![]() |
|
[22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +--- Wątek: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda (/showthread.php?tid=5347) |
RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Laurence Lestrange - 03.12.2025 Właśnie tego oszczędził synowi Laurence. Widoku zniszczonej w większości Doliny Godryka. Czy nawet jego ulubionego tam placu zabaw i parku, gdzie lubił sobie pobiegać. Był wdzięczny kuzynostwu, za cenne informacje, jakie pomogły też podjąć mu decyzję, podczas powrotu do Anglii. - Macie rację. Jest bezpieczny.Zgodził się ze słowami Rodolphusa i Victorii. Wiedząc, że Louis jest w bezpiecznym miejscu, nie musiał tutaj zaprzątać sobie głowy dodatkowo o zapewnieniu mu jakiejś ochrony, albo pozostawieniu go pod opieką swoich rodziców. Czy by go przyjęli? Czy wtedy mógłby pozostać w Maida Vale? Mógł skupić się na swojej pracy, która wymagała ogrom uwagi i podejmowania decyzji. Przemyślanych, nie chaotycznych. Widząc to, co zostało przedstawione w prasie i co zastał na miejscu. Wiedząc na czym przeważnie polegała praca Rodolphusa w Departamencie Tajemnic, nie oczekiwał że będzie mówił cokolwiek ze szczegółami. Wystarczyła jedynie odpowiedź jaką udzielił, odnośnie panującej sytuacji po Spalonej Nocy. Czy jest stabilnie, czy też mają bałagan. Nic więcej. Departament Przestrzegania Prawa też nie miał lekko, o czym Victoria dopowiedziała.- Podobnie u mnie. Zaczynałem rozważać tymczasową przeprowadzę do swojego gabinetu. Dodał, również nawiązując do tego odpoczynku, jaki każdemu z nich był przecież potrzebny. Przemęczony czarodziej, też może popełniać błędy. Trzeba było zmuszać się, aby pewne sprawy zakończyć, nawet po godzinach i wrócić do swojego miejsca zamieszkania, aby przespać się chociaż i zregenerować siły. Kosztując potrawy, przysłuchał się rozmowy kuzynostwa na temat mieszkania sióstr Victorii u niej. Wiedział o tym z listu. Tak samo o sytuacji w Dolinie Godryka, gdyż tam także mieszkał. - Zabezpieczyłaś teren? Czy nawiązujesz do innych miejsc?Dopytał, zatrzymując spojrzenie na Victorii, podpinając się jakby pod pytanie Rodolphusa. Zastanawiając się, czy kuzynka nawiązała do spalonego domu, czy może odniosła się ogólnie do skali zniszczeń w Dolinie Godryka. Nie dziwiło go, gdyby rabusie postanowili wykorzystać sobie okazję do przejrzenia spalonych posiadłości czy podjęcia kradzieży, z opuszczonych domów. Ale jego dom stał nietknięty. Jakby niewidzialny dla nikogo. RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - William Lestrange - 07.12.2025 Nie był pewien jak się czuć. Rozpoznawanie barw na palecie emocji było mu obce, poruszał się po omacku, zgadywał i błądził, dotykając mokrych ścian ślepych zaułków. Ale czy musiał czuć się jakkolwiek? Idiotyzm wymogu przebiegł dreszczem po plecach, gdy przekroczył próg posiadłości. Mógł być świadom procesów, rozumieć skąd bierze się stres i dyskomfort, ale panowanie nad czymś, co dopiero zaczęło się pojmować wydawało się celem nieosiągalnym; nie chciał przystawać na duszeniu w sobie emocji i reakcji, chciał je zrozumieć. W ostatnich tygodniach płacz wydawał mu się najtrafniejszą odpowiedzią na kłębiące się w głowie myśli; wolność nie polegała na wypełnianiu bezkresnego oceanu słoną goryczą łez, a na swobodnym przepływie wody przez inne kanały. Nie liczyło się w co jest ubrany, jak odbiorą go inni, ani nawet co powiedzą. Ciężar dziedzictwa uniesiony z ramion skutkowało możliwością zaczerpnięcia świeżego powietrza, pozostawienia drzwi do zatęchłej piwnicy otwartymi po raz pierwszy od zbyt wielu miesięcy. Toteż