Secrets of London
[13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence (/showthread.php?tid=5338)

Strony: 1 2


RE: [13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 17.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=yGh7Zcl.jpeg[/inny avek]

- Zawsze byłam ambitna. - Niektóre rzeczy się nie zmieniały. To nie tak, że zamierzała kontynuować swoje nowe badania na innych obiektach, nie kiedy znalazła już najlepszy z możliwych. Nieczęsto się to zdarzało, żeby przy pierwszej próbie trafiało się, aż tak celnie. Miała wyjątkowe szczęście, czyż nie? Nie wątpiła to wcale. Nie było jednak powodu, aby mu o tym mówiła, zresztą na pewno zdawał sobie z tego sprawę. Nie wydawało jej się, aby w ogóle istniała możliwość, by ktoś potrafił wzbudzić w niej podobne emocje, a Prue nigdy nie sięgała po coś, co nie miałoby jakiejś większej wartości.

Gdyby faktycznie zamierzała być ostrożna nie stąpałaby po takim kruchym lodzie. Była pewna, że niedługo pęknie, tyle, że nie do końca wydawało jej się, że czeka na nią lodowata otchłań, może dlatego nie obawiała się tego wcale. Mogła mówić o ostrożności, jednak jej czyny świadczyły o czymś zupełnie innym. Był to moment, w którym faktycznie zamierzała przekroczyć wszelkie granice, zatracić się w tym. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę i wiedziała, że nie jest jedyna.

Jej decyzje zazwyczaj były przemyślane, kiedy je podejmowała brała pod uwagę wszystkie możliwe konsekwencje swoich czynów, tym razem jednak nie zamierzała tego robić. Nie było to nowe w jego obecności, przy nim bardzo łatwo przychodziło jej łamanie swoich zasad. Najwyraźniej to nigdy nie miało się zmienić. Co z tego, że to miało być tylko chwilowe, wręcz przeciwnie zamierzała z tego powodu przez ten czas, który mieli ze sobą spędzić wyciągnąć jak najwięcej. Już kiedyś miała wrażenie, że przy nim czuła, że żyje, odczuwała więcej, intensywniej, mimo, że wtedy to co ich łączyło było bardziej niewinne. Teraz mogli sięgnąć po wszystko, co podsuwała im wyobraźnia, a jej była całkiem bogata w najróżniejsze pomysły, nie wątpiła, że jego również.

Los postawił ich na swojej drodze po raz kolejny. Nie spodziewała, że kiedykolwiek do tego dojdzie, jak widać nie dało się przewidzieć tego, co miało się wydarzyć. Jakoś tak się złożyło... W tej chwili wydawało jej się, że nie mogli trafić na siebie w lepszym momencie, potrzebowali siebie nawzajem, chociaż na chwilę, na ten krótki moment w czasie. Irracjonalne było to, jak ją do niego ciągnęło, ale nie widziała sensu, aby z tym walczyć, wręcz przeciwnie miała zamiar się temu poddać, szczególnie kiedy widziała, jak na nią spoglądał, błądził wzrokiem po jej ciele.

Druzgotki, najwyraźniej nie miała być świadkiem tego, jak zakończą swój żywot, a szkoda. Chętnie by to zobaczyła. Nie zamierzała jednak naciskać. Wiedziała, że nie odsuwał jej tego bez powodu. To musiało mieć głębsze podłoże. Niby wiedziała, że gdyby się uparła to pewnie znalazłaby jakiś sposób, potrafiła to wynegocjować, jednak może faktycznie miał rację. Jeszcze kiedyś będzie miała szansę zobaczyć, co potrafi. Nie wątpiła w to. Jeszcze odezwał się do niej w ten sposób... przez który nie potrafiła kontynuować swojej próby wproszenia się na tę eksterminację. Nie chciał, żeby na to patrzyła, pewnie obawiał się tego, jak zareaguje na to, co zobaczy. Tyle, że Prue widziała w swoim życiu naprawdę wiele, jednak zaakceptowała podjętą przez niego decyzję.

- Dobrze, to niedługo trzeba będzie zacząć szukać tego sposobu, bo chcę wiedzieć. - Nie było to niczym zaskakującym. Prudence uwielbiała wiedzieć, jej ciekawość bywała niebezpieczna. Chciała zobaczyć wszystkie jego twarze, nie sądziła, że będzie to możliwe, chociaż może, kiedyś? Chciała go poznać, nie tylko podczas tych najlepszych momentów, bo to nie na tym polegało, nie obawiała się tego, co może zobaczyć, raczej wzbudzało w niej to ekscytację, bo miała świadomość, że musiał się zmienić podczas tych wszystkich lat, kiedy zniknął z jej życia.

Prowokowała go, sprawdzała na ile może sobie pozwolić, czekała, aż pęknie. Tyle, że nie do końca jej się to udawało, miała wrażenie, ze sama zaczyna zaciskać sobie pętlę na szyi, a nie tak to powinno wyglądać. Niefortunnie nic nie szło po jej myśli, ale nie była w stanie ignorować tego spojrzenia, które nie pozostawiało żadnych niedopowiedzeń. Wiedziała, że pragną tego samego, zresztą miała wrażenie, że już za chwilę po to sięgną, mimo, że tak się zapierała, że jest w stanie poświęcić się dla wyższego dobra. Jasne, nawet ona nie miała w sobie, aż tyle samozaparcia.

- To prawda, na szczęście my zawsze mieliśmy bardzo bujną wyobraźnię. - Nie mogła powstrzymać uśmiechu, który postanowił wpełznąć na jej usta. Można im było wiele zarzucić, ale nie tego, że nie mieli wyobraźni. Być może u każdego z nich działało to nieco inaczej, jednak nie należeli do przyziemnych osób, wręcz przeciwnie. Wydawało jej się, że chcieli jak najwięcej odczuwać, przeżywać, intensywność doznać była dla nich istotna.

- Nie spodziewałam się, że jesteś gotowy na takie poświęcenie, jednak nie mógł mi się trafić lepszy towarzysz do tych eksperymentów. - Jakby wcześniej w to wątpiła. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, jednak stwierdziła, że warto wypowiedzieć to w głos. Starała się, aby ton jej głosu był spokojny i pewny, jednak dało się w nim wyczuć lekkie drżenie. To było kolejnym potwierdzeniem tego, że powoli zbliżała się do skraju, chociaż chciała udawać, że jest inaczej. Prue jednak nigdy nie była dobrym kłamcą, bardzo łatwo można było z niej czytać emocje.

Nie mogła się powstrzymać od tego, by przejść obok niego zupełnie obojętnie, wykonała ten drobny gest, a później zniknęła w głębi chatki. Wróciła dość szybko, ubrana w jego koszulę, wiedział, co robił namawiając ją do tego. Nie wytrzymała zbyt długo siedząc obok. Nie obchodziło jej też jakoś specjalnie, że najprawdopodobniej przegrała ich drobną grę, to nie było istotne, nie w tym momencie. Dość szybko podjęła decyzję o tym, że to będzie jej koniec, a może ich? Przecież nie była w tym sama, widziała, że on również znajdował się na skraju, sama do tego doprowadziła. Wypadało wreszcie skończyć tę farsę - Musiałeś trochę poczekać. - To, że i ona przy okazji się męczyła było inną sprawą. Lubiła doprowadzać go do granicy, widzieć jak ze sobą walczy, może było to niepotrzebne, ale czuła z tego powodu drobną satysfakcję, bo pragnął jej tak jak i ona pragnęła jego. Nie zastanawiała się długo nad tym, co zamierzała zrobić, niemalże od razu znalazła się na jego kolanach, tam, gdzie powinna być już od dłuższego czasu.

Był to moment, w którym mogła przestać udawać, że jej na tym nie zależy. Dość szybko pozbył się kocy, które okazały się im tylko przeszkadzać, stanowiły ostatnią barierę, która oddzielała od siebie ich ciała. Mimowolnie się uśmiechnęła czując wreszcie pod sobą ciepło jego ciała. Dłonie, które nie potrafiły powstrzymać się od dotyku. Nie była temu bierna, jej palce przesuwały się po jego torsie, chciała zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Zwróciła uwagę na jego wytatuowane ręce, nie miała szansy jeszcze przyjrzeć się z bliska malunkom na jego ciele, zamierzała to zrobić później, może nawet spytać o niektóre z nich. Oddychała coraz szybciej, a oddech ten zatrzymywał się na jego policzku, dość szybko przyniósł ze sobą pocałunek, w końcu tego właśnie pragnęli. Pocałunek inny od wcześniejszych, pełen emocji, które od dawna w sobie skrywali, miała wrażenie, że wyraża więcej niż jakiekolwiek słowa. Mimowolnie przesuwała się coraz bardziej, jakby chciała poczuć jego bliskość, ciepło na każdym fragmencie swojego ciała.

Gdy poczuła dłoń sunącą po jej kręgosłupie po jej ciele przepłynęła fala gorąca. Rozkoszny żar powoli zaczął ją wypełniać. Zaplotła swoje uda wokół jego ciała, co spowodowało, że znajdowali się naprawdę blisko, dostrzegła jego spojrzenie, właściwie to poczuła je, bo ten wzrok palił. Niepotrzebnie ubierała tę koszulę, uzmysłowiła to sobie, kiedy jego dłonie znalazły się pod nią, miała wrażenie, że opuszki jego palców zostawiają ciepłe ślady w miejscach w który jej dotykał.

- Zrozumiałe. - To była jego koszula, więc mógł zrobić z nią co mu się żywnie podobało, nie miała zresztą nic przeciwko temu, by w końcu z niej ją zerwał. Było w tym wszystkim coś niezwykłego, tak bardzo pragnęli tej bliskości, że nic nie mogło im stanąć na drodze. Nie hamował się wcale, co powodowało, że i ona pragnęła jak najszybciej poczuć jak najwięcej. Już dawno zresztą przestała nad sobą panować, przy nim łatwo było się zatracić.

Odsunęła się nieco, aby ułatwić mu pozbycie się tego kawałka materiału, który jeszcze ich od siebie oddzielał, chciała, by zrobił to jak najszybciej. Słyszała dźwięk trzaskających guzików, co spowodowało, że na jej twarzy ponownie pojawił się uśmiech, nie wiedzieć czemu bawiło ją to, jak bardzo chcieli w końcu sięgnąć po spełnienie.

Wreszcie mogła zrzucić z siebie koszulę, znaleźć się nad nim zupełnie naga, nie towarzyszył jej jednak wstyd, który nie byłby niczym dziwnym, w końcu pierwsze razy niosły ze sobą różne emocje. Jednak nie tym razem. Teraz czuła ulgę, że wreszcie będzie mogła zobaczyć, jak to jest. Jego objęcia, zapach, ciało, dłonie sunące po jej skórze. Nachyliła się wreszcie, jej usta znaczyły pocałunkami zarys jego szczęki, aż w końcu znalazły się na szyi, gdzie pozwoliła sobie na nieco dłuższy pocałunek, który mógł, ale nie musiał pozostawić po sobie drobny ślad. Musiał jej to wybaczyć.




