![]() |
|
[09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy (/showthread.php?tid=5411) Strony:
1
2
|
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 05.12.2025 To na pewno ich bardzo różniło, bo życie Prudence od zawsze byłobardzo stabilne, teraz miało się to nieco zmienić, razem mieli stworzyć, swój nowy wspólny świat, który będzie odpowiadał ich dwójce, i była pewna, że nie będzie, aż tak idealnie ułożony jak ten jej. Wiedziała jednak na co się pisze, obecność Benjy'ego mogła wnieść odrobinę chaosu, ale to wiązało się z tym, że pojawiały się w końcu jakieś emocje. Przy nim czuła, że żyje, doskonale się dopełniali. - Myślę, że po prostu będziemy aktualizować ją na bieżąco, wiesz. Nie da się chyba od razu stworzyć takiej listy i odhaczać punktów. - Zresztą tak naprawdę przecież nie uważała, że było w nim wiele do wyplenienia, ceniła sobie to, jakim był człowiekiem, kochała za te wszystkie naleciałości, niektóre wypadało nieco zniwelować, jednak była to naprawdę mała kropla w morzu. Prudence uwielbiała listy, jednak w tym przypadku stworzenie jednej wcale nie wydawało się jej być konieczne. Wystarczyło, aby zmienił te swoje przyzwyczajenie, dopuścił ją do siebie i pozwolił jej się czasem o siebie zatroszczyć, to niby nie było wiele, ale miała świadomość, że w jego przypadku wiązało się z dosyć sporą zmianą, bo przecież przez większość życia musiał sobie radzić sam. Teraz miało się to odmienić, cieszyła się, że będzie mogła się nim odpowiednio zaopiekować, bo przecież każdy potrzebował mieć swojego człowieka. Nawet ci, którzy udowadniali, że są w stanie stanąć sami przeciwko całemu światu, razem było prościej i miała nadzieję, że to dostrzeże. - Tylko byś spróbował... - Na pewno byłaby w stanie jakoś na to zareagować i pokazać mu, że to nie powinno mieć racji bytu. - Dobrze, że przyjmujesz do wiadomości, chociaż trzeba będzie to wprowadzić w życie, samo przyjęcie do wiadomości to dopiero początek. - Raczej nie miewała problemu z tym, aby nadążyć za rozmówcę, ale w tym przypadku sens całej konwersacji już dawno zaczął jej się rozmywać, łatwo było się w tym gubić, kiedy myślało się o jednym, a mówiło o czymś zupełnie innym. No i wtedy pojawiło się to stosunkowo bardzo niewinne porównanie do wilkołaków, Prue jednak nie umiała zareagować na nie inaczej. Miała okropny uraz do tych stworzeń, raczej rzadko kiedy reagowała w podobny sposób, nic nie było w stanie tak łatwo wyprowadzić jej z równowagi, wpłynąć na jej nastrój, a jednak wystarczyły dwa słowa, aby na nią wpłynąć. Było to w niej bardzo głęboko zakorzenione, w sumie powinna nieco już odpuścić, ale nie umiała, nadal miała uraz do wszystkich przeklętych, najchętniej tak jak powiedziała - zakopałaby ich bardzo głęboko pod ziemią, aby nigdy nie mogli nikogo skrzywdzić. Zbyt wiele widziała, aby być obojętną na te istoty, nie przemawiały do niej metody ministerstwa, tyle, że nie miała na to żadnego wpływu, ludzie próbowali im jakoś pomóc egzystować w tym świecie, co okropnie ją irytowało, bo byli okropnie niebezpieczni, ile istnień już odebrali? Wolała nie myśleć o tym teraz, to nie był odpowiedni moment. Widziała, że Benjy dostrzegł jej zmianę, kiedyś powinna mu wyjaśnić skąd się to wzięło, nie miał prawa tego wiedzieć, nie wyciągnął tego tematu celowo, ale to się stało, przez co miał szansę widzieć jej reakcję. Na pewno mu to wytłumaczy, tylko nie teraz to nie był dobry moment, powinni zająć się dużo przyjemniejszymi rzeczami. - Skoro jest skuteczna, to rób wszystko, abym nie musiała jej stosować, póki co tylko informuję Cię o możliwościach, jak będziesz grzecznym pacjentem to i metody będą łagodniejsze, a może też bardziej przyjemne. - Zeszła z tonu, wróciła do tego lekkiego, jakby wcale przed minutą nie sugerowała tego, że należy wybić wszystkie wilkołaki. Benjy bardzo skutecznie odwracał jej uwagę, zawsze umiał to robić i pewnie nigdy nie miało się to zmienić. Później, później dostrzegła tego pękniętego zęba. Powinna się spodziewać kolejnych niespodzianek, prawda? Kto wie, co faktycznie skrywał pod ubraniem... naprawdę coraz bardziej chciała bardzo dokładnie go obejrzeć, nie miała pojęcia, jak doszło do tego, że nie widziała tych zewnętrznych urazów wcześniej, była za bardzo zaabsorbowana jego osobą, to było jedynym wytłumaczeniem. - To chyba komplement? - Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, nawet na moment nie opuściła spojrzenia. Najlepsze decyzje, które podjął bezmyślnie... no, brzmiało to naprawdę obiecująco. - Więc jestem winna, wspaniale, chociaż wcale nie mam sobie tego za złe, pewnie nie miałabym żadnych oporów, aby to powtórzyć. - Naprawdę cieszyło ją to, że w końcu znaleźli się w tym miejscu, wszystko wydawało się być takie lekkie, dostrzegała też zresztą to, że wszystkie ich decyzje, które podejmowali w przeszłości poniekąd ich doprowadziły do tego miejsca, nie powinni niczego żałować, już nie. - Masz dozgonne prawo mówić to na głos, też mi się to podoba. - Dobrze było słyszeć to wszystko, wiele zaczęło jej się rozjaśniać, chociaż wiedziała, że miała jeszcze sporo