie poczuł się urażony. Jednakże bez wątpienia wzbudziła w nim tę wewnętrzną potrzebę pokazania Bletchleyównie, co straciła poprzez taką a nie inną wypowiedź. Tak. Bez wątpienia potrafił być złośliwy. Tak. Złośliwy i uparty. Może nawet zacietrzewiony, choć akurat nie w tym wypadku. Tu po prostu zamierzał trochę utrzeć nosa drogiej koleżanki. - Nie przyszło ci na myśl, że być może po prostu usiłowałem być miły, czyż nie? - W tym momencie nie mógł powstrzymać się od kolejnego dosyć wymownego, lekko krzywego wygięcia warg w czymś na kształt ironicznego półuśmiechu. No cóż. Miły czy nie, skoro został osądzony w ten sposób, nie mógł już odpuścić. Co prawda jeszcze nie napoczął gazety, wdając się w rozmowę o szczurach, ale końcówka pióra, które trzymał zdecydowanie zawisła nad krzyżówką, gotowa do użycia. Miała ładny tusz. Ciemnozielony, niemal czarny. Idealny, aby odrobinę rozdrażnić Prudence, szczególnie z jego pismem, które nawet dla innych specjalistów w zakresie magomedycyny czasami stanowiło problem. Co prawda, mógłby postarać się pisać prosto i elegancko. Potrafił to robić, choć na ogół nie zwykł tracić czasu, wybierając swoje standardowe bazgroły. Tylko po co? W końcu nie to, że przejmował się tym, czy będą jej krwawić oczy do zestawu z sercem, nie? Tak, słyszał to westchnienie. Tak, dobrze się bawił. - Czyżby? - Uniósł brew, odrywając wzrok od krzyżówki. Zawiesił głos na chwilę, przyglądając się twarzy dziewczyny, po czym bardzo wyraźnie wzruszył ramionami. Kropla atramentu z pióra prawie spadła na pole krzyżówki. Całe szczęście zreflektował się, ścierając je palcem. Był złośliwy, ale nie nieudolny. - Tak na marginesie, mam twoją własność, jeśli czujesz potrzebę, by ją odzyskać - i dalej żyć sobie ze szczurem w duecie. Benjy z pewnością będzie zadowolony - jednak tego już nie powiedział. Nie potrzebował, nie? Mimo to bez wątpienia odnotował słowa Prue. I nie mógł nie uznać przed sobą, że go nie zaintrygowały... RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 24.07.2025 Nie zaprzeczyłaby temu. Nie była szczególnie mocno przekonana o własnej wartości, przez co dość często, w większych grupach ludzi wtapiała się w tło. Słuchała, nie włączała się w dyskusje, tylko wyciągała wnioski, jednak z nikim praktycznie się nimi nie dzieliła. Musiała się czuć się akceptowana, żeby bez oporu słowa zaczęły płynąć z jej ust. Nie było wielu takich osób, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że potrafi całkiem nieźle analizować, bo przecież robiła to przez całe swoje życie, niemalże ciągle, tak już funkcjonowała jej głowa. - Wiem, ale są pewne rzeczy, których nie chce, lub nie da się zmienić. - Uogólnianie nie było dobrym nawykiem, miała świadomość, że często mogło nietrafne, bo bywały sytuacje, których nie dało się przewidzieć, takie, które nie przytrafiały się w snach, czy najgorszych koszmarach. W przypadku Prue wyglądało to nieco inaczej. Potrafiła zaakceptować czyjąś opinię, nie musiała mieć racji. Zdawała sobie sprawę z tego, że każdy patrzył na świat przez pryzmat swoich doświadczeń, co mogło powodować spore różnice. Akceptowała to, że inni mieli różne zdanie od niej, aczkolwiek nie zmieniało to jej własnego podejścia. Starała się być tolerancyjna. To nie tak, że łatwo było jej zasugerować zmianę jej własnego. Ona również w końcu miała swoje doświadczenia, które w dużej mierze miały wpływ na to czym się kierowała, w jaki sposób myślała. Niewiele osób było na tyle szczerych, czy głupich, żeby zawsze się odkrywać. Maski były stale obecne w ich świecie. Tak było prościej, zresztą, czy kultura tego nie wymagała? Uczono dziewczynki, że powinny być pokorne i grzeczne, nie rzucać się w oczy, chłopcy mieli być silni i stanowczy, stawiać na swoim, bo tak wypadało. Sama Prue się do tego stosowała, wiedziała, że mogłaby zostać jeszcze bardziej wykluczona gdyby nie miała oporu, aby pokazywać całą siebie. Na tle innych i tak odstawała, chociaż starała się dostosowywać, ale nad pewnymi zachowaniami nie była w stanie panować - jak chociażby rozbieganymi oczami, zacięciami i mogologami, które dosyć często trwały w jej głowie. - Nie do końca, jak widać to wcale nie jest takie oczywiste, jakby się mogło wydawać. - Ludzie nie bywali mili ot tak, bez powodu. Nie przyszło więc na myśl, że to mogło być to. Zresztą nawet nie oczekiwała tego, że ktokolwiek będzie dla niej miły, raczej stawiała na dość konkretne rozmowy, żeby nie powiedzieć chłodne. Zresztą naprawdę próbował jej wmówić, że to hasło istniało w tej krzyżówce, że to była demonstracja jego dobrej woli, by mogła chociaż w ten sposób zaangażować się w rozwiązywanie krzyżówki, dobre sobie. Prudence bywała