RE: [13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 19.11.2025

Powietrze zgęstniało, kiedy słuchałem jej słów - ambitna, jasne, że była ambitna, ambicja biła z niej tak wyraźnie, jak ciepło z ognia, który płonął w kominku, i zawsze, ale to zawsze potrafiła doprowadzić mnie tą swoją ambicją do szału - wystarczyło tylko kilka słów, by rozpalić iskrę, która później w mgnieniu oka niosła się dalej, mocniej, bardziej, gwałtowniej, podpalając wszystko po drodze. A ja siedziałem i patrzyłem, jak robi dokładnie to samo teraz - bez lęku, bez wahania, bez tej swojej pozornej ostrożności, którą wymachiwała przede mną jak chorągiewką. Ostrożna - jasne - gówno prawda. Widziała zbyt dużo, czytała mnie zbyt pewnie, szczególnie w tej chwili, tu i teraz - nie zasłaniałem się tym razem żadnym żartem, unikającym spojrzeniem, jej słowa były jak powolne zdejmowanie ze mnie warstw, o których czasem sam zapominałem.
- Ambitna to za mało, Pluey. - Mruknąłem, opierając przedramię na oparciu fotela, za ciężko, zbyt wyważonym ruchem, żeby to jeszcze było neutralne. - Ty zawsze celowałaś tam, gdzie inni nawet nie wiedzieli, sze mosna. - Te słowa wyleciały mi z ust jak wyznanie, chociaż byłem świadomy, że mogła je wykorzystać, jak chciała, z pełną świadomością efektu, który wywoływała. A jednak wydawała się już wiedzieć, jak i ja, że tym razem to nie „celowanie” było problemem i jednoczesną istotą naszego małego starcia - to było trafianie, idealne. Zbyt idealne. W jej głosie było coś, co wwiercało mi się pod skórę, sprawiało, że oddech stawał się cięższy - mówiła o konsekwencjach, poświęceniu dla eksperymentów, nauki, ale podejmowała decyzje tak, jakby świat na zewnątrz przestał istnieć. W mojej obecności łatwo łamała zasady, ja w jej też, popisując się często do granic rozsądku i jeszcze dalej - pamiętałem to doskonale z czasów, kiedy byliśmy bardziej niewinni, chociaż w pewnym momencie ta niewinność stała się już tylko maską, cienką jak papier. Teraz żadne z nas nie udawało, wiedzieliśmy, po co przyszliśmy, do czego dążyliśmy w tej chwili. Nie było w tym czystości, per se, była intensywność, była potrzeba, było pragnienie rozumiane aż do bólu. Los rzucił nas znów w tę samą stronę, a ja - durny, zmaltretowany, odporny na wszystko i jednocześnie podatny na nią jak nigdy - wiedziałem, że tym razem nie było w tym przypadku. Jej spojrzenie mówiło wszystko, znałem je od lat - to była ta ciekawość, która potrafiła wciągnąć człowieka tak głęboko, że zapominał, kim był. Byłem głupcem, gdy udawałem, że nie widzę, jak celowo stawiała krok za krokiem, łamiąc zasady, które trzymały ją w ryzach od lat, byłem jeszcze większym idiotą, bo każda jej kolejna decyzja sprawiała, że chciałem ją bliżej, mocniej, bardziej.
- Tak… Mhm. - Burknąłem, niby świadomie, spokojnie, chociaż w oczach miałem iskrę nieopanowanej chęci, którą dawno przestałem kontrolować. Obiecałbym jej wtedy niemal każdą tajemnicę, każde ciemniejsze miejsce, które zwykle trzymałem zamknięte. Mogła to wyciągnąć jednym skinieniem, a ja nawet nie próbowałbym udawać, że mam coś przeciwko, tylko udawałem jeszcze, że kontroluję sytuację. Tak naprawdę żadne z nas nie miało tu władzy - tak naprawdę każde z nas miało tu władzę.
- Wyoblaśnię zawsze mieliśmy świetną. - Odpowiedziałem jej rozbawionym mruknięciem. Byłem w tym tak głęboko, że napinające się mięśnie karku, mocniejsze oddechy, to wszystko przestawało być czymś, co można było ukrywać. - Czasem asz za doblą. - Nie potrafiłem zdecydować, czy to duma, czy czyste pożądanie, czy może jedno i drugie, zlane tak bardzo, że nie sposób było ich rozdzielić. Wiedziała, co robi, wiedziała, że ja wiem. Patrzyłem, jak kruchy lód pęka nam pod stopami, i zamiast panikować, byłem gotów wskoczyć pierwszy, bez najmniejszego zawahania.
To spojrzenie, które mi rzuciła spod półprzymkniętych powiek, było bardziej szczere niż cokolwiek, co mogłaby powiedzieć - pragnienie w czystej postaci, bez granic. Nie byłem od niej inny - rozpoznawałem tę energię, zapamiętałem ją z dawnych lat, młodszą, bardziej chaotyczną, lecz zawsze głodną intensywności. Teraz niosła ją ciszej, głębiej, w bardziej dorosłej, cięższej odsłonie. Zbyt długo trzymaliśmy się na granicy, za długo udawaliśmy, że potrafimy panować nad tym, co rozgrywało się w spojrzeniach, dotykach, niedopowiedzianych słowach. Cała ta cierpliwość, maska, którą na siebie nakładałem, samokontrola wiążąca mnie w tym miejscu - na fotelu, zamiast w innej, właściwszej części pomieszczenia, zaczęła się rwać jak przetarty sznurek.
Zatrzymałem wzrok na jej ruchach, na tej drobnym, niby nic nieznaczącym geście, gdy przechodziła obok, zbyt blisko, żeby człowiek mógł normalnie oddychać. Zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej, przemknęła obok mnie, zostawiając w powietrzu swój zapach, lekko słodki, lekko drapiący w zduszone gardło, zaciśnięte do granic możliwości - taki, który od lat nosiłem gdzieś z tyłu głowy. A potem wróciła w mojej koszuli - kiedy zobaczyłem ją w tej tkaninie, zbyt dużej na niej, sięgającej ud, luźno opadającej na ramiona, nie mogłem nawet udawać, że nadal mam nad sobą kontrolę. Rozciągnąłem się wygodniej w fotelu, czekając tylko, aż przestanie zwlekać. Dawno temu to była ciekawość, teraz coś bliższego głodu, którego nie potrafiłem już ukryć, a tym bardziej udawać, że go nie ma. Kiedy przesunęła się bliżej, poczułem to w kręgosłupie.
W brzuchu.
W gardle.
- To sadyzm. - Zauważyłem z cichym śmiechem, który ugrzązł mi w ustach, kiedy usiadła na moich kolanach - w tej sekundzie wszystko się skończyło i zaczęło jednocześnie. Jej uśmiech, ten drobny, złodziejski, cwany, wyjątkowo samoświadomy, zmiotł ze mnie ostatki samokontroli. Zrzuciłem z nas koce z ruchem, którego nawet nie kontrolowałem. Uniósłem rękę, przesunąłem opuszkami po jej boku.
- Chodź tu. - Mruknąłem, trochę niżej, niż powinienem.
Pocałunek wydarzył się tak naturalnie, że nie wiedziałem nawet, kto go zaczął, smakował latami czekania, niewypowiedzianymi słowami, czymś, co miało w sobie zarówno brak rozsądku, jak i tę intensywną słodycz czegoś, co po prostu musiało się wydarzyć, było najrozsądniejszą nierozsądną rzeczą, jaką mogliśmy razem mieć. Nie było w tym delikatności, była szczerość, ciężka i gorąca, jakby cały ten czas czekała, żeby wreszcie uwolnić to, co zbierało się w nas od lat - ciekawość, pragnienie, głód. Ten sam, który we mnie szarpał, cierpliwy jak drapieżnik, wreszcie widzący otwarte drzwi do klatki. Całe moje ciało reagowało na nią z tą irracjonalną pewnością, że jeśli teraz się odsunę, jeżeli ona to zrobi, coś zostanie we mnie puste - jej dotyk był wszystkim, czym karmiły mnie fantazje, tyle że prawdziwym, ciepłym, wracającym do życia każdą cząstkę, która dawno temu zamarzła. Przesunąłem kciukiem wzdłuż jej kręgosłupa, powoli, z precyzją kogoś, kto wreszcie mógł robić to, o czym myślał zbyt długo.
Każda sekunda przybliżała nas do granic wytrzymałości, szczytu buzującego pragnienia, którego nie dało się zaspokoić bez pełnego zatracenia się w sobie nawzajem. To nie było zwykłe pożądanie - to był głód, którego nie dało się zignorować, któremu nie dało się przeciwstawić. Każdy jej gest był jak iskra, która podsycała ogień w moim wnętrzu, płomień i żar, którego nie dało się już tak po prostu zgasić. Wdech i wydech, dotyk, napięcie mięśni, skurcz i rozkurcz dłoni - bycie tak blisko niej, dotykanie jej, całowanie, poznawanie, odkrywanie, było wszystkim, czego pragnąłem, całkowitym spełnieniem fantazji, które tyle razy przewijały się w mojej głowie. Byliśmy razem, tak blisko, że granica między nami przestała istnieć - zatopieni w tej przestrzeni, w tym fotelu, całkowicie pochłonięci sobą nawzajem, a głód nieustannie rósł. Bycie tu, przy niej, całkowicie oddanym nauce, o której tak bardzo rozprawialiśmy, było jedynym, czego potrzebowałem, całym sensem chwili, którą teraz razem dzieliliśmy.
Nie mogłem powstrzymać drżenia, które przebiegało przez moje mięśnie, nie mogłem powstrzymać oddechu, który stawał się coraz cięższy i szybciej uderzał w piersi - cały byłem spragniony jej dotyku, zapachu, ciepła, które rozlewało się po mnie, wypełniało każdy zakamarek mojej świadomości. Czułem, jak bardzo całe jej ciało przywarło do mojego, nogi i uda oplotły mnie bezlitośnie, niemal w geście własności, i wiedziałem, że nie będzie już odwrotu - nie dla mnie, nie dla niej, nie dla tego, co właśnie się zaczęło. Nie tym razem, nie istniało nic poza tą chwilą, poza nami, oprócz tego, co działo się tu i teraz - każdy jej ruch, najdrobniejszy gest, najlżejsze przesunięcie palców po moim torsie sprawiało, że krew wrzała we mnie coraz mocniej. Koszula, która dzieliła nas do tej pory, teraz trzeszczała pod palcami, guziki strzelały jeden po drugim, a ja czułem, że nie mogę być bardziej napięty, bardziej twardy, a mimo to wrzało we mnie wszystko, jakby całe moje ciało gotowało się od środka. Palce sunęły po czymś, co jeszcze kilka momentów wcześniej pełniło swoją funkcję, ale stało się tylko przeszkodą, odsuwając materiał. Nie było wstydu, nie było hamulców, nie było miejsca na rozsądek. Każdy centymetr dzielący nasze ciała znikał w tempie, które wciąż wydawało się zbyt wolne. Chciałem tego dotyku, ciepła, zapachu skóry, jej całej przy sobie, wpatrując się w te brązowe oczy, które teraz patrzyły na mnie tak, jak nigdy wcześniej. Każda wizja, którą przez lata tworzyłem w głowie, teraz stała się prawie rzeczywistością - prawie, bo rzeczywistości nie dało się bardziej osłodzić, gdy już była tak słodka - i mimo że wyobraźnia nigdy nie oddała tego w pełni, ciężar Prue na moim ciele był dokładnie tym, czego pragnąłem. Nie mogłem powstrzymać palców sunących po jej kręgosłupie, biodrach, po udach, przyciskając ją do siebie mocniej z każdym mruknięciem, z każdym westchnieniem. Głód był nie do zaspokojenia, pożądanie nie do okiełznania - pragnąłem jej w całości, całego jej ciała, całej jej uwagi, całej tej dzikiej intensywności, którą przynosiła, gdy była blisko. Czułem smak jej skóry, ciepło, zapach, wszystko, co sprawiało, że świat wokół nas przestał istnieć. Nie byłem w stanie myśleć o niczym innym, poza tym, co działo się teraz, poza jej dotykiem, który pozostawiał ślady nie tylko na mojej szyi, ale w całym ciele, w każdej komórce, w każdym mięśniu.
- Jesteś… Niesamowita. - Powiedziałem niemal bez tchu, przesuwając dłoń wzdłuż jej kręgosłupa, pozwalając palcom wyczuć każdy mięsień, każdą krzywiznę jej ciała. Jej dotyk na mojej szyi, wargi znaczyły każdy fragment skóry, a ja chciałem, żeby nigdy się nie zatrzymała. Pochyliłem się lekko, pozwalając wargom znaleźć jej dekolt, delikatnie kąsając i ssąc skórę w miejscach, gdzie czułem, że mogłem sprawić jej przyjemność. To, jak na mnie patrzyła, z tymi błyszczącymi oczami, sprawiało, że czułem się jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na świecie.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/e5ed2360b12ddad6553091afbf902a44/cda10bfac1b223b9-f9/s250x400/b0cc2977d8741267dcb5170c4859e6bacb04a47f.pnj[/inny avek]