płakał i czuł się z tym bardzo dobrze. Ubrana w zaskakująco ciepłą biel sylwetka Primrose przyniosła zszarpanemu komfortowi ukojenie; znajomy, podprogowy stres emanujący od kobiety pogładził napuszony balans Williama. Nie mógł tego udowodnić i, nie był pewien, czy nie przekłada na innych swoich własnych odczuć, ale podejrzewał, że cała uroczystość była dla niej równie nieprzyjemna, co dla niego. Nie odsunął się, gdy jej ramiona zamknęły go w przywitalnym uścisku, choć spiął się odrobinę, nie będąc tym, który inicjuje dotyk, czuł jego nagłą niepewność. Mimo to, uśmiechnął się - nie było powodu, aby poddawać się nieprzyjemnym myślom, nawet jeżeli całkowicie ich nie odrzucał. Nie mogły być motywem przewodnim, chociaż pozostawały jego częścią. - I wzajemnie - odparł dopiero, gdy kobieta pozwoliła mu dojść do słowa. Musiał odkaszlnąć, bo nieprzyzwyczajone do tak częstego używania struny głosowe zdawały się rzęzić, błagając o nawilżenie. - Dobrze wyglądasz - dodał, trochę bezmyślnie, ale słowa same opuściły jego usta, toteż uznał, że tak miało być. Ugryzł się w język, hamując lawinę skrępowanego tłumaczenia, które zazwyczaj następowało po tym, jak obdarował rozmówce komplementem. - Przyjdzie - zaprzeczył podejrzeniom - Coś ją zatrzymało. Po pożarach mamy problem z domem, toteż wszystko jest porozrzucane po różnych lokalizacjach i mieliśmy problem z logistyką. - skłamał, czując jak żołądek podchodzi mu do gardła. Postanowili z Eden, że ubiorą dobra minę do złej gry, co dla blondynki było po prostu kolejnym wtorkiem, a dla niego... nie lada wysiłkiem. - Chcę na nią poczekać zanim wejdę do środka, ale jeżeli ty nie chcesz być jeszcze bardziej spóźniona to idź przodem. Nie sądzę też, że cokolwiek zepsujemy, jeżeli poczekamy kolejne 10 minut. A jeżeli tak... to cóż, najwyżej zjemy zimne przystawki - wzruszył ramionami, niespecjalnie go to interesowało, zupełnie jak jakakolwiek prawdopodobna złość ojca. - Wszystko w porządku? Nie miałem okazji zapytać po, no wiesz ... - urwał na chwilę i uciekł spojrzeniem, czując, że nie wytrzyma utrzymywania kontaktu wzrokowego ani sekundy dłużej - pożarach i tym wszystkim. Powinniśmy w ogóle ten temat poruszać przy stole? Chyba nie - ostatnie zdanie dodał trochę ściszonym tonem, ale nie brzmiał na przestraszonego, ot, chciał uniknąć bezsensownego stresu. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=aNwVtqR.jpeg[/inny avek] RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Victoria Lestrange - 08.12.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek] – Chyba nie warto – uśmiechnęła się do Laurence’a na jego słowa, że rozważał spanie w swoim gabinecie. Nie było chyba sensu pokazywać, że w Ministerstwie mogą wejść nam na głowę aż tak bardzo, że w kryzysowym momencie całe swoje życie przeniosą do pracy. Ta była przecież tylko dodatkiem… a przynajmniej miała być. Victoria, choć tej pracy miała ogrom, przy sprzątaniu bałaganu, to jednak nie planowała mieszkać przy swoim biurku, co to, to nie. Może co innego, gdyby nie miała już absolutnie gdzie się zatrzymać – wtedy by to rozważyła. Mimo wszystko liczyła jednak na to, że sytuacja w najbliższym czasie uspokoi się na tyle, że choć nadal będzie napięta, to nie będzie to już struna, która może w każdej chwili pęknąć. Jednak artykuł, jaki wczorajszego dnia wydrukował Prorok, raczej tylko sytuację zaogni – tak przynajmniej wydawało się pannie Lestrange. – Tak, pewnie tak – odparła Rodolphusowi grzebiąc w swoim talerzu. Była to pewnego rodzaju możliwość odwrócenia uwagi, złapania oddechu i myśli, choć