![]() |
|
[1953-54] Double check for double meanings | Aloysius, Prudence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [1953-54] Double check for double meanings | Aloysius, Prudence (/showthread.php?tid=5339) Strony:
1
2
|
RE: [1953-54] Double check for double meanings | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 15.11.2025 Niedorzeczne. Głupie. Niebezpieczne. A przecież kiedyś było to takie proste. Teraz już nic nie było proste. Nigdy nie była słabsza, nigdy nie potrzebowała mojej ochrony bardziej niż ja jej obecności, a ja w zamian mogłem dać jej tylko pogardę. Tylko chłód, bo ciepło między nami nie mogło przynieść niczego dobrego. Parsknąłem, zbyt ostro, zbyt chłodno, by nie zdradzić się całkiem. - Ale lubisz wmawiać sobie bzdury, Prue. Zawsze to robiłaś. - Chciałem dodać coś jeszcze, coś okrutnego, co postawiłoby ostateczną kropkę między nami, ale tym razem miałem pustkę w głowie. - Oczywiście, że wiem. - Mruknąłem tylko, chociaż w istocie nie wiedziałem już nic - puste słowa - puste jak ta przestrzeń między nami, która rozciągała się coraz szerzej. Może kiedyś potrafiłem dokańczać jej zdania, ale to było zanim - zanim wszystko. Nie znałem jej myśli od miesięcy, od kiedy zacząłem trzymać się z daleka - musiałem - inaczej poszedłbym za nią jak za światłem, a to światło prowadziłoby mnie tylko w miejsca, do których nie wolno było mi iść. Tamten dawny rytm, te półsłówka, które kiedyś wystarczały nam obojgu, uleciały, a może to ja pozwoliłem im ulecieć, bo zrozumiałem, że jeśli nie odetnę jej od siebie do końca, to nigdy nie zrobię tego, co do mnie należało. A obowiązki, jak to obowiązki, nie patrzą na pragnienia, nie pytają, czy człowiek ma siłę, czy chce inaczej, trzeba je wypełnić i koniec. Tak trzeba było, tak nakazywał rozsądek i to wszystko, co wpojono mi od dziecka - że pewne uczucia trzeba udusić w zarodku, bo jeśli pozwoli im się wyrosnąć, będą rządzić człowiekiem, jak różdżka na gardle. Wiedziałem, że ją boli - wiedziałem też, że właśnie o to chodzi - im bardziej ją od siebie odepchnę, tym szybciej przestanie szukać we mnie tego, czego nie mogłem jej już dać. Tyle lat kazano mi powtarzać, że uczucia to słabość, nie wolno się do nich przywiązywać, a teraz przyszło mi żyć zgodnie z tymi zasadami. Nie chciałem, ale nie miałem wyboru. Te docinki, ostre jak świeżo naostrzony nóż, były jak obusieczny miecz, wchodziły we mnie głębiej, niż powinny, ale nie okazałem tego ani gestem, ani westchnieniem. Kiedyś może bym się uśmiechnął, może nawet odpowiedział czymś, co rozładowałoby napięcie, ale tamte czasy minęły. Teraz mogłem jedynie trzymać dystans, jakbym zasłaniał się zimną, twardą zbroją przed ciosem, który sam sprowokowałem. Jej gniewne słowa odbijały się ode mnie, każde uderzenie przyjmowałem jak żołnierz ćwiczony od młodości, by stać niewzruszenie. Zacisnąłem zęby tak mocno, że aż zabolało. - Pomoc? - Rzuciłem ostro. - Ty zawsze pomagałaś tam, gdzie nikt cię nie prosił. Wpychałaś się między ludzi, między sprawy, których nie rozumiałaś. - Kłamałem bez mrugnięcia, tylko po to, by odsunąć ją od siebie o te kilka kroków, których potrzebowałem, by nie wyciągnąć do niej ręki. Kolejne kłamstwo, kolejne okrutne zdanie, które wyrzuciłem, byle tylko nie powiedzieć prawdy - że tęskniłem za jej dłońmi na moich rękawach, za jej śmiechem wybuchającym znienacka, za tym, że dzięki niej świat wydawał się choć trochę mniej ponury. Gdy zaparła się, że nigdy nie chowała się za moimi plecami, uśmiechnąłem się krzywo - zbyt ostro, prowokacyjnie, jakbym chciał ją ugryźć zamiast dotknąć. - Jasne. Zawsze pierwsza do walki, prawda? - Wysyczałem, choć pamiętałem każdą chwilę, kiedy sam ją tam pchałem, by nie musiała niczego przeżywać