RE: [13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 25.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=yGh7Zcl.jpeg[/inny avek]

Odnajdywała się w tej grze, którą ze sobą prowadzili, miała przecież spore doświadczenie w tym, jak z nim postępować i mimo, że upłynęło wiele czasu, to nadal gdzieś to w niej było. Tym razem też wiedziała, że może ich to doprowadzić do czegoś dobrego, bo nie chcieli się ranić, wręcz przeciwnie. Powoli odnajdywali się w tej nowej rzeczywistości, która była całkiem orzeźwiająca. Prudence lubiła wyzwania, lubiła rzucać się na głęboką wodę, całkiem świadomie więc postępowała tak, a nie inaczej, i może wspominała o ostrożności, ale już dawno przestała być ostrożna. Przy nim przychodziło jej to bardzo łatwo, zapominanie o powinnościach, czy dystansowanie się, nie chciała zresztą trzymać się od niego z daleko. Być może się sparzy, ale przecież nie dało się inaczej dotknąć ognia, a bardzo chciała to zrobić.

- Mówisz? Nie wydawało mi się. - Rzuciła jeszcze lekko, ale przecież wiedziała, że poniekąd tak było. Z pozoru zawsze była pełna ogłady, zachowawcza, starała się nie rzucać w oczy, wtapić z tłem, jednak niekiedy pokazywała to, co faktycznie w niej siedziało. Nie miała oporów, aby sięgać po to, co niektórym nie wydawało się być w ogóle na wyciągnięcie ręki. Lubiła wyzwania, lubiła przekraczać granice, chociaż raczej starała się tego nie pokazywać. Benjy doskonale znał jej wszystkie strony, zawsze ukazywała mu nieco więcej niż innym, nawet kiedy po prostu rzucali w siebie uszczypliwościami. Wiedział o tym, że potrafi się zatracić w dążeniu do celu.

Jeszcze łatwiej przychodziło to zatracenie w odpowiednim towarzystwie, a teraz ich cel był całkiem jasny i wiedziała, że pragną tego samego. Odwlekali to zbyt długo, aby nie pozwolić sobie wreszcie przekroczyć wszystkich granic, zresztą dlaczego mieliby się ograniczać, raczej wszystko sugerowało, że to był ich moment.

- Czy ja wiem, czy wyobraźnia może być za dobra? - Wręcz przeciwnie, doceniała ich kreatywność, chociaż póki co głównie o niej mówili, wiedziała jednak, że prędzej, czy później pokażą sobie nawzajem wszystko o czym dyskutowali. Nie bez powodu opowiadali o tych teoriach, skoro nie mieli z nich korzystać w praktyce, a słów padło wiele, pozostawało tylko wdrożyć je w rzeczywistość.

W chatce robiło się coraz duszniej, goręcej i nie było to tylko zasługą ognia, który płonął w kominku, tak naprawdę wydawało się Prue, że akurat on miał w tym najmniejszą zasługę. To spojrzenia Benjy'ego, jego słowa powodowały, że zaczynała czuć ciepło rozlewające się po jej ciele. Robiło się coraz bardziej niebezpiecznie, mimo, że dzielił ich dystans, czuła, że nie będzie trwało to długo, nie była w stanie panować nad tym, co z nią robił, prędzej, czy później poszuka ukojenia w jego ramionach, poprosi go o to, aby zgasił ten ogień, który zaczynał ją pochłaniać, by przyniósł jej ukojenie.

W końcu wiedziała, że już nie ma odwrotu, wdrapała się na jego kolana, na których powinna znaleźć się zdecydowanie dużo wcześniej, serce biło jej jak oszalałe, ale czuła pewność, że właśnie tego chce, nie dało się ignorować tego ich wzajemnego przyciągania, które mieszało jej w głowie, powodowało, że nie myślała jasno, chociaż czy faktycznie? Wszystko było całkiem jasne, chciała poczuć jego ciało pod swoim, ciepły oddech na szyi, wpleść mu palce we włosy, przyciągnąć go do siebie, by ponownie móc zanurzyć się w jego ustach. To wszystko było bardzo jasne.

- Tylko trochę, odrobinę. - Chociaż, czy faktycznie, poniekąd sobie też robiła krzywdę, gdy usilnie próbowała walczyć z tym pragnieniem, wreszcie jednak pękła i podjęła decyzję, która nie mogła być inna. Znalazła się na jego kolanach, otoczyła go swoimi nogami, by po chwili móc wreszcie oddać się w pełni tym pocałunkom, pocałunkom które wyrażały wszystko. Były zachłanne, pełne tęsknoty, niewypowiedzianych słów, ale też zupełnie innych emocji, niosły ze sobą tak właściwie wszystko, nie wiedziała, że tak się da, że to w ogóle jest możliwe. Jak można był w jednym pocałunku przekazać wszystko?

Zupełnie naturalnie odnalazła się na jego kolanach, dopasowała swoje ciało do niego, tak by mogli idealnie się dopełniać, mimo tych drobnych różnic, których nie dało się nie zauważyć, miała jednak wrażenie, że im nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie niosły za sobą dodatkowe możliwości i szansę na jeszcze większy rozwój kreatywności, o której przecież rozmawiali. Póki co jednak skupiała się na tym, jak jego palce powoli sunęły po jej ciele, miała wrażenie, że skóra paliła ją w miejscach, w których jej dotykał, te wszystkie gesty, tak bardzo tego pragnęła, tak bardzo chciała znaleźć się tak blisko niego i sięgnąć po wszystko, i nic nie stało im na przeszkodzie. Widziała jego spojrzenie i miała pewność, że chcą tego samego, spoglądał na nią, jakby była jedyną kobietą na świecie, jakby nikt inny się nie liczył i odwdzięczała mu się tym samym, bo czy tak naprawdę, kiedykolwiek, ktoś był jej bliższy od niego? Mimo tego, że pierwszy raz mieli szansę być ze sobą tak blisko, to wiedziała, że miało to jej przynieść doznania, których nigdy nie miała szansy zasmakować. On tak już miał, wszystko z nim zawsze było najlepsze. Tak po prostu.

Chciała znaleźć się bliżej, dlatego oplotła go swoimi udami, napierała na mężczyznę ciężarem swojego ciała, potrzebowała poczuć go wszędzie, o ile dało się znaleźć jeszcze bliżej. Jego dłonie dokładnie wiedziały czego robić, pozbywał się tej resztki materiału, która ich od siebie oddzielała, miała wrażenie, że ciągnie ją za sobą w miejsce, w którym mieli istnieć tylko oni, i zamierzała pozwolić mu się tam zaprowadzić, tak naprawdę w tej chwili była gotowa pójść za nim do samego piekła i wiedziała, że nie byłoby miejsca, w którym będzie jej lepiej. Przepadła, w tych zachłannych, coraz bardziej obezwładniających ją pocałunkach, jej oddech robił się coraz cięższy, ogarnęło ją ogromne pragnienie, które domagało się ugaszenia.

Jej usta zaczęły błądzić, jakby chciała sprawdzić, czy każdy centymetr jego ciała smakuje tak samo, nie powstrzymywała się zupełnie, nie było już granic, zastanawiania się nad tym, co wypada, a co nie wypada, liczyło się tylko to palące pożądanie, którego nie dało się ignorować. Miała wrażenie, że w tej ciszy dało się usłyszeć jej głośne bicie serca, które zdradzało wszystko, co działo się z jej ciałem. Ciepło powoli zaczynało wylewać się do środka, dreszcze przechodziły przez jej kręgosłup, zupełnie nad tym nie panowała, nie chciała nad tym panować, zamierzała pozwolić, aby to ją pochłonęło, chciała się rozpaść w jego ramionach, zdjąć wszystkie maski, być po prostu sobą, w tej najprostszej postaci. Liczyło się teraz tylko spełnienie, a czuła, że droga do niego była coraz bliższa.

- Ty bardziej. - Wyszeptała jeszcze w jego wargi. Ich oddechy się ze sobą mieszały, ich ciała się ze sobą plątały, usta zaczynały szukać kolejnych miejsc, które mogłyby dotknąć, to było niesamowite, warto było tyle czekać, by teraz w końcu sięgnąć po wszystko. Mruknęła cicho, gdy jego usta znalazły się na jej dekolcie, nie potrafiła powstrzymać tych dźwięków zadowolenia, które przerywały ciszę, przestawała nad sobą panować, nie była w stanie tego robić, gdy czuła go tak blisko.