ta rozmowa wcale nie była ciężka, ani męcząca. Victoria po prostu nie czuła się na tym polu zbyt pewnie, bo nie lubiła wypowiadać się za kogoś, a jeśli jej siostry się nie pojawią, to zapewne będą pytania. I już czuła w kościach rozmowę na uboczu po kolacji, z matką, która swoje niezadowolenie wyleje właśnie na Victorię, bo to ona przecież wzięła siostry do siebie. Nie była jednak ich niańką, ani nie zamierzała ingerować w ich życie czy wybory. Nie nazywała się Isabella. – Nie ma co zabezpieczać tak właściwie – westchnęła cicho. – Jedyne co przetrwało to nasze książki… To wszystko zabrałyśmy. I krzesło. Reszta to… – mało brakowało a machnęłaby ręką. Zamiast tego jednak zacisnęła dłoń w pięść. Tak, mówiła o ich domu, który skończył gorzej niż Warownia Longbottomów, w której wciąż dałoby się mieszkać. Oni nie mieli do czego wracać. Ten dom trzeba by było wybudować od zera. Książki przetrwały tylko dlatego, że ich matka wiedziała jak je zabezpieczyć tak, by nie imał się ich ogień i nauczyła tego swoje córki – ewentualni rabusie nie mieli tam więc czego szukać, a jednak… – Ktoś wszedł na te zgliszcza. Rozkopał ziemię, zakopał tam zwłoki kury. Znalazłam pentagram, ołtarz, trzy powieszone laleczki – ktoś miał makabryczne poczucie humoru, bo jak mieli to rozumieć? Interpretacja nasuwała się sama. – Czarne płatki kwiatów – uśmiechnęła się cierpko, bo albo ktoś pofarbował inne płatki, albo zabrano je stąd, z Maida Vale. – To miałam na myśli, Rudi – bo to, ze Dolina Godryka ucierpiała… Tak. Nie bardziej niż Londyn z pewnością, ale nie było sensu nawet tego porównywać. – Ale nie ma chyba sensu psuć nastroju. Lepiej opowiedzcie co u was, to znaczy poza pracą. // Kolejka do 13.12 do 23:59. RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Laurence Lestrange - 11.12.2025 Zdecydowanie, nie było warto. Victoria miała rację. Przeprowadzenie się do własnego gabinetu w Ministerstwie, może prowadzić do początków poważnego problemu z pracoholizmem. A przecież, nie o to chodziło. Trzeba było oddzielać pracę od prywatnego życia a nie zastępować. Laurence starał się tego trzymać. Taka myśl, pojawiła jedynie w przypadku akcji kryzysowej w kraju. Co zresztą jest zrozumiałe. Kuzynka też przecież wspomniała, jak to u niej i z nią wyglądało. Podobna sytuacja mogła mieć miejsce w innych miejscach pracy jego braci, sióstr i pozostałego kuzynostwa. Między rozmowami i zadawaniem pytań, Laurence kosztował potrawy, jaką miał na talerzu, popijając winem. Wiedział, jak wygląda sytuacja w Dolinie Godryka. Spojrzał także w teren miejsca zamieszkania Victorii, o którym była mowa przy stole. Widok, był przykry. Nie spodziewał się tego, co od niej usłyszy. Jakoby ktoś, postanowił sobie zrobić z tego miejsca coś niedopuszczalnego. Jaki w tym miał cel? Stąd może dlatego Laurence zapytał o zabezpieczenie terenu. - Sądząc po skali zniszczeń, wszystkiego można się spodziewać po mieszkańcach miasta i wiosek. A jak już przy tym jesteśmy. Jakieś patrole są wyznaczone na Dolinę Godryka?Dopytał przy okazji, kiedy jeszcze pozostawali w temacie pracy i chuligańskiego zachowania pewnych nieznanych zapewne osób. Gdy Victoria, tłumaczyła Rodolphusowi co miała namyśli o zabawach na zgliszczach. Temat mieli już porzucić, aby nie zadręczać się nim w atmosferze rodzinnej, co zasugerowała Victoria. Laurence przyjął to do wiadomości i zrozumienia. Cóż więc miał rzecz w odpowiedzi na pytanie "Co u was"? Otarł usta serwetką, zerknąwszy na matkę siedzącą obok, potem na ojca i następnie na brata, siedzącego dalej. Jakby sprawdzał, czy byli sobą