![]() |
|
[09.10.1972] hi, big boy, wanna be friends? | Benjy, Heather - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [09.10.1972] hi, big boy, wanna be friends? | Benjy, Heather (/showthread.php?tid=5415) Strony:
1
2
|
RE: [09.10.1972] hi, big boy, wanna be friends? | Benjy, Heather - Heather Wood - 06.12.2025 Ruda była święcie przekonana o tym, że stojący w drzwiach mężczyzna był niebezpieczeństwem, naprawdę zakładała, że chce zrobić jej krzywdę. Miała prawo się tego spodziewać, bo przecież jej sumienie nie było do końca czyste, dosyć czynnie działała, by uprzykrzyć działania śmierciożerców, prędzej, czy później ktoś na pewno pojawi się przed jej drzwiami. Tyle, że chyba nie pukałby do nich i nie stał patrząc się na nią trochę jak na wariatkę. W swojej głowie jednak uważała własne zachowanie za zasadne, no typ nie wyglądała na szczególnie miłego, nie był pierwszym, lepszym przyjemniaczkiem. Miał coś takiego w sobie co sugerowało, że mogą pojawić się przez niego kłopoty, a ona niby lubiła kłopoty, ale nie chciała jeszcze umierać, więc postanowiła się nastroszyć - jakby to mogło coś zmienić, no, zmieniłoby, nie miałaby sobie nic do zarzucenia, bo wybrała walkę, a to było najważniejsze, w walce mogła umrzeć, proste. - To nie tylko chęci, to lata praktyki. - Wszystko razem, w końcu nie od dzisiaj była przeklęta, od dawna próbowała coś z tym robić, na tyle ile miała możliwość to chyba jej się udawało. Oczywiście, że nie miała sobie nic do zarzucenia, bo wkładała w to sporo pracy, chociaż było to okropnie nudne, a Ruda nie znosiła nudy, ale czego się nie robiło po to, żeby mieć nad tym gównem odrobinę kontroli... Ogólnie nie potrzebowała kontroli, kochała chaos, odnajdywała się w nim doskonale, tylko w przypadku tej klątwy tak to wyglądało, bo nie mogła pozwalać na to, aby ktoś na kim jej zależało oberwał rykoszetem, tylko to powodowało, że się tak bardzo tym przejmowała. Gdyby chodziło tylko o nią, to pewnie miałaby w to wyjebane. - Mam nawet z dziesięć minut dziennie, zresztą zaraz Ci to pokaże, bo przecież na Ciebie czekałam. - Prawdą było to, że u niej ciągle coś się działo, miała problem z tym, aby usiedzieć na dupie, nie znosiła bezczynności, chciała więcej i więcej, by faktycznie wiedzieć, że żyje, uwielbiała żyć, i skupiała się na tym, aby swoje życie przeżyć, jak najbardziej intensywnie, właściwie to się nie skupiała, po prostu płynęła, popełniała błędy, pakowała się w kłopoty, ale niczego nie żałowała, bo naprawdę czuła, że żyje. - Co Ty tak z tą Ameryką? północnoamerykański bober, legalne picie w Ameryce, masz jakiś fetysz, czy coś? - nie skomentowała porównania do bobra, chociaż nie wydawało jej się, aby jakiegoś przypominała. - Może ja przypominam wzrostem bobra, za to Ty trolla, nie wiem, co jest gorsze. - Odgryzła się, bo czemu by nie. Typ był wielki, wyglądał jakby za dzieciaka wpadł do jakiegoś kociołka z eliksirem przyspieszającym wzrost, był większy nawet od Erika, a on już wydawał jej się być bardzo duży, zdecydowanie był od niego szerszy, wyglądał jak niedźwiedź, nie mogła się pozbyć z głowy porównania do tego zwierzęcia. Oczywiście, że skoro nadarzyła się okazja, to zamierzała kwestionować jego pamięć, nie mogła nie wykorzystać momentu, bo sam chyba się nieco zawinął. No, jak można nie wiedzieć ile ma się lat? To były chyba podstawowe informacje, które każdy posiadał, jasne, że w pewnym wieku można było zacząć się gubić, bo lata mijały coraz szybciej, jedno za drugim, ale czy był, aż taki stary, aby stracić w tym rachubę? Trzydzieści siedem, czy trzy, to chyba jeszcze nie był, aż taki dziaderski wiek. Jej matka była od niego starsza pewnie z dwa, albo sześć lat, w zależności od tego, która liczba była prawdziwa. - O ciekawe, dlaczego masz coś innego w dokumentach, czyżbyś zrobił coś złego? a może przed czymś uciekał? - Nie mogła się powstrzymać przed zadaniem tego pytania, wiedziała, że nie powinna się interesować takimi rzeczami, szczególnie kiedy miała do czynienia z kimś obcym, bo mogła dostać kociej mordy, ale trudno, byłaby na pewno bardzo ładnym, rudym kiciusiem, który potrafiłby drapać pazurkami kiedy trzeba. - Wypatruj, wypatruj, w tym wieku może pojawić się z dnia na dzień, przynajmniej będziesz na to gotowy. - Albo zapomni o tym, że jej wypatrywał, kto właściwie wiedział, jak ona działała, Heath nie była szczególnie biegła w tych wszystkich starczych dolegliwościach. - Tak się tylko zgrywasz, nie znasz mnie jeszcze, spędzisz ze mną trochę czasu i zobaczysz, skończy się na tym, że będziesz o tym marzył, gwarantuję Ci to. - Ruda naprawdę wydawała się być przekonana o swojej zajebistości, trudno ją było przekonać o tym, że się myliła, cóż, jako jedynaczka naprawdę często słyszała, że jest wspaniała i niesamowita, i że osiągnie wiele - skończyła, jak skończyła, to było zupełnie inną sprawą, nadal uważała się za wyjątkową. Specjalnie używała tego słowa, chciała sprawdzić, jak długo wytrzyma, chyba zaczynał się irytować, bo przymknął oczy, Merlinie to było tylko głupie nazewnictwo, naprawdę, aż tak przywiązywał do tego wagę? Chyba wolałaby nie wiedzieć, co siedzi mu w głowie skoro od razu wyobrażał sobie jedno. Typy tak chyba miały? - Nie mam wpływu na to, jakie ktoś ma skojarzenia, nie jestem winna Twoich zbereźnych myśli. - Prosta sprawa, jego skojarzenia, jego wina - na pewno nie jej. - Muszę Cię zmartwić, przez jakieś pięć lat nie udało mi się wymyślić niczego, co lepiej opisywałoby mój stan, jeśli sądzisz, że nagle mnie oświeci, to ten... powodzenia w niedoczekaniu. - Próbowała, naprawdę starała się szukać, ale nic nie opisywało lepiej tego, co się z nią działo, no zalewała wszystko wokół, i tak - miała świadomość, jak to brzmiało, ale co niby mogła z tym zrobić, dużo prościej byłoby jakby jednak napierdalała piorunami, albo podpalała okolicę. Docenił jej pomysł związany z użyciem kafla, uśmiechnęła się wiec sama do siebie, bardzo z tego zadowolona, oczywiście musiał zauważyć dziurę w jej planie, no jasne, powątpiewał w to, że uda jej się podnieść kafla. - Znajdę kogoś kto rzuci nim za mnie, będę mieć pewność, że oderwie się od ziemi. - Problem - rozwiązanie, w ten sposób działała, miała odpowiedź na każdą wątpliwość. Później znaleźli się w salonie jej rodziców, co zabawne nie czuła się w jego towarzystwie zupełnie nieswojo, jakby się znali nie od dzisiaj, jakby naprawdę mogła mu zaufać. Nie miała pojęcia, skąd się jej to wzięło, bo próbowała go wcześniej palnąć miotłą, czy swoimi piąstkami, jednak jak zaczął z nią gadać, to wydawał się być całkiem spoko. Ruda lubiła ludzi, którzy