rzeczy, które musiała przerobić i na nowo sobie ułożyć w głowie, przez te ostatnie kilka tygodni wiele zrozumiała, naprawdę wiele. - Nie pamiętam tego walenia głową w ścianę, może ten Twój olśniewający błysk mnie oślepiał. - To też było bardzo prawdopodobne, bo łatwo skupiała się na jego osobie, widziała raczej to wszystko, co było dobre i ignorowała całą resztę, nawet kiedy się nie znosili, gdy rzucali w siebie wyzwiskami to skupiała się raczej na tych emocjach, które czuła pod skórą. Teraz również zaczynały w niej buzować i chociaż próbowała grać przejętą uzdrowicielkę, to szło jej to raczej opornie przez to, że znajdował się tak blisko niej i ciągle ją rozpraszał, nie miała pojęcia, czy zdawał sobie z tego sprawę. Ścisnęła delikatnie jego dłoń. Wiedziała, że to dla niego nowość, że musiał się przyzwyczaić, bo nie był obyty z troską, to było coś, czego nie miał szansy zaznać w swoim życiu, naprawdę wierzyła, że jeszcze kiedyś mu się to spodoba. - Na szczęście nigdy nie miałeś problemów z przyswajaniem wiedzy, więc pewnie jak zawsze dosyć szybko się połapiesz z tym, jak to działa. - Och, nie miała co do tego nawet najmniejszych wątpliwości, zresztą zamierzała zrobić to w taki sposób, aby mu się to spodobało, wtedy łatwiej było przywyknąć do zmian. - Wiesz, że jesteś specjalnym pacjentem, a ta specjalność wiąże się z pewnym dodatkowym, wyjątkowym zakresem opieki, którego częścią jest całowanie uzdrowiciela? Więc jeśli faktycznie pojawi się taka stresowa reakcja, to jak najbardziej możesz się przed nią bronić w dowolny sposób. - Bo była przede wszystkim jego żoną, medyk to pakiet dodatkowy, który w ich przypadku mógł się przydać, to prawda. - Skarbie, nie mogę uważać, muszę obejrzeć Twoją rękę, żeby mieć pewność, że będziesz mógł używać jej później w odpowiedni sposób, mógłbyś chociaż odrobinę nad sobą panować, to tylko chwila, zresztą im szybciej pozwolisz mi się nią zająć, tym szybciej trafimy do hotelu. - Próbowała wytłumaczyć mu to w jak najlepszy sposób, nagroda - tak nagroda była ważna, szczególnie, gdy znajdowała się na wyciągnięcie ręki, chwila cierpliwości i będzie po krzyku. Obejrzała tę dłoń na tyle uważnie, na ile się dało w tym w miejscu. Sięgnęła po maści, które miała w torbie, na szczęście znalazła się na Nokturnie, aby korzystać ze swoich uzdrowicielskich umiejętności, więc chociaż odrobinę była na to przygotowana. Najpierw oczywiście zdezynfekowała ranę, mogło go to nieco zapiec, później otworzyła pudełko z maścią, które po otwarciu uderzyło charakterystycznym, ziołowym zapachem, bardzo ostrożnie, ale też dokładnie pokryła całą ranę, by później móc ją owinąć w bandaż. Powinny ukoić ból, opatrzyła mu to na tyle dokładnie na ile się dało, jednak postanowiła nie wlewać w niego mikstur, bo nie chciała, aby był otumaniony, noc była przecież jeszcze młoda i musieli ją odpowiednio przypieczętować. RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 05.12.2025 Nie było żadnym zaskoczeniem, że ona wszystko traktowała poważniej niż ja. Mój świat od lat przypominał ciemne zaplecze baru - krzywe, brudne podłogi, mdłe światło, dużo ryzyka, mało logiki, jej świat był poukładany jak skrzynia uzdrowicielskich narzędzi, niemal sterylny, precyzyjny. A jednak jakoś - kompletnie irracjonalnie, chociaż może wcale nie - te dwie rzeczywistości pasowały do siebie, jakby zawsze miały się na siebie nałożyć. Właśnie dlatego jej słowa, że będziemy „aktualizować listę na bieżąco”, sprawiły, że parsknąłem krótkim, miękkim śmiechem. Ona jednak patrzyła na mnie z taką cierpliwą pewnością, że nawet nie próbowałem udawać, że nie wiedziałem, co miała na myśli. Nie chodziło jej o spisy. Ani o zasady. Chodziło o mnie - o to, żebym nie znikał w sobie, jak robiłem to całe życie. Nie byłem przyzwyczajony do tego rodzaju troski, ale jej dotyk nie drażnił mnie, nie odbierał powietrza - nie w tym złym znaczeniu - wręcz przeciwnie, przynosił dziwne poczucie, że nic już nie muszę udowadniać. Powinienem się do tego przyzwyczaić, ale nie dziś - nie dziś, dziś to był tylko wstęp do przyszłości. Jasne, że wiedziałem, co kryło się pod tym tonem - za tą groźbą było serce, którego nie chciałem martwić bardziej, niż musiałem. Rozmowa rozjechała nam się w dwóch kierunkach, potem w trzech, a ja już przestałem widzieć różnicę między „badaniem” a „zdejmowaniem koszuli z powodów absolutnie niemedycznych”. W tej jednej chwili raczej oboje wiedzieliśmy, że nie mamy już pojęcia, czy rozmawiamy o leczeniu, czy o czymś zupełnie innym, jej policzki lekko się zaróżowiły, moje… Cóż, moje były bardziej kolorowe z przyczyn niezwiązanych z emocjami, ale starałem się wyglądać, jakbym panował nad sytuacją. Dopóki nie pojawił się temat wilkołaków. A potem… Jedno moje słowo, przypadkowa metafora, a jej spojrzenie zmieniło się jak niebo przed burzą. Mógłbym przysiąc, że nawet powietrze wokół nas zrobiło się gęstsze, chłodniejsze. Wilkołak - wszystko się zmieniło, jakby temperatura spadła o dziesięć stopni. Spodziewałem się wszystkiego… Prócz tego. Widziałem wiele reakcji na słowo „wilkołak” - od paniki, przez