zajęci, czy rozmową z kimś innym. Po czym spojrzeniem łagodnym wrócił do Victorii i Rodolphsusa, z którym był już w trakcje dyskusji. - Poza pracą. Jedyne co mogę rzec. Prywatnie, układa się dobrze. Z Camille Delacour zaczęliśmy poważniej traktować nasz związek.Odpowiedział z lekkim uśmiechem. Nie potwierdzał tego nigdzie oficjalnie. Byli jednak razem widziani już na weselu Blacków. Parę razy także byli widywani w innych miejscach razem. Pracował nad tym, aby otrzymać od niej wybaczenie i zdobyć na nowo zaufanie. Odzyskać ją, kiedy lata temu stracił przez aranżowane małżeństwo, któremu się podporządkował, zamiast postawić na swoim. RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Rodolphus Lestrange - 11.12.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/f1/90/d7/f190d734562a73f868cc474396c17e53.jpg[/inny avek] - Nie pokazuj im, że jesteś w stanie to zrobić, bo to wykorzystają - odpowiedział kuzynowi, gdy ten wspomniał o przeprowadzce do swojego gabinetu. Jeżeli to był żart, to go nie załapał. Jeżeli to nie był żart, to musiał wtrącić swoje trzy knuty, bo doskonale wiedział, jak działa nie tylko Ministerstwo Magii, ale i każda praca oraz ludzie, którzy siedzieli na wysokich stołkach. Dasz im palec, wezmą całą rękę. Nie trzeba było być wybitnym magipsychiatrą, żeby wiedzieć, że właśnie w taki sposób działał świat. Lestrange spojrzał pytająco na matkę, a ona odpowiedziała spojrzeniem. Jakby właśnie prowadzili telepatyczną konwersację przy pomocy fal, chociaż z tego co było pozostałym wiadomo, to Lestrange nie posiadł tej zdolności. Coś jednak było na rzeczy, bo Rosalie nachyliła się do męża, żeby zadać jakieś pytanie. A potem kiwnęła w odpowiedzi synowi głową. Dopiero wtedy ten zaczął jeść. Jakby czekał na pozwolenie? Dziwne. Ale ta gałąź rodzina była jeszcze dziwniejsza niż pozostałe. - Jakby odprawił jakiś rytuał - wysłuchał Victorii i zaraz przeniósł na nią wzrok. Dziwne to wszystko było. - Macie jakieś podejrzenia, kto to mógł być? Nie chciał za bardzo ciągnąć Victorii za język, ale widać było, że ta sprawa go zainteresowała. W końcu niecodziennie dostawało się takie informacje i to z pierwszej ręki. Dobrze że kuzynka siedziała obok niego, mógł nachylić się do niej i szepnąć jej do ucha pytanie. - Opowiesz mi potem o tym? - w jego oczach pojawił się ten charakterystyczny błysk, który mówił, że Victoria tą historią zajęła całą uwagę Rodolphusa. Wyprostował się jednak, gdy Laurence zaczął mówić. Zmiana tematu... Co miał im powiedzieć? - Gratuluję. Wrócicie do Francji, czy zostaniecie tu? Nie miał pojęcia, jak poważny był ich związek, ale wypadało zapytać się, czy kuzyn rozważa wyprowadzkę. W zasadzie to był mu wdzięczny, bo dzięki temu mógł nie mówić, co tam u niego się działo. Bo nie miał nic ciekawego do opowiadania - o większości spraw nie mógł mówić, a te, o których mógł, były nudne. Co by im odpowiedział? "Nic ciekawego"? "Wszystko po staremu"? RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Victoria Lestrange - 14.12.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek] – Mądrego zawsze dobrze posłuchać – odpowiedziała na słowa Rodolphusa, który powiedział na głos to, co sama sobie myślała o tym zostawaniu na noc w pracy. Trzeba było mieć jakieś granice, na brodę Merlina. No chyba, że wraz z zostawaniem na noc przychodziły jakieś inne benefity, jak choćby większa wypłata, albo jeszcze coś innego, ale niekoniecznie zawsze tak było. Victoria chociażby takie zostawanie dłużej niż ustawa przewiduje odbijała sobie tym, że brała wolne kiedy indziej na załatwianie jakichś