Jej wzrok robił się coraz bardziej zamglony, traciła równowagę, pozwalała sobie znaleźć się zupełnie gdzieś indziej, traciła grunt pod nogami, zatracała się w tych doznaniach. Była gotowa przyjąć wszystko, co miał jej do zaoferowania, sama zresztą nie miała oporu przed tym by dostał całą ją, mogła dać mu wszystko, byleby razem sięgnęli po spełnienie.




RE: [13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 25.11.2025

Fotel, na którym siedzieliśmy, zdawał się trzeszczeć pod ciężarem napięcia, ogień w kominku był niczym wobec tego, co czułem pod skórą. Pocałunek przeszedł w drugi, głębszy, cięższy, moje dłonie zsunęły się z koszuli niżej, po jej talii, po biodrach, po miejscach, które pamiętałem z wyobrażeń - zbyt wielu wyobrażeń, ale teraz nie musiałem już wyobrażać sobie niczego. Ona była tutaj, na mnie, oddychająca szybko, wbijająca palce w moje barki, jakby wreszcie mogła zrobić to, czego chciała jej skóra, jej ciało, jej cholerny rozsądek, który w końcu się poddał.
- Mhm… Tak to działa? - Mruknąłem jej w usta dopiero, kiedy nasze oddechy zlały się w jedno. - Mówisz mi takie szeszy i liczysz, sze będę się trzymał? - Brzmiałem jak ktoś, kto już przegrał tę walkę, ale jeszcze udaje, że prowadzi negocjacje - wciąż miałem w sobie tę resztkę samokontroli, cienką jak nitka, napiętą jak cięciwa.
Zignorowałem wszystko inne - świat, jezioro, druzgotki, zimno, rozsądek, zasady, konsekwencje -  poczułem, jakby ktoś otworzył we mnie wszystkie przegródki, do których nie zaglądałem latami, odchyliłem głowę do tyłu, odsłaniając jej więcej miejsca, przyjmując jej dotyk z czymś, co było bliskie poddaniu. Prue była delikatna, drobniejsza ode mnie, a jednak siedziała na mnie z pewnością kogoś, kto wiedział, że ma nade mną przewagę - wiedziała, gdzie dotknąć, jak przesunąć palcami, żeby wszystko we mnie napinało się jeszcze bardziej. Już w pierwszej sekundzie, kiedy objęła mnie mocniej, poczułem, że coś we mnie drgnęło w sposób, którego nie doświadczałem od lat, nie byłem w końcu z kamienia, gdy chodziło o cokolwiek głębszego, niż zwykłe pożądanie - a to nie było tylko ono - chociaż bardzo często udawałem, że tak właśnie jest. A teraz - z nią na kolanach, lekką, a jednocześnie palącą jak pożar - musiałem naprawdę walczyć, żeby utrzymać granicę tam, gdzie powinna jeszcze stać.
To było pierwsze, pierwsze takie, pierwsze od dawna, pierwsze z nią. Odwlekaliśmy to zbyt długo, a teraz już nawet nie potrzebowaliśmy tego sobie wyjaśniać, na ten swój sposób, nasze usta mówiły wszystko, czego przez lata ani razu nie nazwaliśmy - tęsknotę, głód, oczekiwanie, tę dziwną, bolesną wręcz znajomość.
- Lubisz mnie testowaś… - Mruknąłem, wciągając powietrze między zębami, kiedy natrafiła ustami na bardziej wrażliwe miejsce. - Ale uwiesz… Sze nie masz pojęsia, jak blisko jestem, szeby pszestać się pilnowaś. - Zwłaszcza, gdy jej nogi oplatały mnie w sposób, który sprawiał, że musiałem zacisnąć palce na oparciu fotela.
A te jej słowa, to ciche „ty bardziej”, trafiły we mnie jeszcze mocniej, niż jakikolwiek dotyk, poczułem je pod skórą, w kręgosłupie, gdzieś w miejscu, które od miesięcy było uśpione, jakby czekało właśnie na to jedno zdanie. Ciepły oddech łaskotał moje wargi, a ja musiałem zacisnąć dłoń na jej biodrze mocniej niż zamierzałem, żeby w ogóle utrzymać resztki kontroli. Czułem każdy fragment jej skóry, kiedy tak siedziała na moich kolanach, przylegając do mnie jakbyśmy byli do siebie dopasowani od dawna. Jej usta wracały na moją szyję, moje błądziły po jej skórze, a ja… Ja nie byłem w stanie ukryć tego, co robił mi ten dotyk - miałem wrażenie, że cały kark mi płonie, mięśnie pod skórą napinają się same, jakby jej każdy pocałunek był bodźcem, na który moje ciało reaguje szybciej niż myśli.
- Ty balsiej? - Powtórzyłem z cichym, przytłumionym śmiechem, który zabrzmiał o kilka tonów niżej, niż powinien. - Nawet nie wiesz, jak balso stalam się…
Palce przesunęły się po jej kręgosłupie, powoli, świadomie, zostawiając po sobie ścieżkę rozgrzanego napięcia.
- Nie zatlaciś się w tym od lasu. - To nie był żart, to było ostrzeżenie, wypowiedziane tak, jak mówi się coś, co chce się połknąć w połowie zdania, bo mogłem - mogłem zatracić się już w pierwszej sekundzie. Wiedziałem, że potrafię być intensywny do bólu, do zawrotów głowy, do tego punktu, w którym druga osoba nie wie, gdzie kończy się jej własne ciało, a zaczyna coś zupełnie innego, a ona była na mnie, tak blisko, że czułem każdy jej oddech, każdy drżący mięsień, każdą mikrosekundę zawahania, która równie dobrze mogła być tylko złudzeniem. Gdybym chciał, mógłbym ją przyciągnąć jednym ruchem, mieć przy sobie tak ciasno, jak pragnąłem od… Lat, ale właśnie dlatego, że tego chciałem - musiałem uważać.
- Pluey… - Szepnąłem jej w usta, przerywając pocałunek tylko po to, żeby móc to wypowiedzieć na głos, pół szeptem, pół westchnieniem. - Ty nawet nie wiesz, jak balso chciałem…
A jednak powstrzymywałem oddech, wyliczając w głowie krótkie ułamki sekund, które pomagały mi utrzymać kontrolę. Była delikatna, miękka, ciepła  w sposób, który potrafił mnie doprowadzić do obłędu, bo jednocześnie była silna, uparta, pewna siebie - ta kombinacja sprawiała, że musiałem hamować każdy instynkt, który pchał mnie naprzód za szybko, za intensywnie, za bardzo. Zamknąłem na chwilę oczy, jakby to miało mi pomóc, ale zrobiło tylko gorzej - jej zapach, ciepło skóry, to jak oddychała - wszystko wciągało mnie coraz głębiej - impuls, który wzbierał we mnie jak fala przed uderzeniem o brzeg.
Byłem cały napięty, cały rozpalony, czułem każdy fragment jej ciała, który dotykał mojego, jakby ta chwila nagle, zupełnie niespodziewanie, stała się głośniejsza, bardziej czuła, wymowna, bardziej… Obecna, niż cokolwiek, o czym mógłbym pomyśleć.
Jej usta wędrowały dalej po mojej skórze, a ja czułem, jak każdy centymetr szyi reaguje, ciepło rozchodzi się po barkach, całe ciało napina się pod tym miękkim, chaotycznym pocałunkiem. Mruknąłem nisko, w sposób, którego nie byłem w stanie stłumić. Przesunąłem nosem po jej policzku, wolno, z namysłem, jakby próbował opanować odruch, żeby wciągnąć ją na siebie jeszcze mocniej. Jak na niewypowiedziane życzenie, oplotła mnie mocniej, jej uda zacisnęły się wokół mnie, ramiona objęły moją szyję, jakby chciała złączyć nas jeszcze bardziej, sprawdzić, czy da się być bliżej niż to, co już mieliśmy.
- Jeśli będziesz mnie tak dotykaś… - Powiedziałem ostrzegawczo, chociaż nie wiedziałem, kogo ostrzegam - ją czy siebie.
Odsunąłem się minimalnie, tylko tyle, by spojrzeć jej prosto w oczy. Była blisko. Tak blisko, że czułem ciepło jej oddechu na własnych ustach. Jej spojrzenie było zamglone, ciężkie, pełne emocji, które znałem aż zbyt dobrze. Ten wzrok, zamglony, pełen ciepła, pragnienia, czegoś jeszcze głębszego… Spotkał mój - lustro - i wbrew wszelkiemu rozsądkowi, wiedziałem, że to nie jest chwilowe - to było coś, czego nie dało się nie poczuć, coś, co wypełniało klatkę piersiową tak gęsto, że trudno było oddychać, ten dotyk był wszystkim, był przerwaniem lat, był konsekwencją wszystkiego, co nigdy nie zostało powiedziane, był przyznaniem, że nie dało się już udawać, że coś nas nie ciągnęło, nie splatało, nie paliło od środka.
- Jeśli będziesz tak na mnie patsześ… -  Mruknąłem, unosząc delikatnie jej podbródek tak, by spojrzała mi prosto w oczy. - To nie utszymam tego tempa. - Wsunąłem dłoń w jej włosy, przyciągając ją bliżej, ale nie tak mocno, jak chciał instynkt. To nie była groźba, to była obietnica, schowana pod skórą, pod głosem, pod drżeniem mojej dłoni na jej kręgosłupie. Usta na mojej szyi były zaproszeniem, na które odpowiadałem niemal instynktownie. Nie wbiłem się w jej skórę, nie pozwoliłem sobie na pełną intensywność, chociaż pragnienie krzyczało o więcej, ale pochylałem się, odszukując miejsca, które sama mi zostawiała, przesuwając wargami po jej dekolcie na tyle łagodnie, na ile potrafiłem, choć głód przypalał od środka. Jej skóra miała smak, którego wcześniej nie znałem, to był problem, bo wiedziałem, że po tym nie będę potrafił się cofnąć. Czułem jej serce bijące wprost na mojej skórze, jednak wciąż ją obejmowałem tak, żeby zachować ten milimetr kontroli, który trzymał nas w miejscu, z dala od punktu bez powrotu. W tej chwili, w tym ułamku sekundy, zanim cokolwiek wybrzmiało, zanim cokolwiek zrobiłem… Czułem, że balansuję na samym skraju.
Nie spadłem, jeszcze nie, ale byłem już w przechyle. A jeśli ona chciała, żebym pozwolił się temu upadkowi wydarzyć… Potrzebowałem tylko jednego jej oddechu więcej, spojrzenia spod rzęs, tych błyszczących oczu.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/e5ed2360b12ddad6553091afbf902a44/cda10bfac1b223b9-f9/s250x400/b0cc2977d8741267dcb5170c4859e6bacb04a47f.pnj[/inny avek]


RE: [13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 27.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=yGh7Zcl.jpeg[/inny avek]

- Może właśnie liczę na to, że w końcu przestrzaniesz? - Nadal go prowokowała, mimo, że nie było to już konieczne, bo przecież właśnie sięgali po to wszystko, co jeszcze niedawno było zupełnie odległe. Nie było sensu udawać, że im na tym nie zależało, że tego nie chcieli. Ich ciała mówiły same za siebie, zaczynały poruszać się w ten sam rytm, który miał doprowadzić ich ku temu, co odwlekali przez wiele lat.

