Secrets of London
[1969] Marsz praw charłaków - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [1969] Marsz praw charłaków (/showthread.php?tid=529)

Strony: 1 2


RE: [1969] Marsz praw charłaków - Robert Mulciber - 23.12.2022

Nie było sensu tracić czasu na wyjaśnienia. Sam Robert nie uważał ich za potrzebne, dla Fernah zaś nie było to priorytetem. Dużo bardziej zależało jej na znalezieniu siostry. Nie trzeba było być szczególnie dobrym obserwatorem, żeby to zauważyć, zrozumieć. Nie to, żeby Mulciber sobie z tym wybitnie kiepsko radził.

Kiwnął głową, kiedy odpowiedziała mu na pytanie. 15 minut w tych okolicznościach to zarówno dużo, jak i mało. Dużo zależało od tego, w jaki sposób zachowała się siostra Fernah, ale Robert na tracił czasu na to, żeby się nad tym rozwodzić.

- Tak. Sklep jest kawałek dalej, powinna być w stanie tam dotrzeć. My też. - wyjaśnił w pierwszej kolejności. - Znałem... znam Twojego ojca. Aran i ja byliśmy kiedyś dobrymi znajomymi. - możliwe też, że wisiał mu pewną przysługę, ale o tym już mówić nie zamierzał. Nie było takiej potrzeby. Tak samo mówić nie chciał o innych rzeczach, które nie powinny interesować Fernah. Uważał, że dziewczyna i tak by tego nie zrozumiała. Zamiast tracenia czasu na te bzdury, powinni ruszyć w kierunku sklepu.

Oczywiście słyszał jej słowa o tym, że siostra powinna kojarzyć sklep Madame Malkin, powinna wiedzieć gdzie ten się znajduje. Nie widział jednak potrzeby odzywania się, komentowania tego. Podtrzymywania rozmowy z dziewczyną. Zareagował dopiero, kiedy ta uprzedziła go, sugerując przejście pod wybrane miejsce. Sam miał to zaproponować.

- Możliwe. Nie powinno to zająć dużo czasu. - udzielił odpowiedzi, choć nie do końca był pewien czy aby na pewno wszystko się uda. Przynajmniej spróbował coś zrobić. Jeśli nie wyjdzie, mogą pomyśleć nad innym rozwiązaniem. Bądź co bądź istniało nadal co najmniej kilka opcji, po które mogli sięgnąć.

Korzystając z tego, że w okolicy było znacznie mniej osób, niż jeszcze kilka chwil temu, starał się wybrać taką trasę, która byłaby najbardziej optymalna. Unikając największych zbiorowisk ludzi, szedł tak, żeby nie musieć się przeciskać, przepychać. Do sklepu nie było daleko, ale potrzeba było chwili, żeby się tam przedostać. Nieco dłuższej niż miałoby to miejsce normalnie.




RE: [1969] Marsz praw charłaków - Fernah Slughorn - 02.01.2023

Odetchnęła dużo spokojniejsza, kiedy mężczyzna wyjawił, skąd ją zna. Jej szalejące serce też nieco zwolniło dzięki myśli, że za chwile spotka się z siostrą. By nie tracić więcej czasu, ani też mówić o rzeczach mało ważnych (Fernah nigdy nie była dobra w pogawędkach), skinęła głową i ruszyła za Mulciberem.

Coś miało dwie Slughornówny w opiece, że na drodze jednej z nich stanął stary znajomy ich ojca. Podczas żwawego marszu, z umysłu Paprotki zaczęły się wyłaniać jakieś tam wspomnienia i wreszcie połączyła jeden rodzinny obiad z gościem, którym był właśnie idący przed nią mężczyzna. Chciała mu powiedzieć, że już pamięta, skąd się znają, że przeprasza, ale wpatrując się w jego plecy przez kilka dobrych sekund, podjęła decyzję, by milczeć.

Zatrzymali się przed witryną sklepu, o czym Fernah nie miała zamiaru głupio informować, bo oboje o tym wiedzieli. Zamiast tego zaczęła się nerwowo rozglądać dookoła, w poszukiwaniu znajomej sylwetki, płaszcza albo twarzy. Cokolwiek, co mogło należeć do jej siostry i wskazałoby, gdzie ta się znajduje.

— Fernah?!

Ciche pytanie sprawiło, że Paprotka aż podskoczyła w miejscu i obróciła się w prawą stronę. Kilka metrów dalej szła Primrose, która, teraz kiedy zauważyła starszą siostrę, zaczęła biec. Nic sobie nie robiąc ze stojącego obok mężczyzny rzuciła się Fernie na szyję i mocno ją uściskała.