innych swoich spraw. Ale nie, nigdy nie za darmo… – Tak, tylko wiesz… to miejsce nie nadaje się do zamieszkania – odpowiedziała Laurence’owi i przejechała palcem po rancie kieliszka. Nie było nawet czego ratować, więc nie było też czego rabować. Trzeba to było wszystko zaorać i jeśli rodzice chcieli tam mieszkać, to postawić fundamenty na nowo – a potem cały dom. Ale jakoś jej się nie wydawało… Kiedy widziała się z matką tydzień wcześniej, bo przyszła tutaj zażądać skrzata dla siebie i sióstr, chwilę porozmawiały. Nie jakoś wylewnie, zadra i napięcie ciągle było wyczuwalne, ale Victoria odniosła wrażenie, że spisali Dolinę Godryka na straty. Może jeszcze zmienią zdanie, ale… Teraz nie miało to większego znaczenia. – Patrole… Może jacyś brygadziści – nie wiedziała, bo nie patrzyła na ich grafiki, a miała wystarczająco dużo swojej pracy, żeby jeszcze się interesować co robi w tym czasie BUM. – Tak, dokładnie – potwierdziła Rodolphusowi, a choć widziała to dziwne kiwanie głową jego matki, to nie skomentowała. – Nie mam, zobaczyłam to dzisiaj… dwie godziny temu? Nie miałam nawet czasu porządnie sprawdzić teren… – poszła tam właściwie z sentymentu. Z jakiegoś poczucia nostalgii, chociaż nie spodziewała się tam zastać nic nowego prócz zgliszczy i krzesła. A trafiła na… to. – Oczywiście – odpowiedziała już ciszej, gdy Rodolphus się do niej nachylił. Niby nie musieli rozmawiać szeptem, przy stole rozmowy rozgorzały jakiś czas temu, to nie tak, że rozmawiała tylko ich trójka, ale rozumiała, dlaczego kuzyn wolał obniżyć ton. – Ooch, to fantastyczne wieści, Laurence! – może chociaż jednemu z nich poszczęści się na polu związkowym, bo jakoś reszta tych stanu wolnego jak widać nie paliła się do zamążpójścia. Nie mówiąc o tym, że Laurence już rodzinę miał. – W takim razie życzę szczęścia i trzymam kciuki. Byłeś z Luoisem we Francji właśnie u niej? U jej rodziny? – bo może jednak odwiedzał kogoś z Lestrange, nigdy nie wiadomo. // Kolejka do 19.12 do 23:59. RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Eden Lestrange - 14.12.2025 Eden pojawiła się u Lestrange’ów dokładnie wtedy, kiedy planowała, czyli zbyt późno, by ktokolwiek mógł uznać to za przypadek, i wystarczająco wcześnie, by jej obecność spełniła swój cel. Przyszła tu podobno z Williamem, choć nie przybyli tu razem; samo to było już częścią utrzymywania pozorów, że ich małżeństwo ma się lepiej, niż było w rzeczywistości. W takich miejscach i przy takich okazjach liczyła się narracja, a nie prawda, a Eden znała zasady tej gry aż za dobrze. Przecież naoglądała się takiego samego teatrzyku od dziecka we własnym domu. Sztucznie rodzinny charakter Mabon tylko utwierdzał ją w przekonaniu, że tak naprawdę nie chce spędzać tego święta ani ze swoją rodziną, ani z rodziną Williama, ale jeśli już miała wybierać między urokiem a zarazą, to wolała to drugie - przynajmniej będzie zgonować w otoczeniu medyków. Gdyby miała z kimś dzielić ten czas naprawdę, bez udawania i ciężaru oczekiwań, byłby to Alastor, ale myśl ta pojawiła się krótko i została równie szybko odrzucona - gdyby ich ktoś, nie daj Merlinie, zauważył publicznie, byłoby to niemal zaproszeniem do plotek, a na to nie mogła sobie ostatnimi czasy pozwolić. Nie przy kruchej sytuacji wśród Malfoyów, gdzie nestor popełniał czyny, za które mógłby zawisnąć, paląc jakiekolwiek resztki wiary w swoją osobę i zarazem źródło zarobku własnej córki. Matka powinna jej dziękować, że się w Wiltshire na obchody rodzinne nie pojawiła, bo by pewnie weszła z ojcem w rękoczyny i czyjeś zwłoki musiałaby zdrapywać