nieco odklejona, ale nie była głupia. - Jeśli ciągle mówimy o szczurach, to jak najbardziej. - Nie uciekała spojrzeniem, kiedy uniósł wzrok znad gazety, bo dlaczego niby miałaby to robić. Ta rozmowa była mocno zawirowana, wcale nie taka prosta, jakby mogło się wydawać. Potrafiła wyłapać te drobne sugestie, niuanse, zresztą miała świadomość, że Ambroise nie robił tego bez powodu. Najwyraźniej sprawiało mu przyjemność pastwienie się nad nią w ten sposób. - Moją własność... - Powtórzyła za nim, powoli. Dopiero po krótkiej chwili dotarło do niej, co właściwie miał na myśli, zerknęła odruchowo na swój palec, zapomniała o tym, że go zgubiła, nie brakowało jej tego ciężaru na dłoni. - Nie czuję takiej potrzeby. - Był to chyba odpowiedni moment, aby się go pozbyć, szczególnie, że stało się to samo. Los chyba zasugerował jej, że już nie potrzebowała tego pierścionka, nie musiała korzystać z niego jak z tarczy ochronnej, która miała ją dystansować od niechcianych interakcji. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.07.2025 Czy miała rację? Pewnie. Pewnie tak. Tyle tylko, że ile tak naprawdę było takich rzeczy? Ilukrotnie rzeczywiście należało wypowiadać jedno z tych mitycznych słów a ile razy były one zupełnie niepotrzebne, nawet wprost przesadzone? Ludzie zdecydowanie mieli w zwyczaju nadużywać takich deklaracji. Zawsze i nigdy, a potem nagle robili coś, co pokazywało, że jednak znacznie właściwsze byłoby prawdopodobnie i czasami, w zależności od kontekstu. - W życiu stałe są tylko śmierć i podatki - odpowiedział, być może nie do końca poważnie, ale przecież nie prowadzili żadnych głębokich dyskusji egzystencjalnych. On także potrafił nadawać rozmowie trochę lżejsze tony, gdy tego chciał. A w tym momencie? Wbrew pozorom, wcale nie planował pastwić się nad Prudence, wciągać jej w głębokie dyskusje. Chciał jej coś udowodnić, owszem, ale nie potrzebował być przy tym zupełnie poważny. Przez chwilę nawet próbował być dokładnie taki jak to powiedział na głos. Miły. Został zaś niedoceniony. Ojej. Jaka szkoda. No cóż. Kontynuując... - Być może dla ciebie - bardzo nieznacznie, niemal niedostrzegalnie wzruszył ramionami, nie zmieniając przy tym wyrazu twarzy. - Zawsze miałaś tendencje do błyskawicznej oceny intencji innych ludzi - stwierdził bez zająknięcia, nie zamierzając ukrywać tego, przez jaki pryzmat spoglądał na ich (i nie tylko ich) relację. Zresztą. Byli ze sobą względnie szczerzy, nieprawdaż? Podchodzili do siebie racjonalnie otwarcie. Nie zamierzał próbować zarzucać Prudence bycia ograniczoną. Nie. W tym momencie najzwyczajniej w świecie wypowiadał własną opinię na temat, o ironio, jej opinii w kwestii ludzi dookoła niej. Nie zamierzał wnikać w to, z czego to wynikało. Nie chciał wdawać się w analizę pobudek dziewczyny. W to, z czego brała się ta łatwość w przypisywaniu innym zero-jedynkowych zachowań i intencji. Nie próbował mówić, że to wybitnie źle o niej świadczy (bo nie świadczyło). Ani, że była w tym jedyna (bo nie była). Paradoksalnie, on sam także bardzo łatwo wydawał osądy. Bazował przy tym na wielu czynnikach. Zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Opierał się na własnych spostrzeżeniach, poprzednich interakcjach, niespecjalnie często (w końcu nie był owcą) na powszechnej opinii na wskazany temat. Nie zamierzał wypierać się tego, że naprawdę łatwo uciekał się do oceny. Stawiał sobie te pierwsze założenia i często gęsto nie czuł potrzeby ich weryfikować. Uważał, że zazwyczaj słusznie. Często gęsto to właśnie ta pierwsza interpretacja była najbardziej właściwa. Zdecydowanie pomogła mu uniknąć wielu wyjątkowo nieprzyjemnych, czasami wręcz groźnych sytuacji. A że czasami popełniał błędy? Że zdarzało mu się być nazbyt ostrym? Zbyt mało przyjacielskim? No cóż. Potrafił zmienić tę pierwszą opinię. Umiał rzeczywiście przyznać, że być może podszedł do tego z nazbyt dużą dozą uprzedzeń albo (to było już znacznie gorsze) z za dużym optymizmem. Nie było bowiem tak, że dokonywał wyłącznie mylnie nieprzyjacielskich założeń. O nie. Ostatnia sytuacja dosyć jasno udowodniła, że i on potrafiał obdarzać ludzi zbyt dużym kredytem zaufania, dawać im nazywać się przyjacielem, podczas gdy ich zachowania nie świadczyły o wzajemności tej relacji. Zresztą. Było minęło. Potrzebował przetrawić sobie kilka rzeczy, obecnie skupiając się na czymś, co nie przynosiło mu posmaku goryczy w gardle. W tej chwili angażował się w rozmowę na zupełnie inne tematy. Tym bardziej, że ich rozmowa bardzo szybko przestała być zupełnie jednoznaczna. Jak zazwyczaj, czyż nie? Może pierwszy raz mówili o czymś takim, ale nie od dzisiaj poruszali się dwutorowo w dyskusji. - Zwierzęcy