Secrets of London
[jesień 1968] My, Dzieci Kniei - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [jesień 1968] My, Dzieci Kniei (/showthread.php?tid=5006)

Strony: 1 2


RE: [jesień 1968] My, Dzieci Kniei - Helloise Rowle - 03.02.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=l257SGu.png[/inny avek]Chłopiec dawał Helloise wszystkie wskazówki, aby poczuła, że coś jest nie tak, lecz dziewczyna nigdy nie domyśliłaby się prawdziwego powodu. Pewnie był biedny — widziała w Hogwarcie dzieci, które robiły się nerwowe, gdy zapytało się o ich mamusie i tatusie. Zwykle gdy wcisnęło się nos w ich szaty, miały specyficzny zatęchły zapach. Gdy siadała koło nich w ławkach, widziała pocerowany po parę razy materiał ubranek. A może chłopiec po prostu był szlamą, a może jego rodzice byli lokalnymi dziwadłami. W tamtej chwili: nie obchodziło jej to.
Gdy rozstawali się tamtego dnia, za nic wzięła sobie wołanie Samuela, że jego las jest najlepszy — a okazało się prorocze. Nim nastała zima 1963 roku, Helloise zdążyła się o tym przekonać. Kochała Walię i okolice rezerwatu z niegasnącym sentymentem, lecz to, co odnalazła w Kniei, było bogatsze, głębsze. Wśród zarośli gęstej, podmokłej puszczy krył się bezlik sekretów, i każdego dnia odkrywać można było nowe. Góry Snowdonii były surowe, niegościnne, hartowały wszystkie żyjące tam stworzenia. W przeciwieństwie do domowych stron Knieja nie rzucała czarownicy bezwzględnego wyzwania. Las pokochał ją w szeptach liści, opowiadał jej o matce i opowiadał o tych, którzy szli przed nią. Wokół smoczego serca owinął się bluszcz, łuskę obrosły mchy, ogień zgasł. Helloise Rowle zzieleniała, zakochała się po uszy w lasku z Doliny.
Nie zmieniła się przez lata wiele z wyglądu, lecz w obyciu przygasła, jakby kto jej powyrywał pazury z całymi macierzami. Spętały ją zielone witki, stajał gniew i zniknęła gwałtowna zadziorność. Rowle przestała ryczeć jak nieokrzesane dzikie zwierzę, zaszumiała leśnym spokojem. Choć była to przemiana niosąca ukojenie i ciszę, to smutna u samego swojego źródła. Gdy Helloise zaczęła dostrzegać u siebie pierwsze jej oznaki, wciąż tlił się w niej gniew. Karała samą siebie za każdy jeden raz, gdy milczała, zamiast walczyć. Łzy cisnęły jej się do oczu, gdy nie znajdowała sił, żeby się stawiać. Oszalała z przeświadczenia, że traci siebie.
A potem osiadła. Nie patrzyła już wstecz inaczej niż z bladym uśmiechem. Może dorosła. Może okrzepła w niej mądrość lasu, którą odziedziczyła po matce Greengrass. A może to trucizna opium, którą poiła Helę opiekunka, poczyniła w niej takie spustoszenie. Może się pogodziła, może zapomniała, może przestało jej zależeć.