ze swojego ulubionego dywanu. Zatopiona we własnych myślach, z nietęgą miną poruszała się po posiadłości z dystansem kogoś, kto nie szuka wspólnoty ani rodzinnego ciepła. Ostatnimi czasy i tak była zbyt zajęta porządkowaniem strat po pożarze Londynu - liczeniem zniszczeń w należących do niej i wynajmowanych nieruchomościach, rozmowami z zarządcami, odbudową tego, co dało się jeszcze uratować. Myśl o świętowaniu wydawała się przy tym niemal abstrakcyjna, odległa od rzeczywistości, w której funkcjonowała na co dzień. Nie miała więc zamiaru zatrzymywać się przy nikim dłużej, niż było to konieczne. Jej obecność miała być zauważona, ale nie analizowana; wystarczająca, by nikt nie mógł powiedzieć, że jej zabrakło. Zanim spotkała kogokolwiek, natknęła się na Williama oraz Primrose. Nie wiedziała, jak ocenić fakt, że stał tutaj z siostrą i ewidentnie na nią oczekiwali. Najpierw zrodziła się w Eden frustracja, że już od progu będzie musiała odstawiać szopkę i wcielać się w niechcianą rolę kochającej żony, ale po chwili przeszła nieoczekiwania ulga. Mniej więcej wtedy, kiedy oświeciło ją, że obecność Prim wybawiała ją od spędzenia czasu sam na sam z mężem. I to nie dlatego, że go nienawidziła, wręcz przeciwnie. Po prostu ich relacja stała się tak obrzydliwie niezręczna, że z żenady miała ochotę gryźć ściany. - Przepraszam za poślizg - oznajmiła, zbliżając się do nich swawolnym stukotem obcasów, ale wyraźnie nie wkładając ani grama skruchy w ton własnego głosu czy tempo kroków. - Mam nadzieję, że nie czekaliście specjalnie na mnie. Primmie, cudownie wyglądasz. - Uśmiechnęła się lekko, ale nie dało się ukryć, że wylała z siebie jedynie grzecznościowe formułki. Następnie zgrabnie wsunęła rękę pod ramię Willa, jakby w geście potrzeby bliskości, ale jakoś ani razu jej spojrzenie nie pomknęło nawet w jego kierunku. Obydwoje wiedzieli, na co się piszą. The show must go on. RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Laurence Lestrange - 17.12.2025 - Nie zamierzam. Kiedyś, może bym tak zrobił. Jak tylko założyłem rodzinę, zacząłem myśleć inaczej. Dziękuję wam jednak za tę uwagę.
Uspokoił kuzyna, posyłając lekki uśmiech zrozumienia i podziękowania, za tę cenną uwagę. Jak i również Victorię uraczył tym uśmiechem. Nie chciał tego już tematu już ciągnąć, skoro o pracy mieli nie rozmawiać, ale czuł, że jednak musiał na to coś odpowiedzieć. Kiedyś, pracował od rana do późnego wieczora. Często w szpitalu brał nocne zmiany. Gdy urodził mu się syn, spojrzał na to inaczej. Nie może oddawać się pracy, kiedy dziecko będzie go potrzebować. Obecności ojca. Możliwe że pojawienie się na świecie Louisa nauczyło go dzielić czas między pracą i rodzinę. - Rozumiem. Nie drążył już tematu. Widział wiele domów w gruzie. Jak i ten Victorii. Pytał, gdyż zastanawiał się, czy planowała może odbudować w tym miejscu straty. Uprzątnąć i postawić budynek na nowo. Dlatego pytanie padło o zabezpieczenie terenu. Skinieniem głowy przyjął do wiadomości odpowiedź, odnośnie patroli. Victoria jednak nie była pewna, czy faktycznie tam jakieś są. Choćby chodziło o Brygadę. Nie pytał więc o więcej. Najwyżej sam uda się do Biura Brygadzistów i zasięgnie informacji. W kwestii rytuałów, przysłuchiwał się kuzynostwu, upiwszy łyk wina, delektując jego smakiem. A później, gdy padły pytania o to, aby o sobie coś powiedzieć, orzekł o swoim związku z Camille Delacour. Uśmiechem dziękując za gratulacje. - W obecnej sytuacji, jest trochę problem.Odpowiedział Rodolphusowi na pytanie o miejsce zamieszkania. Dopiero co odbudowali swój związek, dostał