byli konkretni i nie cedzili słów, tylko podejmowali potyczki. Nie był nudny, wydawał się jej być naprawdę interesującą i doświadczoną osobą, jego wygląd świadczył o tym, że swoje przeżył, dostrzegła blizny, czy siniaki na twarzy, no i ten głos, który zwrócił jej uwagę. - To jeszcze nie jest ten poziom emocji, żeby mnie zalało. - Odpowiedziała mu, uśmiechnęła się przy tym, bo chyba jednak, aż tak nie przeszkadzało mu to konkretne słowo, skoro sam go użył - jeszcze zacznie z niego korzystać częściej, niż by się spodziewał, była o tym przekonana, bo już zaczął to robić. - No, to byłaby ogromna strata, nie miałbyś szansy poznać takiej zajebistej osoby. - Dodała całkiem poważnie, jakby naprawdę w to wierzyła. Ta opowieść była niesamowita, i była pewnie to tylko jedna z wielu, które miał do opowiedzenia, wydawało jej się, że przeżył naprawdę sporo. - Serio? Co za zjeby, dobrze, że ja się znam i mogłam Ci to powiedzieć. - Och tak, jak nikt inny znała się na klątwołamaczach... i na ich profesji. To znaczy miała szansę poznać kilku przez swoją przypadłość, ale to byłoby na tyle. - No dobra, ale gdybyś nie robił głupot, to nie mógłbyś chyba sprawdzać tych swoich klątw? tak trzeba? czy nie trzeba? Nie znam się do końca. Może robi jeb, ale skoro później pijesz, to znaczy, że to chyba działa, no i żyjesz, więc to chyba też o Tobie dobrze świadczy. - Gdyby te głupoty były naprawdę głupie to pewnie gryzłby już piach od spodu, a siedział teraz w salonie jej rodziców. - Byłeś w Peru? Widziałeś Machu Picchu? Spotkałeś tam jakichś szamanów, czy coś? Ich magia pewnie różni się od tej naszej, kurde, dużo widziałeś, chętnie posłucham o tym, jak zgubiłeś się w czasie, to może być fajne, ale wróciłeś? Musiałeś wrócić skoro jesteś tu i teraz. - Dużo pytań... bardzo dużo pytań, na niektóre z nich nawet sama próbowała sobie odpowiedzieć, bo czemu by nie. - No, nie wątpię, że jak ktoś Cię zna, to może poczuć się przy Tobie bezpiecznie, wyglądasz jak ktoś, kto potrafiłby wpierdolić za to, że ktoś się krzywo spojrzał na kogoś na kim Ci zależy. - Bardzo łatwo jej się z nim rozmawiało i wiedziała, że jest może trochę zbyt bezpośrednia, ale jakoś nie zależało jej na tym, aby ukrywać swoje myśli, jeszcze bardziej niż normalnie, jakby nie obawiała się zupełnie tego, co sobie o niej pomyśli. - Osiągnięciami? To ogólnie widziałeś, największe jest takie, że zaczęłam nad tym panować, kiedyś w ogóle tego nie umiałam, to było mega chujowe, bo wystarczyło, że coś mnie wkurzyło, czy ucieszyło, i bum - wszystko mokre. Woda się ze mnie wylewa, tak po prostu, ze środka, jakbym miała w sobie jej w chuj. - Od tego chyba warto było zacząć. - Kiedyś zrobiłam powódź w sali do eliksirów, bo wkurwiłam się na to, że jakaś zjebana mikstura mi nie wyszła, nie wyjebali mnie ze szkoły, ale było blisko. Slughorn był okropnie rozczarowany, zwłaszcza, że należałam do tego jego śmiesznego klubu, chciał mnie dołączyć do swojej kolekcji i chyba trochę jednak wolał się mną nie chwalić. Zdarzyło mi się to też podczas meczy, wiesz, grałam kiedyś dla Harpii, a wiadomo, że tam jest dosyć nerwowo, wylewała się ze mnie złość dosłownie. Zaczęłam pracować nad sobą i tą magią, niby jest lepiej, ale czasem dalej nie potrafię tak do końca nad tym panować. - Było zdecydowanie lepiej, niż kilka lat temu, no ale jednak wolałaby po prostu pozbyć się tej klątwy. - Wiosną prowadziliśmy śledztwo, w lesie, w Little Hangleton, znaleźliśmy pełno trupów, pierwszy raz widziałam wtedy trupy, wiesz? Do tego było ich tam tak wiele, spanikowałam, przestraszyłam się i też wybuchłam, a jestem jebanym bumowcem, nie mogę sobie pozwalać na takie akcje, bo mnie wyjebią z roboty. - Czy powinna mu wspominać o szczegółach? Pewnie nie, to była sprawa ministerstwa, ale jakoś się tym nie przejmowała, nie miała oporu przed tym, aby dzielić się z nim wszystkim. - Cieszysz się za bardzo, wybuchasz, smucisz się, wybuchasz, no to jest męczące. A, że mam ostatnio sporo na głowie poza pracą, trochę działam dodatkowo, to wolałabym mieć pewność, że nie zrobię nikomu krzywdy, bo śmierciożercy mogą ich skrzywdzić, lepiej, żeby mieli pewność, że ktoś od nas im tego nie zrobi. - Nie mówiła być może o szczegółach, ale można było się domyślić tego, że działa w wiadomym kierunku, też nie powinna o tym wspominać, bo przecież go nie znała, ale tak łatwo było jej mu o tym wszystkim mówić. RE: [09.10.1972] hi, big boy, wanna be friends? | Benjy, Heather - Benjy Fenwick - 07.12.2025 Byłem w jej drzwiach zaledwie kilka minut, a już zdążyłem dojść do wniosku, że była absolutnie przekonana, iż to właśnie tego dnia przyszło jej walczyć na śmierć i życie - stała, fukała, rzucała się słowami, patrzyła na mnie z przekonaniem, że jeśli umrze, to przynajmniej zrobi to w walce. Merlinie, naprawdę wierzyła w tę swoją narrację. A ja byłem absolutnie przekonany, że mam dziś do czynienia z najbardziej bojowym stworzeniem o wzroście stu sześćdziesięciu centymetrów, jakie stanęło na mojej drodze od lat. Stała przede mną, spięta, ale gotowa, jej przekonanie, że chciałem ją zabić, było tak rozbrajająco pewne, że prawie się zamyśliłem nad tym, jak bardzo specyficznie musiała działać w życiu, żeby pierwszy domyślny scenariusz brzmiał „przyszedł mnie zajebać”, ale nic nie powiedziałem, nie od razu. Oczywiście, że uważała swoje zachowanie za zasadne. Ludzie, którzy pakują się w kłopoty - zawodowo albo z przekonania - zawsze tak mają. Z jej perspektywy to było logiczne - mogłem być mordercą, śmierciożercą, zbirem do wynajęcia, demonem w ludzkiej skórze, kimkolwiek. Z mojej… Wyglądała jak mały, rozjuszony ptak, który zdecydował się walczyć z samolotem. Czekałem, aż straci trochę tego bojowego zapału, bo wyglądała, jakby przy każdym oddechu mogła wystrzelić w moją twarz, co w kontekście używanego przez nią słownictwa było podwójnie niezręczne. Bywałem już wcześniej w paru domach ludzi, którzy reagowali na mnie jak na intruza - tylko, że oni przynajmniej mieli różdżki w dłoniach, a nie zaciśnięte piąstki wielkości połówek nektarynki. Ona wyglądała, jakby miała zaraz zrobić sprint w moją klatę, ja wyglądałem, jakbym mógł ją jednym palcem odsunąć z powrotem do mieszkania. Średnio zbalansowana potyczka. Kiedy jednak stwierdziła, że ma „lata praktyki” w opanowywaniu własnej przypadłości, musiałem przyznać jej w duchu rację - miała technikę, zero narzędzi, ale technikę - owszem, i naprawdę dużo samozaparcia, żeby utrzymać tę swoją klątwę pod kontrolą, zwłaszcza w momencie, w którym dosłownie tryskała emocjami na wszystkie strony. - Wiesz co? Jeśli naplawdę masz dziesięś