Tamtego dnia po nabożeństwie w Kowenie spacerowała po Dolinie, wdychając świeże powietrze. Nie spieszyło się jej do wnętrza zgrzanej chaty. Śnieg skrzypiał pod kozakami, śnieżynki roztapiały się na zaczerwienionych od mrozu policzkach, a oddech zbijał w obłoczki. Nie spodziewała się towarzystwa. Gdy ujrzała dzieło postawione w ogródku przy chacie oraz jego autora, uśmiechnęła się sama do siebie. Nie spodziewała się również pakunku.
Och, dziękuję ci. Babcia straci całą radość z narzekania na to, że jej brakuje — zaśmiała się. — Chyba wyszła do lasu. — Przyjęła sadło, obróciła się na pustą chatę, po czym spojrzała nad ramieniem Samuela na niedźwiedzia. — Będę miała na kogo wyglądąć z okna. Nie zziębnie? — Odwinęła własny szalik udziergany z trzech różnych, niepasujących do siebie kolorów włóczki i okręciła go wokół szyi śniegowego miśka o szyszkowych kłach.
Przepadała za wizytami leśnego chłopca. Nie zadawała nigdy zbyt wielu pytań ani o niego, ani o matkę, choć może pytania powinny się nasunąć. Postrzegała go jako część tego miejsca, które pokochała przecież; a nie rozliczała niczego, co żyło w Kniei, ze statusu krwi. Knieja sama potrafiła uregulować hierarchię istot, którymi się opiekowała — nie trzeba jej było w tym pomocy. Hela cieszyła się więc tylko, że miewa tu towarzystwo, choćby sporadyczne.
Chodź. — Czarownica stuknęła obcasem w ubity śnieg przy chacie, a kurze kolanko kucnęło wraz z całym domkiem, zapraszając do przytulnie ciepłego wnętrza. Helloise poszła prosto do kuchni i zaczęła myszkować w szafach. Spomiędzy zbiorów staruchy Teofili wygrzebała koszyczek i zadowolona podsunęła go Samuelowi pod nos. — Mam dużo cukierków. Dostałam na Yule. Nie przejem tego, wybieraj, na co masz ochotę.
Tak jak on częstował ją przed paru laty na straganach prostą landrynką, tak teraz Helloise zaoferowała Samowi kosz pełen najlepszych słodyczy z Miodowego Królestwa. Czego tam nie było: cukrowe pióra, lodowe myszy, pieprzne diabełki, musy-świstusy, czekoladowe różdżki i co tylko dusza zapragnie. Nawet trzy takie kosze zapewne miałyby dla dziewczynki, która dzieciństwo spędziła w czystokrwistym domu, mniejszą wartość niż jedna landrynka dla potajemnie podjadającego cukierki chłopca, lecz chociaż tak Hela mogła spróbować zrobić mu przyjemność.


RE: [jesień 1968] My, Dzieci Kniei - Samuel McGonagall - 15.03.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=lnQE8f1.jpeg[/inny avek]Zmieniła się. Nawet jeśli nie z zewnątrz, nie tak bardzo w korze, tak jej wnętrze stwardniało. Nabrało substancji, choć czy była to służąca jej substancja, trudno było powiedzieć, zwłaszcza komuś, dla kogo zasady rządzące ograniczonym dość przed nadopiekuńczą matkę światem były banalnie wręcz proste.

Ptaki zrzucały dziecięce pierze i obrastały w nowe piórka, barwne lotki pomagające w pewnym momencie uwić gniazdo i zdobyć partnerkę. Tak i on odrósł od ziemi zdecydowanie zmienił upierzenie na młodzieńcze, całkiem przystojne według wszelkich standardów, zwłaszcza gdy ojciec - ten o którym nigdy zgodnie z przykazaniem nie powiedział ani słowa - nauczył go obsługi brzytwy. Zmężniał. Poszerzył się też i w szczęce i w barkach, choć uśmiech jego wciąż był prostoduszny. I jego substancja nie zmieniła się nadto. Było tu i teraz, tak wypadało mieszkańcowi Kniei, szanować koło czasu i powracające pory roku, ich puls, puls ziemi, który był własnym. Samuelowi daleko było do buntu, do krewkości Helloise z czasów w których przyszło im się poznać. Tyle zim temu.

Cieszył się, że ją widział i cieszyłby się z tego nawet jeśli nie zaproponowałaby mu żadnego poczęstunku. Nie chciał nic w zamian za sadło, nic więcej ponad uniesione lekko policzki, oczy jak łezki układające się w aprobacie, w spokoju ducha, w zapewnieniu, że przyszłe dni będą choć odrobinę lżejsze dla jej barków.

Zwierzęta pomagały sobie w stadach, i Samuel bardzo żałował, że ona nie jest częścią jego stada. Pani matka nigdy by na to nie pozwoliła.

Ale teraz przez moment, przez króciutki momencik chciał poudawać, że tak właśnie by było.

W końcu oboje byli tego samego rodzaju. W pewnym sensie.

– Och niedźwiedzie mają wystarczająco dużo sadła i futra, nie wiem czy wiesz, że na ten przykład polarne odmiany mogą z powodzeniem pływać w zamarzającej wodzie i... – umilkł w końcu łapiąc, że był to żart i z ukłuciem zazdrości spoglądając jak dekoruje bladolicego niedźwiedzia szalikiem.

Czy gdyby sam pokazałby jej jak wprawnie opanował przemianę... czy dostałby taki sam szalik?

Czy matka pozwoliłaby mu go zatrzymać?