behawioryści nie zgodziliby się z tobą - powiedział, ciągnąc dalej dialog, który z całą pewnością (zarówno jego, jak i niewątpliwie Prudence) nie skupiał się wyłącznie na marnym losie samotnych szczurów trzymanych przez właścicielki, które stwierdziły, że lepiej im alienować się ze swoimi zwierzątkami. Przenosząc spojrzenie na Bletchleyównę, przyglądał się dziewczynie przez chwilę, nie mrugając ani nie zmieniając wyrazu twarzy. Patrzył na nią badawczo, nawet nie próbując ukrywać tego, że usiłuje wyczytać coś więcej z jej oczu albo miny. Nie była łatwa do odszyfrowania. Zdecydowanie daleko było jej do krzyżówki z Proroka, ale mimo to jeszcze przez moment patrzył w brązowe oczy rozmówczyni, zanim ponownie przeniósł wzrok na stoliczek z filiżanką. Upił łyk kawy, kiwając głową. - Doskonale - nie uśmiechnął się, ale jego czujne spojrzenie odrobinę złagodniało, gdy napotkało oczy Prue. Skoro tak stawiała sytuację... - Co mam z tym zrobić? - Spytał bez większego zaangażowania, głównie z czystej przyzwoitości, bo przecież nie zamierzał trzymać cudzego manifestu rozpaczy w prawej szufladzie swojego biurka. Mógł to wyrzucić do kosza, zakopać, ciepnąć do morza, cokolwiek. Nie zamierzał być odpowiedzialny za metodę. Przynajmniej w tym momencie. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 24.07.2025 - Nie do końca bym się z tym zgodziła. - Czy śmierć faktycznie była stała? No nie do końca, jasne, czekała na każdego, ale czy sami nie mieli możliwości być świadkami tego, że niektórym udawało się od niej uciec. Wyrwać z jej ramion, kiedy wydawało się to być niemożliwe? Zresztą nekromanci przecież mieli dosyć interesującą relację ze śmiercią, a wiedziała, że Ambroise jak i ona nie obawiał się tej dziedziny magii. Zresztą to była jedna z rzeczy, która powodowała, że widziała go jako swojego sojusznika. Mogli bez problemu rozmawiać o podobnych praktykach, byli otwarci na tę część magii, która wzbudzała spore kontrowersje w społeczeństwie. Wzruszyła jedynie ramionami, kiedy usłyszała kolejne słowa, które padły z jego ust. Tak było, nie zamierzała zaprzeczać. W ten sposób łatwiej było jej się przygotować na najgorsze, tak właściwie to nie musiała się przygotowywać, bo po prostu nie dopuszczała do siebie ludzi. Z góry zakładała, że mają nieodpowiednie pobudki, że chcą się z niej ponabijać, wyśmiać ją, albo wykorzystać. Całkiem proste, nie brało się też znikąd, z powietrza. Kilka razy oberwała i wolała się dystansować, niżeli to powtarzać. - Nie da się temu zaprzeczyć. - To był fakt. Wiedziała, że sytuacje były różne, nie powinna wrzucać wszystkich do jednego wora, zresztą ostatnio nawet dowiedziała się, że nie zawsze było tak jak zakładała. Benjy otworzył jej oczy, gdy wspominał o przeszłości. Kiedy teraz spoglądała na to zauważała pewne fakty, których wtedy nie widziała, bo była cholernie uparta w swoim przekonaniu. Czy wiele przez to straciła? Nie mogła tego stwierdzić, grunt, że ostatnio nieco zaczęła nad tym pracować. Zmiany były widoczne, może nie dla wszystkich, grunt, że Ci którzy mieli je dostrzec na pewno to zauważyli. Nie sądziła, że Greengrass liczył na jakieś wyjaśnienia. Nie byli przyjaciółmi, nie musiała mu się tłumaczyć z czego wynika jej zachowanie. Przyznała mu zresztą rację, nie sądziła, żeby tego potrzebował, ale nie miała z tym najmniejszego problemu. Nie należała do osób, które mówiły, że coś jest czarno-białe, gdy było kolorowe. Zresztą, czy to stwierdzenie coś zmieniało? No nie. Taka już była, tyle, nic szczególnego. - Nieszczególnie interesuje mnie ich opinia. - Nie musieli kontynuować tematu szczęśliwego życia jej szczura, naprawdę to było zbędne. Nie do końca przemawiało do niej to odniesienie. Zdecydowanie wolała konkretne pytania, konkretne odpowiedzi, nie lubiła owijać w bawełnę, a to o czym rozmawiali było coraz bardziej abstrakcyjne. Mógł próbować z niej czytać, jednak nie było to takie proste. Gdy tylko chciała Prue potrafiła przyodziewać maskę obojętności, tak właśnie było teraz. Zwyczajowo dla siebie po prostu przeszywała go wzrokiem, a jej twarz nie wydawała się mieć żadnego wyrazu. Nie obeszło ją specjalnie jego pytanie o ten cholerny pierścionek. Skoro już sam postanowił opuścić jej palec, to mówiło samo za siebie, nie potrzebowała go do niczego. - Możesz wrzucić do morza. - To było chyba całkiem szybkie i mało wymagające rozwiązanie. Nie musiała więcej oglądać tego pierścionka, zresztą nigdy nie był za bardzo jej. Nie miał w sobie niczego wyjątkowego, tak samo jak relacja, która się z nim kojarzyła. Nosiła go przez to, że czuła się winna, że nie do końca cierpi po tej stracie, która ją spotkała, bo przecież powinna cierpieć, społeczeństwo wymagało tego od osób, które znalazły się w podobnych sytuacjach. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.07.2025 Nie był przesadnie zdziwiony tym, że Bletchleyówna nie zamierzała ot tak zgodzić się z jego słowami. Był raczej przyzwyczajony do ich odmiennych opinii. Zresztą. Nie tylko z nią częściej się nie zgadzał niż był zatrważająco zgodny. Prezentowali dwa zupełnie inne punkty widzenia, co miało całkowity sens, biorąc pod uwagę to, że pochodzili z zupełnie innych środowisk i byli przeciwnej płci. Mimo to, cenił sobie zdanie dziewczyny. Bez wątpienia bardziej niż przed laty. Teraz potrafili dogadać się ze sobą nawzajem. Wcześniej? Cóż. Było to co najmniej trudne. - Odnośnie której części? - Spytał bez oporów, bo skoro już w coś wątpiła, to należało rozwinąć temat. - Tak, nie każdy płaci podatki - poniekąd trudno byłoby robić to z takiej działalności, jaką on również czasami wykonywał - ale to nie oznacza, że nie istnieją - proste? Proste. - Co zaś tyczy się śmierci... ...wszystko musi kiedyś umrzeć, nie? - To też było wyjątkowo zrozumiałe. Nawet istoty wskrzeszone ponownie. Nawet tysiącletnie wampiry. Nawet te wszystkie wyjątkowe przypadki. Śmierć czekała na każdego. Dało się jej uciec, ale jakim kosztem? Nie mówiąc już o gwarancji, że tak czy siak miała nadejść ponownie. Raz po raz, raz za razem. Nie było nikogo ani niczego, co mogłoby się jej oprzeć. To była tylko kwestia czasu. Dni, tygodni, czasami dziesiątek lat, dla niektórych setek lub tysięcy. Upływ czasu robił swoje. Kiwnął głową, słysząc następne stwierdzenie płynące z ust dziewczyny. Nie potrzebował niczego więcej. Nie był kimś, kto potrzebował tłumaczeń. Nie musiała przedstawiać mu swojego punktu widzenia w temacie tego, czemu dokonała takiej a nie innej oceny sytuacji. Nie było mu to do niczego potrzebne, bo w gruncie rzeczy nic nie zmieniało w ich relacji. - Domyślam się - nie bez znaczenia było to, że użył dokładnie tego samego wyjątkowo neutralnego tonu, w jakim zwróciła się do niego Prudence. Nie zamierzał przesadnie angażować się w rozmowy mające w jego oczach być czymś, co zamierzał przeanalizować we wnętrzu własnej głowy, nigdzie indziej. Nie zamierzał wygłaszać wielkich przemów na temat tego, czemu służyły jego odniesienia do szczurów i wszystkie inne wypowiedzi. Nie, nie potrzebował tego robić. Tym bardziej, że na ten moment wystarczyło mu to, co padło o pierścionku zaręczynowym i to, co już wiedział. Był całkiem spokojny. - Nie chcesz tego zrobić sama - teoretycznie to powinno być pytanie, fakt, jednak w głosie Ambroisa nie wybrzmiała ta charakterystyczna nuta, która pozwoliłaby tak nazwać wypowiedziane przez niego słowa. Nie, on po prostu stwierdził to, co poniekąd powiedziała sama główna zainteresowana. Nie wyglądało na to, aby Bletchleyównę interesowały te wszystkie dramatyczne gesty pożegnania z przeszłością. Chociaż znając ją na tyle, na ile zdążył ją poznać, czy tak naprawdę mógł dziwić się tej informacji? Nie, ani trochę. Jasne, spodziewał się, że Prue potrafi być wyjątkowo uczuciowa. Tyle tylko, że raczej w swoich własnych czterech ścianach. Bez niepotrzebnej publiki i ryzykowania tym, że ktoś ponownie postanowi wykorzystać przeciwko niej zaobserwowaną słabość. Już wiele razy to zrobiono, nieprawdaż? Każdy miał swoje granice, po których przekroczeniu zaczynał stawiać coraz wyższe, bardziej nieprzeniknione mury. Czasami większe wyzwanie stanowiło to, aby we właściwym momencie zacząć je przesuwać i burzyć. Ale to oboje wiedzieli, czyż nie? RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 24.07.2025 - To straszne uproszczenie. - Nie do końca było to w jej stylu, miała w zwyczaju analizować wszystko na różnych płaszczyznach, więc pewnie przez to nie do końca się z nim zgadzała. Nie musiała jednak tego robić, nie widziała takiej potrzeby. Ludzie mieli mieć prawo swoje poglądy, mogły się one od siebie różnić, wystarczyło to akceptować i nie próbować ich na siłę zmieniać. Mieli też prawo spłaszczać pewne rzeczy, nie wgłębiać się w temat, to nie było niczym złym. - Powiedzmy. - Zapewne zauważył, że się z nim nie zgadza, ale nie musiała drążyć tego tematu, to nie miało najmniejszego sensu, zwłaszcza, że miało być tylko drobnym odniesieniem. Śmierć przecież nie była tylko materialna, bo przecież po ludziach zostawały wspomnienia, nie dało się zniknąć całkowicie, nadal żyli w przedmiotach, miejscach, temat był bardziej złożony, niż można było zakładać. Przynajmniej w jej opinii. - Cieszy mnie to. - Bez sensu było kontynuować te myśl. Nie był to moment w którym przez jego sugestię zamierzała się z kimś konsultować na temat szczęśliwego