na własnej skórze. A potem padło „Rookwood”. Po raz pierwszy od dawna zabrzmiało to między nami jak mur wzniesiony jednym słowem. Chłodnym. Twardym. Ostatecznym. A kiedy dodała, że wiedziała, iż jestem tacy jak inni, parsknąłem krótkim, gorzkim śmiechem. Nie dlatego, że ją lekceważyłem, ale dlatego, że gdyby wiedziała, jak bardzo się myli… Znacznie prościej jej było tak o mnie myśleć, niż spojrzeć głębiej, tam gdzie płonął żar, o który nikt mnie nigdy nie podejrzewał. Nie mogłem jej pozwolić go zobaczyć - bo przyjaźń można stracić i jakoś się pozbierać, ale stracić kogoś, kogo przypadkiem zaczęło się pragnąć… To byłby koniec wszystkiego, czego próbowałem się trzymać. - Wreszcie zaczynasz łapać. - Odparłem nisko. - Ale nie. Nie jestem „jak inni”. - Wymówiłem powoli, z nutą chłodnej wyniosłości. Uniósłem głowę powoli, ostrożnie, jakby ważyła tonę. - Jestem lepszy niż niektórzy. I lepiej dla ciebie, Bletchley, jeśli to sobie uświadomisz. - Brzmiało to jak pogarda. Miało brzmieć jak pogarda. Bo co innego mogłem jej dać? Łagodność? Prawdę? Cokolwiek ciepłego? Wszystko to spaliłoby nas oboje szybciej, niż mogłaby zrozumieć. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [1953-54] Double check for double meanings | Aloysius, Prudence - Prudence Fenwick - 15.11.2025 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Nie spodziewała się tego, że tak łatwo będzie zniszczyć to, co między nimi było. Brała tę przyjaźń za pewnik, wydawała jej się całkiem naturalna, niewymuszona. Całkiem łatwo przyszło jej założenie, że chcieli tego samego. Plątali się razem, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, uczyli się razem, śmiali się razem. Ten rok był inny, ale nie sądziła, że przytrafi im się coś takiego, nie spodziewała się, że tak łatwo można stracić przyjaciela. Tylko, czy faktycznie w ogóle ta przyjaźń istniała, czy tylko jej się wydawało, że to było to. Gdyby znaczyła dla niego cokolwiek, to dostałaby jakieś wytłumaczenie, a on po prostu zaczął ją ignorować, udawał, że nie istnieje. Odsunęła się, nie szukała odpowiedzi, bo to wydawało jej się prostsze, gdyby chciał to przecież cokolwiek by jej powiedział. Mieli swój moment, udało jej się przełamać lody przez te durne liściki, ale i to się skończyło, a dzisiejsze spotkanie i ta rozmowa uświadomiło ją, że nie ma już niczego, nie ma czego ratować, może nigdy nie było. - Tak, najwyraźniej tak, lubię wmawiać sobie bzdury. Dobrze, że pojawiłeś się niczym rycerz i mi to wyperswadowałeś, co ja bym bez Ciebie zrobiła? - Przynajmniej wiedziała, że musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, wmawiała sobie, że mogą być dla siebie kimś, a to też było nieprawdą. Wspaniale, że był na tyle życzliwy, aby uświadomić jej, co naprawdę o niej myślał. Oczy jej się otworzyły, w końcu. - Szkoda, że nie wspomniałeś, że Ci to przeszkadzało. - Szybciej by się ewakuowała z jego życia. Słowa chłopaka ją raniły, uderzały w Prue jedno za drugim bardzo intensywnie, kwestionowały to, co robiła. Powinna się zastanowić nad tym, jak to wtedy wyglądało, na pewno będzie analizowała poprzednie dwa lata. Pewnie miał rację, jak zawsze znalazła się tam, gdzie jej nie chciano. Powinna stać z boku od samego początku, nie szukać zrozumienia, to nie miało żadnego sensu, gdyby tak zrobiła, to nie wiedziałby jak w nią teraz uderzać, ale pozwoliła mu się poznać, otworzyła się przed nim, przez co musiała cierpieć. - Będziesz miał szansę to sprawdzić. - Wiedziała, że mu teraz nie odpuści. Zarzucił jej, że chowała się za jego plecami, to pokaże mu, że potrafiła walczyć o siebie. Przekona się o tym na własnej skórze. Nie potrzebowała nikogo za kim będzie się chować, nigdy tego nie potrzebowała, to on próbował ją