Zaraz jednak pojawiła się nowa sytuacja dla niego zupełnie, gdy domek kucnął, a wizja cukierków zamajaczyła na końcu wrażliwego nosa przyszłego stolarza, który na tamten moment raczej o las dbał niż czerpał nieco zachłanniej z jego darów.
– Ja... nie... ja... – poszedł wiedziony obietnicą, poszedł za nią do ciasnej chatki rozglądając się w zaciekawieniu, ale gdy odsłoniła przed nim swoje skarby, to wtedy błękitne jak lipcowe niebo oczy rozjaśniły się zachwytem, a ręce brudne od uczciwej pracy wysunięte z rękawic z drżeniem niedowierzenia sięgnęły ku koszykowi. Zatrzymał się jednak w pół drogi i spojrzał na Helloise z zastanowieniem.
– Czy Ty... Czy Ty chcesz mnie utuczyć i zjeść potem...? – czytał w książce, którą dostał od dziewczyny o włosach jak len. Dostał od niej prezent w ubiegłe wakacje i nie wiedział co ma o tym myśleć. Przełknął ślinę zezując na koszyk. Pokusa była ogromna, bowiem Sam uwielbiał słodycze. Były zakazanym owocem. Jedynym po który odważał się sięgać, choć przecież i ta wizyta nie była do końca zaplanowana i mile widziana przez jego trzyosobową rodzinę... – Co... co Ty lubisz z tego najbardziej? Chciałbym spróbować. Chciałbym spróbować to co Ty lubisz – poprosił cicho zastygając na łakociami, jak krogulec zastygał na gałęzi, nie patrząc nawet tylko stając się patrzeniem.


RE: [jesień 1968] My, Dzieci Kniei - Helloise Rowle - 28.03.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=l257SGu.png[/inny avek]Przez lata nie umknęło Helloise spostrzeżenie, że Samuel nie widział nigdy świata. Było coś fascynującego w chłopcu, który nie poznał Londynu, Hogwartu ani rodowych układów — wydawał się przez to tak czysty. Ona z tego świata co prawda również zniknęła, lecz w jej perspektywę zawsze miało być wpisane to, że znała go, a odrzuciła. Nigdy nie miała móc pochwalić się tym, że urodziła się wolna od cywilizacji.
Choć Samuel zmężniał i za każdym razem, gdy go widziała, przychodził zmieniony dorastaniem, to wciąż był w oczach Helloise młody. Pamiętała dokładnie moment, gdy musiała zacząć zadzierać głowę, żeby spojrzeć na chłopca z Kniei. Jakież to dziwne było patrzeć w górę na kogoś, kto pojawił się w jej życiu jako dzieciak. Wszyscy młodsi chłopcy, nad którymi Helloise stała przedtem wysoka i pełna różnych odcieni opiekuńczości nadanej jej z tytułu bycia starszą dziewczyną — ci chłopcy: Leviathan, Samuel, William — wszyscy ją przerośli. W tym dorastaniu Samuel nie zgubił jednak chłopięcej delikatności i Helloise wciąż czuła od niego ufność niesplamioną młodzieńczą zuchwałością.
Ach, biały niedźwiedź — powtórzyła za nim dziewczyna, w lot rozumiejąc, o jakiego zwierza mu chodzi. Nie stroniła przecież od przeglądania atlasów. — Mają takie… — nie była pewna, jak to opisać — takie głowy długie i płaskie. Bardziej złowieszcze niż nasze niedźwiedzie. Podobno nie boją się człowieka i po prostu podchodzą. Jesteśmy dla białych niedźwiedzi tylko kolejnym jedzeniem. — Jeśli zauważyła, że Sam nie zrozumiał jej żartu, to zupełnie nie dała tego po sobie poznać i swobodnie rozwinęła temat.
W międzyczasie drzwi chatki zamknęły się, aby do wnętrza izby nie sypał śnieg. Czarownica odwiesiła ośnieżony płaszczyk na hak przy drzwiach. Pod spodem miała mięsistą wełnianą suknię, na którą zarzuciła dodatkowo luźny, gryzący sweter. Nie były to eleganckie, modne ubrania, lecz znało się po nich, że zostały uszyte porządnie, z dobrych materiałów.
Ostatnim, czego Helloise się spodziewała, było posądzenie jej o utuczenie Samuela w celach spożywczych. Zaśmiała się w pierwszej chwili szczerze i melodyjnie, opuszczając głowę w dół tak, że roześmiana twarz znikła na moment za kurtyną jasnych pukli.
Myślisz, że wszedłbyś do naszego pieca? — Wyprostowała się wreszcie i obróciła na palenisko, nad którym stały kotły. Zimą nie wygaszały go, aby chata się nie wychładzała. — Och, Sam, choćbym chciała cię skosztować, nie miałby cię kto tam zaciągnąć. Powinnam była o tym myśleć na samym początku, jak jeszcze byłeś mniejszy. — Czarownica spuściła wzrok na koszyk, zastanawiając się krótko, co wybrać. — W porządku. Zamknij oczy, otwórz usta — zachęciła przebiegle chłopaka.
Gdy tylko powieki McGonagalla opadły, Helloise odstawiła koszyk na podłogę i wygrzebała z niego torbę musów-świstusów, którą rozerwała, co z pewnością nie uszło jego uszom. Czarownica dwoma palcami wyłowiła z paczki kulkę o smaku pomarańczowego sorbetu i położyła ją Samuelowi na języku. Magiczna lodowa przekąska była jeszcze zimniejsza niż palce czarownicy, która dopiero wróciła z dworu. Zaraz również sama Helloise uraczyła się jednym sorbetem, starając się jak najszybciej rozpuścić w ustach owocową kulkę.
— Za chwilę zobaczysz — powiedziała nieco zniekształconym przez musa-świstusa głosem.
I rzeczywiście oboje zobaczyli, gdy ich stopy niemal równocześnie oderwały się od podłogi. Lewitowali.