życia swojego szczura. Dawała mu odpowiednie zainteresowanie, dbała o niego, nie miał z nią źle. Zresztą na pewno niejeden szczur mieszkający w kanałach Nokturnu mógłby mu pozazdrościć jego wspaniałego żywota. - Nie chcę. - Być może powinna mówić, że bardzo jej na tym zależy, że chciała sama pozbyć się tego ciężaru, zakończyć jakiś etap w swoim życiu. Tyle, że nie byłoby to szczere. Skoro zapytał, czy ma to zrobić, to nie miała poroblemu z tym, aby skorzystać z okazji, która sama się pojawiła. Ambroise nie zapytał jej o to, ale jednak sama z siebie chyba chciała mu dać odpowiedź, powiedzieć dlaczego nie odczuwała potrzeby, aby robić to samodzielnie. - Zresztą to stało się samo. Zgubiłam go, nie należy już do mnie, gdyby nie to, że doszło do tego tutaj, że wiedziałeś, że był mój, to też nie miałabym szansy pozbyć się go sama. Los zadecydował, niech tak zostanie. - Nie rozpaczała jakoś specjalnie po tej stracie, nie szukała tego pierścionka, tak właściwie to zrobiło jej się całkiem lekko bez niego na palcu. Można było to uznać za jakieś metaforyczne pożegnanie się z przeszłością, chociaż nie dopisywała temu szczególnie głębokiego znaczenia. Już dawno pogodziła się ze swoją stratą, nie potrzebowała teraz do tego wracać, to nie było czymś, czym chciała się aktualnie zajmować. Nie, kiedy wyjątkowo, zupełnie przypadkiem zaczęła korzystać z szans, które rzucała jej teraźniejszość. Nie chciała żyć przeszłością, to było za nią, wolała skupić się na tym, co miało nadejść, co było tu i teraz. Nie spodziewała się też, aby brak tego magicznego pierścionka na jej palcu zmieniał zbyt wiele. Nie potrzebowała nosić go, jak jakiegoś amuletu, którym nigdy nie był. Miała wrażenie, że spełnił już swoją rolę, to znaczy tę rolę, którą sama mu nadała po śmierci swojego dawnego narzeczonego. Wystarczająco długo działał jako odstraszacz, teraz mogła sobie radzić sama. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.07.2025 Cóż. Zdecydowanie mieli prawo w inny sposób spoglądać na wszystkie sprawy, jakie ich dotyczyły. Z perspektywy Ambroisa, to Prudence przesadnie komplikowała kwestię śmierci i kwestii z tym związanych. Dla niego samego było to dosyć proste, przynajmniej na podstawowej płaszczyźnie, o której teraz mówili. Trzeba było umrzeć nawet po to, by wieść mityczne życie wieczne, którego istnienie głosiły niektóre koweny. Trzeba było umrzeć, aby stać się duchem nawiedzającym miejsca, z którymi było się związanym. Trzeba było umrzeć, żeby przejść proces reinkarnacji. By stać się dębem w Kniei Godryka. By ewoluować i osiągnąć inną, lepszą formę. Aby pozostać za Zasłoną i stamtąd obserwować życie ziemskie. I tak dalej, i tak dalej. Śmierć była naturalną częścią życia. Jednym z wielu etapów drogi. Umierali ludzie, umierały istoty, magiczne stworzenia, rośliny i owady. Umierały poniekąd też części materii nieożywionej. Czas nie oszczędzał nikogo ani niczego. To, czy robił to szybciej, czy później, to był już zupełnie inny temat. A podatki? Cóż. Kwestia opodatkowania była równie złożona, ale jednocześnie bardzo prosta: gdyby rząd, szczególnie po niedawnych pożarach, mógł opodatkować dosłownie wszystko, niechybnie by to zrobił. Z roku na rok powstawał szereg nowych opłat i kolejne metody ściągania długów. Nawet (a może zwłaszcza?) tych domniemanych. Nie zamierzał jednak na siłę wdawać się w dyskusję na tematy finansowe bądź egzystencjalne. Miał wyjątkowo dobry humor, może pogoda za oknem nie sprzyjała spacerom i korzystaniu z pięknego poranka, ale zaprzątanie sobie głowy niepotrzebnymi analizami nie było czymś, co chciałby robić. Szczególnie, gdy interesowało go coś zupełnie innego. I to także poniekąd udało mu się wstępnie zweryfikować dosyć niskim kosztem. Wystarczyło zaledwie jedno konkretne zdanie, aby uznał, że nie ma zamiaru dalej wnikać w temat podejścia Prudence do zmian w życiu. Nie analizował, co by było, gdyby postanowiła jednak odzyskać pierścionek. Nie zrobiła tego. To mu w zupełności wystarczyło. Nie oceniał tego, czemu nie chciała sama wywalić symbolu przeszłości w morskie fale. Tego także w zupełności nie potrzebował. Znała jego zdanie na temat przedłużającej się teatralnej żałoby. Była świadoma tego, co sądził o jej zgoła uporczywym noszeniu na palcu dowodu na to, że ktoś kiedyś mówił, że ją kocha. W jego oczach w istocie kochając jakąś wersję Prudence, ale nie ją całą. Śmiał wręcz twierdzić, że tamten wybór pierścionka był wizualnym dowodem braku znajomości całej dziewczyny. Nawet on nie wybrałby takiego generycznego badziewia, choć nie uważał, że jakoś nadmiernie głęboko poznał wszystkie strony natury Bletchleyówny. Jeśli jednak wiedział o niej więcej niż