minut dziennie, w któlych nic cię nie losplasza, to jesteś w lepszej folmie nisz większość ludzi, któszy płacą za zajęcia s „zasządzania sobą”. -Stwierdziłem, bo naprawdę ją sobie wyobraziłem - małe, rude tornado stojące nad kałużą własnej klątwy, które wrzeszczy na jakiegoś klątwołamacza, że „to jest postęp, nie patrz tak na mnie”. - Okej, po pielwsze, nie mam fetyszu Amelyki. - Przesunąłem dłonią po włosach teatralnie, jakbym szykował się do większej gadki. - Słuchaj, Amelyka mnie ukształtowała. - Powiedziałem, a potem sam parsknąłem, bo zabrzmiało to jak wyznanie weterana wojennego. - W sensie… Nie ukształtowała mnie w sensie ideologiczno-społecznym, balsiej mną szucała o skalpy i luiny. Mieszkałem tam cztelnaście lat. - Rzuciłem bez zastanowienia, chociaż wedle historii powinienem mówić, że prawie całe życie. Zorientowałem się pół sekundy po fakcie, że powiedziałem za dużo. - A bobla uszyłem, bo plóbuję ci tłumaczyś świat twoim językiem. Krótkie zwieszęta. Szybkie. Glyzące. Widzisz analogię. - Machnąłem ręką, wywracając oczami, bo oczywiście musiała dorzucić porównanie do trolla. Nie powinienem był dalej w tę rozmowę brnąć, ale przy niej… Brnąłem. - A to, co mam w dokumentach, to długa histolia, dwudziestoletnia, nie taka, któlą powtasza się obcym. - Oznajmiłem, mrużąc oczy. - Nie zlobiłem nic złego, no, nic sklajnie złego. Świat czasem lobi złe szeszy ludziom, któszy nie pasują do układu, czasem tszeba coś poplawiś. Albo wymazaś. W dokumentach. W papielach. W szyciolysie. - Czy właśnie jej to powiedziałem? Komuś, kogo znałem może dziesięć minut? Zdecydowanie. Czy powinienem był? Absolutnie nie. Ale kiedy spojrzałem na nią, na tę jej otwartą twarz, zero kalkulacji, zero filtrów… Nawet półprawdy nie potrafiłem sprzedać. To była prawda, której nikt nie powinien był usłyszeć po pięciu minutach znajomości, ale jej nie okłamałem. Nie mogłem, coś w niej sprawiało, że każda opcja kłamstwa wydawała mi się… Błędna. Nie powinienem tego mówić, nie jej, nie tak szybko, nie w ogóle. Kurwa mać. Tak czy siak, nawet ona powinna wiedzieć, że ludzie miewali różne powody, by zmieniać dokumenty, nie każdy z nich to było morderstwo. Niektórzy po prostu mieli rodzinę, od której woleli się trzymać z daleka. Albo życie, którego nie chcieli więcej mieć na plecach. A potem zaczęła - oczywiście - fantazjować o tym, że „będę marzył”, „będę tęsknił”, że ona jest taka zajebista, że nie sposób o niej zapomnieć. Tu znowu prychnąłem, kręcąc głową. Miała w sobie tę pewność, która była jednocześnie atutem i przekleństwem - jeśli mówiło się jej „nie jesteś taka zajebista”, ona słyszała „jestem zajebista, tylko muszę go do tego przekonać”. To było zabawne i strasznie znajome - aż za bardzo. Mogła być jednak naprawdę pewna siebie - to był fakt - błyszczała tą swoją zajebistością, ale niczego to w moim życiu nie zmieniało - zdecydowanie nie chciałem angażować się w wychowywanie takich, ani jakichkolwiek, latorośli. - Ja mam zbeleśne myśli? Ty jesteś chodzącym podtekstem. - Powiedziałem spokojnie. - Uszywasz słowa „zalanie” s enelgią mugolskiej telewizji po północy. - Przewróciłem oczami, ale bez irytacji - bardziej jak człowiek, który wie, że przegrał walkę samą obecnością przeciwnika, kiedy natomiast powiedziała, że przez pięć lat nie wymyśliła lepszego określenia, tylko odchrząknąłem. - Poza tym… Masz palę neulonów, któle mogłyby to ogalnąś. Mosze zlób buszę mózgów s kimś, kto ma mniej bespośledni słownik? - Powiedziałem, unosząc brew. A potem triumfalnie ogłosiła, że „znajdzie kogoś, kto rzuci kaflem za nią”, i nie mogłem się powstrzymać przed kolejnym komentarzem, bo ewidentnie miała kogoś, kto mógłby z nią współdziałać. Przepierdalanie odpowiedzialności jest podstawą efektywnego rozwiązywania problemów, prawda? - To dobsze. Delegowanie obowiązków to podstawa pszywództwa. Ktoś kiedyś powiedział, sze najwaszniejszą cechą lidera jest umieś znaleźć idiotę, któly zrobi coś cięszkiego za niego. - A tych w Londynie z pewnością nie brakowało, szczególnie że obiektywnie oceniając - Wood nie była maszkarą, na pewno umiała sobie okręcić jakiegoś debila wokół palca, albo kilku takich, któryś pewnie nawet spróbowałby walczyć o jej honor, gdyby mu tak zasugerowała. Zaraz potem weszliśmy do salonu, który wyglądał jak świątynia Quidditcha. Zdjęcia, trofea, nagrody, miotły - wszystko, czego ja nie miałem, mimo niegdysiejszych osiągów, bo moje życie nie było trofeum, tylko serią prób nieumierania. Uroczy kontrast. Usiadłem naprzeciwko niej. - Okej, czyli to nie jest poziom emocji, szeby cię zalało, zanotuję. - Kiwnąłem głową, ale bardziej na zasadzie „a to wszystko dlatego, że jeszcze nie próbuję cię wkurwić, więc chyba musimy odważniej.” W pewnym momencie przestałem śledzić sens tysiąca pytań następujących po tysiącu komentarzy, bo mój mózg zaplątał się na zdaniu o gryzieniu piachu i wrócił dopiero przy Machu Picchu. - Tak, byłem w Pelu. Tak, widziałem Machu Picchu. Tak, widziałem szamanów. I tak, większość s nich jest mniej mistyczna, nisz byś chciała, balsiej napieldolona i naćpana nisz duchowa. - Zrobiłem krótką pauzę, ale mówiłem dalej, bo najwyraźniej ja też miałem problem z filtrem. Oparłem się na krześle i przesunąłem dłonią po włosach, które i tak od razu wróciły na miejsce, czyli wszędzie. - A głupoty to część zawodu. - Wzruszyłem ramionami. - Głupota jest naszęsiem plasy, cieszę się, sze ktoś to wleszcie zlosumiał. Masz lunę, nie wiesz, co lobi, chociasz teoletycznie ją znasz. Moszesz studiowaś ją tygodniami albo moszesz zlobiś tak… - Palcem puknąłem w blat stołu. - I zobaczyś, czy jebnie. Jeśli jebnie, to masz odpowiedź. Jeśli nie jebnie, tesz masz odpowiedź. - To było wybitnie streszczone podejście do diagnostyki magicznych pułapek, ale działało, o ile wcześniej napisałeś testament. - Poza tym, gdybym nigdy nie lobił głupot, to nie wiedziałbym, jak lospoznaś klątwę, któla plóbuje cię zajebaś. Nazywa się to „metodą empilyczną”. Polega na tym, sze najpielw lobisz coś, czego nie powinieneś, a potem splawdzasz, czy nadal masz wszystko, co tszeba. Jeśli tak, notujesz „sukces”. Jeśli nie, notujesz „pszydatna infolmacja dla następnego klątwołamacza”. - Przyznałem z dumą. - Dokładnie tak tszeba w tym zawodzie. Zapisuje się w notesie „nie dotykaś ponownie”, a następnego dnia się znowu dotyka, bo mose jednak tym lasem pójdzie lepiej. To się s kolei nazywa „metoda itelacyjna”. Balso naukowa, tylko czasami, no, właśnie, wpadasz w pętle i tak dalej. - Uśmiechnąłem się, bo nie potrafiłem inaczej, to było moje credo - i ona, cholera, wydawała się to rozumieć. Potem