ciekawość, po politowanie - ale nigdy takiej, to nie było „nie lubię”, to było „chcę, żeby świat był od nich czysty”, to było coś głębokiego, zakorzenionego nie w teoretycznej niechęci, tylko w doświadczeniu, bo kiedy powiedziała, że powinno się je „zlikwidować”… Nie miałem pojęcia, skąd ta niechęć, ta złość, to twarde „zlikwidować”, ale wiedziałem jedno - nie chciałem jej ranić słowem, którego użyłem przypadkiem, jeśli miałem kiedyś dostać od niej wyjaśnienie, będzie chciała je dać sama. Nie dzisiaj, nie tu, nie w tym świetle, które odbijało się od jej oczu - nie musiałem znać całej historii, żeby wiedzieć, że to było paskudne. Nie coś, co powinniśmy poruszać tej nocy. Nie w noc, kiedy powinniśmy być już w hotelu, a zamiast tego staliśmy u drżącej granicy między przyjemnością a bólem, rozluźnieniem a opatrunkami. Wróciła do uśmiechu, jej „metody przyjemne” były groźniejsze niż jakiekolwiek zaklęcie ofensywne, a ja czułem, że z każdą minutą moja zdolność racjonalnego myślenia drastycznie maleje. - Gszeczny pacjent, mówisz? - Uniosłem brew. - Pszysięgam, nigdy nie czułem większej pokusy, szeby nie byś gszeczny, tylko po to, szeby sprawdziś, jakie to są te niełagodne metody. - Wypuściłem powietrze, głośniej, z tym charakterystycznym półśmiechem, który zawsze oznaczał, że próbuję ukryć własne reakcje. Potem przyszła kolej na wspomnienia. „Głupi i zachwycony” - te słowa były jak otwieranie starych kufrów, w których trzymałem rzeczy, o których nikomu nie mówiłem. Nie chciałem się zatrzymywać na przeszłości, ale każda jej reakcja, każda zmiana w oczach, każdy cień wspomnienia mówił mi, że to, co między nami było wtedy - to, co wisiało w powietrzu latami - wcale się nie skończyło, ono po prostu czekało, aż w końcu będziemy mieli odwagę to wybrać. Och, komplement. - To nie „chyba”. - Uniosłem brew, przechylając głowę w jej stronę. - To był komplement. W pełni zasłuszony, w pełni świadomy i wypowiedziany… Cósz, mose tlochę bezmyślnie, ale to tylko potwielsa tleść. Wtedy myślałem, że tak wygląda przyjaźń, tak wyglądają ludzie, którzy są sobie bliscy od dziecka, te wszystkie dziwne uczucia, te przebłyski, to palenie w żołądku, to wykrzywione słowa w gardle, to było normalne. Nie było. Miałem trzynaście lat i wszyscy ludzie wokół mnie wydawali się prości, jak rozpisane zaklęcia - ruch nadgarstka, inkantacja, efekt, ona była jedyną osobą, przy której zaklęcia mi się plątały. Aż wreszcie… Ale to już było za nami. Może dlatego zaśmiałem się pod nosem i odparłem: - To jest niebezpieczne plawo, Pluey. - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni. - Jak pozwalasz mi mówiś wszystko na głos, to musisz się liczyś s tym, sze dokładnie tak będzie. - Wydałem z siebie cichy śmiech. - No. S wiedzą nie. S dyscypliną - dlamat. - Potem roześmiałem się cicho, nisko, z tym chrypiącym brzmieniem, które pojawiało się tylko, gdy naprawdę coś mnie trafiło. Przybliżyła się jeszcze bardziej, ja przyciągnąłem ją odruchem, który miałem zakodowany w kręgosłupie bardziej niż jakiekolwiek inkantacje - była tam, więc ją dotykałem. Moja dłoń na jej biodrze nie była przypadkowa, moja dłoń chciała tam być odkąd miałem lat piętnaście, a prawdopodobnie wcześniej też, tylko nie wiedziałem jeszcze, jak to nazwać. A potem przyszła jej deklaracja, tak zupełnie niepodręcznikowa: „Całowanie uzdrowiciela jest częścią specjalnej opieki.” Mogłem tylko zachichotać pod nosem, cicho, nisko, nieprzyzwoicie. - Och, to wspaniale, sze mnie o tym infolmujesz. - Pochyliłem się bliżej, bardzo świadomie. - Bo muszę zaznaczyś, sze do tego punktu legulaminu jestem gotowy ustosunkowaś się wyjątkowo sumiennie. - Byłem tak blisko, że mógłbym ją pocałować, jeśli wykonałaby najmniejszy ruch, ale ona nie wykonała. Zamiast tego… Przeszła do opatrunku, a ja musiałem udawać, że nic nie czuję, kiedy jej palce dotykały mojej skóry, a ziołowa maść paliła jak jasna cholera. No i to było poniżej pasa - subtelna manipulacja, czysta perfidia. - Wykoszystujesz moją motywację, szeby obejść moją wolną wolę. - Zauważyłem, ale jednocześnie nachyliłem się, żeby zignorować absolutnie cały medyczny dramat, skoro tak stawiała sprawę. Zacisnąłem zęby, oddychałem przez nos, wbiłem wzrok w jej usta - nie pomogło ani trochę. Problem polegał na tym, że piekący alkohol nie uznawał moich deklaracji o męskości. Wzrok mi na moment pociemniał, ale udawałem, że to tylko gra światła. - Mhm. - Wydałem z siebie, gdy dezynfekowała ranę, co było, moim zdaniem, aktem dominacji pod przykrywką medycyny. Ona wiedziała, oczywiście, że wiedziała, bo położyła palce na mojej dłoni tak delikatnie, iż poczułem to aż w kręgosłupie - jej ruchy były ostrożne, precyzyjne, ale nadal to była rana, nadal była świeża, nadal pulsowała. Musnąłem ją biodrami, nie dlatego, żeby ją rozproszyć - tylko dlatego, że moje ciało samo szukało czegoś do oparcia, a ona była jedyną stabilnością w tym pokoju. Czasem człowiek nie wiedział, czego mu brakowało, dopóki nie dostał tego w twarz w postaci kobiety, która zdejmuje mu rękę z biodra tylko po to, żeby sprawdzić, czy nie ma pęknięcia kości