szansę, ale odległość utrudniała to utrzymać. - Pod koniec sierpnia, Camille dostała pilny list od matki i musiała wracać do Francji. Postanowiłem dołączyć do niej, chociażby na miesiąc. Wziąłem urlop, zabrałem Louisa i tak. Tutaj już spojrzenie skierował na Victorię. - Byliśmy u niej. U jej rodziny. Chcę, aby Louis zaprzyjaźnił się z nią. Zaakceptował. Gdybyśmy mieli kiedyś zamieszkać razem. Jak już o to zapytałeś. Wrócił spojrzeniem do Rodolphusa. - Nie wiem jak to będzie. Camille jest teraz potrzebna w swojej rodzinie, we Francji. Ja tutaj. Dokończył z uśmiechem niepewności. Musiał zostawić do losowi. Wolałby, aby Camille została z nim tutaj. A jeżeli on miałby przeprowadzić się do Francji, musiałby zrezygnować z pracy w Ministerstwie. Już tak wysoko zaszedł. Był tak blisko szczytu… RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Rodolphus Lestrange - 21.12.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/f1/90/d7/f190d734562a73f868cc474396c17e53.jpg[/inny avek] Skinął Victorii głową i posłał jej lekki, oszczędny uśmiech. Myśleli podobnie, chociaż teraz doszło do niego, że słowa kuzyna mogły być po prostu żartem. Ostatnio miał większy problem niż zwykle, by je wyczuwać. Sam nie wiedział dlaczego: zrzucał to na karb zmęczenia oraz braku snu. Już latem przekonał się, jak destrukcyjne było zachwianie balansu między odpoczynkiem a pracą. Starał się nie popełniać znowu tego błędu, ale sytuacja niestety tego wymagała. I chociaż zamieszanie związane ze Spaloną nocą powoli się kończyło, to patrząc na słowa Victorii - otwierało nowe ścieżki, którymi mogli podążać. - Jeżeli chcesz, będziemy mogli pójść tam razem - zaczął, lecz chrząknięcie matki przerwało mu w połowie zdania. Jednak usłyszała. Momentalnie zamknął usta i przeniósł wzrok na swoją rodzicielkę, a potem uśmiechnął się sztucznie. Już kilkukrotnie mówiła mu, że zbytnio angażuje się w sprawy, które wykraczały poza jego pracę, czym naraża się na większe zmęczenie. Wzruszył ramionami, nie komentując jej wzroku. Doceniał, że się o niego martwiła, ale był dorosły. Zresztą ten nadopiekuńczy parasol, który rozpościerała nad nim, był jednym z powodów, dla którego się wyprowadził z domu. A może uznała, że szeptanie jest nieeleganckie? Wyprostowała się gdy Rolph na nią spojrzał i zaczęła kroić pasztecika, więc chyba o to chodziło. Westchnął cicho. Wolałby porozmawiać z kuzynostwem bez ciągłego monitoringu ze strony rodzicieli. Czuł, jak ich wzrok przylepiał się do jego skóry. Obrzydliwe. Wyprostował się. - Związki na odległość mogą być trudne - odpowiedział kuzynowi, nabierając trochę sałaty na widelczyk. Była świeża, pewnie chrupiąca. Nie podaliby byle gówna na tej kolacji - cholernie to doceniał. - Ale jeżeli miałoby to być chwilowe, trwać na przykład tylko rok, to warto walczyć, prawda? O miłość warto walczyć. Ajajaj, hipokryta. Słychać to było trochę w jego głosie. Tak jakby sam nie odpuścił swojego związku szybciej niż powinien. - Zwłaszcza, że to szaleństwo kiedyś się skończy - oczywiście pił do obecnej sytuacji w Londynie. Aczkolwiek nie był taki pewny, czy to szaleństwo się skończy. Przeciwnie - podejrzewał... nie, wiedział, że to dopiero początek. Czuł to w kościach. RE: [22.09.1972, Maida Vale] Krew nie woda - Primrose Lestrange - 22.12.2025 To byłoby okrutne nazwać Primrose głupią, w szczególności po tym jak udało jej się obronić magisterium uzdrowicielskie, ale prawda o niej była taka, że jak na pracownicę Lecznicy Dusz okazywała się często wyjątkowo mało spostrzegawcza. Jej percepcja nie wybijała sie ponad przeciętność, a