Secrets of London
[1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence (/showthread.php?tid=5293)

Strony: 1 2


RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 03.11.2025

Wzruszyłem ramionami, jakby to było coś zupełnie zwyczajnego, że z jednej strony prawdopodobnie kończyłem związek, a z drugiej wlokłem przez pół zamku dziewczynę, z którą najczęściej się sprzeczałem.
- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale kłopoty to w zasadzie moje drugie imię. - Mruknąłem, zerkając na nią z ukosa, w półmroku korytarza jej mina wyglądała tak, jakby naprawdę martwiła się o to, że wpakuję się w coś głupiego. To było… Nietypowe. Większość ludzi raczej chętnie patrzyła, jak to robię. Zaśmiałem się cicho pod nosem, takim krótkim, nie do końca wesołym śmiechem, który bardziej brzmiał jak westchnienie zrezygnowania niż rozbawienia.
- Taa, a potem się okaże, że nie wstaniesz z łóżka, bo kostka wygląda jak dynia. Świetny plan, naprawdę. - Mój ton brzmiał ironicznie, ale nie było w nim złośliwości. Zerknąłem na nią kątem oka, gdy mówiła o tym, że „jutro zobaczy, jak bardzo jest źle” i żebym się nie kłopotał. - Nie musisz się martwić o to, jak coś zdobędę. - Dodałem spokojniej, nieco niższym tonem. - Mam swoje sposoby. - Nie kłamałem, tylko nie doprecyzowałem. Nie musiała wiedzieć, jak łatwo potrafiłem zdobyć rzeczy, których nie powinienem mieć. Lepiej mogło zostać przy tej wersji, że po prostu wiedziałem, gdzie szukać.
- Poza tym… - Dodałem po chwili, z tą swobodą, która brzmiała prawie jak kpina, chociaż nie była wymierzona w nią. - Skoro już dziś wysłałem swoją dziewczynę w diabły, to naprawdę wątpię, żeby kradzież butelki eliksiru przeciwbólowego miała mnie moralnie pogrążyć jeszcze bardziej. - Przez sekundę między moimi słowami przemykła nuta ironii, ale zaraz zgasła. Nie wyglądałem, jakbym żartował z samego faktu - raczej jak ktoś, kto zbyt dobrze rozumiał, że mówił prawdę.
Kiedy wspomniała, że nie chciałaby trafić do skrzydła szpitalnego, tylko skinąłem głową.
- Domyśliłem się. - Był w tym cień zrozumienia - może nawet większy, niż chciałem pokazać. Znałem ten ton - ten sam, którym mówiłem sobie, że po upadku z miotły to „na pewno tylko naciągnięcie”. - Nie, nie zwalę nic na ciebie. - Uciąłem spokojnie, tonem, który nie znosił sprzeciwu. - Nie umiałabyś nawet kłamać przekonująco, gdyby ktoś zapytał, za bardzo trzymasz się reguł. - Powiedziałem cicho, półżartem, ale bez kąsania. - W razie czego po prostu powiem, że zgubiłem się po drodze. Zdarza się najlepszym.
Ruszyłem z nią w stronę schodów, zwalniając krok, żeby nie szła szybciej, niż pozwalała jej kostka.
- Trzymaj się mnie mocniej. - Powiedziałem cicho, odruchowo znowu przesuwając dłoń z jej łokcia na talię, żeby miała stabilniejsze oparcie. - Jak się przewrócisz, nie będę cię potem zbierał z marmuru. - Odchrząknąłem cicho, to miało dodać mi animuszu. Śnieg, który jeszcze przed chwilą sypał się z naszych płaszczy, topniał, zostawiając mokre ślady na kamieniu. Zamek był cichy, echo kroków z Wielkiej Sali odbijało się gdzieś daleko, a tu - cisza.
Na schodach było chłodniej, kamień był wilgotny, powietrze pachniało dymem z pochodni. Przez chwilę milczeliśmy, chociaż zazwyczaj wypełniałem ciszę jakimś kąśliwym komentarzem, ale teraz nie miałem na to ochoty. Moja głowa była ciężka od myśli, które wcale nie dotyczyły Prudence Bletchley - wiedziałem, jak to się skończy, ten wieczór, następne godziny, kolejne „To koniec!”, wypowiedziane z podniesionym podbródkiem, a potem tydzień ciszy, może dwa, aż znowu coś pęknie i wrócimy do siebie, jak zwykle, bez słowa - i jak zwykle, bez sensu, a jednak dziś miałem nadzieję, że nie, może tym razem ona zrozumie, że to „spierdalaj” było bardziej o mnie niż o niej, do mnie, ode mnie, i wreszcie to naprawdę będzie koniec. Tak byłoby lepiej, dla niej, bo ja jednocześnie jak zwykle liczyłem, że tym razem też się odbijemy od dna, chociaż nie byłem pewien, czy miałem do tego prawo. To było pojebane z każdej strony.
- To teraz gorsza część. - Mruknąłem, przystając przy pierwszym stopniu i zerkając na nią z góry. - Złap mnie za szyję. - Wskazałem ruchem głowy, ton miałem spokojny, bez miejsca na negocjacje, ale bez rozkazu. - Po prostu cię wniesiemy. - Stwierdziłem, chociaż wiedziałem, że jej się to nie spodoba. Znałem już ten grymas, który pojawiał się na jej twarzy, kiedy coś godziło w jej dumę, ale równie dobrze wiedziałem, że nie ma innego sposobu. - Proszę. - Poprawiłem brzmienie swoich słów, jakby to coś miało zmienić. Schody w zamku były zdradliwe nawet dla kogoś zdrowego, a ona ledwo trzymała równowagę. Mógłbym się z nią szarpać, przekonywać, ale nie miałem dziś siły, nie po tym wszystkim.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]


RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 04.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7IO0trR.jpeg[/inny avek]

- Raczej trudno byłoby tego nie zauważyć. - Nawet jeśli próbowałaby tego nie widzieć, a że było zupełnie inaczej, to doskonale zdawała sobie z tego sprawę, zresztą ona była jedną z osób, która powinna neutralizować kłopoty tego typu, a teraz poniekąd stała się ich przyczyną. To nie powinno mieć miejsca, ale chyba pogodziła się już z tym, że nie dało się inaczej. Nie dzisiaj, nie kiedy ogarnęła ją ta rezygnacja, odpuściła zupełnie, co było dla niej czymś zupełnie nowym.

Nie chciała, aby ktoś miał przez nią problemy, mogła za nim nie przepadać, mogła go zwyczajnie nie lubić, jednak nie cieszyłoby Prue gdyby przez nią wpadł w tarapaty, wolała sama odpowiadać za swoje czyny, a w tej sytuacji nie było to jednak do końca możliwe z racji na jej niekoniecznie najlepszy stan fizyczny.