śródręcza. Niech by mnie Merlin porwał, jeśli jej uśmiech nie należał do najbardziej zabójczych rzeczy na świecie. Odchrząknąłem. - To… - Zerknąłem na drzwi, z powrotem na nią, z powrotem na drzwi. - Savoy czy Dolchestel? Chcesz szucaś monetą? - Zapytałem półgłosem, z tym niskim, przeciągniętym tonem. Powinniśmy wybrać - prawda? RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 06.12.2025 To było prawdą, te dwie rzeczywistości pasowały do siebie jak ulał, idealnie się dopełniały, tak samo, jak i oni się dopełniali. Zapewne na pierwszy rzut oka można było mieć co do tego wątpliwości, można było się zastanawiać patrząc na nich, jak to było możliwe, że potrafili znaleźć wspólny język, bo wydawało się, że są jak ogień i woda. Tyle, że to grało dużo bardziej, niż można by w ogóle zakładać, czy przypuszczać. Prudence miała w sobie ogrom cierpliwości i zamierzała ją całą wykorzystać do tego, aby Benjy w końcu poczuł się przy niej jak w domu, by odnalazł swoje miejsce, dostrzegł różne możliwości, które się z tym wiązały. Nie zamierzała go osaczać, czy narzucać mu swoich zasad, bo to nie miało racji bytu, tylko powoli go ze wszystkim oswajać, i wiedziała, że jej się to uda. Nigdy nie była niczego tak pewna. Wiedziała, że wielu rzeczy będzie musiała go nauczyć, czy do nich przekonać, ale nie miała w zwyczaju się poddawać, wręcz przeciwnie - raczej łatwo przychodziło jej skupianie się na celu i dążenie do jego realizacji, tym razem miało być tak samo, tylko powoli, drobnymi kroczkami, no pewne przyzwyczajenia wymagały ogromu pracy, aby z nimi coś zrobić. Gdzieś się zgubiła w tej ich rozmowie, okropnie łatwo było to zrobić, chociaż nie miała w zwyczaju mieszać tych spraw zawodowych z prywatnymi, ale w tej sytuacji to nie było możliwe, bo miała zajmować się swoim mężem, opiekować się nim, sprawdzić jego wszystkie uszkodzenia i je ewentualnie uleczyć, a że przy okazji byli bardzo świeżym małżeństwem, które czekało na noc poślubną, to cóż, nie dało się inaczej, zwłaszcza kiedy w grę wchodziło rozbieranie go, czy to w celach medycznych, czy nie. Nie dała rady dłużej walczyć ze zmianą koloru policzków, jak zawsze jej twarz mówiła wszystko, dało się z niej czytać niczym z otwartej księgi, chociaż próbowała z tym walczyć, tylko w tym przypadku było to zupełnie zbędne. Nie spodziewała się tego, że padnie temat dla niej bardzo niewygodny. Jej nienawiść do wilkołaków była bardzo niezdrowa, wiedziała o tym, ale nie potrafiła nic z tym zrobić, nie umiała udawać, że ją to nie ruszyło, chociaż była to przecież tylko metafora, ale jednak ruszyła w Prue coś, co w niej siedziało. Zmieniła ton głosu, przestawiła się na ten bardzo chłodny, rzeczowy, może nawet taki, którego nie znał, bo raczej nie życzyła nikomu źle, raczej nie korzystała z niego nawet podczas tych ich kłótni, to było coś zakorzenionego głębiej. I nie był to dobry moment, by poruszać ten temat, miała tego świadomość, zamierzała mu kiedyś wyjaśnić źródło tej nienawiści, opowiedzieć więcej, ale nie tego wieczoru, to miała być ich noc i nic nie mogło im w tym przeszkodzić, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. - Nie możesz choć raz, jeden jedyny raz pójść tą bardziej łagodną drogą? - To nie tak, że nie zakładała, że nie postanowi spróbować sprawdzić, co go czeka, jeśli będzie nieco bardziej niesfornym pacjentem. Był sobą, oczywiście, że nie wybierał najprostszej i najbardziej spokojnej drogi, musiał sięgać po to, co było bardziej skomplikowane, co wiązało się z dodatkowymi utrudnieniami. - Wiesz Benjy, mam torbę medyczną pełną bardzo różnych przyrządów i nie zawaham się ich użyć, tak tylko ostrzegam. - Miała jednak wrażenie, że to ostrzeżenie nic nie wskóra, ba wręcz przeciwnie, że wzbudzi w nim jeszcze większą ciekawość, bo przekora była dla niego czymś zupełnie normalnym. Musiał sprawdzić, dotknąć, poznać, taki już był. - Więc znowu wracamy do bezmyślności? - Zapominał się przy niej, tak samo jak i ona przy nim, to było bardzo jasne i klarowne. Nie miała jednak pojęcia, przynajmniej jak na razie, czy to coś złego, czy nie, pozostawało więc sprawdzić, jak wyglądać to będzie w przyszłości. Mieli w tym pewne doświadczenie, teraz to dostrzegała, ciągnęło się za nimi od lat, tyle, że wtedy nie do końca wiedzieli z czym się mierzą, nie zdawali sobie sprawy, co im się przytrafiło, byli zbyt młodzi, aby to zrozumieć. - Niebezpieczne, czy nie, ale chcę wiedzieć, co Ci siedzi w głowie. - Oczywiście, że zdawała sobie sprawę z tego, co mogło to za sobą nieść, ale lubiła wiedzieć, więc decyzja była całkiem prosta. - To nie tak, że Ci pozwalam, ja chcę, abyś mówił wszystko na głos. - Była chyba w tym delikatna różnica. - Od dyscypliny jestem ja. - Uśmiechnęła się do niego ciepło, jednym z tych uśmiechów, które mogły topić najbardziej oblodzone serca, bo przecież już nie był sam, jeśli poradzi sobie z wiedzą, a wiedziała, że to zrobi, to ona pomoże mu z tą drugą częścią. Zwłaszcza, jeśli chodziło o to, czego miała ona dotyczyć. - Nie mogę przed Tobą przecież ukrywać tych zasad związanych ze specjalnym traktowaniem. - One