zaczęła mówić o bezpieczeństwie przy mnie i, cóż, to też było całkiem śmieszne, nawet jeśli dosyć mroczne. - Tak, jeśli ktoś patszy kszywo na ludzi, na któlych mi zaleszy, to zwykle pszestaje patsześ po kilku sekundach. Natulalnie, jak ktoś zacznie glosiś moim, to potlafię byś balso, balso niepszyjemny. - Zerknąłem na nią spod rzęs, jakby to była najnormalniejsza uwaga świata. Nie robiłem z tego ideologii. To po prostu… Mechanizm ochronny. Nie musiała wiedzieć, że połowa tego odruchu pochodziła z bycia Rookwoodem, a druga z tego, że zostałem nim wbrew sobie. Słuchałem jej wyjaśnień o klątwie - o tym, jak się wkurwia i zalewa wszystko wokół, o tym, jak zrobiła powódź w sali eliksirów - to akurat mnie rozbawiło. - Slugholn pewnie plawie się udusił. On lubi ludzi, któszy wyglądają dobsze na zdjęciach klubowych, ale w gluncie szeszy są mdli. - Nawet nie próbowałem ukryć zainteresowania i rozbawienia, na mojej twarzy było widać każdy błysk myśli, bo co jak co, lubiłem drażnić szkolnego kolekcjonera talentów. Kiedy opowiadała o boiskach, meczach, o tym, jak wybuchała z nerwów - kiwałem głową, mogłem to sobie wyobrazić. A potem zaczęła mówić o trupach, o Little Hangleton, o tym, że się bała - i ja w sekundę przestałem być rozbawiony, to był ten rodzaj historii, który znałem aż za dobrze - miejsce, w którym strach potrafi przegryźć klatkę piersiową i wyjść przez gardło, jeśli go nie powstrzymasz. - Tlupy są tludne. Pielwsze tlupy zawsze są tludne. - Przetarłem dłonią twarz, czując, że mówiłem to tonem, którego nie używam przy klientach. - Jeśli twoja klątwa leaguje na emocje, to nic dziwnego, sze wywaliło. Pszelaszenie jest balsiej enelgetyczne nisz gniew. Wybuchy pod wpływem stlachu są najgolsze. - Powiedziałem cicho, ale nie miękko, ani nie współczująco, nie potrzebowała tego. - Bo nie masz wtedy szadnej kontroli. To nie złość, nie ekscytacja, nie adlenalina. To czysty instynkt pszetlwania. A magia zawsze odpowiada instynktowi najmocniej. A potem dorzuciła te słowa: „Trochę działam dodatkowo.” „Wolałabym mieć pewność, że nie zrobię nikomu krzywdy.” „Śmierciożercy mogą ich skrzywdzić.” I ja… Nie mogłem, kurwa, nie mogłem tego zignorować, mimo że powinienem, poruszając się wyłącznie w temacie tego, co mi mówiła o klątwie. Zamilkłem na chwilę, popatrzyłem na nią, a potem powiedziałem coś, czego sam po sobie się nie spodziewałem: - Jesteś chaosem, Wood, ale to chaos, któly da się ogalnąś, widziałem golsze. - Uśmiechnąłem się krzywo, jakbym rzucał banalną uwagę. Powinienem był tu skończyć, ale - oczywiście - nie mogłem. - Ale jeśli masz wlogów, któszy mogliby pszyjść w biały dzień pod twoje dszwi, to następnym lasem weś tę jebaną lószczkę do lęki, zanim otwoszysz. - Wyciągnąłem rękę i stuknąłem nią lekko w blat. - Bo jak mnie pomyliłaś s kimś niebespiecznym, to znaczy, sze naplawdę boisz się kogoś konkletnego, a jeśli włączasz w to lównanie śmielicioszelców… - Potrząsnąłem głową, dopiero potem zamknąłem usta. RE: [09.10.1972] hi, big boy, wanna be friends? | Benjy, Heather - Heather Wood - 07.12.2025 Ruda nie myślała jakoś szczególnie nad tym, dlaczego mężczyzna pojawił się w jej drzwiach. Gdyby wyjątkowo się nad tym zastanowiła to połączyłaby kropki. Widząc jednak kogoś takiej postury, o takiej aparycji, z takim wyrazem twarzy... dość szybko się najeżyła i próbowała walczyć o siebie, chociaż nawet nie było ku temu powodu. Proste, widziała wielkiego typa w swoich drzwiach to od razu zakładała, że znalazł się tu po to, aby jej wpierdolić, albo ją zajebać. No, miała nawet ku temu powód, aby sobie tak myśleć, chociaż w tym przypadku nie był do końca racjonalny, no bo kurwa mać sama zaprosiła do siebie klątwołamacza, a że wyglądał jak typ spod ciemnej gwiazdy, to było zupełnie inną sprawą. Mogła grzecznie zapytać co go tutaj sprowadza, a nie zakładać od razu najgorsze, no mogła, ale to nie było w jej stylu, po co pytać, skoro można z siebie zrobić bobra z wścieklizną? Zawsze znajdowała wytłumaczenie dla swoich irracjonalnych zachowań, łatwo było jej szukać powodów, gdzieś wokół. Nigdy nie widziała winy w sobie samej, nie, nie miała jeszcze w sobie ani odrobiny autorefleksji, pewnie nigdy nie miało się to zmienić, nie z tym charakterem. - Mówisz, że nie jest ze mną, aż tak źle? - Uniosła pytająco brew. Dziesięć minut w sumie mogło okazać się mogło całkiem sporą ilością czasu, z drugiej strony, czy na pewno? Nie tak trudno było wykrzesać je w ciągu jednego dnia, zawsze znajdowała chwilę na to, żeby pomyśleć, ale była to bardzo krótka chwila, jak widać w jego mniemaniu dziesięć minut to było sporo, chyba też zacznie tak na to patrzeć w ten sposób. Próbowała się nie roześmiać kiedy powiedział to swoje Ameryka mnie ukształtowała, zabrzmiał jakby miał jakieś sto lat i bardzo sporo przeżył i nic nie mogło go już zmienić. Naprawdę wydawał się być w tym cholernie poważny, próbowała zachować powagę, aby go nie wkurzyć, nie chciałaby go wkurzyć, bo wyglądał jak ktoś, kto kiedy się wkurzy przestaje nad sobą panować, a kto wie, co wtedy mógłby zrobić. - Czyli większość życia, kiedy byłeś duży, w sensie dorosły. - No, czternaście lat to był szmat czasu, może faktycznie więc było coś w tym, że to tamto miejsce go ukształtowało. Świadome i samodzielne życie spędził tam. Chciała się go zapytać dlaczego postanowił rozpocząć życie w tamtym miejscu, ale może nie powinna być aż tak wścibska, zostawi sobie to pytanie na jakiś inny moment. - Ja nie jestem krótka, jeszcze daleko mi do karła, ale tak, trochę widzę tę analogię, umiem gryźć. - Jak tylko się postarała to naprawdę bardzo celnie to robiła. Ruda nie należała do osób, które unikały konfliktów, raczej sama je powodowała, niczym te małe pieski, które najgłośniej szczekały, tyle, że u niej nie kończyło się to tylko na szczekaniu, potrafiła boleśnie upierdolić, co jej zdaniem pozwalało jej na to, żeby prowokować. Zmrużyła oczy, gdy wspomniał o fałszywych dokumentach, nieco też spoważniała. Przyznał się jej tak po prostu, że musiał to zrobić z jakiegoś konkretnego powodu, być może jej go nie podał, ale mogło to poruszyć jej wyobraźnię. Nie pasował do układu? Komuś nie podobało się to, co robił? Wiedziała, że niektóre rodziny były pojebane, nie musiała szukać daleko. W końcu jej Charlie musiał zmienić nazwisko, przyjąć nową tożsamość, bo nie podobało im się to jakim był człowiekiem. Nie pasował do obrazka, chcieli go wykończyć. Jego pojebany stary... - Ktoś bardzo mi bliski też coś takiego przeżył, musiał porzucić to, kim był i stać się kimś innym, bo jego rodzina nie do końca go tolerowała. - Nie do