moc panny Lestrange zdecydowanie nie leżała po stronie analizy takich sytuacji, w jakich znajdowała się w tym momencie. Primrose aktualnie Eden zazdrościła. Billy był przecież człowiekiem, z którym nie sposób się nudzić. Przystojny, szarmancki, oddany pracy. Pięknie się wysławiał nawet mimo czegoś, co interpretowała jako skrajny introwertyzm. Nie wydawał się być kimś, kto karciłby swoją żonę za faux pas, spóźnienia na rodzinne kolacje. No i naprawdę dobrze z Eden wyglądali. Ich dzieci, kiedy się ich dorobią, to przecież będą piękne jak aniołki z mugolskich obrazków, jak... Jak wróżki! Oboje byli tak piękni, tak inteligentni i tak dobrzy w tym co robili! Dziewczynie aż stawała gula w gardle na myśl, jak to jest być Eden Lestrange. W jaki sposób czuł się człowiek, który mógł spóźnić się na przyjęcie, wpaść tylko na kieliszek szampana i odbić każdą zaczepkę idealnie wymierzonym, sarkastycznym dowcipem? Przecież Primrose by nigdy-przenigdy na nic podobnego nie wpadła. Panna Lestrange była grzeczna. Rzadko odzywała się niepytana, nie wtrącała nigdzie swoich komentarzy. Przy swoich siostrach ginęła, chociaż wszystkie panny Lestrange były śliczne jak róże z rodzinnego ogrodu. Nawet Billy, któremu głos grzązł w gardle wypowiedział w tym pomieszczeniu więcej słów niż ona. Generalnie zamiast konkretnych odpowiedzi, Primrose częstowała go szerokim uśmiechem (miała otwarte usta i pokazywała przy tym zęby) i szeroko otwartymi, uradowanymi oczyma o przerażająco złotej barwie, momentami na sekundę lub dwie wpadającej w czerwień. Skomplementowana zaczerwieniła się szybko, nawet jeżeli odebrała to jako typowy zwrot grzecznościowy. – Tak, tak, wszystko w porządku – powiedziała od razu, no bo przecież nikt z rodziny nie umarł. Brak śmieci był... Spoko. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że coś jej umknęło. – Tylko... Dom nam spłonął doszczętnie i straciłam wszystko co do tej pory posiadałam z wyjątkiem skrytki w Gringottcie i szpitalnego kitla, bo akurat byłam w pracy. Wiem, że to zabrzmi głupio, ale ostało się tylko krzesło. Dzięki, że pytasz. – Wyraz jej twarzy wskazywał na to, że powiedziała to całkowicie nieświadoma absurdalnego wydźwięku, bo ktoś pewnie mógłby odebrać to jako sarkastyczny docinek, że Billy nie zainteresował się tym wcześniej. Ale to nie była prawda! Primrose wpatrywała się w niego z miną godną bardzo stęsknionego szczeniaczka. Bo owszem, potrafiła być straszną mendą i miała w sobie potencjał do udawania kogoś, kim nie była, ale... Rodzina to przecież rodzina. Tym samym spojrzeniem poczęstowała wchodzącą do środka Eden, którą również od razu obściskała, nie przejmując się czymś takim jak osobista przestrzeń i odmowa. – Ojej, no to jesteśmy w komplecie, haha... – Nawet dziecko zorientowałoby się, że Primrose też nie chce tam wchodzić. – Mhm... – Zrobiła krok w kierunku drzwi. O Matko przenajświętsza, ty suko tam na niebie, błagam, chociaż dzisiaj... Niech nikt mnie nie zapyta jak tam w pracy... Bo się popłaczę i zapytam Victorii jak tam narzeczeństwo albo Eden jak tam ciąża... Oszczędź mi tego, oszczędź, oszczędź... Rodzina to przecież rodzina. Czasami... Czasami rodzina była tu po to, żeby być twoją tarczą, tak? – No to co mhmmm idziemy? – Chwyciła Williama za rękę i ruszyła do przodu, wyraźnie próbując dodać sobie tym otuchy. Po drodze zgarnęła też jego żonę. Ręce miała dwie, drżące serce jedno. Jak jej zaraz pęknie, to też będzie miała dwa. Będą mogli sobie wziąć po kawałku. Kurwa, gdyby to tylko było tak proste jak udawanie przez ludźmi, którzy jej nie znali. |