były bardzo istotne, tak właściwie to chyba najbardziej ze wszystkich. - Cieszy mnie to, że istnieje taki punkt, bo raczej nie masz w zwyczaju ustosunkowywać się do regulaminów. - Ten był naprawdę wyjątkowy, specjalny, stworzony tylko i wyłącznie dla niego, wiedziała, że to doceni. Udało jej się słowami odwrócić jego uwagę, doskonale, mogła przejść do rzeczy, mogła w końcu obejrzeć tę rękę, która nie była w najlepszym stanie, wiedziała, że to nie było do końca fair, ale musiał przywyknąć do takich zagrywek, nie miał innego wyjścia, jak po prostu się z tym pogodzić. Prue starała się być delikatna, jednak wiedziała, że nie wszystko da się zrobić łagodnie, dezynfekcja nie należała do najprzyjemniejszych momentów, nawet dla kogoś takiego jak on. To musiało zapiec, ale oceniłaby ten ból na mniej niż siedem i pół, więc nie powinien mieć do niej żadnych reklamacji, później ta maść, okropnie uderzająca w nozdrza, cholernie ziołowa, dzięki czemu miała szybko działać, choć to też nie miało być przyjemne, chociaż bandaż udało jej się zaplątać bardzo szybko i sprawnie, bez większych szkód. - Tylko odrobinę, ale bez tego by się nie obeszło. - Nie sądziła, żeby podszedł szczególnie entuzjastycznie do sytuacji, w której to oznajmiłaby mu, że właśnie zaczyna robić mu porządek z ręka, musiała działać szybko. Nie umknęło jej to muśnięcie biodrami, ale skupiona była na swoich obowiązkach, wtedy nie mogła sobie pozwolić sobie na chociaż odrobinę rozproszenia, bo coś mogłoby pójść nie tak, nie pozwalała więc wybijać się z uzdrowicielskiego rytmu, chociaż ją rozpraszał, bo zależało Prue na tym, aby jej praca wykonana była właściwie. - To co, nie było tak strasznie? - Rzuciła z uśmiechem, gdy skończyła to, co miała do zrobienia, może nie powinna prowokować rozmowy na ten temat, ale to zrobiła. Załatwili tę najpilniejszą potrzebę, która nie cierpiała zwłoki, mogli w końcu opuścić to miejsce, wyjść wreszcie z Nokturnu, znaleźć się w jednym z hoteli... właśnie, nadal nie wybrali miejsca destynacji. - Mogę, wtedy jak cos pójdzie nie tak, to będzie moja wina. - Chociaż, czy w tej sytuacji w ogóle coś mogło pójść nie tak, mieli dwie opcje do wyboru, obie równie atrakcyjne, nie dało się tego spieprzyć. Prudence złapała monetę między palce, po czym podrzuciła ją w powietrzu, później odwróciła dłoń, aby zobaczyć cóż im się trafiło. [roll=TakNie](savoy - orzeł -1, dorchester - reszka-2) - Wypadło na Savoy, mam nadzieję, że jesteś zadowolony, jak to było? Jest najbardziej romantyczny? - Los najwyraźniej tego im życzył. RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - Benjy Fenwick - 06.12.2025 Merlinie, gdyby trzynastoletni ja to widział, padłby trupem. Nie wiedziałem, czy miała pojęcie, jak to brzmiało dla kogoś, kto przez większość życia musiał stać sam, sam walczyć, sam się zszywać, sam się sklejać i sam wracać do pustych pomieszczeń. Chciałem jej powiedzieć „ty już jesteś domem”, ale nie mogłem, jeszcze nie teraz, to zdanie miało wagę, która mogłaby nas oboje wgnieść w ziemię. Wychodziło daleko, znacznie dalej, aż pod same fundamenty Hogwartu, gdzie to wszystko zaczęło się w sposób, którego wtedy nie byłem w stanie pojąć. Kiedy zaczęła się rumienić, naprawdę musiałem odwrócić wzrok na sekundę. Nie dlatego, że chciałem ukryć własną reakcję - w sumie to ona powinna była ją zobaczyć, skoro już tak uczciwie wymienialiśmy swoje obrażenia - tylko dlatego, że ten rumieniec działał na mnie od zawsze. Zawsze. Wtedy, w szkole, kiedy jeszcze z pewnością nie rozumiała, dlaczego nagle spoglądałem gdzieś obok, udając, że szukam czegoś na niebie, albo dlaczego zapominałem własnych zdań, kiedy się uśmiechała, albo dlaczego na zajęciach ONMS patrzyłem tylko na nią, a nie na cholerne hipogryfy. Jej twarz była jak książka, którą mogłem czytać bez znajomości alfabetu, to się nie zmieniło - jedyna różnica była taka, że teraz już nic nie musiałem ukrywać. Chciałem tego wszystkiego, dużo bardziej, niż sam mogłem zakładać, zanim nie pokłóciliśmy się po ciemku w tym samym mieszkaniu, w którym teraz staliśmy - za drugim razem, już po słowie, już naprawdę razem. A potem przyszły wilkołaki, i jakby ktoś nagle zmienił temperaturę w pomieszczeniu. Nie znałem tego tonu, nie z jej ust, ten chłód był cięty, ciężki, nieznoszący sprzeciwu. Tak definitywny, że aż mnie wbiło w ziemię. Nie miałem pojęcia, dlaczego reaguje tak ostro, nie mogłem nawet próbować tego zrozumieć, nie mając danych, ale jedno wiedziałem - nie zamierzałem naciskać, choć ukłuło mnie to gdzieś głęboko, tak, jakby ktoś pokazał mi fragment jej historii, ale zamknął księgę, zanim zdążyłem zobaczyć stronę. Jej głos wrócił do normalności tak szybko, że mógłbym wmówić sobie, że nic się nie stało, ale widziałem, zbyt dobrze widziałem. Nawet wtedy, gdy wróciliśmy do innych tematów. - Łagodną? - Powtórzyłem, cicho, jakby mi to słowo nie przechodziło przez gardło. - Pluey… Kiedy ja w szyciu poszedłem łagodną dlogą? Łagodna dloga nigdy mnie nie plowadziła tam, gdzie chciałem byś. - Mruknąłem, przechylając głowę lekko na bok. Gdybym kiedykolwiek szedł