![]() |
|
[10.09.72] She give me life, twice - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +---- Dział: Carkitt Market (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=47) +---- Wątek: [10.09.72] She give me life, twice (/showthread.php?tid=5248) Strony:
1
2
|
RE: [10.09.72] She give me life, twice - Savaš Gregorovitch - 06.04.2026 Jej palce wciąż choć tylko ledwie muskały, czuł jakby wbijały się w jego policzki, ale ból przestał mieć znaczenie. Był tylko kolejnym punktem odniesienia, czymś, co pomagało utrzymać się na powierzchni, kiedy wszystko inne zaczynało się rozmywać. Savaš stał nieruchomo, zbyt długo, zbyt cicho, jakby ciało zapomniało, że można się cofnąć. Słowa matki nie uderzyły go od razu. Najpierw osiadły w nim głęboko, jak popiół, który dopiero po chwili zaczyna dławić. W takim stanie nie zawiedzie już bardziej. Powtarzał w myślach bezwiednie, jakby próbował znaleźć w nich sens, którego tam nie było. Jakby gdzieś między literami ukryta była pomyłka, coś, co dałoby się jeszcze odwrócić. Nie było. Zrozumienie przyszło powoli, ale kiedy już się pojawiło, nie zostawiło miejsca na nic innego. Nie na usprawiedliwienia, nie na tę wygodną myśl, że to nie ona, tylko coś przez nią przemawia. Przez lata budował tę wersję świata z uporem, jakby była jedynym sposobem, by nie rozpaść się całkowicie. A teraz pękała, cicho, bez dramatyzmu, bez krzyku. Jak drewno, które przez zbyt długi czas było poddawane naciskowi. Patrzył na nią i po raz pierwszy nie widział w niej ofiary. To nie było opętanie. To nie było przejęcie. To był wybór. Albo coś jeszcze gorszego, coś, co nigdy nie wymagało wyboru. W jego gardle zebrała się gorycz, sucha i ciężka. Myślał o tamtej nocy, o świetle, które go zabiło, o bólu, który ciągnął się bez końca. Myślał o różdżce, nie tej, którą trzymała teraz, lecz tamtej, odebranej komuś, kogo miał czelność pokochać. To nie jej dziedzictwo go zabiło. Nie jej potęga. To była kradzież. Zdrada. I coś w tym było jeszcze bardziej upokarzającego niż sama śmierć. A potem go przywróciła. Nie do życia. Do funkcji. Stał przed nią teraz jako coś, co miało wystarczyć. Co miało już nie zawieść. Co miało nie powtórzyć błędu. Co miało nie być sobą. Jego dłonie drgnęły nieznacznie, jakby ciało próbowało nadążyć za tym, co zaczynało się w nim rozpadać. W głowie miał pustkę, ale nie tę łagodną, znajomą ciszę warsztatu. To była przestrzeń po czymś, co właśnie się zawaliło. Wtedy pojawiła się myśl. Cicha, ale nie do odparcia. Jeśli to wszystko jest nią. Jeśli ten głos nie jest wrogiem, tylko częścią. Jeśli to właśnie oznacza jej “bycie sobą” - to znaczy, że wszystko, przed czym próbował uciec, było prawdą. Uniósł na nią wzrok powoli, bez wcześniejszej ostrożności. Nie było w nim odwagi, tylko coś na granicy wyczerpania i buntu, który nie potrafił jeszcze znaleźć właściwej formy. - Jeśli tak to wygląda… - zaczął cicho, ale głos ugrzązł mu w połowie, więc urwał, pozwalając ciszy dopowiedzieć resztę. Słowa przyszły dopiero po chwili, jakby musiał je wydobywać z czegoś głęboko ukrytego, czego sam wcześniej nie chciał dotykać. - Jeśli sprzeciwianie się temu… jest złe… Nie spojrzał na różdżkę. Nie musiał. Czuł ją wystarczająco wyraźnie. - …to nie chcę być dobry. To nie było wyzwanie. Nie było też prośbą. Było czymś znacznie cichszym i przez to bardziej nieodwracalnym. |