RE: [jesień 1968] My, Dzieci Kniei - Samuel McGonagall - 02.04.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=O2Tk1ij.png[/inny avek]Poczucie humoru Samuela nie należało do najlżejszych, głównie ze względu na odcięcie od świata zewnętrznego i pogłębiający się stan chorobowy ojca, który był jedyną osoba w domu próbująca dowcipkować. Teraz każde słowo było na wagę złota, zatem musiał wystarczyć słabowity uśmiech i palce lekko zaciskające się na dłoni. Sam - mimo wielu oczywistych zalet - nie był zbyt lotny w tej materii. Gdy zapytała o piec odwrócił się z poważną miną i zaczął realnie kalkulować:

– Wiem jaki masz tasak, spokojnie poradzi się z moimi stawami, trochę gorzej może być z udem... – przeszedł kilka kroków, by móc zmierzyć piec łokciem. – No tu jednak wymagałoby to trybowania, ale myślę, że znalazłabyś na nie lepsze zastosowanie po wygotowaniu. – kiwnął w stronę wielkiego kotła, który ocenił już na oko, bez potrzeby zdejmowania z niego miary.

Zaraz potem jednak wszelkie jego myśli zajął koszyk ze słodyczami i ciężko, bardzo ciężko nie było stracić zainteresowania losem bycia pożartym przez Helloise, który to los zdawał się całkiem interesujący w bieżącej chwili, gdy wiązał się ze słodkim zapomnieniem. Słodycze były dla niego cenniejsze niż galeony. Waluta doskonała i ostateczna.

Zgodnie z prośbą czarownicy, w pełni ufnie zamknął oczy i otworzył usta, pozwalając opaść na język kulce o smaku pomarańczowego sorbetu.
– Jakbym... jakbym jadł słońce w letni poranek nad jeziorem tam wiesz... tam gdzie jest zniszczony pomost... – wyszeptał zafascynowany, niemalże topiąc się we własnej ślinie.

A potem ich nogi oderwały się od podłogi i po momencie konsternacji chłopak roześmiał się serdecznie testując swoje nowe możliwości. Oczywiście nie był to lot krogulca, jego gości wciąż były gęste i ciężkie, ale... ale...

– Czekaj mam pomysł! – krzyknął podekscytowany, nie zauważając, że może nie powinien krzyczeć, bo przecież jego dobrodziejka nigdzie się nie wybierała. Sięgnął po kasztanową różdżkę i pozwolił magii płynąć. Już po chwili, po sekundzie to nie patykowaty chłopak o jasnych włosach i przenikliwych niebieskich oczach lewitował obok a... niedźwiedź. Pół tony futra, cielska i grzmiącej pomrucznymi szczęknięciami szczęśliwości.

Taki to już z pewnością do pieca by się nie zmieścił.

Samuel tymczasem próbował jakoś się odwrócić tak, żeby lewitować na plecach, ale trochę mu to szło nieporadnie. Wciąż z jego pyska docierał ten dziwny zerwany dźwięk, jak u niedźwiedzia, który chce się śmiać jak człowiek, ale jego strony głosowe i możliwości anatomiczne ogólnie nie są do tego dostowsowane. Cóż... tak właściwie było.