łagodną drogą… Nigdy bym nie trafił tu, gdzie byliśmy, to była prawda. Gdybym był ostrożny, rozsądny, ułożony, ominąłbym ją o włos. Musiałem być chaosem, żeby wejść w jej orbitę. - A poza tym… - Głos obniżył mi się o ton. - Gdybyś naplawdę chciała mieś łagodnego, potulnego męsza, nie wyblałabyś mnie. - Uśmiechnąłem się do niej miękko - takim uśmiechem, którego nie widział nikt poza nią. Nie tym bezczelnym półuśmiechem, który wykorzystywałem do flirtowania. Tym, który pojawiał się, kiedy widziałem coś, na czym naprawdę mi zależało. Groźba o „torbie pełnej instrumentów” powinna była mnie przestraszyć. Zamiast tego… Merlinie, nie wiedziałem, czy sobie zdawała sprawę, jak brzmiała, czasem mówiła takie rzeczy. Jej miny były lepsze niż jakikolwiek eliksir regenerujący, a kiedy podkreśliła, że miała tę swoją medyczną torbę i zagroziła przyrządami, o mało nie parsknąłem. Jakby nie miała pojęcia, jak brzmią, gdy słyszy je facet, który nie ma dziś absolutnie żadnych waniliowych instynktów. Uśmiechnąłem się powoli, przeciągle - nie drwiąco, ale tak, jak uśmiechał się ktoś, kto właśnie dostał zaproszenie, którego nie powinien dostać. - Och, tak. Glośny alsenał uzdlowisielki. Mnie to tlafia w… Balso niewłaściwe obszaly wyoblaźni, ale postalam się nie lobiś ploblemów. - Rzuciłem na tyle neutralnie, że mogła to wziąć za żart, na tyle prawdziwie, by wiedziała, że to nie do końca żart. Mój uśmiech był wolny, leniwy i wyraźnie nielękliwy. Przechyliłem głowę, mierząc ją spojrzeniem, które już dawno przestało być niewinne, a zaczęło stawać się czymś bardziej zdecydowanym. - Znam ten ton. - Mruknąłem. Nie tylko ja byłem tym, który na sekundę zapominał, po co jesteśmy jeszcze w mieszkaniu na Nokturnie. - To ten, któlego uszywałaś, kiedy udawałaś, sze nie jesteś ciekawa, co zlobię w odpowiedzi. - Odchyliłem brodę lekko w bok, przyglądając się jej takim spojrzeniem, które kiedyś zatrzymywało ludzi w pół kroku, ale w tym wypadku raczej nie o to mi chodziło. - Wiesz mi… Jesteś ostatnią osobą, pszy któlej chcę udawaś, sze mam wszystkie myśli na wodzy. - Przesunąłem spojrzeniem po jej policzkach, wargach, linii szyi. - Skolo chcesz… To wiedz, sze to, co siedzi mi w głowie, nie ma nic wspólnego s medycyną. Ani tlochę. - Mruknąłem, niżej niż wcześniej. Uśmiechnęła się - to był ten ciepły, nieprzyzwoicie miękki uśmiech, robiący ze mnie kompletnego idiotę, który przestał pamiętać, że przed sekundą był ranny i na Nokturnie - oczy jej błysnęły w sposób, który znałem aż za dobrze - tak patrzyła na mnie, kiedy byliśmy młodzi i jeszcze nie wiedzieliśmy, że pociąg, który nas łączy, nie był przyjaźnią, tylko czymś o wiele bardziej zawiłym, ale te słowa… Te słowa. Okej… To była chwila, w której poczułem to w biodrach, głęboko, ciężko, nisko, tam gdzie kończy się samokontrola. Nie wiedziała, jak to działało na człowieka takiego jak ja. A może wręcz przeciwnie - doskonale to rozumiała? Spojrzałem na nią tak, jakbym właśnie po raz pierwszy ją zobaczył, mimo że znałem każdy szczegół jej twarzy od lat, nawet pomimo rozłąki. Dziś to nie był Hogwart, nie była ławeczka przy murach, nie byliśmy dwiema głupimi agonistycznymi kometami, które nie wiedziały, że krążą wokół siebie. Nie byliśmy w Exmoor, ani poza nim, nie byliśmy nawet na Nokturnie, a przynajmniej nie myślami. Dziś byliśmy małżeństwem. - Doplawdy? - Mruknąłem. - To świetnie. Bo ja balso chcę zobaczyś, jak to wygląda, kiedy plóbujesz mnie zdyscyplinowaś. Do tej części mogę się pszychyliś. - To nie była kpina, to była zachęta. To było niebezpieczne, przyznawać się do takiej rzeczy, ale ona i tak wszystko czytała z mojej twarzy. Zamknąłem oczy na moment, bo dezynfekcja piekła, piekła porządnie, ale to nie ból wywołał drżenie mojego oddechu, tylko jej palce - precyzyjne, chłodne, sprawne, uzdrowicielskie, błyskawicznie wchodzące w rejestr „nie powinienem tak reagować, kiedy ona mnie leczy.” Wyprostowałem się minimalnie, ale nie cofnąłem, ani o krok. Patrzyłem na nią, jakby była czymś między uzdrowicielem, grzechem a cholernym spełnieniem. Zbliżyłem usta do jej ucha, nawet nie próbując ukryć tonu. - Było… Wybitnie stymulujące. - Pochyliłem głowę z półuśmiechem, tym najbardziej winowajczym. Uzdrowicielka, pewna siebie, spokojna, a mnie udało się sprawić, że drgnął jej oddech, już za to powinienem dostać nagrodę przed wyruszeniem w podróż. Odchyliłem głowę tylko trochę, żeby móc patrzeć na nią prosto. - Nic nie pójdzie nie tak. Los nie jest nam dzisiaj przeciwny. Chce, szebyś była ze mną w miejscu, w któlym… - Zatrzymałem się w pół zdania, uśmiechnąłem się lekko. - …w którym jeszcze nigdy z nikim nie chciałem być naprawdę. Nie musiałem kończyć wypowiedzi ona potrafiła czytać mnie aż za dobrze. Miałem poczucie, że to wszystko jest dokładnie tam, gdzie powinno. A potem rzuciła monetą. Savoy. Przez sekundę, tylko sekundę, wróciło dawne życie - złoto, marmury, kryształowe żyrandole, zapach cygar w barach, wieczory, których młody Aloysius nie powinien spędzać w taki sposób. Savoy znałem jak własną kieszeń. Miejsce, do którego kiedyś zabierano mnie w ramach