Świat na zewnątrz wydawał się nie istnieć, byli tylko oni, którzy wreszcie dostali swoją szansę, mogli odnaleźć się na nowo, w sposób, który nigdy wcześniej nie był im pisany. Nikt, ani nic nie mogło im w tym przeszkodzić, nie tym razem.

Obejmowała go mocno, jakby bała się, że jeśli opuści to on zniknie niczym jakaś mgła, kiedy czuła pod swoim ciałem jego ciepło wiedziała, że nigdzie się nie wybiera, że jest tutaj z nią. W tej chwili tylko to było istotne, te przyspieszone oddechy, usta łaknące ust, ciała, które chciały poznać się bliżej. Nie mieli jeszcze nigdy takiej szansy, miała wrażenie, że to tylko potęgowało doznania. Bez względu na to, jak bardzo okrężną drogę by wybrali, o ile dało się bardziej od tej, którą mieli za sobą to i tak mieli skończyć podobnie. To było im pisane, Prue nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Pragnęła go całym ciałem, jednak w ich przypadku zawsze chodziło o coś więcej, przyspieszone bicie serca jej o tym przypominało, ten skurcz w żołądku, czy to były te mityczne motyle, o których pisano w książkach? Nie miała pojęcia, jednak całe ciało mówiło jej o tym, że znajduje się wreszcie przy kimś kto jest w stanie obudzić w niej coś więcej, co było bardzo głęboko zakopane, tak właściwie to nawet nie wiedziała, że istnieje.

- Ostrzegasz mnie, czy obiecujesz? - Uniosła na moment głowę, by spojrzeć mu w oczy, spoglądał na nią spod tych swoich ciemnych rzęs, jego spojrzenie wydawało się być jeszcze bardziej głębokie, niż zazwyczaj. Nie zamierzała przerywać, nie, ponownie zbliżyła usta do jego ciepłej skóry, powoli wyznaczała na jego ciele ścieżkę pocałunkami, delikatnymi, jakby ledwo je muskała.

Wdrapanie się na jego kolana było najlepszą decyzją, jaką mogła podjąć. Czuła pod sobą jego napinające się ciało, co powodowało, że jeszcze bardziej się do niego zbliżała, bo przynosiło to oczekiwany efekt, chciała, żeby się w niej zatracił, żeby przestał myśleć o całym świecie, bo ona już to robiła, nie liczyło się nic poza tą bliskością po którą właśnie sięgali, która niosła ze sobą wiele niewypowiedzianych słów, tęsknotę, ale też nadzieję na to, że w końcu wszystko miało znaleźć się na swoim miejscu.

Zacisnął dłoń mocniej na jej udzie, jakby nie mógł się powstrzymać, próbował ze sobą walczyć, dobrze, bo ona nie zamierzała mu tego ułatwiać. Wsunęła dłoń pod jego plecy, by mieć się czego złapać, kiedy świat zacznie drżeć, bo wiedziała, że to było nieuniknione, nie kiedy patrzył na nią w ten sposób, zacisnęła rękę gdzieś w okolicach jego żeber, czuła pod opuszkami palców ciepło, które z niego emanowało.

- A co złego jest w zatracaniu się w tym od razu? - Chciała, żeby sięgnął po wszystko, zbyt długo zwlekali, ich ciała były spragnione siebie nawzajem, dlaczego więc nie dać im tego, czego potrzebowały. To był pierwszy raz, kiedy mogli zaznać czegoś podobnego, nie było nic złego w tym, że nie potrafili nad sobą zapanować, w końcu czas tylko potęgował pragnienie, należało im się wszystko za to, że tyle wytrzymali.

- Wiem, wiem, jak bardzo chciałeś. - Jej głos się załamywał, nie wydawało jej się, że słowa były potrzebne, bo to, co robili mówiło samo za siebie. Jeśli chociaż odrobinę pragnął tego, tak jak ona, to potrafiła sobie to wyobrazić. Zresztą mogła to wyczuć w każdym jego geście, w każdym pocałunku.

Nie przestawała błądzić ustami po jego ciele, było rozgrzane, prosiło się o to, aby je dotykać, aby sięgać po coraz więcej, jej dłoń zaciskała się coraz mocniej w okolicach jego żeber, miała wrażenie, że mogła go nieco zadrapać, ale musiał jej to wybaczyć, nie do końca kontrolowała to, co robiła. To była jego wina, doprowadzał ją do skraju, obudził w niej coś, co czekało na to, żeby się uwolnić od wielu lat.

Napierała na niego coraz mocniej, nie mogła się przed tym powstrzymać, jakby chciała zwiększyć intensywność wrażeń, chociaż przecież już czuła go w każdym zakończeniu nerwowym swojego ciała, wydawało jej się, że smakuje jak szaleństwo, takie od którego nie można uciec, które wchodzi pod skórę i zostanie tam na zawsze. Przez jej ciało przechodziły fale gorąca, nad którymi nie była w stanie zapanować, nie chciała tego zrobić, rozkoszny żar zaczął wypełniać ją od wewnątrz, była blisko tego, żeby pozwolić mu wreszcie wyjść na powierzchnię.

Podniosła głowę, na moment przestała się poruszać, jej oczy błyszczały, policzki były zarumienione, wpatrywała się przez niego przez ułamek sekundy. - Mam przestać? - Nie wydawało jej się, aby o to mu chodziło. Przez moment jednak nic nie robiła, czekała na to, aż się odezwie, chociaż trudno jej było się powstrzymywać kiedy znajdowali się najbliżej siebie, jak się tylko dało.

Odpowiedź przyszła sama, przyciągnął ją do siebie, złapał za włosy, z jej ust wymsknął się cichy jęk prosto w jego usta. Nie mogli się już dłużej przed tym bronić, nie kiedy tak łatwo mogli wreszcie się w tym zatracić i zacząć spadać, razem. Mogłaby przekroczyć z nim wszelkie granice, nie myśląc przy tym o żadnych konsekwencjach, chociaż wiedziała, że to było coś więcej niż zwykłe pożądanie, które czasem po prostu się zdarzało. W tej chwili można było się doszukać w tym pierwotnych instynktów nad którymi nie panowali, trudno było bowiem to robić, kiedy ciała tak bardzo pragnęły splątać się w jedno, ale to od zawsze było coś więcej.

- Zatrać się w tym, nie przejmuj niczym, nie myśl Benjy. - Oderwała się na moment od jego szyi, gdzie teraz znowu znajdowały się jej usta. Nie musiał się tłumaczyć, analizować, myśleć, to był moment w którym powinien pozwolić sobie popłynąć, bo ona była na to gotowa, i wiedziała, że nie ma już odwrotu. Mogli zatopić się w tym razem, przepaść w swoich ramionach, doprowadzić ciała do ostatecznego drżenia.

Odszukała jego usta, aby po raz kolejny móc zatracić się w ich smaku, całowała go coraz gwałtowniej, intensywniej, traciła przy tym oddech, jej ciało ogarniał żar, który można było ugasić tylko w jeden możliwy sposób i chciała, żeby w końcu pomógł jej to zrobić.