chronić chociaż nie musiał tego robić. Teraz jej to wyrzygiwał, jak mogła być taka ślepa? Jak mogła mu ufać. Nie miała pojęcia, zawiodła się na samej sobie, nie wiedziała czemu była w niego zapatrzona jak w obrazek, teraz pokazywał jej jaki był naprawdę i zupełnie nie podobało jej się to, co widziała. Próbował ją zdeptać. Widziała to w jego oczach, gestach. Nigdy nie odnosił się do niej w ten sposób. - Nie, jesteś jeszcze gorszy, inni przynajmniej od początku pokazują swoje oblicze. - Mydlił jej oczy przez taki czas, żeby teraz pokazywać swoją wyższość. - Zawiodłam się na Tobie. - Powiedziała cicho, zupełnie bez emocji, bo pogodziła się z tym, co się stało. Nie wydawało jej się, że go to obchodzi, jednak te słowa padły z jej ust, musiała to powiedzieć, żeby zakończyć pewien etap ich znajomości. RE: [1953-54] Double check for double meanings | Aloysius, Prudence - Benjy Fenwick - 15.11.2025 Nie powinienem był na nią patrzeć, a jednak patrzyłem, jak człowiek, który sam sobie podcinał gałąź, na której siedział. Każde jej słowo szarpało mnie ostrzej, niż miała prawo przypuszczać. Przyjmowałem to jak ktoś, kto musi, chociaż chciałby inaczej, tylko w taki sposób potrafiłem ją od siebie odepchnąć - raniąc, innej drogi nie znałem, bo gdybym próbował łagodnie wytłumaczyć sytuację, zawahałbym się, a wahanie byłoby błędem. - Uratować cię przed twoją własną naiwnością to najuczciwsze, co mogłem zrobić, ale już nie przesadzaj, nie jesteś księżniczką, by zasługiwać na rycerskość. - Prychnąłem pod nosem, chociaż w środku chciałem tylko zatrzymać te słowa, zanim zdążą ją otruć, ale byłem już w tej roli - roli, którą wybrałem zamiast niej. Nie wiedziała, że to wszystko było dla mnie trudniejsze niż dla niej, ja też trzymałem się tych wspólnych godzin, tych śmiechów, jakby były talizmanem. Kiedy zarzuciła mi, że nie powiedziałem, iż mi coś przeszkadzało, zacisnąłem szczęki tak, że aż mnie zabolały. Jak miałem jej powiedzieć, że przeszkadzało mi dokładnie to, co jednocześnie przyciągało mnie najmocniej - każdy jej uśmiech plątał mi myśli tak, jak nie powinien? - Gdybym zaczął spowiadać ci się z każdej rzeczy, której nie zrozumiesz… - Urwałem, bo głos za bardzo chciał złagodnieć. Bo co mogłem jej powiedzieć - że z każdym dniem trudniej było mi udawać obojętność, sama obecność jej dłoni kilka centymetrów od mojej doprowadzała mnie do szału, do pragnienia, którego nie miałem prawa czuć, i odkąd zrozumiałem, że mógłbym chcieć jej bardziej niż powinienem, wszystko we mnie zaczęło krzyczeć, by się wycofać? Nie - to byłby egoizm, a ja wybierałem okrucieństwo zamiast egoizmu. - Dawaj. - Rzuciłem twardo. - Zobaczymy, ile z tej twojej odwagi zostanie, kiedy nikt nie będzie cię trzymał za rękę. - Najgorsze było to, że chciałem ją trzymać, najbardziej ze wszystkiego, a musiałem się stać kimś, kto ją odepchnie. - Dobrze, że w końcu widzisz to, co trzeba. - Odparłem, ale kiedy powiedziała, że się zawiodła, zamilkłem na ułamek sekundy. Nie mogła wiedzieć, że te słowa trafiły we mnie jak strzała wypuszczona z najbliższej odległości bez możliwości uchylenia się - to jedno zdanie, ciche, bez drgnienia w głosie, gdyby powiedziała to z gniewem, łatwiej byłoby to znieść, ale mówiła jak ktoś, kto zamknął drzwi i zatrzasnął zasuwę od środka. Skinąłem głową, jakby nic się nie stało, jak gdyby nie zapadła właśnie nad nami ostateczna ciemność. - Zawód to cena za naiwność. - Powiedziałem miękko, lecz zabrzmiało ostro jak brzytwa. - Zapamiętaj to, jeśli chcesz przeżyć w tym świecie. Drzwi do gabinetu otwarły się ze zgrzytem, co zabrzmiało, jak wyjątkowa ironia losu, bo inne, te ważniejsze, właśnie zostały zamknięte. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] Koniec sesji
|