jej niedoszły mąż (a bez wątpienia tak było, przynajmniej w kwestii tej jej mniej eleganckiej, poukładanej strony), cóż... ...to nie świadczyło zbyt dobrze o sile tamtej więzi, nieprawdaż? Skończyła się tragicznie. To rzeczywiście był naprawdę olbrzymi dramat, ale trzy lata były dostatecznie długim okresem żałoby. Tym bardziej, że to, co ostatecznie pokazał mu tamten kamyk było wyjątkowo wymowne. Ironicznie, nie mając zupełnie żadnego związku z człowiekiem, który nasunął pierścionek na palec pogrążonej w rozpaczy niedoszłej narzeczonej. - Trudno byłoby nie wiedzieć - odpowiedział krótko na to, co mu powiedziała. Nie był specjalistą od takich rzeczy. Nie uważał się za kogoś, kto był w stanie instynktownie spamiętać, co kto nosi na palcu i od razu wskazać właścicielkę zguby. Prawdopodobnie, gdyby nie to, że w tamtym czasie tylko Prudence była tu zaręczona, miałby mniejsze szanse na prawidłowe zidentyfikowanie, do kogo należała biżuteria. Mogła bowiem znajdować się na czymkolwiek palcu. Była prosta, klasyczna, nijaka. Tyle tylko, że jednocześnie niosła ze sobą aż nazbyt jaskrawą historię. Taką, która dosłownie wciągała. Nie zamierzał ukrywać tego, co kryło się pod jego słowami. Wręcz przeciwnie. Patrzył prosto w oczy Prudence. Nie uśmiechał się przy tym, ale też nie przywoływał żadnego innego grymasu na twarz. - Nie zamierzam tego nadużywać - nie musiał deklarować tego, że nie jest zainteresowany wykorzystaniem przedmiotu, jaki trafił w jego ręce, ale jednocześnie wychodził z założenia, że słowa wypowiedziane na głos mają czasami znacznie większą wartość niż te, które ktoś teoretycznie wiedział, ale nie padły wprost. Nie był aż takim kawałem chuja, żeby pozostawiać Bletchleyównę w stanie zawieszenia między cholera a moje sekrety nie należą już do mnie. Należały. Mogła być o to zupełnie spokojna. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 24.07.2025 Prudence od zawsze spoglądała szerzej, nie lubiła uproszczeń, więc przeciwnie często zupełnie niepotrzebnie wszystko komplikowała i analizowała. Zbyt wiele książek przeczytała w swoim życiu, zbyt wiele jej z tego zostało w głowie, żeby podchodziła do czegokolwiek prosto. Jej umysł dział w taki sposób, lubił kwestionować wszystko, co było jej dane usłyszeć. Nie uważała tego za coś złego, warto było stawiać pytania, szukać drugiego dna. Lubiła myśleć, drążyć, zagłębiać się w te przemyślenia. Spędzała nad tym godziny swojego życia. Nie bez powodu nigdy szczególnie nie potrzebowała towarzystwa, był moment, w którym wystarczały jej te rozmowy w głowie sama ze sobą. Nie było sensu w tej chwili prowadzić tej konwersacji na temat stałości śmierci, czy podatków. Zresztą to drugie zignorowała już na początku, to śmierć wzbudzała jej większe zainteresowanie. Był to jeden z jej ulubionych tematów, czego pewnie nie dało się nie zauważyć. Śmierć, życie po śmierci, nieżycie, to wszystko co się z tym wiązało. Prue miała świadomość tego, że już dawno powinna się pozbyć tego nieszczęsnego pierścionka, wiedziała, co myślał o tym Greengrass, chociaż nieszczególnie obchodziła ją jego opinia na ten temat. Miała swoje pobudki, może nie do końca takie, jak mogło wydawać się ludziom, ale było to dla niej całkiem wygodne. Żałoba poniekąd pasowała do jej aury, dzięki temu też nikt nie chciał się z nią jakoś mocno spoufalać, co niosło ze sobą wiele plusów. Ludzie woleli jej unikać, niżeli wchodzić w jakieś niepotrzebne konwersacje, które niczego ze sobą nie niosły. Mało kto przepadał za towarzystwem osób, które cierpiały. To było wygodne, nawet bardzo, ale czas najwyższy zostawić to za sobą. Ten moment musiał kiedyś nadejść, a że okazja nadarzyła się sama, to warto było z niej skorzystać. Kwestionowała swoje życiowe wybory już dawno temu, miała świadomość, że nie mogła być w pełni sobą przed swoim martwym narzeczonym, bo nie do końca akceptował pewne części jej. Te najbardziej skomplikowane, w tamtym etapie życia naprawdę próbowała być taka, jaką chciałoby ją widzieć otoczenie. Grała, czasem gubiła się w tym kim jest tak naprawdę. To minęło wraz z jego śmiercią, wtedy nie musiała się kryć z tym, co faktycznie ją fascynowało. Znowu została sama i nie do końca jej to przeszkadzało, przynajmniej mogła być sobą, niby nic takiego, ale jednak dość sporo to dla niej znaczyło. Nauczona doświadczeniem chowała przed większością ludzi tę mniej ułożoną wersję siebie, tak było prościej, chociaż kiedy znalazła z kimś nić porozumienia, szczególnie na tych płaszczyznach, które ją interesowały i widziała, że nie wzbudza to tego oceniającego spojrzenia nie miała nic przeciwko temu, żeby pokazać tę mniej oficjalną część, która kryła się nieco