RE: [13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 28.11.2025

Pożądanie nie było dla mnie nowością, ale to, które czułem do niej… Nie miało nic wspólnego z pragnieniem, jakie znałem przez lata. To nie było zwykłe pożądanie, zwykłe pożądanie mija, rozmywa się, słabnie, a mnie trzymało, odkąd mieliśmy po kilkanaście lat, pstro w głowie i patrzyła na mnie tym swoim piekielnym, niecierpliwym wzrokiem, który sprawiał, że mój własny puls wariował. Nigdy nie przyznałbym się wtedy na głos, że czasem wystarczyło jedno jej zdanie, jedno przewrócenie oczami, jedno „Rookwood, oszczędź mi” i musiałem wybierać, czy się odwrócić, czy udawać, że nic się ze mną nie dzieje.
„Może właśnie liczę na to, że w końcu przestaniesz?”
Jej szept trafił w miejsce, które od lat walczyłem, żeby utrzymać pod powierzchnią, przegrałem natychmiast. Nie miała pojęcia, jak blisko była tego, by to życzenie spełniło się samo. Uśmiechnąłem się, tylko tyle mogłem zrobić, żeby nie zdradzić, jak bardzo te słowa rozcięły mi resztki opanowania. Mówiła to przecież po to, żeby mnie tam popchnąć, zawsze wiedziała, gdzie uderzyć, jak przesunąć ciężar, jednym zdaniem rozbroić całą moją logikę.
- Mhm. Nigdy nie glałaś fail. - Odpowiedziałem niskim tonem, a dźwięk mojego głosu wydał mi się bardziej chrapliwy, niż planowałem. Prue zawsze miała na mnie ten wpływ, nawet gdy byliśmy zbyt młodzi i zbyt uparci, by przestać się żreć. Zdarzało mi się twardnieć w czasie jej tyrad, zdarzało mi się patrzeć na nią dłużej niż wypadało, zdarzało mi się marzyć o tym, żeby zamiast strzelać we mnie słowami zetrzeć te słowa z ust pocałunkiem. Teraz nie mówiła do mnie gniewem, teraz jej głos był miękki, urwany, ciepły od oddechu, teraz miała te same oczy, tylko nie ostre - rozmyte, zapatrzone głębiej, ciemniejsze od ognia, który odbijał się w ich powierzchni. Kiedy na mnie siedziała - jej ciało dopasowane lekkością i ciepłem, nogi oplatające mnie tak naturalnie, jakby to było ich miejsce od zawsze - wszystko, co przez lata w sobie trzymałem, wróciło jednym uderzeniem krwi. Westchnęła właśnie w taki sposób, jaki zawsze sobie wyobrażałem - może kiedyś przypadkiem, może w snach, na jawie i poza nią, w tych rzadkich momentach, gdy pozwalałem sobie myśleć o niej dłużej, niż powinienem. Była dorosła, ja również - to, co kiedyś było impulsem, teraz miało ciężar lat, tęsknot, całej przeszłości, której nie przeżyliśmy razem, jednak wróciło z siłą, jakby te lata wcale nie upłynęły. Pochyliłem się lekko, tak że jej włosy musnęły moją szczękę, jej usta były leciutko spuchnięte od moich pocałunków. Widziałem to wyraźnie, kiedy nachylała się znowu i znowu, kiedy dotykała mojej skóry z determinacją, która działała na mnie jak rozżarzone żelazo przy szyi.
- To zaleszy. - Odpowiedziałem cicho, ledwie muskając jej usta słowami - te usta potrafiły mnie kiedyś doprowadzić na skraj wytrzymałości samym faktem, że istniały. Zdarzało się, że po jednej z naszych kłótni musiałem opierać się bokiem o chłodną ścianę, modląc się, żeby mój organizm przestał reagować na nią jak na coś zakazanego, bo przez chwilę, krótką, upokarzającą chwilę, bałem się, że zauważy. - Chcesz, szebym dotszymał słowa, czy szebyś miała s czego mnie lozliczaś? - Uniósłem dłoń do jej twarzy, przesunąłem kciukiem po miejscu, gdzie od moich pocałunków jej wargi były bardziej różowe.
To, co szumiało mi w uszach, nie było już krwią, tylko jej imieniem. Nie wypowiedziałem go na głos, ale czułem, jak drży pod językiem, jakby chciało wydostać się na wolność razem z oddechem, który robił się coraz krótszy. Gdzieś w tle trzaskał ogień, ale nie było już znaczenia, czy to on dawał ciepło, czy my sami. Prue była na moich kolanach, w moich dłoniach, w moim oddechu, a to znaczyło jedno - przestawałem panować nad sobą dokładnie tak, jak prosiła. To przyszło do mnie tak naturalnie, jakby te lata nigdy nie istniały. Jakbym znów miał kilkanaście lat, jakbym znów stał z nią pod ścianą w jakimś cholernym korytarzu w Hogwarcie, tylko że wtedy byłem chłopcem udającym mężczyznę, a teraz byłem mężczyzną, któremu życie spiłowało wszystkie miękkie krawędzie.
- Nic. - Odpowiedziałem od razu, bez choćby ułamka zawahania. - Absolutnie nic.
A kiedy wyszeptała „wiem, jak bardzo chciałeś”, coś we mnie pękło - jej słowa były ciosem, ale takim, który człowiek przyjmował z przyjemnością. Bo ona wiedziała, gdzie uderzyć, zawsze wiedziała, zawsze miała tę przeklętą łatwość trafiania we mnie bardziej precyzyjnie, niż potrafiły to zrobić jakiekolwiek zaklęcia.
- Nie wiesz. - Odparłem, ledwie poruszając ustami. - Nie masz pojęcia. - To było prawie wyznanie, nie planowałem go, wymsknęło się samo, w rytmie oddechu, w rytmie bicia serca, które już dawno przestało słuchać rozumu. Wspomnienia - krótkie, ostre, niewypowiedziane - wróciły wszystkie naraz, jak migawka z lat, kiedy jeszcze byliśmy głupi, uparci, zbyt młodzi, żeby przyznać, że chcemy czegokolwiek od kogokolwiek. Prawda była taka, że pragnąłem jej zawsze, nawet kiedy kłóciliśmy się tak mocno, że ściany Hogwartu drżały, potrafiłem mieć ochotę zamknąć jej wtedy usta nie słowem, a jednym pociągnięciem dłoni wplątanej w jej włosy. Nigdy tego nie zrobiłem, nie miałem prawa. Za każdym razem sam je sobie odbierałem, wikłając się coraz bardziej w coś, co już teraz nie było ważne.
Jej oczy.
Merlinie.
To były te same oczy, co wtedy, tamta sama głębia, ale teraz ciemniejsza, rozmyta, rozszerzona pragnieniem, które nie było już niewinne. Byłem wtedy młody, głupi i zbyt dumny, żeby przyznać przed samym sobą, że potrafiłem dostać erekcji, kiedy kłóciliśmy się przy stole w bibliotece, a ona rzucała we mnie tym swoim zimnym, błyskotliwym spojrzeniem. Przy drodze do Hogsmeade, pod schodami przy bibliotece, po jednym z jej wybuchów, kiedy już wtedy chciałem ją uciszyć ustami, na zimowych balach, na które nigdy nie odważyłem się jej zaprosić, za każdym razem popełniając ten sam błąd. Tamtego styczniowego wieczoru, następnego ranka... Chciałem ją wtedy pocałować, zamknąć jej usta dłonią czy pocałunkiem - cokolwiek, co sprawiłoby, że przestanie mówić, a zacznie...
Bo chciałem, przecież, Merlinie, chciałem jej od dawna. Od lat, w których udawaliśmy, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, tylko znajomymi, tylko wrogami, nieprzyjaciółmi, szkolnymi rywalami, „tym i tamtym”. Kiedy uniosła głowę, jej oczy błyszczały światłem, które znałem tylko z nielicznych chwil - takich, w których nie zakładała masek, w których naprawdę pozwalała sobie na coś więcej niż rolę, którą odgrywała przed światem.
Wiedziałem to, widziałem to w sposobie, w jaki nachylała się do mnie, jak napierała ciałem, jej biodra poruszały się niepozornie, a jednocześnie zupełnie świadomie. Wbiła we mnie spojrzenie - pewne, rozpalone, osadzone głęboko w moich źrenicach. Pękałem, a ona, cholera, doskonale wiedziała, że tak robię, wykorzystywała to, podwajając każdy bodziec. Jej prowokacja uderzyła we mnie mocniej niż wszystko, co powiedziała tej nocy, a przecież już wcześniej potrafiła trafić prosto w miejsce, w którym traciłem równowagę - słowa weszły we mnie jak ostrze, nie raniąc, ale niosąc ze sobą coś, od czego skóra paliła mnie od środka, nie istniała we mnie żadna siła, która mogłaby oddzielić logikę od instynktu. W tamtej chwili nie istniała żadna granica.
Tylko jej ciało, jej oddech, jej smak - jej dłonie na moich ramionach, nogi oplatające moje biodra, przyspieszony puls pod skórą. Jej usta, które wróciły do moich, desperackie, zachłanne, żywe, odpowiedziałem na nie natychmiast, z równą siłą, równym głodem, równą tęsknotą. A jednak się starałem - jeszcze - jeszcze kilka sekund.
Pocałunki stawały się coraz bardziej żarliwe, rozpływające się gorącem po ciele, i kiedy zadała to jedno, zabójcze pytanie:
„Mam przestać?”
Prawie parsknąłem śmiechem.
Niskim, zachrypniętym, zdesperowanym. Nie odpowiedziałem od razu, bo jej usta trafiły na moją skórę. Wydałem z siebie urwany dźwięk, zbyt surowy, by nazwać go westchnieniem. Delikatne dotknięcia, drobne ślady ciepła, które zostawiała na mojej szyi, żuchwie, przy obojczyku. Jej oddech napinał każdy mięsień, jakby chciał sprawdzić, ile jeszcze wytrzymam, a ja wytrzymywałem tylko dlatego, że chciałem zrobić to dobrze, powoli, dokładnie tak, jak na nią zasługiwałem po tylu latach, tylu niewypowiedzianych próbach, tylu niedomkniętych spojrzeniach. Jej ciało poruszało się delikatnie, zbyt delikatnie, by uznać to za przypadek, a wystarczająco naturalnie, bym poczuł każdy centymetr zbliżenia. Poruszaliśmy się w jednym rytmie, tym, który rodził się gdzieś między oddechem a odruchem, między pragnieniem a powściągliwością, i wiedziałem, że ten rytm był niebezpieczny, bo prowadził nas w jedno miejsce, od dawna wyczekiwane, niezatrzymywalne.
Przez ułamek sekundy mogła pomyśleć, że rozważam jej pytanie, trzymała mnie w ryzach własnymi słowami, chociaż przecież doskonale wiedziała, że byłem człowiekiem, który nie lubił granic. Nie rozważałem - odpowiedziałem pocałunkiem. Nie byłem już ostrożny tak jak wcześniej, moje ruchy stały się bardziej zdecydowane, ale wciąż starałem się nie pędzić. Chciałem smakować tę chwilę, zapamiętać ją na długo, bo wiedziałem, że kiedy ona ucieknie, zostanie mi jedynie echo jej oddechu, a ja nie chciałem żyć jedynie echem.
Myślenie zostało daleko za nami, zniknęło, kiedy pierwszy raz dotknęła mojej szyi, może nawet wcześniej - wtedy, kiedy wróciła do mojego życia po tylu latach i znów spojrzała na mnie w ten sposób. Nasze usta odnalazły się znowu, pocałunek był głodny, ostry, intensywny, na granicy utraty tchu. Czułem, jak jej dłonie zaciskają się na moich ramionach, jak jej uda okalają mnie mocniej, a ciało drży pod moimi dłońmi. Moje dłonie znalazły drogę wzdłuż jej pleców, aż do miejsca, gdzie skóra była najbardziej wrażliwa na dotyk. Owinąłem ją ramieniem, pod jej udami, podnosząc ją na sekundę wyżej, tak lekko, jakbym robił to setki razy. Mój wzrok spotkał ciemne oczy, rozszerzone źrenice, to znajome drżenie w kącikach ust, jak wtedy, gdy była jeszcze dziewczyną, tylko teraz pogłębione o całe życie, które przeszliśmy osobno.
- Plends ça. - Mój głos wyszedł z gardła cicho, nisko, z tym chropowatym brzmieniem, które pojawiało się u mnie tylko wtedy, gdy byłem na granicy - jak instynkt, przyznanie, że sięgam po słowa, których używałem tylko wtedy, gdy coś poruszało mnie naprawdę głęboko. Potem powtórzyłem, wolniej, już po angielsku, żeby nie mogła udawać, że nie zrozumiała:
- Biesz, co twoje.
Nie powiedziałem „co ci daję”.
Nie powiedziałem „co mogę ci dać”.
Powiedziałem „twoje”.
Bo cholera, jeśli komuś przysługiwało prawo do tej chwili, do mnie, do tego, kim byłem teraz - to właśnie Prue. Moje dłonie przesunęły się minimalnie w dół jej ud, nie kierując ruchem, tylko dając jej punkt zaczepienia. Szorstkie opuszki palców przesunęły się po jej skórze powoli, jakby mówiły „to ty decydujesz, kiedy świat pęknie”. Przyciągnąłem ją odrobinę bliżej swoją wolną dłonią, tylko po to, by poczuła moje czoło oparte o jej, mój oddech mieszający się z jej oddechem. Cała reszta należała już do niej.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/e5ed2360b12ddad6553091afbf902a44/cda10bfac1b223b9-f9/s250x400/b0cc2977d8741267dcb5170c4859e6bacb04a47f.pnj[/inny avek]


RE: [13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence - Prudence Fenwick - 05.12.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=yGh7Zcl.jpeg[/inny avek]

- To prawda. - Nie zamierzała zaprzeczać, kiedy wcale nie było inaczej. Próbowała różnych sztuczek, bo przecież nie mogła pozwolić mu wygrywać, czasem bez drobnych oszustw nie było to możliwe. W tym wypadku jednak nikt nie miał zostać przegranym, raczej zmierzali ku temu, aby razem osiągnąć wyjątkową satysfakcję, taką, której smaku nie mieli szansy jeszcze poznać, to było dopiero przed nimi. Całkiem nieźle im wychodziła ta współpraca, o czym świadczyły przyspieszone oddechy, i zamglone spojrzenia, ręce błądzące po rozgrzanych ciałach.