- Przykro mi, na ten moment nie jestem w stanie wymyślić niczego lepszego. - Nie zamierzała nawet ukrywać, że sama uważa to za głupie rozwiązanie, tyle, że żadnego innego nie dostrzegła, nie takiego którego nie wymagałoby zaangażowania kogoś poza nią. Jasne, mogła się spodziewać, że jutro obudzi ją silniejszy ból, ba powinna się spodziewać tego, że pewnie nie zaśnie, ale niespecjalnie się tym przejmowała, naprawdę marzyła o tym, aby znaleźć się w swoim łóżku, zaszyć się pod kołdrą, by nikt nie miał szansy dostrzec jej bezradności.

- Nie wątpię w to, że masz swoje sposoby, ale... - miała zamiar powiedzieć coś więcej, tyle, że przerwała, może bez sensu było skupiać się na tym, co chciała powiedzieć. Wyjątkowo przecież mieli ze sobą współpracować, nie powinna negować jego umiejętności, tylko raczej założyć, że na pewno istnieją. Nie dokończyła więc swojej myśli, tylko zamilkła. Nie powinna teraz paplać bez sensu, zamiast tego jedynie znowu ciężko westchnęła, poddała się dzisiaj po raz kolejny.

- Za kradzież mogą Cię spotkać konsekwencje. - Te z tych bardziej poważnych, przynajmniej w mniemaniu Prue. Nie miała pojęcia, jak wyglądały jego relacja z dziewczyną, nie do końca ją to interesowało, chociaż może powinno, jeśli przez nią i to, co jej się przytrafiło mieli się pokłócić, tyle, że nie prosiła się o tę uwagę, chyba więc też nie musiała mieć do siebie żadnych pretensji... Prue zdecydowanie nie była najlepsza w interpretowaniu relacji międzyludzkich.

- Potrafię kłamać. - Przynajmniej tak się jej wydawało, może w jej przypadku wiązało się to raczej z niemówieniem pełnej prawdy... jednak poniekąd to chyba było to samo, na pewno by sobie z tym poradziła, tak jasne, od razu było widać, jak zmyśla, bo zaczynała wtedy być nieswoja. - Nie możesz tak. - Wyrwało jej się jeszcze, nie chciała, aby nadstawiał za nią karku, Bletchley miała swój honor, chociaż czuła, że tym raczej nic nie będzie w stanie wskórać. On miał najwyraźniej plan przygotowany na każdą ewentualność, zdecydowanie nie robił tego pierwszy raz. - Nikt pewnie by tego nie podważał. - Dodała nieco ciszej, zamek był ogromny, miał swoje tajemnice, nawet po siedmiu latach w tym miejscu, można się było w nim zgubić.

- Nie musiałbyś, pewnie nie byłoby, co zbierać. - Posłuchała jego rady, oparła się na nim mocniej, zacisnęła również swoją dłoń na jego ramieniu, nie polemizowała z tym, bo to nie miało większego sensu, znajdowała się na przegranej pozycji i doskonale zdawała sobie z tego sprawę, była zdana na niego, co średnio napawało ją optymizmem, ale musiała oswoić się z tą myślą i pogodzić z tym, że tak potoczył się ten dzień.

Jakoś udało im się dotrzeć do schodów, okazało się to wcale nie takie trudne, chociaż gdyby nie on, pewnie nadal tkwiłaby przy jednym z parapetów. Powoli zaczynała się rozgrzewać, jej policzki zaczęły ją palić z powodu nagłego ciepła, które zaczęło rozlewać się po jej ciele. Przemieszczanie się w ten sposób sporo ją kosztowało, do tego weszli tutaj z dworu, gdzie było mroźno, swoje robiły również intensywne emocje, które się pojawiły. To wszystko spowodowało nagłą falę gorąca, która objawiła się rumieńcem na jej policzkach.

- Słucham? - Niby dotarły do niej jego słowa, ale wolała upewnić się, że się nie przesłyszała. Jak niby ją wniosą? Mina jej zrzedła, bo nie do końca się tego spodziewała. To było zbyt wiele, jak na jeden dzień. Proszę, które padło z jego ust wybiło ją nieco z rytmu, nie zakładała, że kiedyś usłyszy podobne słowa z jego ust. Westchnęła głośno, widać było, że bije się z myślami i wcale nie jest co do tego jakoś szczególnie przekonana, ale ta prośba... okazała się być dobrym posunięciem. - Dobrze. - Nie spojrzała mu w oczy kiedy się na to zgodziła, wpatrywała się w swoje stopy, które były powodem jej upadku tego dosłownego i moralnego.

- Czy możesz się nieco nachylić? - Zapytała jeszcze, bo złapanie go za szyję nie było takie proste, jak się mogło wydawać.




RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 04.11.2025

Nie spodziewałem się, że zobaczę ją w takim stanie. Zazwyczaj chodziła wyprostowana, z tą swoją chłodną miną, jakby miała kij w kręgosłupie i żadnych słabości, a teraz ledwo trzymała się na nogach, co dziwniejsze i bardziej osobliwe, gdyby nie nasza współpraca, pewnie już dawno zaliczyłaby podłogę. Nie żeby mnie to szczególnie ruszało, oczywiście - po prostu ktoś musiał zareagować, a ja akurat byłem w pobliżu. Widziałem, jak próbowała utrzymać równowagę, jak napinała szczękę, żeby nie przyznać się do bólu, gdyby nie to, że znałem ją od lat, pewnie dałbym się nabrać na to jej udawanie, że „nic się nie stało”, ale znałem, więc pozwoliłem sobie na tę samowolną, trochę wymuszoną pomoc.
- Wiesz, zawsze myślałem, że masz gotowy plan nawet na koniec wszechrzeczy. - Odparłem, może zbyt sarkastycznie, ale taka już była nasza dynamika, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie spojrzała na mnie w ten sposób, jakby coś w niej pękło. Zmiękłem wtedy, choć niech mnie diabli, jeśli miałem kiedykolwiek się do tego przyznać. - Dobra. Nie kombinuj, po prostu trzymaj się mnie. Umiem rozwiązywać problemy, niemal tak samo, jak się w nie ładować, no, ujmując te dwadzieścia pięć procent, które naprawia nazwisko, i dwadzieścia pięć od wpływów tatusia. Pozostałe pięćdziesiąt procent jest moje. - Uśmiechnąłem się, chociaż nie tak ironicznie jak zwykle - bardziej z przekąsem, może trochę gorzko, bo ten dzień zaczął mi się ciążyć równie mocno jak jej torba. Słyszałem każdy skrawek jej wahania, każde „przykro mi”, mimo to coś w tym brzmiało jak wyrzut, który nie miał dla mnie znaczenia. Miałem swoje kłopoty, przywykłem do roli kogoś, kto je ściągał jak magnes, ale ona traktowała mnie teraz trochę tak, jakby samo wzięcie ode mnie dalszej, dodatkowej pomocy było czymś uwłaczającym. A przecież, na Merlina, wyglądała tak, jakby zaraz miała runąć.
- Zamiast tak się upierać, mogłabyś chociaż raz przyznać, że potrzebujesz moich kłopotliwych, wstrętnych, niemoralnych, ujmujących punkty zdolności. - Rzuciłem spokojnie, chociaż brzmiało to bardziej jak kpina z naszej sytuacji, niż troska, tylko że tym razem naprawdę nie kpiłem, coś było w tym jej zmęczonym spojrzeniu, co sprawiło, że nie chciało mi się drwić. Jasne, ten opór i upór to była klasyczna Prue, ale mimo to dała się podtrzymać, pozwoliła mi przejąć jej ciężar. Niby nic wielkiego, a jednak poczułem, jak jej dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Ciepła, niepewna, i jakby trochę... Wdzięczna? Nie patrzyła na mnie, udawała, że skupia się na oddychaniu, ale widziałem, jak jej policzki nabierały koloru. Może z bólu, może z tego, że była zła, że w ogóle mnie potrzebowała, nie miało to większego znaczenia - wyglądała na rozbitą, a ja, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, poczułem coś dziwnie miękkiego w środku. Właśnie dlatego postanowiłem powiedzieć te kolejne słowa.
- Nie wątpisz, ale… Co? - Podchwyciłem, zbyt ciekaw, by odpuścić. - Nie kończysz myśli? To do ciebie niepodobne. Zazwyczaj masz opinię na każdy temat. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo przecież zawsze znajdowała powód, żeby się ze mną sprzeczać. Kątem oka zobaczyłem, jak jej usta drgnęły, jakby chciała coś powiedzieć, ale połknęła słowa. Zadziwiająco cichy dźwięk jak na kogoś, kto zwykle potrafił krzyczeć nawet wzrokiem. Dobrze, może pierwszy raz w życiu zrozumiała, że nie trzeba mieć ostatniego zdania, ale… Wątpiłem - pewnie zaraz miała nabrać utraconego rezonu i coś mi odpowiedzieć, w końcu nie mogło być za spokojnie, a przynajmniej nie między nami. Ale kiedy wspomniała, że nie chciałaby, żeby ktoś miał przez nią problemy, coś we mnie drgnęło. Nie przyznałbym się do tego nawet pod groźbą klątwy, ale ta jej troska była... Czysta. Naiwna, ale prawdziwa, mimo to, a może właśnie dlatego, kiedy wspomniała coś o konsekwencjach kradzieży, prychnąłem.
- Och, nie martw się o mnie, z konsekwencjami jestem po imieniu, mamy stały układ. Ty się skup na tym, żeby nie przewrócić się drugi raz, dobrze? - To nie było pytanie. Przewróciłem oczami. - Ty i twoje zasady, Bletchley, jak ty w ogóle żyjesz z takim kodeksem moralnym? - Zapytałem, unosząc brew. - Poza tym, kto mówi o kradzieży? Ja tylko… Pożyczam rzeczy od życia. Na chwilę. - Nie uśmiechnęła się, szkoda, byłem przyzwyczajony, że ludzie reagują na moje żarty, nawet jeśli z zażenowaniem - ona nie, Prue miała inny mechanizm obronny. Jej „potrafię kłamać”, za to, wywołało u mnie krótki, suchy śmiech. Zerknąłem na nią z ukosa, z rozbawieniem. - Ty? Tak, jasne. Widać po tobie, że jesteś mistrzynią kłamstwa. Wystarczy spojrzeć, jak się przy tym wiercisz, kiedy coś kombinujesz, zaczynasz mówić albo głośniej, albo ciszej, jakbyś sama się chciała przekonać, że to prawda. - Mruknąłem, nie kryjąc ironii. - Faktycznie jesteś mistrzynią iluzji.
Lepszą ode mnie, hm? Ruszyliśmy dalej. Czułem, jak coraz mocniej na mnie napierała, jakby nie miała już siły udawać, że szła w stu procentach samodzielnie. Prue wyglądała, jakby świat właśnie ją przeżuł i wypluł. Normalnie może bym się z tego pośmiał, może rzucił jakąś zaczepkę, ale tym razem… Coś było inaczej. Nie wiedziałem, dlaczego, może to przez to, jak się na mnie spojrzała - jakby pierwszy raz naprawdę potrzebowała pomocy, i to mojej, absurdalne, ale nie miałem zamiaru tego komentować. Nie dziś. Zresztą, co ja właściwie robiłem? Pomagałem jej. Ja. Ten, który potrafił kpić z czyjegoś potknięcia, a nie podawać rękę. A jednak, kiedy znowu się zachwiała, zacisnąłem dłoń na jej ramieniu, przyciągając ją bliżej, zanim zdążyła zaprotestować.
- Mogę wszystko. - Odpowiedziałem spokojnie. Nie spodziewałem się niczego zbyt łaskawego w odpowiedzi, słyszałem jednak, jak mruknęła, że „nikt by tego nie podważał” na moje późniejsze słowa. - No właśnie. Nikt. - Skinąłem głową. - I dlatego zrobimy po mojemu. A ty udawaj, że mnie tu nie ma, nie kręcisz ze mną interesów, jeśli to ci pomoże. - Nie wyglądała na rozbawioną, zresztą, nigdy nie wyglądała, ale i tak widziałem w niej coś nowego - dziwne - zawsze wydawała się chłodna, a teraz… Wyglądała prawie jak człowiek. Było w tym coś żałosnego, ale jednocześnie... Cholernie ludzkiego. Nieczęsto widywałem ją bez tej swojej maski rozsądku i obowiązku, zawsze taka spięta, poprawna, z nosem w książkach i tym swoim moralnym kodeksem, którego nikt oprócz niej nie rozumiał, tym razem oparła się na mnie mocniej, czułem ciężar jej ciała, ale też to dziwne zaufanie, którego się po niej nie spodziewałem. Zawsze była jak mur, a teraz pozwalała mi ten mur trzymać, żeby się nie rozpadł. Szliśmy powoli, krok po kroku, aż do schodów. Była ciepła, coraz cieplejsza, policzki miała zarumienione. Pewnie ze zmęczenia. Albo… Może z irytacji, że to ja ją prowadzę - nie wiedziałem, chyba nie chciałem zgadywać.
Schody - najgorsze przekleństwo tego zamku.
- Słyszałaś. - Westchnąłem. - Nie rób takiej miny, jakbym ci proponował ślub, Bletchley. Nie będę cię niósł do ołtarza, po prostu na górę, to tylko logistyka. - Była zbyt zmęczona, żeby się sprzeciwić, ale widziałem w jej oczach, że wcale nie była przekonana - jej mina była bezcenna, to spojrzenie, jakbym właśnie zaproponował coś absolutnie skandalicznego. Zatrzymałem się na moment, wpatrując w nią z tym półuśmiechem, który zwykle doprowadzał ją do szału, ale tym razem nie było w nim kpiny. Raczej coś w rodzaju... Rozbawienia pomieszanego z troską, chociaż pewnie nigdy bym się do tego nie przyznał. Wystarczyło, że to słowo - „Proszę.” - zawisło między nami. Nigdy wcześniej go nie użyłem w rozmowie z nią. To jedno słowo zrobiło swoje, westchnęła, walcząc ze sobą, po czym w końcu padło jej ciche „Dobrze.” Nie spojrzała mi w oczy, ja za to przyglądałem się jej uważnie - tym spuszczonym powiekom, zaciśniętym ustom. Nieczęsto ją widywałem bez tej maski chłodnego opanowania, więc kiedy zapytała, czy mogę się nachylić, zrobiłem to bez słowa.
- Spokojnie. - Powiedziałem cicho, unosząc ją delikatnie. - Mam cię, nie zamierzam gryźć, więc trzymaj się mocno. Nie przewiduję wypadków, ale nie chciałbym mieć twojej krwi na sumieniu. - W tej chwili, na moment, nie było już żadnej kpiny, żadnej maski, tylko ja, ona i ten dziwny, cichy ciężar między nami, który nagle przestał być czymś nie do zniesienia, chociaż nigdy bym się do tego nie przyznał, to przez chwilę miałem wrażenie, że serce biło mi odrobinę szybciej.
- No proszę, wygląda na to, że wraca ci kolor. Czyżby moja obecność tak na ciebie działała? - Zagadnąłem półgłosem, by odzyskać rezon. - Wiesz, nie musiałaś tak dramatyzować, żeby zwrócić moją uwagę. - Mruknąłem, bardziej dla zachowania pozorów, niż złośliwie. Wiedziałem, że mnie zaraz zbeszta, ale było warto.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]


RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 04.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7IO0trR.jpeg[/inny avek]

- Musisz wybaczyć mi, że Cię rozczarowałam, jak widać nawet ja nie mam planu na wszystko. - Nie, żeby była z tego powodu szczególnie zadowolona. Nigdy jednak przez myśl by jej nie przeszło, że powrót do Hogwartu okaże się dla niej tak spektakularny. Jak widać warto było jednak spodziewać się niespodziewanego, nigdy nie można mieć pewności, że los nie postanowi zaśmiać Ci się w twarz. Trochę tak potraktowała ten dzień, jako naprawdę okropny chichot losu.

Nie udawała, że jest w wyśmienitej formie, na to było już za późno, nie było sensu teraz zakładać tej typowej dla niej maski, jutro wszystko wróci do normy, dzisiaj, dzisiaj miało być zupełnie inaczej.

- Połowa to wcale nie tak źle. - Cóż, na pewno musiał mieć doświadczenie w radzeniu sobie z sytuacjami, w które się wpakowywał, nie mogła tego negować, bo wiedziała, jak to wygląda. Dzisiaj zresztą nie miała chęci na niepotrzebne łapanie za słowa, czy szukanie dziury w całym, to nie był na to odpowiedni moment, niby zawsze chętnie to robiła, ale no nie tym razem. Ból w kostce, wszystko to, co wydarzyło się po tym tańcu na lodzie... to wystarczyło, aby zeszła z tonu. Na pewno nie potrwa to wiecznie, jednak póki co spasowała.

- Już nie przesadzaj, to byłoby zbyt wiele. - Podobne słowa pewnie nie przeszłyby jej przez gardło, miała swoje granice. - Bez Ciebie na pewno bym sobie poradziła znacznie gorzej. - Na to akurat było ją stać, jednak nie do końca chciała dopuścić do tego, by z jej ust padły słowa, że potrzebuje jego pomocy. Co to to nie, nie uderzyła się w głowę podczas tego upadku, tylko nieco pokiereszowała stopę.

Pozwoliła się sobie o niego oprzeć, skoro sam zaproponował jej wsparcie, to z niego korzystała, jakby to była najbardziej zwyczajna rzecz na świecie, chociaż w ich przypadku było przecież zupełnie inaczej. Jakoś poruszali się przed siebie, zakładała, że ta droga potrwa dużo, oby inni nie zdążyli wyjść z Wielkiej Sali nim nie doczłapią się na górę.

- ale nic. - Odpuściła, nie chciała drążyć tematu. Tak, to było dla niej nietypowe, jednak nie miała siły na żadne słowne przepychanki, naprawdę nie dzisiaj. - Czasem potrafię ugryźć się w język. - Zdarzyło się to przy nim pierwszy raz, bo nie miała w zwyczaju zważać na słowa, jednak ta sytuacja była wyjątkowa, więc mogła zachować się zupełnie inaczej niż zazwyczaj, nie miała zamiaru się z tego tłumaczyć.

- Mhm. - Jasne, miała się nie przejmować konsekwencjami, łatwo było to mówić komuś jego pokroju, kiedy ona podchodziła do tego zupełnie inaczej, przywykła do brania odpowiedzialności za swoje czyny, a w tej sytuacji to on by za nią oberwał, gdyby coś poszło nie tak. Trudno jej się było z tym pogodzić. Zrobiła jednak co powiedział, skupiał się na tym, żeby się nie przewrócić po raz kolejny. Nie było to najtrudniejszą częścią tego, co mieli jeszcze zrobić.

- Normalnie? - Nie było to może szczególnie elokwentne, no ale nie widziała innej odpowiedzi na to pytanie. - Niektórzy nie widzą niczego złego w przystosowaniu się do ogólnie przyjętych norm. - Miała swoje za uszami, ciągnęło ją do nielegalnych dziedzin magii, ale o tym nie wiedział zupełnie nikt. Wydawać się więc mogło, że jej moralność naprawdę istnieje, i przestrzega wszystkich możliwych zasad. - Kiedy je oddajesz? - Zapytała jeszcze zaczepnie, chociaż doskonale znała odpowiedź na to pytanie, pożyczał je na wieczne nieoddanie, co było równoznaczne kradzieży.