głębiej. Nie musiała się przyjaźnić, nie musiała mówić o uczuciach, wystarczyło to, że wiedziała, że ma w tych osobach sojuszników. Utkwiła na nim swoje spojrzenie. Powinna się tego spodziewać. Widział coś. W końcu posiadali wspólny dar, który niósł ze sobą pewną wiedzę. - Widziałeś mnie. - Stwierdziła. Nie pytała, dotarło do niej, że przecież to nie było nic, co nie mogło się wydarzyć. Ten pierścionek był nijaki, tak naprawdę trudno byłoby go powiązać z konkretną osobą, chyba, że posiadało się dar, który mógł to ułatwić. - Wspaniale, jakbyś się chciał jednak czegoś dowiedzieć, to po prostu zapytaj. - Wolała w ten sposób dzielić się swoimi tajemnicami. Zdawała sobie sprawę z tego, że Ambroise nie miał wpływu na wizje, które się pojawiały, nie winiła go za to, że coś zobaczył, chociaż oczywiście wolałaby uniknąć podobnych sytuacji, bo wiedziała jak to jest, poczuć się przez chwilę jak ktoś inny, wejść w jego buty. Nie sądziła tylko, że zupełnym przypadkiem Greengrass znajdzie się w tych jej. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.07.2025 Trudno byłoby być zupełnie obojętnym tudzież nie mieć swojego zdania na temat śmierci, gdy należało się do tego elitarnego grona ludzi takich jak oni. Nawet w tym wypadku, praktyka udowadniała jednak, że nie każdy myślał o tym dokładnie w ten sam sposób. To była wyjątkowo rozległa kwestia w znacznej mierze oparta również na prywatnych doświadczeniach. Tymi natomiast nie zwykł wymieniać się bez potrzeby. Nawet z kimś takim jak Prudence. Mogli rozmawiać. Owszem. Nieczęsto uciekał się do nagłych zmian tematu, gdy już zaczęli o czymś dyskutować. Nie miał oporów przed tym, by mówić dziewczynie różne rzeczy, także te niekoniecznie przyjemne. Dla niego, dla niej, dla otoczenia. Tego poranka padło chyba na nich oboje. W końcu sam też nie był specjalnie zadowolony z tego, że znalazł się w jej małych bucikach i przez dłuższą chwilę nie czuł się sobą. - Mhm - przytaknął bez wahania, nie odwracając wzroku ani nie opuszczając głowy, bo czemuż miałby to robić? To nie tak, że jakoś wyjątkowo chciał, żeby to miało miejsce. Nie planował tego, co się stało. Nie przeszło mu przez głowę, że powinien spróbować wykorzystać pierścionek Prudence, aby znaleźć ją i Romulusa. Tak po prawdzie, nawet nie miał czasu, by wziąć pod uwagę podobną opcję. Gdyby jednak sytuacja rozegrała się inaczej, czy byłby za tym, żeby to zrobić? Niekoniecznie. Niekoniecznie tak, niekoniecznie nie. Po prostu niekoniecznie. Z pewnością nie byłoby to jego pierwszym rozwiązaniem. Czy słusznie? Nie zamierzał tego analizować. Nie miał raczej zapędów, by być detektywem-amatorem ochoczo wykorzystującym przyrodzone mu umiejętności w celu rozwiązywania zagadek. To było zresztą jego pierwsze podobne zaginięcie. Jasne, chciał dowiedzieć się, co spotkało tych dwoje. Zamierzał działać, ale nie był typem, który robił z siebie męczennika. Jeśli istniałaby inna logiczna opcja, nie postanowiłby poświęcić się w imię akcji ratunkowej. Szczególnie, że nie uważał tego za zbyt przyjemny pakiet doznań, nawet jeśli te konkretne raczej nie były wybitnie nieprzyjemne. Nie chciał jednak celowo wchodzić w buty kogoś, kogo znał i czyich introspekcji zdecydowanie nie potrzebował do szczęścia. Nie musiał zbierać haków na Prudence. Nie dawała mu do tego żadnych powodów. Jeśli zaś chodziło o jego prywatne poglądy, dosyć daleko było mu do typowego plotkarza, który głęboko interesował się życiem i powiązaniami ludzi dookoła niego. Po prawdzie, szczerze nie obchodziło go, kto z kim sypia i kto kogo faktycznie wyciąga na schadzki. Jasne, nie mógł darować sobie tamtego drobnego nawiązania do zmiany w relacji tych konkretnych osób. To było po prostu zbyt dobre, żeby zupełnie zignorować ironię losu, jaka za tym szła. Czy jednak zamierzał się nad tym spuszczać? Nie. - Nie sądzę, bym potrzebował od ciebie jakichkolwiek dodatkowych informacji - stwierdził, w dalszym ciągu patrząc prosto w ciemne oczy Bletchleyówny. - Logicznie rzecz biorąc, raczej jest w drugą stronę - to ona teoretycznie mogłaby potrzebować informacji od niego, oboje zdawali sobie sprawę, na jaki temat, ale jednocześnie w tym wypadku także nie uważał, by zamierzała o cokolwiek go pytać. Znał Prudence. Raczej nie zwykła pchać się z butami w cudzą prywatność. Nawet wtedy, gdy rzeczywiście miałaby ku temu całkiem solidne podstawy. W jego własnych oczach, momentami robiła sobie tym krzywdę, bowiem zdecydowanie powinna baczyć również na samą siebie, dociekając niektórych kwestii, które mogłyby uchronić ją w przyszłości. Ale czy zamierzał na siłę zmieniać jej podejście? Niekoniecznie. Robiła to, co chciała. - Wiem, co mi na to odpowiesz - rzucił cicho, na kilka sekund unosząc jeden kącik ust. - Wiem, że nie jesteś taka - i w istocie nie musiała być inna, wychowywanie jej nie było jego zadaniem. Zresztą, miała tylko jakieś trzydzieści procent szans na to, że faktycznie odpowiedziałby na jakiekolwiek pytania z jej strony. Miał dosyć twarde, konkretne podejście do rozmów na temat innych ludzi, szczególnie z jego najbliższego otoczenia. Nie wątpił, że dziewczyna zdawała sobie z tego sprawę już od samego początku ich znajomości. - Więc możemy ująć to tak - kontynuował spokojnie, bez cienia oporów czy zdenerwowania. To nie było nic takiego, prawda? Ot. Ich wspólna natura. Paradoksalnie, ze wszystkich osób obecnych wtedy w posiadłości, nie trafiła zupełnie najgorzej. - Możesz pytać, co widziałem i co wiem. Teraz albo do końca dnia. Jeśli tego nie zrobisz, nie było tematu - brzmiało jak uczciwa oferta. Wyjątkowo szeroka, zwłaszcza jak na niego. Nie rzucał ich często, ale to była ta wyjątkowa sytuacja. RE: [13.09.1972] Zakładka sprzed lat || Ambroise & Prudence - Prudence Fenwick - 24.07.2025 Tak naprawdę na każdy temat można było mieć zupełnie inną opinię od kogoś z kim się rozmawiało. To nie było niczym nadzwyczajnym, punkt widzenia zależał od wielu różnych czynników. Można było próbować je zrozumieć, ale czy tak do końca faktycznie było to możliwe? Nie wydawało jej się, nawet bardzo empatyczne osoby miały pewne ograniczenia, ale cóż, to nie było to, o czym mieli dyskutować w tej chwili. Każda rozmowa niosła po sobie jakieś pozostałości, zapewne i ta spowoduje, że Prue do niej wróci, kiedy będzie siedziała sama w którymś z pokoi. Tak już miała, trawiła wszystko, co do niej trafiało. Nie potrzebowała tego potwierdzenia, a jednak je dostała. Już zdążyła sobie ułożyć wszystko w głowie, połączyła kropki, jak na nią nawet zbyt późno, ale tym spostrzeżeniem wolała się nie dzilić. Nie lubiła przyznawać w głos, że coś jej umykało. Nie miała mu tego za złe. Czasem tak się działo, szczególnie podczas tych początkowych przygód z widmowidzeniem, trzeba było poświęcić sporo czasu na praktykę, aby chociaż trochę nad tym panować, a nawet osoby jak ona, które odkrywały ten dar dość wcześnie miewały problemy z kontrolowaniem go. Nie musiała szukać daleko, ledwie kilka dni temu też jej się to przytrafiło, bo na chwilę się rozproszyła, bo zapomniała o tym, że powinna być czujna, najlepiej ciągle. Towarzystwo niektórych osób było jednak zbyt absorbujące i zajmujące. Bywa. Nie obchodziło jej z jakich metod korzystali, żeby znaleźć ją i Romulusa. Najważniejsze, że dotarli do nich na czas i uwolnili ją od jego towarzystwa. Sama pewnie nigdy nie znalazłaby wyjścia. Miała wrażenie, że tamto miejsce nie chciało jej wypuścić. Uniosła pytająco brwi, kiedy znowu się odezwał. Nie musiała komentować tego, co padło z jego ust, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co od niej usłyszy. Nie należała do osób, które sięgały po informacje w ten sposób, nie chciała węszyć, to nie było w jej stylu. Jeśli miałaby jakieś pytania, to zadałaby je samemu zainteresowanemu. Zresztą nie wydawało jej się to konieczne. Wiedziała wszystko, czego potrzebowała, cieszyło ją kiedy sam postanawiał jej pokazywać kolejne części siebie, bo wiedziała, że robi to tylko i wyłącznie dlatego, że tego chce. Nie zamierzała niczego w tym przypadku zmieniać, może i lubiła dużo wiedzieć, ale nie tutaj. Nie czuła, że miała jakiekolwiek prawo do roszczenia sobie czegokolwiek. - Nie zamierzam zadawać Ci jakichkolwiek pytań. - Wiedział, że to było niewłaściwe, na pewno to czuł. Zresztą nie bez powodu od razu sam przyznał w głos, że wie jak zareaguje na jego słowa. - Nie rozmawiam o ludziach, kiedy ich nie ma, nie w ten sposób. - To było całkiem proste i szczere stwierdzenie. Mogła być ciekawa, mogła mieć pytania, ale na pewno nie miała zamiaru nadużywać czyjegoś zaufania. Nie była taka - dokładnie tak jak stwierdził Ambroise. - Zresztą nie obchodzi mnie co widziałeś, nie mam nic do ukrycia. - Sama świadomość tego, że mógł wejść w jej świat, poczuć emocje, którymi się kierowała, zobaczyć coś jej oczami nie należała do szczególnie przyjemnych, bo Prue nie miała w zwyczaju się tym dzielić, jednak skoro już do tego doszło to po prostu pozostawało jej się z tym pogodzić. Była z nim zupełnie szczera, nie miała pojęcia w jaką podróż mógł zabrać go jej pierścionek zaręczynowy, jednak nie sądziła, że ma się czego obawiać. Na pewno nie było tam żadnych informacji, które mogły znacząco zmienić jej życie, gdyby ktoś się o nich dowiedział. Sięgnęła po filiżankę i dopiła jednym haustem jej zawartość, kawa zdążyłą ostygnąć, ale nadal nie smakowała najgorzej. |