Odnaleźli się zupełnie przypadkiem, w świecie, który nie do końca im sprzyjał, zamknięci w tej chatce, nie musieli się jednak niczym martwić, mogli pozwolić sobie płynąć, zatapiać się w nieznanym. Miała świadomość, że nie chodziło tylko o chwilowe ukojenie żądzy, w jego przypadku zawsze chodziło o coś głębszego, przynajmniej z jej strony. Od zawsze miała do niego sentyment, a nawet słabość, to pewnie nigdy nie miało się zmienić. Tak po prostu na niego reagowała. Tylko przy nim pojawiały się jej te mityczne motyle w brzuchu, entuzjazm, ciepło, no cała gama uczuć, na którą nie była do końca przygotowana, ale musiała sobie z tym poradzić. Póki co przecież liczyła się tylko ta chwila, przed którą nie mogli dłużej uciekać.

Nie musiała już się przed tym bronić, nie musiała udawać, że to nie jest dokładnie to czego pragnie. Nie miała zamiaru udawać, że jest inaczej, nie musiała tego robić. Mogła sięgnąć po wszystko, bo znajdowało się na wyciągnięcie ręki i nic nie mogło jej przed tym powstrzymać, ani jego, widziała w jego spojrzeniu, że też tego pragnął, czerpała z tego sporą satysfakcję, bo nikt nigdy na nią w ten sposób nie patrzył, jakby była naprawdę jedyną kobietą na świecie.

Prowokowała go, bo chciała, żeby przekroczył wszystkie możliwe granice, nie widziała potrzeby, aby nadal nad sobą panował, zachęcała go do tego, aby wreszcie odpuścił, chciała zobaczyć jaki jest, kiedy przestaje się pilnować, kiedy zatraca się tylko i wyłącznie w emocjach. Widziała, że walczy, że sobą, ale to tylko skłaniało ją do działania, do dalszej eksploracji jego ciała, naprawdę chciała poznać je tak dokładnie, jak tylko się dało.

- Zawsze znajdę coś, z czego będę Cię mogła rozliczyć. - Niekoniecznie z tego, co mówił tym razem, raczej wolałaby, aby przestał już nad sobą panować, bo ją zaczął wypełniać ten żar, który domagał się bardzo szybkiego ugaszenia. Czuła ciepło rozchodzące się po jej ciele, pragnienie tak silne, że nie była w stanie nic z tym zrobić, tylko on mógł je ugasić. Przesunął kciukiem po jej ustach, przymknęła na chwilę oczy, nie mogła uwierzyć w to, że to wszystko było prawdziwe, a jednak czuła ciepło jego ciała pod swoim, oddech na policzku, czy palce przesuwające się wzdłuż kręgosłupa, naprawdę byli tu razem.

- Dobrze, że się co do tego zgadzamy. - Nic nie stało na przeszkodzie, aby w końcu, w pełni mogli się w sobie zatracić, i nie mieli co do tego najmniejszych wątpliwości. Nie panowała nad swoimi dłońmi, które błądziły po jego plecach, i karku, czy nad ustami, które powoli muskały jego ciało, nie panowała też nad drżącymi udami, które coraz mocniej go oplatały. Nie było już odwrotu, nie było miejsca na nawet drobne wahanie, była pewna tego, że znajdują się na dobrej drodze.

Pragnęła go, nie wzięło się to znikąd, to rosło w niej od lat, mimo, że zniknął z jej życia na długo, to uczucie nie zgasło, nadal się gdzieś bardzo głęboko tliło, po to by wreszcie móc zapłonąć prawdziwym płomieniem, nie sądziła, że kiedykolwiek miał zgasnąć. Mówiła mu przecież kiedyś, że to co ich łączyło miało być na zawsze, i niby wiedziała, że był to tylko chwilowy przystanek w ich teraźniejszości, to, że trzymał ją teraz w ramionach, to wiedziała, że znaczyło to dla niej dużo więcej, niż się mogło wydawać. Nie był pierwszym lepszym, nigdy nie był, zawsze miał specjalnie miejsce w jej sercu.

Czy na pewno nie miała pojęcia? Mogła to sobie wyobrażać, wyszeptał jej to w wargi jednak w ten sposób, że w to uwierzyła, być może faktycznie nie wiedziała, nie była świadoma. Najwyraźniej nie wszystko o nim wiedziała, kiedyś nie zauważała tego, jak na nią spoglądał, umykało jej to, teraz powoli to do niej docierało.

Nie dotykałby jej w ten sposób, gdyby faktycznie jej nie pragnął, nie miała co do tego najmniejszej wątpliwości, nie patrzyłby na nią w ten sposób, nie miała pojęcia, jak mogła wierzyć w to, że jej nienawidził, wtedy jednak bardzo łatwo było pogodzić się jej z tą narracją, tak było wygodniej, bo przecież próbowała połączyć kropki, ale nie miała wystarczającej ilości informacji, teraz, teraz wszystko stawało się jaśniejsze. Naprawdę już wtedy spoglądał na nią w ten sposób, tylko, że to było niewłaściwe, więc z tym walczył, a i tak poległ, polegli, bo teraz razem desperacko szukali swoich ust, i mieli dać wreszcie upust temu, co narastało w nich od lat.

Nie odpowiedział na jej pytanie. Zawisło ono gdzieś w eterze, nie dostała na nie odpowiedzi, chociaż, czy to nie było odpowiedzią? To milczenie, gdyby chciał, aby przestała to by się odezwał, zamiast tego ponownie złączył ich usta w pocałunku, żarliwym, gwałtownym, takim, który powodował, że zapominało się o oddychaniu, że miało się wrażenie, że cały świat się zatrzymuje, by pozwolić im się w tym zatracić. Nikt jej jeszcze nigdy nie całował w ten sposób, ale to był on - z nim wszystko musiało być wyjątkowe.

Nie spieszyli się nigdzie, odnaleźli wspólny rytm, którym mogli się rozkoszować, odpowiednio celebrować tę chwilę, ich ciała wydawały się doskonale wiedzieć, co powinny robić, jakby to wcale nie był pierwszy raz, kiedy były ze sobą w ten sposób. Jej oddech stawał się coraz cięższy, powoli zaczynało brakować jej tchu, łatwo było przy nim zapomnieć o tym, żeby oddychać, to zawsze było takie proste.

Uniósł ją nieco, wydawała się być dla niego żadnym ciężarem, poczuła tylko, że zbliża się do niego jeszcze bardziej, przez co zacisnęła mu dłonie na ramionach, oparła głowę o jego obojczyk, jakby chciała znaleźć się jeszcze bliżej. Wiedziała, że są coraz bliżej, a może to ona była na skraju, świadczyły o tym dreszcze, które przechodziły jej po całym ciele. Nie panowała nad tym już zupełnie, po prostu pozwalała się sobie ponieść.

I wtedy powiedział, aby wzięła to, co jej. Poruszyło to w niej dosłownie wszystko. Mówił do niej tak, jakby faktycznie miała prawo sięgnąć po wszystko, czego chciała, jakby należał do niej, przynajmniej w tej chwili. Skoro ją do tego zachęcał, to nie zamierzała to zrobić. Opadała na niego całym ciężarem swojego ciała, jej usta skupiły się na jego szyi, to ją muskała ciągle w jednym miejscu, zatracając się w tej chwili.

Dło­nie, które wcze­śniej delikatnie muskały jego ciało, teraz chwy­ta­ły. Od­dech, który jeszcze przed chwilą był mia­ro­wy, może nieco ciężki, teraz zaczął być przerywany. Wili się razem w ciszy, wokół wszystko wydawało się być gorące, być może od tego ciepła, które zaczęło ich wypełniać.

Jej serce, ciało i duszę zaczął wypełniać żywy ogień, który jednak nie parzył, a doprowadzał ją do spełnienia. Zacisnęła w końcu swoje drobne dłonie na jego ramionach bardzo mocno, i zamarła, pozwoliła się sobie rozpaść w jego ramionach, na drobne kawałki, jednak było to tym do czego dążyła, przymknęła oczy, a jej ciało zrobiło się bezwiedne, kiedy obezwładniająca przyjemność zaczęła wypełniać je całe.




RE: [13/09/1972] I can't help myself but stare | Benjy, Prudence - Benjy Fenwick - 09.12.2025