- Po prostu nigdy nie widziałeś mnie kłamiącej tak naprawdę. - Musiała jakoś bronić swoich umiejętności, chociaż powinna się z nim zgodzić. Kiedy zaczynała kręcić od razu było to po niej widoczne, zresztą tak naprawdę praktycznie nigdy nie musiała tego robić, nie miała w tym zbyt dużego doświadczenia.

- Jesteś okropnie pewny siebie. - Nie mogła powstrzymać się przed komentarzem na to jego mogę wszystko. Nie miała pojęcia jak można było w sobie wyhodować taką śmiałość. Cóż, pozostawało mu tego tylko pozazdrościć, ona pewnie nigdy nie wypowiedziałaby podobnych słów. - Skoro są to interesy, to jaki masz mieć z tego zysk? - Musiała zapytać, jeśli przedstawiał to w ten sposób. Wolała wiedzieć, czy powinna się spodziewać zapłaty, rzadko kiedy bowiem zdarzało się ludziom pomagać zupełnie bezinteresownie.

- Wcale nie tak po prostu, tych schodów jest wiele. - Nie odezwała się na ten komentarz związany ze ślubem, wiedziała, że próbował ją nieco wyprowadzić z równowagi, a przynajmniej tak się jej wydawało. - Wolałabym, żebyś się przeze mnie z nich nie sturlał. - Droga, którą mieli pokonać nie należała do najłatwiejszych, jednak po tym krótkim zawahaniu postanowiła się zgodzić na ten jego plan i pomysł, oby tego nie żałowała.

- Dobrze wiedzieć. - Znalazła się w jego ramionach, uniósł ją delikatnie, poradził sobie z jej ciężarem, jakby prawie nic nie ważyła, co nieco ją zaskoczyło. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek znajdzie się tak blisko niego, i że będzie jej tam całkiem wygodnie. Zarzuciła dłonie na jego szyję, aby faktycznie przypadkiem nie zaliczyć kolejnego upadku, zrobiła to bardzo delikatnie, nie chcąc zrobić mu krzywdy.

- Gdyby nie to dramatyzowanie to nie miałabym szansy zobaczyć, że jednak jesteś człowiekiem, więc może jednak było warto. - Nie, żeby kiedyś próbowała dostrzec w nim coś więcej niż osobę, która irytowała ją najbardziej na świecie, jednak ten dzień pokazał jej, że nawet największe demony czasem potrafią pokazać swoje ludzkie odbicie.

- i daruj sobie, to raczej przez to, że w zamku jest gorąco, nie przez Ciebie, chociaż zdarza mi się być dzięki Tobie czerwoną ze złości. - Wolała nie myśleć o tym, jak okropnie teraz wyglądała, była na to zbytnio zmęczona.




RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 04.11.2025

Szliśmy powoli, a raczej ja szedłem, a ona się o mnie opierała - czułem jej ciężar, ledwo wyczuwalny, jakby starała się nie sprawiać kłopotu nawet wtedy, gdy dosłownie nie miała innego wyjścia. Przyjrzałem się jej ukradkiem - była blada jak pergamin, z włosami przyklejonymi do policzków, które w końcu nabierały koloru. Nienawidziła wyglądać na słabą, to akurat wiedziałem, przez chwilę nawet nie miałem serca jej dogryźć. Prue Bletchley bez planu, to jak sowa bez listu - zupełnie pozbawiona sensu, ale patrząc na nią, z tą jej rezygnacją na twarzy, pomyślałem, że może pierwszy raz w życiu dobrze zrobiła, że niczego nie planowała, bo plan i tak by diabli wzięli. Ale, żeby znowu mnie rozczarowała? Błagam. Gdybym miał się rozczarowywać za każdym razem, gdy ktoś nie dorastał do własnych ambicji, musiałbym chodzić wiecznie naburmuszony, a przecież nie pasowała mi rola melancholika.
- Rozczarowanie zostaw dla siebie, nie wyglądasz na szczególnie zadowoloną z braku planu. - Zauważyłem. - Spokojnie, świat się nie skończy, że raz coś ci nie wyszło.
Oczywiście, że była niezadowolona - Prue musiała mieć wszystko pod kontrolą, zawsze, nawet chaos wokół niej miał być uporządkowany według jej zasad. A dziś? Dziś wyglądała, jakby ktoś wyrwał jej tę kontrolę z rąk i rzucił w błoto. Patrzyłem, jak próbowała iść, jak uparcie stawiała krok za krokiem, chociaż widać było, że każdy z nich sprawia jej ból. Zawsze taka niezłomna, a teraz - była rozbita, zmęczona, z tym spojrzeniem, w którym pierwszy raz nie było iskry, tylko cień, i cholera, coś we mnie drgnęło. Nie współczucie - ja nie współczuję, ale coś bliskiego... Zrozumieniu. Jej krok zwolnił, więc dostosowałem tempo. Nie wiedziałem, czy bardziej przez wzgląd na nią, czy dlatego, że sam zaczynałem czuć ciężar całego dnia - z dwojga złego, trudno mi było wybrać lepsze.
„Bez Ciebie na pewno bym sobie poradziła znacznie gorzej.” To już prawie brzmiało jak podziękowanie, choć pewnie sama by to nazwała „stwierdzeniem faktu”. Uśmiechnąłem się, ale bez tej typowej drwiny. Może nawet z czymś na kształt… Ciepła? Merlinie, oby nie. Nie odpowiedziałem, cisza była zresztą o wiele przyjemniejsza niż jej wieczne zgryźliwe komentarze. Zerknęła na mnie z tym swoim chłodnym spojrzeniem, ale przez chwilę nic nie mówiliśmy, poza kilkoma półsłówkami. Dobrze, że nie, bo pewnie znowu wpakowalibyśmy się w jakąś błahą kłótnię. Jej próba ugryzienia się w język rozbawiła mnie bardziej, niż powinna. Zwykle by mi odpowiedziała z jadem, ale tym razem tylko wzruszyła ramionami, właśnie to było w tym wszystkim najbardziej niepokojące. Dopiero, kiedy mruknęła swoje „Mhm”, a potem zaczęła moralizować o „przystosowaniu się do ogólnie przyjętych norm”, nie mogłem się powstrzymać i znowu podjąłem zaczepkę.
- Normy są dla ludzi, którzy boją się, że nie przetrwają bez cudzych zasad. - Stwierdziłem. - Moralność to tylko kwestia punktu widzenia, Bletchley. Ty mówisz „kradzież”, ja mówię „pożyczka bez terminu zwrotu”. - Rzuciłem z lekceważeniem. Zapytała, kiedy oddaję rzeczy, które pożyczam, chociaż oczywiście, że wiedziała, że nie oddaję, mimo to miała, oczywiście, swoje uwagi o „oddawaniu” i o tym, że „niektórzy nie widzą nic złego w normach”. Ach, klasyczna Prue. Zawsze logiczna, zawsze moralna. - Oddaję? - Powtórzyłem z udawaną powagą. - Och, to zależy. Czasem pożyczam cudze przedmioty na tyle długo, że zaczynają wierzyć, że zawsze były moje.
Kiedy jednak próbowała bronić swoich zdolności do kłamania, przewróciłem oczami. Widziałem, jak skrzywiła się lekko, może z bólu, może z urażonej dumy. To było w niej urocze - ten nieustanny konflikt między chęcią pokazania światu, że nic jej nie rusza, a faktem, że właśnie wszystko ją ruszało.
- Nie jesteś urodzonym kłamcą, jesteś urodzoną perfekcjonistką, to się gryzie. - Nie mogłem się powstrzymać, to było silniejsze ode mnie - drażnić ją, chociaż trochę, nawet kiedy ledwo trzymała się na nogach. W pewnym momencie stwierdziła, że jestem „okropnie pewny siebie”. Cóż, nie miała racji - byłem jeszcze bardziej niż okropnie.
- Oczywiście, że jestem. - Odpowiedziałem spokojnie. - Pewność siebie to podstawa, Prudy. - Spojrzałem na nią z boku, gdy stąpała ostrożnie. - A ty masz zbyt wiele przezorności, jak na kogoś tak bystrego. Szkoda, bo pasowałoby ci trochę zdrowego egoizmu.
Jej policzki nabrały koloru. „Ciepło z korytarza”, tak powiedziała później - jasne. W tamtym momencie jej mina mówiła wszystko, nie musiała odpowiadać - znałem to spojrzenie, ten błysk, który oznaczał, że najchętniej posłałaby mnie do diabła, właśnie dlatego nie mogłem się powstrzymać.
- Zysk? - Uśmiechnąłem się lekko. Nie dodałem, że prawdziwym zyskiem był widok jej miny, kiedy musiała przyznać, że beze mnie byłoby gorzej- tego nie zamieniłbym na żadną fortunę.- Satysfakcję, że dziś nie upadłaś drugi raz. I, być może, mały dług wdzięczności. Lubię mieć ludzi, którzy pamiętają są mi coś winni, a kto jak kto, ty akurat będziesz to wspominać, nigdy o tym nie zapomnisz, co samo w sobie jest nawet lepsze, niż odbieranie długu. - Wiedziałem, że to ją rozdrażni, i właśnie o to chodziło. Znałem ją na tyle, by wiedzieć, że nic nie wyprowadzało jej z równowagi bardziej niż myśl, że mogłaby komuś zawdzięczać pomoc.
Szliśmy powoli, moje ramię stanowiło dla niej podporę, choć wcale nie wyglądało to jak zwykła pomoc. Było w tym coś... Intymnego. Może przez to, jak lekko opierała na mnie ciężar, a może przez to, że jej dłoń nieco za długo pozostawała przy moim boku. Gdy w końcu podjęła decyzję, że mnie posłucha, przyjąłem to z udawaną obojętnością, ale gdy uniosłem ją w ramionach, wszystko we mnie drgnęło. Nie spodziewałem się, że będzie taka lekka, ani że tak naturalnie dopasuje się do mojego ruchu, jakby to nie był pierwszy raz, gdy się na mnie opierała. Czułem jej dłonie na szyi - chłodne, ostrożne. Nie odzywała się, ale czułem, jak jej oddech łaskocze mnie w szyję, włosy dotknęły mojego policzka, pachniały czymś znajomym, chociaż nie potrafiłem tego nazwać.
- Widzisz? Nie takie to trudne, stoję stabilnie, nie ma szans, bym się sturlał. - Powiedziałem półgłosem, bardziej do siebie niż do niej, a kiedy mruknęła coś o tym, że „dramatyzowanie” pozwoliło jej zobaczyć we mnie człowieka, zaśmiałem się krótko. - Człowieka? To znaczy, że wcześniej brałaś mnie za co, ducha? Demona? - Powiedziałem cicho, z tym charakterystycznym półuśmiechem, który od zawsze działał jej na nerwy. - Nie przyzwyczajaj się do tego widoku. Nie zamierzam robić z tego nawyku. Nie chciałbym, żebyś uznała mnie za przyzwoitego człowieka. To jednorazowy wybryk. - Spojrzałem na nią z przekornym uśmiechem. - Jak kometa, pojawia się raz na sto lat i znika, prawdopodobnie nie zobaczysz jej drugi raz w życiu.
A potem, gdy próbowała zbagatelizować rumieniec, mówiąc coś o gorącu w zamku, uśmiechnąłem się szerzej.
- Mhm. Powiedzmy, że ci wierzę. - Mruknąłem, milknąc. Nie wiedziałem, kiedy przestałem mówić tylko po to, żeby ją drażnić. Może wtedy, gdy jej głowa opadła nieznacznie na moje ramię. Wtedy też po raz pierwszy nie miałem ochoty niczego komentować. Po prostu szedłem, czując ciężar, który wcale nie był ciężarem. Patrzyłem przed siebie, na ciemne, puste schody prowadzące ku wieży, zbliżaliśmy się do końca schodów, wciąż trzymałem ją pewnie, i chociaż czułem już lekki ból w ramionach, nie powiedziałem ani słowa. Nie chciałem, żeby pomyślała, że robię to z litości, bo nie robiłem. Niosłem ją, bo tego chciałem, przez moment świat wydawał się mniej chaotyczny, kiedy wiedziałem, że to ja trzymam go w ryzach.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]


RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 05.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7IO0trR.jpeg[/inny avek]

- Może nie, ale dla mnie to mój mały koniec świata. - Wcale nie ukrywała tego, że ta sytuacja była dla niej komfortowa. Nie przywykła do tego, że musiała być od kogoś zależna. Zawsze radziła sobie sama, bez niczyjej łaski. Dzisiaj wszystko przebiegło zupełnie inaczej i najgorsze było to, że miała świadomość, że gdyby nie on, to pewnie nadal znajdowałaby się na dworze i próbowała się podnieść. Co by zrobiła później? Licho jedno wiedziało, musiałaby improwizować, chociaż nie dało się nie zauważyć, że improwizacja nie wychodziła jej najlepiej. Wolała mieć czas, aby wszystko przemyśleć, ułożyć sobie w głowie, kiedy chodziło o spontaniczne działanie... no nie radziła sobie zbyt dobrze.

Nie był to jej najlepszy dzień, ledwie ciągnęła nogi, właściwie to bardziej Rookwood ją prowadził, niż sama się poruszała, pogodziła się z tym, że stała się od niego nieco zależna. To miał być jeden dzień, nic więcej, jutro wszystko wróci do normy - naprawdę w to wierzyła.