tresury „jak ma wyglądać czystokrwisty dżentelmen”, gdzie uczono mnie, że romantyzm to odpowiednio dobrane kwiaty i równie odpowiednio skalkulowane małżeństwo. Ale po tej sekundzie wszystko, co tamto miejsce kiedyś znaczyło, wyparowało, bo teraz to był nasz Savoy wybrany rzutem monety, ale też świadomie - by spędzić wieczór tak, jak na to zasługiwaliśmy. Podniosłem wzrok na Prudence, na jej policzki w kolorze wina, na oczy, które w świetle lampy błyszczały brązem i złotem, i zanim w ogóle zdążyłem otworzyć usta, w środku już coś mi się kotłowało. To uczucie… To miękkie, spokojne, rozlewające się po mnie jak ciepło ognia, i od razu, w tym samym miejscu, to drugie - gęste, ciężkie, głębokie, to, które sprawiało, że głos robił mi się chrapliwy, że ciało napinało się od samej świadomości, że byliśmy metaforyczny o krok od hotelu, byliśmy małżeństwem - ona jest moja, a ja jestem jej, nie ma już żadnych „ale”. A potem, żeby nie pozwolić nam obojgu ugrzęznąć w zbyt wielkich słowach - które i tak wisiały w powietrzu jak zaklęcie - wplątałem jej dłoń w swoją zdrową rękę i przechyliłem głowę odrobinę w bok. Prue trzymała jeszcze tę monetę między palcami, jakby to ona była zwiastunem dalszej nocy, a nie fakt, że stała przede mną z policzkami zaróżowionymi i oczami, które właśnie zaczynały mówić rzeczy znacznie, znacznie poważniejsze. Savoy. Romantyczny. Jasne, że to powiedziałem - półżartem, półświadomie, wtedy, w bramie, ale teraz, kiedy wypowiedziała to ona… Coś we mnie zadrżało. Jakby los stuknął mnie w tył głowy i szepnął „przestań się wykręcać, Fenwick, masz dokładnie to, czego chciałeś od lat, tylko nawet nie wiedziałeś, jak to nazwać.” - Savoy nigdy nie był dla mnie tak lomantyczny, jak jest dzisiaj. - Pochyliłem się jeszcze bardziej - centymetr, tylko centymetr, ale taki, który mówił wszystko. - Będzie idealny. - Oczywiście, że byłem zadowolony. RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - Prudence Fenwick - 07.12.2025 Zniknęli ze swoich żyć na ponad dekadę. Nie mieli szansy zobaczyć tego, co to drugie przeżywało podczas tego czasu. Nie wątpiła, że każde z nich miałoby sporo do opowiedzenia. Nie bez powodu odnaleźli się teraz, i byli przy tym dość mocno poturbowani przez przeszłość. Może byłoby im łatwiej, gdyby wcześniej pozwoliliby się sobie do siebie zbliżyć, a może wtedy nie dostaliby szczęśliwego zakończenia? Nad tym można było gdybać, jednak czasu nie dało się cofnąć, najważniejsze było to, że trafili na siebie ponownie, i tym razem nie bali się sięgnąć po to, czego chcieli. Wyjaśnili sobie wiele, podzielili się swoimi obawami, oczekiwaniami i stali teraz tutaj przed sobą jako małżeństwo. Wystarczyła jedna bardzo ciężka rozmowa, aby dotarło do nich, że była to dla nich najlepsza z możliwości. Nie musieli już iść przez życie w samotności, mogli się uzupełniać, być całym swoim światem. To nie było nowe, wręcz przeciwnie, już dawno wiedziała, że tego by chciała, nie była nigdy bardziej szczęśliwa niż podczas tamtych zupełnie niewinnych lat w Hogwarcie, kiedy była jego przyjaciółką, kiedy skupiał na niej całą swoją uwagę, gdy po prostu był przy niej. Nie wiedziała wtedy jeszcze, co to oznacza, co miało im przynieść, była zbyt młoda, aby zdawać sobie z tego sprawę, a teraz była tu przed nim i rumieniła się niemalże tak samo jak wtedy, tylko brakowało jej już tej głupiej, dziecięcej niewinności. Kiedyś pewnie postanowi się z nim podzielić swoją przeszłością, nieco mu opowie o doświadczeniach, które ją ukształtowały, być może w między czasie złamały, ale dzięki temu stała tu teraz zupełnie świadoma, dzięki temu dorosła, wiedziała, że życie nie jest bajką, a potwory istnieją naprawdę i potrafią zniszczyć wiele, odbierać życia jakby zupełnie nic nie znaczyły, bez zastanowienia, tak po prostu. Nie chciała jednak teraz do tego wracać, to nie był odpowiedni moment, mieli na to przecież całe życie, na pewno kiedyś postanowi się tym z nim podzielić. To była tylko metafora, a i tak spowodowała u niej chwilową zmianę nastroju, dość szybko jednak wróciła, nie pozwoliła na to, aby coś między nimi dzisiaj stanęło, czy odebrało to z czym miała wiązać się ta noc. Jedyna taka noc w życiu, bo przecież tylko raz miała stać się jego żoną, nigdy więcej miało się to nie powtórzyć, zasługiwali więc na to, aby ten czas był wyjątkowy, jak nikt na to zasługiwali po tym, co przeszli, aby znaleźć się przed sobą w takiej formie. - Przecież wiem, że nigdy, ale zawsze mógłby być ten pierwszy raz. - Czy na pewno? No nie, nie wierzyła w to, że w jego przypadku było to możliwe, miał pewne metody działania... nigdy nie wybierał prostych ścieżek, nawet kiedy sugerowała mu, że może byłaby to nie najgorsza odmiana, ale Benjy lubił wyzwania. - Szczególnie, że teraz już tutaj jesteś. - Nadal próbowała go jakoś do tego przekonać, chociaż wiedziała, iż było to niemożliwe. Lubił sobie komplikować życie. - To prawda, nie wybrałabym Cię, gdybym chciała mieć potulnego męża, jakoś tak wyszło, że zakochałam się w niepokornym buntowniku. - Co z pozoru mogło nie pasować do Prudence, która przecież