Powinienem był zrobić tysiąc rzeczy inaczej, jeszcze zanim znalazła się na moich kolanach, zanim jej uda oplotły mnie z tą pewnością, jakby robiła to od zawsze, a moje ciało stało się miejscem, do którego przynależała, ale wszystkie te myśli rozmyły się w kilka sekund, gdy tylko nasze usta wreszcie się złączyły. Wszystko we mnie momentalnie przestało być „powinienem”, a stało się „teraz”. Nie było chatki, nie było nocy, nie było przeszłych lat, nie było żadnych rozsądnych argumentów, było tylko jej ciało, jej oddech, jej ciężar. Czułem ją aż za dobrze - czyżby? to brzmiało jak kłamstwo, gdy jednocześnie tak bardzo pragnąłem jej całej - każdy jej ruch był jak impuls, który przechodził przeze mnie, nisko wzdłuż kręgosłupa, rozpalał mój kark, ramiona, dłonie. Moje palce same zacisnęły się na jej miękkiej skórze, mocniej, niż powinny, kiedy spojrzała na mnie z dołu, spod rzęs, z tym lekko rozedrganym błyskiem w oczach, który pamiętałem aż za dobrze sprzed lat.
Tyle tylko, że tym razem nie było tu zwycięzców ani przegranych, byliśmy tylko my i to coś pomiędzy nami, co rosło szybciej, niż rozsądek nadążał z ostrzeganiem. Widziałem w jej oczach to samo, co czułem w sobie - zamglenie, skupienie, głód, który nie miał już nic wspólnego z fantazją. Ręce błądziły po rozgrzanych ciałach bez planu, bez mapy, jakby ciało pamiętało drogę sprzed lat, nawet jeśli wtedy nigdy nią nie podążyliśmy. Znaleźliśmy się tu przypadkiem, w świecie, który nie był dla nas łaskawy, a jednak pozwolił nam na to, i nawet jeśli to było nietrwałe i naznaczone widmem rozmycia się wraz nastaniem jesieni, teraz byliśmy zamknięci w tej chatce jak w szczelinie czasu. Nagle nie liczyło się już nic poza tym jednym punktem.
Pożądałem jej w sposób, który nie miał nic wspólnego z młodzieńczą fascynacją ani z przypadkowym zauroczeniem, to było stare uczucie, zahartowane latami ciszy, nieobecności i wyobrażeń, które przez półtorej dekady nie zgasły ani na moment, jedynie skryły się gdzieś głęboko pod powierzchnią, czekając, by wyjść na światło. Zmieniły się tylko kontury tego, czego nigdy nie potrafiłem nazwać, a co mnie do niej przyciągało - wyostrzyły się, stały się głębsze, bardziej świadome, groźniejsze, ale w ten sposób, który nie napawał lękiem, a wręcz przeciwnie - pobudzał wyobraźnię.
Prue mościła się na moich kolanach, a ja czułem ją całym sobą - nie tylko skórą, nie tylko oddechem, czułem ją gdzieś głębiej, tam, gdzie przez lata odkładałem wszystko, czego nie wypadało czuć, tam, gdzie gniew mieszał się z tęsknotą, gdzie pragnienie wchodziło w konflikt z rozsądkiem, gdzie pamięć potrafiła podcinać nogi jednym spojrzeniem. Te same oczy, inne światło. Już nie gromy, teraz głębia, zamglenie, rozproszenie. Zawsze mi się podobała, nawet wtedy, kiedy się kłóciliśmy, zwłaszcza wtedy. Była prawdopodobnie… Nie… Była, po prostu była jedyną osobą, która działała na mnie w ten sposób - nieświadomie, podświadomie, może czasem z premedytacją, ale z perspektywy czasu, wiedziałem, że nawet jeśli wielokrotnie przekraczaliśmy zachowaniem granice kultury czy „dobrego smaku”, to nigdy nie było nienawiścią, nie szczerą, to były durne, niedojrzałe, czasami żałosne, dziecinne kłótnie nie mające żadnego związku z prawdziwą nienawiścią. A jednak kiedyś naprawdę wierzyła, że ją nienawidziłem. Może wtedy tak było łatwiej. Teraz wszystko układało się w inną narrację, może dlatego było tak nieprzerwanie intensywne. Miała w sobie coś, co zawsze omijało proste definicje.
Bywały chwile, gdy te nasze dziecinne sprzeczki kończyły się we mnie reakcją, na którą nie byłem gotowy i której nie chciałem rozumieć, zdarzało się, że wściekłość mieszała się z czymś znacznie mroczniejszym - zdarzało się, że miałem ochotę zamknąć jej usta nie po to, by uciszyć słowa, tylko żeby poczuć jej oddech. Teraz nie były to już fantazje chłopaka, byliśmy dorośli, ostrzejsi, poranieni, ale też bardziej świadomi tego, czego chcemy.
A ja jej nie chciałem „ładnie”, chciałem jej naprawdę. To nie przyszło nagle, rosło przez lata jak coś, czego nie dało się do końca nazwać, ale co zawsze było obecne. Nawet kiedy zniknąłem. Nawet kiedy kazałem sobie o niej nie myśleć, nawet wtedy, gdy życie pokazało mi inne drogi, inne twarze, inne dotyki. Żadne z nich nie były takie, żadne nie trafiało dokładnie w ten punkt pod żebrami. Kiedyś, gdy jeszcze byliśmy dziećmi, przyjaźniącymi się ze sobą, powiedziała, że to, co było między nami, miało być na zawsze. Wtedy się z tego śmiałem - nie w ten pogardliwy sposób, raczej tak jakby to było jasne. Nie było. Teraz, trzymając ją w ramionach, nie miałem już pewności, czy miała rację, czy po prostu powiedziała coś, co wyprzedziło czas. Trudno mi było wątpić w to, że cokolwiek się stanie, te chwile nie zostaną z nami aż do końca.
Usta Prue były ciepłe, miękkie, lekko opuchnięte od pocałunków, a ja, patrząc na nią, znów robiłem to, co zawsze robiłem w chwilach napięcia - lekko, ledwie zauważalnie, przygryzałem dolną wargę zębami. Jej ciało poruszało się na moich kolanach z tą niebezpieczną pewnością, która mówiła jasno - nie szukaliśmy już ucieczki, szukaliśmy drogi głębiej, jej dłonie błądziły po moich ramionach, karku, plecach, jakby szukała granic, tylko po to, by sprawdzić, jak bardzo jestem w stanie przestać się pilnować. A ja? Nie dotykałbym jej w ten sposób, gdybym jej nie pragnął. To było oczywiste aż do bólu. Nie patrzyłbym na nią tak, gdyby była tylko wspomnieniem. Budowaliśmy je dziś razem - moment za momentem, dotyk po dotyku. Świat na zewnątrz przestał mieć znaczenie szybciej, niż się spodziewałem, chata, ogień w kominku, wszystko to stało się tylko tłem dla niej - dla otumaniającego oddechu przy mojej szyi, dłoni na moich ramionach, ciężaru miękkiego, kobiecego ciała, który nie był ciężarem, tylko obietnicą.
Nie odpowiedziałem na jej pytanie, które wisiało w powietrzu, nie słowami. Odpowiedziałem ciałem, ramionami, sposobem, w jaki przyciągnąłem ją bliżej. Pocałunek był ciężki, głęboki, nie do zignorowania - był żarliwy, taki, od którego zapominało się o oddychaniu. Próbowałem jeszcze przez chwilę zachować jakąś resztkę kontroli - tę cienką iluzję, że to ja trzymam tempo, że to ja decyduję, jak daleko się posuniemy. Śmieszne - każdy kolejny oddech odbierał mi ją bez pytania, każdy mikroruch sprawiał, że wszystko we mnie napinało się jeszcze mocniej, aż do granicy, która przestała być abstrakcyjna, a stała się fizycznym bólem, słodkim i brutalnym jednocześnie.
Czułem, jak cały świat zwęża się do jednego punktu, w którym byliśmy tylko my. Nasze oddechy splątały się w jednym rytmie. Była zbyt blisko, zbyt ciepła, zbyt pewna. Dłonie same odnalazły jej biodra, jakby to nie była decyzja, tylko odruch ciała, które znało drogę szybciej niż myśl. Unosiłem ją minimalnie, ledwie na tyle, by poczuć, jak cała jej uwaga skupia się w jednym, napiętym punkcie między nami. Znaleźliśmy się dokładnie w tym miejscu, w którym nie ma już powrotu, ale jeszcze przez ułamek sekundy wszystko jest zawieszone. Oddech Prue zahaczył o mój, krótki, rwany, a kiedy przysunęła twarz na tyle blisko, że mógłbym policzyć jej rzęsy, ta sekunda rozciągnęła się do granic wytrzymałości. Siedziała mi na kolanach ciężarem, który był jednocześnie lekki i absolutnie miażdżący. Fotel skrzypnął cicho pod nagłą zmianą środka ciężkości, a ja dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że przez krótką chwilę naprawdę zapomniałem oddychać.
Zatracenie nie było gwałtowne - było gęste, ciężkie od zamiaru, każdy milimetr ruchu palił bardziej niż powinien. Fotel pod nami jęknął po raz kolejny, ale to mój oddech urwał się pierwszy. Moje dłonie przesunęły się wyżej jej boków, bo tylko tak mogłem utrzymać resztki stabilności, kiedy jej ciało napięło się tuż przy mnie. Ramiona same zacisnęły się wokół jej talii, nie po to, by ją prowadzić, ale by nie zgubić się ani na sekundę w tej fali, która przechodziła przez nas oboje. Każdy kolejny ruch, nawet najdrobniejszy, wciągał mnie głębiej, dalej, w coś, co dawno przestałem kontrolować. Mięśnie w karku paliły mnie od napięcia, a mimo to w pewnym momencie odgiąłem głowę, szukając powietrza, którego i tak nie potrafiłem nabrać równomiernie. Wszystko we mnie zbierało się w jednym punkcie, jak przed uderzeniem pioruna. Moje ciało reagowało zanim zdążyłem o tym pomyśleć, odnajdując z nią wspólny rytm, język bez języka, jakbyśmy oboje obudzili się w czymś, co było w nas od dawna, ale dopiero teraz dostało przestrzeń.
Czułem ją całym sobą, każdy jej ruch przenosił się na mnie jak impuls elektryczny, zbyt szybki, zbyt precyzyjny, żebym mógł udawać, że to tylko gra mięśni. Oddech miałem poszarpany, urywany w pół drogi, jakby płuca nie nadążały za tempem, które narzuciło ciało. Skóra paliła mnie pod palcami, pod ramionami, w karku, a gardło wydobywało z siebie niskie, szorstkie dźwięki, których nie planowałem. Słowa rozpadały mi się na pomruki, oddech na urwane westchnienia. Nie tłumiłem ich już, nie byłem w stanie. Każdy mięsień drżał mi pod skórą jak napięta struna, gotowa pęknąć od jednego dotknięcia za dużo. Nie chciałem już udawać, że potrafię to powstrzymać, trzymałem ją mocniej, jakby była jedynym punktem odniesienia w świecie, który nagle zwęził się do oddechu, skóry i drżenia.
Poczułem to nie przez słowa, nie przez ruch, tylko przez nagłą zmianę ciężaru - przez bezwładność, która spłynęła na mnie razem z jej ciałem, przez to, jak przestała się trzymać, a zaczęła po prostu… Opadać we mnie, jakby rozsypała się na drobne kawałki dokładnie tam, gdzie ją trzymałem. Przymknęła oczy - wiedziałem to bez patrzenia - a jej ciało nagle straciło napięcie, jakby ktoś przeciął wszystkie niewidzialne struny. Przyjąłem to uderzenie całym sobą, moja reakcja przyszła jak odpowiedź, jak echo, jak brutalna synchronizacja. Napięcie, które trzymałem w sobie, puściło naraz, gwałtownie, bez ostrzeżenia. Oddech wyrwał mi się z płuc w jednym, głębokim szarpnięciu, które zamieniło się w niski dźwięk, zbyt surowy, zbyt prawdziwy, żebym mógł go kontrolować. Plecy wcisnęły mi się w oparcie fotela, palce zacisnęły się na jej biodrach tak, jakby tylko to trzymało mnie jeszcze w tej chwili. Drżałem, nie subtelnie, nie symbolicznie - fizycznie, realnie, całe ciało reagowało na jeden impuls, jeden wspólny moment. Na sekundę zabrakło mi tchu, jakby powietrze stało się za gęste. Palce drgnęły na jej plecach, zaciskając się odruchowo, bez planu, bez kontroli, głowa opadła mi w przód, czoło na krótką chwilę dotknęło jej ramienia. Nie potrzebowaliśmy słów - wszystko zostało powiedziane.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/e5ed2360b12ddad6553091afbf902a44/cda10bfac1b223b9-f9/s250x400/b0cc2977d8741267dcb5170c4859e6bacb04a47f.pnj[/inny avek]
Koniec sesji