- Przestrzeganie norm powoduje, że nikt nie zwraca na Ciebie uwagi, nie rzucasz się w oczy, wszyscy więc myślą, że jesteś nudny, to jest wygodne. Nie chodzi o żaden strach, a na pewno nie taki przed brakiem zasad. - Nie sądziła, że zrozumiałby jej podejście, bo nie znał Bletchley na tyle, żeby wiedzieć do czego zmierzała. Święty spokój wyjątkowo jej leżał, i nie zamierzała się go pozbywać. Dzięki temu nikt jakoś specjalnie nie interesował się tym, co robiła w wolnym czasie, gdyby nawet została przyłapana w dziale ksiąg zakazanych to nikt nie robiłby z tego afery, bo przecież nie spodziewano się, by mogła wykorzytać informacje nabyte tam w nieodpowiedni sposób, to było bardzo wygodne.

- Jesteś niereformowalny. - Mieli zdecydowanie inne spojrzenie na przywłaszczanie sobie czyichś rzeczy, zresztą jak na wiele innych spraw, pochodzili przecież z różnych światów, to było widoczne po ich podejściu do życia.

- Można znaleźć w tym jakiś złoty środek. - No, może ona jeszcze go nie odnalazła, bo faktycznie perfekcjonizm okazywał się być jej największym utrapieniem, ale być może kiedyś to się zmieni. Tak naprawdę miała całe życie przed sobą, nic nie było pewne, z drugiej strony, czy faktycznie akurat tej cechy mogłaby się pozbyć, pewnie nie...

Zmrużyła oczy i uniosła głowę, aby na niego spojrzeć, albo jej się wydawało, albo nazwał ją bystrą, nie spodziewała się usłyszeć coś podobnego kiedykolwiek z jego ust, pewnie szybko nie wyprze tego ze swojej pamięci. - Może i by pasowało, ale to nie byłabym ja. - Kierowała się w życiu tymi swoimi zasadami, raczej rzadko kiedy patrzyła wyłącznie na siebie, nie była tego nauczona, zresztą nie czułaby się z tym dobrze.

- Skąd ta pewność, że nigdy o tym nie zapomnę? Podejrzewam, że będzie wręcz przeciwnie, dość szybko wszystko wróci do normy, postaram się to wyprzeć z pamięci, jakby nigdy nic. - Oczywiście, że było to nieprawdą, najpewnie jeszcze przez bardzo długi czas będzie analizowała wszystko, co się wydarzyło, najgorsze było to, że miał rację. Wiedział na jakiej zasadzie działała, jak trudno będzie się Prue pogodzić z tym, że musiała przyjąć pomoc. To ją nieco rozdrażniło, nie na tyle jednak, żeby mu powiedziała, aby poszedł w diabły - wiedziała, że w tej chwili nie mogła na to pozwolić.

- Póki co stoisz stabilnie, wystarczy jeden zły ruch i razem runiemy na ziemię. - Oczywiście, że musiała powiedzieć, co o tym myśli. To, że aktualnie udało mu się stać stabilnie nie musiało wcale oznaczać, że pokonywanie schodów będzie przebiegało tak samo. Nie do końca zgadzało się z tym, jak właściwie się czuła, całkiem szybko bowiem pogodziła się z tym, że jego ramiona okazały się być całkiem wygodne i przynosiły poczucie bezpieczeństwa, a ta bliskość sprawiała jej więcej przyjemności, niż powinna.

- Naprawdę muszę na to odpowiadać? - Wydawało jej się to całkiem logiczne zważając na to, jak wyglądała ich relacja przez te lata. - Dla mnie jesteś demonem, który uprzykrza mi życie. - Dodała jeszcze, żeby nie pozostawić miejsca na niedopowiedzenia. Nie wydawało jej się, że powinno go to zaskoczyć.

- Nie zamierzam, cuda zdarzają się bardzo rzadko. - Poniekąd trochę tak traktowała to, co wydarzyło się tego dnia. - Tak, czy siak miałam wyjątkowe szczęście, że udało mi się ją zobaczyć chociaż raz, nie sądzisz? - Zwłaszcza, że zupełnie się tego nie spodziewała. Było to dla niej dość mocno zaskakujące, tak właściwie to mogłaby nawet stwierdzić, że byłaby w stanie polubić taką wersję Aloysius'a, ale to również zostawiła dla siebie. Zresztą pojawiły się w jej głowie pytanie, ile z tego, co pokazywał na co dzień było prawdą, a ile grą? Skoro tak łatwo przyszła mu ta zmiana... to być może wcale nie był tym na kogo się kreował. Pewnie nigdy nie miała się tego dowiedzieć.

- To dobrze, bo przecież nie potrafię kłamać. - To już też ustalili. Przymknęła oczy, kiedy pokonywali kolejne schody, aby nie skupiać się na otoczeniu, oddychała powoli, w sumie to nie narzekała na to, że tego dnia trafiła właśnie na niego.




RE: [1.1959] Standing in the January dusk, pale as the moon | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 05.11.2025