wydawała się być bardzo ułożona, grzeczna i taktowna, a jednak, a jednak to jego pokochała. Już dawno temu, lata temu to on zajmował specjalne miejsce w jej sercu, i nic nie mogła z tym zrobić, no, nie chciała z tym robić, bo tak było najlepiej. - Ty naprawdę jesteś w stanie wszystko sprowadzić do jednego. - Pokręciła jedynie głową, próbowała walczyć z tym uśmiechem, który mimowolnie pojawiał się jej na twarzy, ale nie była w stanie. Nie potrafiła nawet udawać, że to było nie na miejscu, bo było, wzięli ślub mieli prawo dążyć do jednego, a jej torba medyczna... tak mogła im się przydać, chociaż nie wątpiła, że i bez tego sobie poradzą. - Myślałam, że nie wiesz, że udaję. - Rozgryzł ją, pewnie już dawno temu, oczywiście, że to zrobił. Potrafił z niej czytać, jak nikt inny, nie była w stanie przed nim udawać, znaczy próbowała to robić, ale zdawał sobie z tego sprawę, będzie musiała zmienić repertuar, spróbować czegoś nowego, chociaż to pewnie też zakończy się porażką. Wpatrywał się w nią, jego spojrzenie przesuwało się po jej twarzy, samo to wystarczało, aby skóra zaczynała ją palić, wiedziała, że jej policzki zdradzają jej myśli, robiły się coraz bardziej zarumienione, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co jej właśnie robił, a musiała jakoś się trzymać, bo zaczęli od rozmowy o tym, że go uleczy, nie mogła zapominać o tym zadaniu. - Nie jest to dla mnie szczególnym zaskoczeniem. - Widziała to przecież, w jego oczach, nie dało się nie dostrzec tego, o czym myślał, do czego zmierzał, to było zbyt oczywiste, zresztą i ona powoli zaczynała patrzeć w tym samym kierunku, chociaż naprawdę starała się, aby jednak na szczycie listy priorytetów znajdowały się jej porady medyczne, to nie był na to odpowiedni moment, nie tym razem. - Skoro mam zgodę, to możesz być pewny, że niedługo zacznę swoje próby. - To miały być tylko próby, raczej nie spodziewała się, że te lekcje dyscypliny przyniosą jakieś skutki, bo Benjy, no był Benjy'm i nie do końca potrafiła go sobie wyobrazić reagującego na jej próby, jednak zamierzała spróbować to zrobić, szczególnie, że chodziło o przyzwyczajenie się do tego, jak miało wyglądać ich nowe, wspólne życie. Zachęcał ją do tego, więc może nie powinna od razu spisywać swoich prób na straty, drobnymi kroczkami być może uda się jej osiągnąć chociaż drobny sukces. Kto wie, może jednak będzie chętnie współpracował, powinna go za to odpowiednio wynagradzać, to może łatwiej pójdzie. - Jesteś jedyną osobą, która potrafi uznać coś takiego za stymulujące. - Nie walczyła już zupełnie ani z rumieńcem, ani z uśmiechem, czy z błyskiem w oku. Nie była tą typową uzdrowicielką z Munga, dla niego była czymś pomiędzy, zawsze miała być, bo przecież był dla niej wyjątkowy, kiedy się nad nią pochylił, cóż - trudno jej było się skupić na czymkolwiek, mogłaby się gubić w tym jego spojrzeniu ciągle. - Tak, wydaje się faktycznie cieszyć naszym szczęściem. - Widziała ten jego uśmiech, nie musiał dokańczać swojej myśli, spodziewała się, że ma podobne odczucia do niej. Już za chwilę miała zadecydować o tym, gdzie spędzą pierwszą noc jako małżeństwo, pierwszy raz kiedy naprawdę należeli do siebie i nic nie mogło już tego zmienić. W końcu wszystko było tak, jak powinno. W przeciwieństwie do swojego małżonka Prue nigdy nie pławiła się w luksusie, nie należała do elit, które spędzały wolny czas ucząc się tego, jak powinno wyglądać ich bogate życie. To miała być dla niej odmiana, coś wyjątkowego, to on miał wprowadzić ją do świata, który kiedyś był jego, a teraz zupełnie nie pasował do tego, kim się stał. Była w tym ironia, to prawda. Wiedziała jednak, że to będzie coś zupełnie innego, od tego, co pamiętał, nie był przygotowany na to, aby zakochać się w kimś, kto zupełnie do tego nie pasował, a jednak jakoś odnaleźli siebie w tych zupełnie różnych światach, teraz mieli stworzyć swój własny wspólny. To było na swój sposób niesamowite, że po tym, co im się przytrafiło dostali taką szansę, i ją wykorzystali. Złapał ją za dłoń, znowu czuła ciepło jego palców na swoich, byli gotowi, aby się stąd zbierać, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, zresztą myślami, każde z nich było już daleko od Nokturnu. Pochylił się jeszcze niżej, a jego słowa sprowokowały ją do jedynego właściwego komentarza, nie mogła się powstrzymać przed tym, aby go nie pocałować. Nigdy wcześniej się tak nie czuła, nikt poza nim nie potrafił wzbudzić w niej tych wszystkich emocji, naprawdę czuła się przy nim wyjątkowa. Złączyła więc ich usta w bardzo delikatnym, powolnym pocałunku. Odsunęła się po chwili dosłownie na krok, wiedziała bowiem, że nie mogli zostać tu dłużej. - Możemy już iść. - Mieli plan, wybrali miejsce, w którym mieli spędzić noc, dlaczego w ogóle się tutaj znaleźli. Zmrużyła na moment oczy, żeby sobie przypomnieć, przy nim tak łatwo było się zapominać. - Rzeczy, przyszliśmy po Twoje rzeczy. - Dodała w końcu, bo przecież faktycznie nie znaleźli się tutaj przypadkiem. Mogli je zabrać i stąd zniknąć, znaleźć się w miejscu, w którym zaczną swoją nową drogę, jako małżeństwo. |