końca go tolerowała... to było naprawdę mało powiedziane. Nie znosiła jego starego, sama najchętniej pierdolnęłaby w niego zaklęciem niewybaczalnym i patrzyła jak zdycha, chociaż póki co tego nie zrobiła, bo nie chciała trafić przez tego zjeba do Azkabanu. Nie powinna chyba się tym dzielić, ale czuła, że musi to powiedzieć. Nie powiedziała wprost, że chodziło o Jules'a, nie powinien mieć jej tego za złe, na pewno nie będzie miał. Charlie spierdolił do Australii, bo chciał się przed nimi ukryć, zdążył już wrócić, obawiała się o jego bezpieczeństwo, bo wiedziała, że tacy jak on byli ogromną plamą na honorze ich rodzin, za to, co zrobił, za to, że był ich przyjacielem, nie traktował ich z wyższością, za swoją dziewczynę, za to najpewniej chcieli go zabić. To było okrutne. Tak, Heather zakładała, że jeśli ktoś mówił nie, to robił to tylko dlatego, ze nie zdążyła mu jeszcze pokazać wszystkich argumentów, które przemawiały za tym, że ma rację. Oczywiście, że nie zamierzała się poddawać, Benjy kiedyś miał zrozumieć, że chciałby mieć takiego cudownego dzieciaka jak ona, nie widziała nawet innej możliwości. - Ja? Ja jestem podtekstem? Niemożliwe. - Musiała zaprzeczyć, bo przecież jedyne, co miała w sobie z podtekstu to to słowo, którego używała do opisywania swoich umiejętności. - Nie wiem, co Ty oglądasz w tej mugolskiej telewizji i chyba nie chcę wiedzieć... - Pokręciła jeszcze głową z dezaprobatą. - Tja, warto mieć koło siebie kogoś, kto będzie w stanie dla Ciebie wskoczyć w ogień, gdy będzie taka potrzeba. - Zdawała sobie sprawę z tego, że dość istotne było to, aby otaczać się odpowiednimi ludźmi, nie zawsze ze wszystkim mogła poradzić sobie sama, wręcz przeciwnie - ostatnio utwierdzała się w tym, że żyła dzięki temu, że komuś na niej zależało. To było naprawdę dziwnym uczuciem, bo Heather raczej nie należała do osób, które się tak po prostu lubiło, ale jednak nawet ona potrafiła znaleźć kogoś, kto wiele by dla niej zrobił. Brenna ocaliła ją przed śmiercią, walczyła o nią jak lwica, co było niesamowite, nie byłaby jednak osobą, którą poprosiłaby o rzut kaflem w Benjy'ego, nie chciała zawracać jej głowy, musiałaby znaleźć kogoś innego, pewnie znalazłby się jakiś chętny. - Meh, czyli jak wszędzie, muszą się najebać, żeby znaleźć w sobie to coś, szkoda, ale dobrze, że to mówisz. - Przynajmniej nie będzie uważała, że ci pochodzący z dzikich terenów są bardziej wyjątkowi od nich, najwyraźniej wędzie wyglądało to podobnie. - Po co tracić tygodnie, jeśli możesz sprawdzić to od razu, co nie? - Zgadzała się z nim. Też wolała dotknąć i się poparzyć niż studiować ewentualne konsekwencje. Może w przypadku klątw te mogły być nieco większe, ale chyba nie były, aż tak wielkie bo tu przed nią siedział w jednym kawałku. - Zresztą moim zdaniem to nie jest głupota, to odwaga, wiesz, nie każdy byłby w stanie coś takiego zrobić, a Ty to po prostu robisz. - Wood bardzo łatwo przychodziło tłumaczenie niektórych rzeczy, w ty wypadku poczuła potrzebę nazwania jego zachowania nieco inaczej, bo chyba widziała w tym podobieństwo do tego, ja sama działała, a tego, co ona robiła nigdy nie nazwałaby głupotą. - Kurde, fajnie jest chyba być takim klątwołamaczem, co? No, jeśli udaje Ci się przeżyć te Twoje odważne momenty, na pewno dużo w życiu widziałeś, fajnie jest dużo widzieć, nie nudzisz się za bardzo, a nuda jest chujowa. Ja jestem krawężnikiem, nie jest źle, bo już nie każą nam wystawiać mandatów za źle zaparkowane miotły, odkąd zrobiło się gorąco, ale wypełnianie papierów po służbie? Ja pierdole, to jest dopiero tragedia. Ty musisz coś wypełniać? Pewnie nikt Ci nie każe. - W sumie może to był jakiś pomysł, co tam, że nie potrafiła czytać run, nie znała się na klątwach, mogłaby przynajmniej ominąć część z papierologią, a to było naprawdę wiele. - Cool, fajnie musi być Twoim ziomkiem. - Skoro tak o nich dbał, to nie musieli się martwić, że ktoś może zrobić im krzywdę, podejrzewała, że potrafił ustawić do pionu każdego, naprawdę robił na niej ogromne wrażenie, wpatrywała się w niego zafascynowana. - O, widzę, że mamy z nim podobne doświadczenie, tak - on lubi jak ktoś dobrze wygląda, gorzej jak okazuje się, że ktoś ma charakter i potrafi się odezwać, a przy okazji jest przeklęty? Słuchaj, nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo czerwony się wtedy zrobił, myślałam, że pęknie. - Uśmiechnęła się na samą myśl na to wspomnienie. Niczego jednak nie żałowała, nie znosiła zajęć z eliksirów. Później zaczęła mu opowiadać o swojej klątwie. Nie miała pojęcia, czy dobrze zaczęła, bo było tego wiele, nie do końca potrafiła też przekazywać wszystko w miarę ułożony sposób, więc mówiła o różnych rzeczach, prawie w tym samym momencie, co mogło to nieco komplikować, ale naprawdę się starała mu to jak najlepiej przybliżyć. - Porzygałam się wtedy, czaisz? Rzygnęłam, a później wybuchłam, to było dopiero przedstawienie. - Wolała nie wracać do tego momentu, ale musiała mu o nim wspomnieć, bo to było chyba dość istotne. - To nie tak, że się bałam, ja się nie boję niczego. - Powiedziała śmiertelnie poważnie, jakby naprawdę w to wierzyła, chyba tak było. - Po prostu widok tylu martwych ciał, to było nowe, zupełnie nowe. - Chyba nie była na to gotowa, nie w tamtym momencie, teraz pewnie wiedziałaby, jak się uspokoić. Mówiła dalej. Wspomniała o tym, że nie chciałaby zrobić krzywdy swoim najbliższym, bo przecież to też jej się zdarzyło, klątwa próbowała się odezwać, kiedy walczyła ramię w ramię, różdżka w różdżkę z Erikiem i Charliem podczas Beltane, gdyby wtedy wybuchła - mogłaby narobić więcej szkody niż pożytku, to ją martwiło. - Tacy jak ja mają wrogów, w takim świecie żyjemy, a że nie jestem do końca bierna na to wszystko to cóż, prędzej, czy później ktoś może pojawić się pod moimi drzwiami, to jest tylko kwestia czasu. - Tego też nie powinna mówić, powinna trzymać język za zębami, ale nie umiała. Czuła, że chce być z nim szczera, nie wiedzieć czemu. - Tak, Ci przebierańcy są na liście osób, którym mogę przeszkadzać, ale wiem, jak sobie z nimi radzić, już to robiłam i popatrz nadal żyję. - Dodała jeszcze, najwyraźniej nie bała się ich, aż tak jak powinna. - ale masz rację, nie powinnam zostawiać różdżki, to było głupie. - Widziała swój błąd, nie zamierzała go popełnić po raz kolejny. RE: [09.10.1972] hi, big boy, wanna be friends? | Benjy, Heather - Benjy Fenwick - 12.12.2025 Ostatnio bywały w moim życiu różne dni, naprawdę różne, ale dopiero Heather Wood w futrynie własnych drzwi, gotowa mnie ugryźć w kostkę z czystej determinacji, sprawiła, że pomyślałem „o, to będzie impreza.” Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem kogoś, kto tak szybko przeskakuje od „zamierzam ci wybić zęby” do „chodź, opowiedz mi o Peru”, to była najpłynniejsza ewolucja agresji, jaką widziałem w życiu, tym bardziej, że ruda miała w oczach tę iskrę, która oznaczała „nie znam cię, ale jak trzeba, to jadę z grubej rury.” Piękne, i głupie, ale głównie piękne. Wyglądała, jakby przy każdej okazji miała ochotę powiedzieć za dużo i nazbyt szczerze - i mówiła, cały czas, z prędkością, której nie miała nawet większość zaklęć ofensywnych. Była jak iskra w beczce prochu - drobna, niepozorna, ale wystarczyło jedno słowo, żeby coś zaczęło się palić. Gadała szybko, gadała dużo i gadała z przekonaniem, jakby świat - ten, którego teraz byłem przedstawicielem - potrzebował usłyszeć każdy szczegół z jej toku myślowego właśnie teraz, natychmiast, w tej sekundzie, bo inaczej będzie za późno i będzie to olbrzymia strata. Nie miałem pojęcia, jakim cudem taka ilość słów mieściła się w kimś, kto zajmował w pionie ledwo poniżej mojego obojczyka, ale, kurwa, paradoksalnie, to miało sens. - Jest dobsze. Na tle pszeciętnego obywatela Pokątnej, któly umie wygenelowaś maksymalnie tszy minuty myśli, zanim mózg mu się pszegszeje, jesteś absolutną alystoklacją skupienia. - Uniosłem brew. - Jeśli szeczywiście masz dziesięś minut dziennie, w któlych niczego nie loswalasz, nie topisz, nie zalewasz i nie szczekasz na ludzi… To jesteś w top pięciu plocent społeczeństwa. - Wzruszyłem ramionami, lekko rozbawiony - dziesięć minut, Merlinie, niby nic, a połowa moich starych brygad w Stanach wysadzała wszystko, bo nie potrafili wytrzymać dwóch minut koncentracji - tak więc mówiłem to z przekonaniem. Dziesięć minut to luksus, niektórzy ludzie myślą przez pięć sekund dziennie i radzą sobie całkiem nieźle, czasem zostają nawet ministrami, Heather była przed nimi w tabeli ligowej. Widziałem, że ją to satysfakcjonuje - ludzie lubili, kiedy mówiło się im, że w czymś są dobrzy. Ona wyglądała, jakby chciała, żeby jej to wyryć na medalu - słusznie, radzenie sobie z takimi klątwami, jak ta jej należało do całkiem sporych wyczynów. Potem była Ameryka - wiedziałem, że zabrzmiało to trochę, jakbym wrócił z wojny o niepodległość, ale ona starała się zachować powagę w sposób, który mógłbym opisać jako „z trudem trzymany ryk śmiechu”. - Zaleszy, jak definiujesz „duszy” i „dolosły”. - Parsknąłem. - Bo jeśli wzlostem, to od szesnastu lat nie losnę, a jeśli mentalnie, to cię zaskoczę, ale podobnie. - To był żart, pół-żart, ćwierć-żart przed czymś naprawdę poważnym, co wymsknęło mi się mimowolnie. Ona zmrużyła oczy, ja też, ale pod innym kątem. Jej odpowiedź była czymś, czego się nie spodziewałem, nagle to przestało być zabawne. Nie dlatego, że poruszyła jakiś mój wewnętrzny dramat - tylko dlatego, że w jej głosie było coś znajomego - coś, co usłyszeliby tam wszyscy, którzy kiedyś musieli spalić mosty, nawet jeśli nie chcieli. Ktoś jej bliski też musiał zmienić nazwisko, zwinąć się z kraju, ukryć. Mój mózg automatycznie wypowiedział dalszy ciąg, tylko w środku, bo inaczej życie zrobiłoby mi „łup”: „Tak, Ruda. Doskonale wiem, jak to jest, kiedy twoje nazwisko przestaje być ochroną, a zaczyna być wyrokiem. Wiem, jak to jest, kiedy musisz zniknąć, zanim ktoś cię znajdzie. I wiem, że najgorsi nie noszą masek. Najgorsi noszą twoje rysy twarzy. Powiedzmy, że moja rodzina miała pewne… Oczekiwania. Ja miałem inne. Zrobiliśmy głosowanie i przegrałem głosami 1 do reszty.” Zamiast tego przesunąłem dłonią po brodzie i powiedziałem tylko: - Tak bywa. - Mruknąłem. - Niektóle lodziny nie znoszą indywidualistów. Szczególnie tych, któszy mają własny mózg. - Czyli powiedziałem wszystko, nie mówiąc nic, idealnie. Rzuciłem jej krótkie spojrzenie - dość długie, żeby wiedziała, że słyszę, ale nie na tyle, żeby zaczęła mnie przepytywać. I temat zostawiłem, nie miałem zamiaru opowiadać jej o tym, jak dokładnie wyglądała moja „zmiana nazwiska”, ani dlaczego nikt nie może kojarzyć Aloysiusa Rookwoo— stop, nie tędy. Dobrze, że umiałem gryźć się w język, nawet wtedy, gdy mówienie o czymś, co zwykle trzymałem w sobie, teraz przychodziło mi aż nadto łatwo. Nie musiała wiedzieć, kim byłem kiedyś, wystarczyło, że wiedziałem to ja. Jak ktoś mówi ci „ktoś bliski też musiał porzucić własną tożsamość”, to robi się w głowie takie ciche klik. Nie bez powodu. Czasami to nie jest kwestia „zrobiłem coś złego”, tylko kwestia „urodziłem się w bardzo, kurwa, niewłaściwym miejscu” - są rodziny, które wrzeszczą na dzieci. Moja wrzeszczała, torturowała i oczekiwała, że dołączę do kółka zainteresowań, gdzie nosi się kaptury - burżuazyjne rody potrafią być gorsze niż sieć pułapek na inkaskich ruinach. Zmieniłem temat, zanim coś jeszcze bardziej osobistego zsunęłoby mi się z języka i palnąłbym je na głos. Oczywiście wróciła do „dziecka jak ja” - Merlinie, ta dziewczyna miała ego napędzane jakimś cholernym zaklęciem pompującym powietrze. Nie, nie zamierzałem marzyć o żadnym dziecku - moim, jej, czy kogokolwiek - nie było wątpliwości. Ja nie miałem instynktu rodzicielskiego, miałem instynkt ucieczki, kiedy widziałem wózek. Dzieci są cudowne, dopóki ktoś inny je wychowuje - to był mój oficjalny i nieodwołalny pogląd. Heather była kolejnym potwierdzeniem tego, że młodzi czarodzieje byli intensywni, zdecydowanie. Potem wywróciła oczami, jak typowa nastolata, kiedy wspomniałem o podtekstach, mugolskiej telewizji i jej ulubionym słowie, które brzmiało i wyglądało, jakby wywoływało u niej jakąś perwersyjną radość. - S całym szacunkiem… - Zacząłem powoli. - Jesteś tak znacznym podtekstem, sze jak będę miał klyzys egzystencjalny i zacznę loswaszaś losmnaszanie, to pomyślę o twojej definicji „zalania” i natychmiast mi pszejdzie. To mówi… Wiele. - Gdyby zamiast „zalewania” mówiła „hydromagicznej nadaktywności”, wszyscy byliby spokojniejsi. Zmachałem dłonią. - W mugolskiej telewizji nie ma niczego, czego nie widziałem na żywo, więc spokojnie. - Uniósłem brwi, wyginając usta w półuśmiechu, takim, który zawsze we mnie wracał, kiedy próbowałem nie powiedzieć całej prawdy zbyt dosłownie. Nawet nie miałem kiedy się zastanowić, bo co chwila zmieniałem tor myśli, żeby nadążyć za jej kolejnym pytaniem, teorią, obrażeniem mnie, pochwaleniem mnie, znowu obrażeniem i jakąś kompletnie z dupy metaforą. Jej logika była przy tym tak boleśnie zgodna z moją, że aż mnie to lekko zmartwiło. Nie powinna tak łatwo przyznawać racji gościowi, który zawodowo wkładał ręce w klątwy tak, jak inni wtykali je w gniazdka „bo ciekawość”, tym