Nie wyglądała dumnie, ani trochę, widziałem, jak jej dłoń odruchowo zaciskała się na materiale mojej szaty, jakby nie do końca wierzyła, że ją utrzymam, a ja trzymałem mocniej, niż powinienem, może odrobinę zbyt mocno. Nie dlatego, że bałem się, że ją upuszczę i dam się jej potknąć, bardziej dlatego, że, o dziwo, nie chciałem jej puścić. Jej ton był spokojny, ale coś w jej głosie drżało, nie z bólu - z frustracji, tego, że musiała na kimś polegać. Bletchley nigdy nie lubiła zależności, to słowo było dla niej jak policzek, zawsze samowystarczalna, jakby świat miał jej coś udowadniać. A teraz?
- Zawsze możesz traktować to jako eksperyment. - Dodałem, kiedy milczenie zaczynało się przedłużać, mój uśmiech był lekko krzywy, złośliwie zadowolony z własnego komentarza, ale nie całkiem złośliwy. Z jakiegoś powodu nie potrafiłem jej dziś do końca dobijać - dziwne uczucie, ale ona naprawdę wyglądała, jakby to był koniec świata. Nie udawała, że nic się nie stało, może to i dobrze, i tak wiedziałem, że dla niej utrata kontroli była równoznaczna z katastrofą, ale cholera, coś w tym było... Urocze, jak takie małe pęknięcie w idealnie zbudowanej fasadzie, nie mogłem oderwać wzroku od tego pęknięcia.
Szliśmy dalej, krok po kroku, a echo naszych oddechów odbijało się od chłodnych ścian. Prue miała ten charakterystyczny ton - logiczny, uporządkowany, chłodny, kiedy mówiła o „przestrzeganiu norm”, brzmiała tak, jakby recytowała teorię, która tłumaczy sens jej istnienia, ale w tym bez cienia wątpliwości była cała ona - zbudowana z zasad, oparta na stabilności, wytresowana, by nie pozwolić nikomu zaglądać głębiej.
- Czyli cały ten twój „święty spokój” to tylko strategia kamuflażu. - Podsumowałem cicho. - Nie, żeby to było złe, ale… - Znałem ten jej spokój, tę starannie wypracowaną maskę obojętności, ale wystarczyło jedno załamanie, jeden cień na twarzy, żeby zobaczyć, jak bardzo wszystko w niej pracowało, by utrzymać tę równowagę. Była jak mechanizm precyzyjnego zegara - każdy trybik dopasowany do drugiego, aż ktoś włożył palec między zębatki. - To ciekawe, że tak bardzo bronisz tych norm. - Rzuciłem spokojnie, z lekkim rozbawieniem. - Mówisz, że to wygodne, ale brzmisz, jakbyś sama próbowała się do nich przekonać. - Zerknąłem na nią kątem oka. - Nie powinnaś mieć nic przeciwko byciu zauważanym, wiesz? Zazwyczaj to przydatne. - Zatrzymałem się na chwilę, by poprawić uchwyt. - Ale ty, Bletchley, chyba po prostu lubisz być niedoceniana. To bezpieczniejsze, prawda? - Nie czekałem na odpowiedź. - Złoty środek? - Parsknąłem. - Nie pasuje ci kompromis, Prue. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - Zresztą perfekcjonizm to tylko ładniejsze słowo na obsesję kontroli. - Oczywiście, wiedziałem coś o tym, sam miałem swoje demony, może dlatego tak łatwo, w tym konkretnym momencie, rozumiałem jej lęk przed chaosem, ale nigdy bym jej tego nie powiedział - nie potrzebowała mojej psychoanalizy, a ja nie potrzebowałem, by ktoś uznał mnie za empatycznego. Gdy uniosła głowę i spojrzała na mnie, poczułem ten znajomy dreszcz, jakby to spojrzenie mogło dosięgnąć pod skórę. Jej „niereformowalny” wywołało we mnie coś na kształt śmiechu, ale nie z tych głośnych, raczej cichy pomruk, który odbił się echem od kamiennych ścian.
- Nie jestem niereformowalny, po prostu nie widzę sensu w reformach. Zazwyczaj przynoszą więcej szkody niż pożytku. - Wzruszyłem ramionami, kiedy uniosła głowę i spojrzała na mnie, przez sekundę nie odwróciłem wzroku - była blisko, zdecydowanie zbyt blisko, a w tym spojrzeniu było coś, co potrafiło rozbroić nawet kogoś takiego jak ja.
- Nie byłabyś sobą… - Powtórzyłem po niej cicho. - Szkoda. Czasem warto być kimś innym, choćby na chwilę. - Nie wiedziałem, czy to zdanie było dla niej, czy dla mnie.
Głos Prudence brzmiał coraz ciszej, jakby zmęczenie zaczynało brać nad nią górę, a ja słuchałem tego jej racjonalizowania o tym, że zapomni, że wszystko wróci do normy. Zerknąłem na nią z boku, uśmiechając się półgębkiem.
- Nie zapomnisz. Nie jesteś z tych, co zapominają. Będziesz to rozkładać na części, analizować, dopóki nie dojdziesz do wniosku, że mogłaś coś zrobić lepiej. - Odetchnąłem cicho, z lekką nutą drwiny. Uśmiechnąłem się pod nosem, wiedząc, że te słowa tylko ją zirytują. Ona potrzebowała struktury, ram, pewności, a ja od dawna żyłem z tego, że potrafiłem ją omijać. - I wtedy znowu mnie znienawidzisz, bo będę Ci się z tym kojarzył. - Mój głos zabrzmiał zbyt spokojnie, jak na to, że mówiłem o jej nienawiści, a może właśnie dlatego.
- Runiemy? - Powtórzyłem, gdy ostrzegła mnie, że wystarczy jeden zły ruch. - Cóż, przynajmniej spadlibyśmy razem. Romantycznie, nie sądzisz? - Oczywiście, że to powiedziałem - byłem sobą, nie mogłem się powstrzymać. Prawda była jednak taka, że byłem czujny jak nigdy - każdy stopień, każdy krok stawiałem ostrożnie, bo wiedziałem, że jeśli ją upuszczę, nigdy więcej nie spojrzy mi w oczy. Nie chciałem sprawdzić, jak wygląda Prue Bletchley, kiedy naprawdę mnie nienawidzi. Wystarczało mi, jak patrzyła teraz - z tą mieszaniną zmęczenia, rezygnacji i… Dziwnego spokoju. Milczenie między nami gęstniało. Zawsze było między nami napięcie, ale dzisiejsze miało inną barwę - mniej gniewu, więcej… Czegoś, czego lepiej było nie nazywać. Nie chciałem tego rozkładać na czynniki pierwsze, wolałem udawać, że wciąż się droczyliśmy.
- To brzmi lepiej niż „uciążliwy idiota”. - Wypowiedziałem to z lekkim sarkazmem, choć wiedziałem, że było w tym więcej szczerości, niż bym chciał. - Ale wiesz, demony nie niosą ludzi po schodach, co najwyżej ściągają ich w dół. Może coś ci się pomyliło. - Patrzyłem przed siebie, ale kątem oka widziałem jej profil, nie oczekiwałem odpowiedzi. Zresztą, nie mówiłem tego po to, by się spierać. Mówiłem, bo cisza zaczynała być dziwnie… Intymna. - Masz rację, miałaś szczęście. - Dodałem półgłosem. - Nie każdemu trafia się okazja zobaczyć kometę z tak bliska.
Nie wiedziałem, ile czasu minęło. Schody zdawały się nie mieć końca, a z każdym kolejnym stopniem czułem ciepło jej ciała, które zaczynało się przenikać z moim. To nie było ani wygodne, ani rozsądne, ale nie miałem ochoty niczego zmieniać. Schody kończyły się zakrętem, światło pochodni drgało na ścianach. Niosłem ją dalej, chociaż moje ramiona zaczynały protestować. Patrzyłem przed siebie, czując jej ciężar, ciepło, i wiedziałem, że kiedy tylko ją postawię, wszystko wróci do dawnej równowagi. Znowu będzie mnie ignorować, znowu mnie wyprowadzi z równowagi, a ja znowu będę ją drażnić, jakby ten moment nigdy się nie wydarzył.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]
Koniec sesji