— Nie wiedziałam, gdzie jesteś. Przed momentem byłyśmy razem, a potem ten tłum ludzi. To marsz wiesz? O prawa charłaków! Wiem, bo wcisnęli mi ulotkę. — odsunęła się i zamachała fiszką przed oczami Ferny. — W ogóle skąd potrafisz czarować patronusa?! I czemu był wężem?! Przecież twój patrronus na pewno nie jest wężem Fernah!

Ciężko było przerwać tę paplaninę, ale Paprotce się udało, kiedy położyła ręce na ramionach Rose i obróciła ją w stronę Roberta.

— To patronus znajomego naszego ojca, Rose. Wpadliśmy na siebie w tłumie, rozpoznał mnie i pomógł cię znaleźć. — spojrzała na niego i uśmiechnęła się nieznacznie. — Za co bardzo dziękuję i przepraszam, że ponowne spotkanie było w takim miejscu.

— Ach pamiętam, był pan na obiedzie u nas! — wypaliła młodziutka czarownica. — Potem sprzeczaliście się o czymś z tatą.

— Rose! — Fernah upomniała ją kuksańcem w bok.

Ta nic sobie z tego nie robiąc, rzuciła z szerokim uśmiechem.

— Dziękuję za pomoc, ludzie w ogóle nie zwracali uwagi na drugiego człowieka w tym tłumie. Ja się zawsze przemknę, ale Fernah to co innego. Chce pan, żebyśmy coś przekazały ojcu? Bo o spotkaniu na pewno się dowie, w końcu nas pan uratował.




RE: [1969] Marsz praw charłaków - Robert Mulciber - 06.01.2023

Podczas gdy Fernah nie była dobra w pogawędkach, Robert nie był kimś, kto potrafi w relacje międzyludzkie. Nie bez powodu nie posiadał szerokiego grona bliskich znajomych. Na dłuższą metę ciężko było z nim wytrzymać. Sam oczywiście nie widział w tym problemu. Dużo bardziej odpowiadało mu towarzystwo własne niż innych. Rzecz jasna poza tymi kilkoma wyjątkami, które dałoby się zliczyć na palcach jednej dłoni. Cisza panująca w trakcie tych kilku minut, jakie dzieliły ich od sklepu Madame Malkin, nie przeszkadzała mu wcale. Wręcz przeciwnie. Dużo bardziej wolał to niż zbędnej rozmowy o rzeczach bez znaczenia, mało interesujących. Bo i o czym ciekawym mógłby rozmawiać z dzieckiem? O ostatnich zajęciach z eliksirów, które miały miejsce w Hogwarcie?

Kiedy dotarli na miejsce, stanął nieco na boku, sięgając po paczkę fajek, które jak zawsze trzymał w kieszeni spodni. Czekając na siostrę Fernah, chciał sobie na spokojnie zapalić. Okazja wydawała się do tego całkiem dobra. Jedyne, co zdążył zrobić, to umieścić papierosa pomiędzy wargami. Dziewczynka zjawiła się na miejscu.

Nie, żeby Robert się tym przejął.

Przyglądając się zachowaniu dziewczyn, jednym uchem słuchając wszystkiego tego, o czym mówiły, papierosa oczywiście zapalił. Zdążył się nawet na spokojnie zaciągnąć. Dwa razy. Kiwnął głową, kiedy Fernah wyjaśniła jego udział w tym wszystkim.

- Dzień dobry. - powiedział jedynie, nie tracąc czasu na nic więcej. Odsunął dłoń z papierosem od ust, wypuszczając z nich charakterystyczny siwy dym. Dla niektórych niezbyt przyjemny, a nawet drażniący.

Uniósł ku górze jedną brew, prawą, kiedy młodsza z dziewczyn przyznała się, że pamiętała na jego temat coś więcej; coś czego pamiętać raczej nie powinna. Zwłaszcza, iż przy wspomnianej awanturze nie powinno było być dzieci. W pomieszczeniu byli sami. Dobrze pamiętał tamten dzień. Nie był zupełnie bez znaczenia.

Widać czasem warto zadbać o większe środki bezpieczeństwa.

- Spokojnie, nie musisz jej uspokajać. - łaskawie machnął na to ręką. Już i tak było to bez znaczenia. Od tamtych wydarzeń minął kawał czasu. Dopalił papierosa, rzucił jego pozostałości na ziemie. Przydeptał. Czas się zbierać? Spojrzał raz jeszcze na uczestników marszu. Było lepiej. W okolicy panował już względny spokój.

- Nie trzeba. I na przyszłość bardziej na siebie uważajcie. - zareagował jeszcze na słowa Primrose, nie odwracając się w jej stronę. W zasadzie, to był już gotowy do drogi. Nawet więcej. Zrobił krok, jeden i drugi, oddalając się od sióstr. Ruszając w swoją stronę. Przez myśl mu tylko przeszło, że ich ojciec na pewno będzie zachwycony, kiedy dowie się kto udzielił im obydwu pomocy.

Sam by jej od Roberta nie przyjął. To pewne.

Koniec sesji