bardziej, że kiedy powiedziała „Po co tracić tygodnie, jeśli możesz sprawdzić to od razu?”, aż splotłem dłonie na stole, żeby nie klepnąć jej w ramię w podziękowaniu za to, że ktoś wreszcie rozumie fundamentalną zasadę mojego życia: jeśli coś może wybuchnąć, to lepiej wiedzieć od razu. - Tak, dokładnie. - Mruknąłem, kiwając głową z pełnym, profesjonalnym przekonaniem. - Tygodnie są dla bibliotekaszy i klonikaszy. Ja splawdzam szeszy szybciej nisz jakieś Ministelstwo zdąszy powiedzieś „to potencjalnie niebezpieczne”. - Podrapałem się po policzku i skinąłem głową z miną kogoś, kto widział w życiu bardzo wiele głupich pomysłów. Powiedziałem to bez patosu, jak mechanik, który tłumaczy, gdzie w silniku jest filtr paliwa. Oparłem się wygodniej, ramieniem zahaczając o oparcie krzesła. - I tak, to jest głupota. Plofesjonalna, wyszkolona i zazwyczaj dobsze opłacana głupota. Odwaga to ładne słowo, ale nie miejmy złudzeń - odwaga zaczyna się tam, gdzie kończy się zdlowy lozsądek. - Wzruszyłem ramionami. Uśmiechała się szeroko, zbyt szeroko, Wood chyba już tak miała - wyglądała, jakby każda rzecz ją nakręcała, nawet dla mnie było to imponujące. - Ale tak, fajnie byś klątwołamaczem, tylko takim na własną lękę. - Przyznałem. - Nie nudzisz się. Duszo widzisz. Duszo lysykujesz. Duszo pijesz po placy. A papielologia? - Po prostu parsknąłem. - Dlatego zwykle nie placuję tam, gdzie kaszą mi wypełniaś folmulasze. Ministelstwo by mnie wyjebało po tygodniu za „blak odpowiednich lapoltów”. - Prychnąłem, machając ręką. - Folmulasze E27, E12, Z12B, deklalacja szkód w stluktusze… Błagam cię. Nie po to człowiek lyzykuje szycie, szeby potem opisywaś to w tszynastu sekcjach dlobnym dlukiem. - Prawie wywróciłem oczami, tak bardzo nie chciałem mieć z tym związku - nic nie mówiąc o tym, że praca dla jednego pracodawcy nigdy mnie nie interesowała, nie lubiłem walczyć z samozwańczymi autorytetami, gdy natomiast o takie chodziło - wspomnienie o czerwonej twarzy Slughorna wywołało całkiem szeroki uśmiech na mojej twarzy. Tak - byłem sobie w stanie wyobrazić, jak bardzo musiał być sfrustrowany. - O tak, on balso nie lubił niespodzianek, któle nie dały się spszedaś jako „młodzieńczy potencjał”. - Przyznałem, mówiąc całkiem z doświadczenia, co było jeszcze zabawniejsze. A potem zaczęła opowiadać o klątwie, nie jednym wątkiem, wszystkimi jednocześnie, jej słowa płynęły jak strumień, któremu ktoś zapomniał postawić tamę - o szkole, o boisku, o pracy, o trupach, o tym, że wszystko było mokre, o ministerstwie, o panice, o pierdoleniu, o wszystkim naraz. O martwych ciałach i tym, jak rzygnęła, a potem eksplodowała. Nie miałem pojęcia, co według niej było ważniejsze - to, że rzygnęła, czy to, że zrobiła powódź, tak to formułowała, że ciężko było to stwierdzić, jakby oba te fakty były równoważne. W jednym oddechu opowiedziała mi trzy różne traumy, dwie zabawne anegdoty, cztery potencjalne zagrożenia życia i opis swojego układu hormonalnego. Oczywiście, że przesadzała z odwagą, miała to wypisane na twarzy, w każdym geście, każdym zdaniu, które z niej wylatywało jak z katapulty. Była jednym z tych ludzi, którzy najpierw rzucają się w bój, a potem pytają, co właściwie ich zaatakowało. Skąd ta pewność? Swój zawsze rozpozna swego - prawda? Kiedy wspomniała, że tacy jak ona mają wrogów, uniosłem kącik ust, a potem, niech to szlag, znowu się wysprzęgliłem. - Witaj w klubie. - Powiedziałem lekko. - Wiesz, sze jesteś na doblej dlodze, jak ktoś chce cię zabiś. To znaczy, sze coś lobisz dobsze. - Nie wiedziałem, po co to powiedziałem - chyba dlatego, że widziałem w niej trochę siebie sprzed lat. Przez sekundę chciałem dodać coś w stylu „moja rodzina ma specjalizację w byciu koszmarem społecznym”. Kolejna rzecz, którą niemal wyrzuciłem zbyt gładko, w głowie miałem tysiąc powodów, dla których tego nie mówiłem głośno, ale w ustach zabrzmiałoby to naturalnie, jak uwaga rzucana między dwoma ludźmi, którzy rozumieją bez całej opowieści. RE: [09.10.1972] hi, big boy, wanna be friends? | Benjy, Heather - Heather Wood - 15.12.2025 Ruda nie miała hamulców, czasem by się jej przydały, jednak póki co jakoś udawało jej się żyć z tym swoim nie do końca ułożonym charakterem. Nie widziała nic złego w tym, że najpierw próbowała go zaatakować, w sumie nawet chyba go za to przeprosiła? Przeprosiła? Może nie, zwaliła winę na wujka... ale tak już miała. Bardzo szybko zobaczyła, że ten praktycznie obcy mężczyzna przeżył dużo i ma wiele niesamowitych historii do opowiedzenia, nie był nudny, był zajebisty, a jak pojawiał się obok niej ktoś zajebisty to nie miała nawet drobnych oporów, aby wypytywać go o jego przygody. Była młoda, sama jeszcze nie przeżyła zbyt wiele, liczyła na to, że jak już będzie duża to też będzie mogła się podzielić podobnymi opowieściami, to byłoby zajebiste, a ona chciała być zajebista! - Woa, nikt nigdy jeszcze nie mówił, że jestem arystokracją, wiesz? W żadnym kontekście, to brzmi jak wielki komplement. - Wyprostowała się dumna, oczy jej błysnęły. Jasne, to nie było nic wielkiego, jakieś skupienie, czy coś, ale połechtało to jej i tak ogromne ego. - Wiesz, musiała się tego nauczyć przez pracę, kiedyś tak nie miałam, ale jak zaczęłam pracować jako magipolcjant, to trochę zmieniłam sposób działania. No i ta klątwa, ona też wymaga czasem wyciszenia, a to nie do końca jest łatwe, ale jakoś to ogarnęłam, wszystko ogarniam jak muszę. - Nie do końca zrobiła to celowo, zostało to na niej wymuszone, ale nauczyła się czekać, już nie biegła wszędzie, gdzie chciała, bo wiedziała, że może się to dla niej skończyć lipnie, a jednak miała zamiar jeszcze trochę pożyć, chociażby właśnie po to, aby kiedyś móc opowiadać historie ze swojego życia. - Czyli jak większość typów, zatrzymują się gdzieś na tym etapie, chociaż w sumie nie wszyscy, niektórzy dostają nagle kija w dupie, a może od zawsze go mają? W sumie to nie wiem. - Jak zawsze głośno myślała, nie przeszkadzało jej to, że siedzi przed nią zupełnie głośny człowiek, jakoś nie czuła potrzeby, aby trzymać język za zębami, przy nim nie miała najmniejszego problemu z tym, aby wyrzucać z siebie słowa, normalnie też nie miała, ale w jego towarzystwie było jeszcze gorzej niż zazwyczaj, nie miała pojęcia z czego to wynika, ale wcale, ale to wcale nie czuła, że to nie jest niewłaściwe. - Jules ma swój mózg, jest super, gdyby nie miał mózgu, to bym się z nim nie przyjaźniła, miał w dupie ich podejście do życia i nie bał się im postawić, wiesz? Wyjechał, ale nie wytrzymał i wrócił do nas. - Może nie powinna o nim opowiadać, ale naprawdę była dumna z Charliego i z tego, co udało mu się osiągnąć, bo żył, mimo tego, że to wcale nie było takie oczywiste, tacy jak on niestety nie mieli lekko, polowano na nich przez to, że nie chcieli podążać tą kiedyś wyznaczoną drogą. Nie ciągnęła tematu. Nie wydawało jej się, aby miała do tego prawo. Nie zamierzała go wypytywać, jak to u niego wyglądało, być może był jak Charlie, może miał ku temu zupełnie inny powód, na pewno musiał być duży skoro zupełnie odciął się od poprzednich personaliów. Skrzywiła się kiedy kolejne słowa padły z jego ust. Nadal chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jaka jest wspaniała, musiała mu to wybaczyć, spędził z nią ledwie kilkanaście minut, gdy zaczną pracować nad jej klątwą zmieni zdanie, zobaczy, że każdy chciałby mieć taką wspaniałą latorośl jak ona. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. - Jeśli zatrzymałeś się na mentalnej szesnastce to minie trochę czasu, zanim postanowisz się rozmnażać, gwarantuję Ci, że wtedy zmienisz zdanie, wiesz tylko, że nie zawsze masz wpływ na to, czy to wychodzi, czy nie. W sensie możesz nie chcieć, a i tak Ci się trafi, czy coś. - Ta rozmowa zmierzała w bardzo złą stronę, a wszystko przez to jej zalewanie wszystkiego, co znajdowało się w jej otoczeniu, mogła się zamknąć, ale tego nie zrobiła, z drugiej strony jeśli przez tyle lat udało mu się uniknąć posiadania potomstwa, to być może wiedział, jak to zrobić. Czy naprawdę powinna myśleć o tym, czy jej nowy klątwołamacz wie, jak nie dopuszczać do posiadania dzieci? Nie, zdecydowanie nie. - Książki są nudne, nienawidzę ich czytać, wolę wszystko sprawdzać poprzez działanie. - Najwyraźniej mieli co do tego bardzo podobną opinię, mało kto to rozumiał, dużo osób ceniło sobie teoretyczne przygotowanie do rozwiązania problemu, Heather jednak od zawsze wybierała praktykę, jej zdaniem to była dużo skuteczniejsza metoda. - Na co komu zdrowy rozsądek? - Zapytała jeszcze z ogromnym uśmiechem malującym się na jej twarzy. Kochała ryzyko, uwielbiała pakować się w kłopoty, wtedy czuła, że żyje. Ostrożność? Nie w tym życiu, może jak będzie stara i nieco straci refleks, póki co nie miała zamiaru zmieniać swojego sposobu działania. - Ha! Ja pracuje w ministerstwie już pół roku i jeszcze mnie nie wyjebali, podejrzewam, że to przez braki kadrowe, teraz mało kto chce trafiać do tego burdelu, wiesz, pożary, duperele, srele, nikt nie chce się z tym bujać. - Po tym jak funkcjonariusze oberwali w Beltane wcale im się nie dziwiła, ale ona dzięki temu nie mogła narzekać na nudę, bo działo się wiele, a ona znajdowała się w samym centrum tych wydarzeń, chociaż tak kiedy opowiadał o byciu klątwołamaczem, na własnych warunkach, bez wypełniania żadnych papierów, jeszcze dużo picia, kurde to brzmiało jak raj. Nie miała pojęcia dlaczego wcześniej nie wpadła na podobny pomysł. - Wiesz, ja wypełniam te papiery, bo chciałabym być aurorem, jak już będę duża, żeby łapać tych największych kutasów i wsadzać ich do pierdla. - Tak właściwie to nikomu nie mówiła o tym, że zamierzała podejść do szkolenia aurorskiego, zresztą musiała jeszcze trochę być krawężnikiem, żeby w ogóle móc złożyć papiery, ale kiedyś na pewno chciała to zrobić. Nie zamierzała spędzić całego życia jako BUMowiec, miała na to zbyt duży potencjał, a przynajmniej tak sobie powtarzała. - Cóż, jakoś musiał sobie z tym poradzić, nie dostał zawału, dalej żyje, więc nie było tak źle. - Zresztą nigdy do końca nie obchodziło jej to, żeby stać się jednym z pupilków profesora, nie potrzebowała do niczego jego aprobaty, była ponad to. Najważniejsze, że sama uważała siebie za wartościową osobę i robiła to nie tylko dlatego, że jej matka była sławna. Ruda miała dużo umiejętności, którymi lubiła się chwalić. Później z jej ust płynęły kolejne słowa, myśli, fakty, tak właściwie to opowiedziała mu sporo w krótkim czasie, nie wiedziała dlaczego, nieco też zaczęła mieszać wątki, może to było zbyt dużo, ale nie pojawił się żaden filtr, mówiła mu wszystko, co jej ślina na język przyniosła, tak po prostu, jakby siedziała przed kimś kogo zna od lat, nie widziała sensu, aby się przed czymkolwiek powstrzymywać, to było dziwne, ale też niesamowite na swój sposób. Chyba z nikim tak szybko nie złapała podobnej więzi, raczej bywała ostrożna, bo wiedziała, że są rzeczy o których nikt nie powinien wiedzieć, zaufała mu jednak tak po prostu. - O, to super, Ty też musisz więc robić coś dobrze, jak należymy do jednego klubu, tylko czekam, aż po mnie przyjdą wiesz? Wtedy im pokażę, że nie warto było tego robić, jeśli trzeba będzie to poślę ich wszystkich w diabły. - Najwyraźniej nie miała oporu przed tym, aby się z nim podzielić tym, że nie obawiała się reagować atakiem na atak, nie obawiała się walczyć o własne życie, nie widziała nic złego w tym, że mogłaby je komuś odebrać, cóż oko za oko, ząb za ząb, czy jakoś tak to szło, a że była zawzięta, to wiedziała, że wyszłaby z tego cało i ta druga strona byłaby przegrana, ta pewność siebie mogła kiedyś ją zgubić, jednak nie miała nic przeciwko temu, aby zginąć z różdżką w dłoni. [u]Ruda spojrzała na niego, zawiesiła spojrzenie na twarzy mężczyzny tylko na krótką chwilę, coś głupiego właśnie przeszło jej przez myśl, czytała kiedyś o porozumieniu dusz, o tym, że można w swoim życiu spotkać kogoś, kto jest kimś kto idealnie pasuje, rozumie, tak, że może dokańczać myśli drugiej strony. Może było to głupie, ale nigdy jeszcze nie udało jej się z nikim tak szybko znaleźć wspólnego języka. Nie bała się mówić, wręcz przeciwnie, wylewała z siebie informacje, które powinna zostawić dla siebie, ale to po prostu z niej płynęło, chciała, żeby wiedział, nie zamierzała nic przed nim ukrywać i nie widziała w tym niczego złego. Tak po prostu musiało być, chyba znalazła swoją anam carę, ciekawe, czy on też to poczuł, musiał poczuć bo to działało obustronnie. - Też to czujesz? - Zapytała w końcu, musiała to zrobić, nie chciała trzymać języka za zębami, wolała zresztą zweryfikować, czy jej się przypadkiem nie wydawało. Nie powiedziała co dokładnie czuje, jeśli czuł to samo co ona to na pewno będzie wiedział, co miała na myśli. Czas w towarzystwie nowopoznanego mężczyzny mijał wyjątkowo szybko, Ruda poczuła, że odnalazła coś, o czego istnieniu nie miała pojęcia, wierzyła w to, że to nie jest takie wyjątkowe wyłącznie dla niej, widziała, że klątwołamacz też nie traktował jej, jakby była kimś zupełnie obcym, coś między nimi kliknęło, gdy wymienili pierwsze słowa. Czuła, że to będzie dopiero początek ich znajomości, a coś w jej życiu właśnie się zmieniło. Koniec sesji
|