![]() |
|
[13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy (/showthread.php?tid=5795) Strony:
1
2
|
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Prudence Fenwick - 12.03.2026 Niby miała świadomość z czym wiązały się jego wyjścia do pracy, jednak tak naprawdę dotarło to do niej dopiero wtedy, kiedy widziała go umierającego na dywanie. Nie spodziewała się tego, że tak szybko przyjdzie im to zweryfikować, bo jasne zdawała sobie sprawę, że to, czym się zajmował nie było szczególnie bezpieczne, jednak ledwie kilka dni po ich ślubie niemalże umarł na jej rękach. To było bardzo drastycznym doświadczeniem. Wcale nie tak łatwo jakby się mogło wydawać przyszło jej przełączenie się z trybu żony na ten uzdrowiciela, wiedziała jednak, że nie do końca ma inne wyjście. Musiała działać, a nie płakać nad jego losem, szczególnie, że pewnie jako nieliczna z żon posiadała wszystkie umiejętności, które mogły pomóc jej przywrócić go do życia. Była to dość brutalna walka, zakończona połowicznym sukcesem, nie do końca bowiem była zadowolona z tego, w jaki sposób udało jej się postawić go na nogi. Reagowała zbyt chaotycznie, za wolno, i wiedziała, że musiała popracować nad tymi aspektami. Nie miała jednak pojęcia, czy uda jej się kiedyś zupełnie trzymać emocje na wodzy, to było trudne w takim przypadku, okropnie trudne. Cisza, która ogarnęła sypialnię nie była niewygodna. Byli zmęczeni, każde w inny sposób, ta noc była dla nich bardzo wyczerpująca, ale jakoś ją przetrwali, to na tym powinni się skupić. Nie mogła jednak powstrzymać się przed tym, aby jej myśli zaczęły zmierzać ku temu, aby stworzyć jakąś większą listę większości zagrożeń, które na niego czekały. Nie była głupia - wiedziała, że może mu się przytrafić dosłownie wszystko i raczej nie będzie się w stanie na to przygotować, jednak warto było zadbać o to, aby ich zaplecze medyczne było lepiej zaopatrzone. To było pierwszym, czym zamierzała się zająć, kiedy już nieco odpoczną, no - może drugim. Priorytetem było przekazanie mu tego, co myśli o ukrywaniu urazów. Na pewno będzie musiał wysłuchać swoje, nie mogła tego pominąć, czy mu odpuścić, bo mogło to ułatwić jej zadania w przyszłości. - Alfabetycznym, wolę jak wszystko jest uporządkowane alfabetycznie. - Literka po literce. Prudence właśnie w ten sposób przygotowywała swoje listy, wydawało jej się, że miała dzięki temu nad nimi większą kontrolę, chociaż mogło to być mylnym odczuciem. Robiła tak jednak od najmłodszych lat, i nie miała zamiaru tego zmieniać, całkiem miło by było gdyby się do tego zastosował. Póki co nie był jakoś szczególnie wylewny na temat swoich zalet, co tylko utwierdzało ją w tym, że jeszcze nie był do końca sobą. Sporo przeszedł, te urazy musiały dawać mu się we znaki, chociaż i tak radził sobie całkiem dobrze, nie marudził, nie narzekał, nie, żeby się tego po nim spodziewała, był przecież jedną z tych osób, które miały tendencje do udawania, że wszystko jest w porządku, kiedy każdy, nawet najdrobniejszy znak mówił coś innego. Prychnęła i pokręciła głową, gdy usłyszała jego kolejne słowa. Tak, jasne, oczywiście, że nigdy by jej nie okłamał, nie śmiałby... tak, na pewno, jak przystało na każdego, porządnego mężczyznę ślepo zakochanego w swojej żonie. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że znalazłby jakieś inne rozwiązanie, nie nazwałby tego kłamstwem, tylko przemilczeniem faktów, nie znała go przecież od dzisiaj. - Być może byś nie okłamał, jednak znalazłbyś sposób, aby pominąć prawdę, przemilczeć ją, czyż nie? - Nie musiał jej odpowiadać na to pytanie, bo doskonale wiedziała, jaka będzie odpowiedź, nawet jeśli miała nie zostać wypowiedziana w głos. Zbyt dobrze go znała, żeby się na to nabrać. - Tak, widzę, doceniam również. - Powątpiewała w to, czy był z nią szczery. Został praktycznie wypluty przez wilkołaka, jeśli to miało być jego czwórką... to naprawdę wolała nie myśleć o tym, co byłoby dziesiątką. Nie był to moment, w którym chciała się na tym skupiać. To, że wspomniał o tym w głos świadczyło jednak, że naprawdę jego ciało zostało mocno pokiereszowane, co zresztą przecież oceniła swoim fachowym okiem, i tak było to delikatnie powiedziane jak na to, że omalże nie znalazł się za zasłoną. Nie skrzywił się, kiedy do niego przylgnęła, chociaż mogłaby się założyć, że go to zabolało, zbyt wiele miejsc na jego ciele było potłuczonych, tak właściwie to zaczęła się zastanawiać jaka część powierzchni była zupełnie nienaruszona, dość szybko przestała się na tym skupiać, bo to nie było w tej chwili zbytnio istotne, wolała myśleć o tym, że jego ciało znowu zrobiło się ciepłe, że czuła klatkę piersiową podnoszącą się, kiedy oddychał, to wszystko świadczyło o tym, że żył, nigdzie się nie wybierał. Wcale nie było to takie oczywiste, jak mogło się wydawać. Naprawdę nie miała pewności, czy uda jej się go uratować. - Faktycznie zaczynasz dochodzić do siebie. - Mruknęła, gdy usłyszała jego komentarz. Znowu sięgał po żarty, które były typowym dla niego odruchem obronnym, gdy coś działo się nie tak jak powinno. - Obiecuję, że nie będę się ruszać, nie tym razem. - Komunikat był dla niej całkiem jasny, i wcale niepotrzebny, nie zamierzała sprawiać mu dyskomfortu, nie bez powodu też tak długo zwlekała z tym, aby znaleźć się tak blisko, naprawdę obawiała się tego, że mogłaby spowodować zupełnie niepotrzebny ból. Nigdy nie wytłumaczyła mu do końca dlaczego nie znosiła tych stworzeń, być może powinna po tej nocy poruszyć ten temat, to, że znalazł się w domu zaatakowany właśnie przez tę bestię przypominało jej to, co wydarzyło się w przeszłości, tyle, że w tym przypadku straty, które mogły się pojawić były jeszcze większe. Nie miała więc najmniejszego oporu przed tym, aby stwierdzić, że dobrze się stało, że dobrze, że udało im się go zabić. Niełatwo było jej się przyznać do tego, że się bała. Raczej nie opowiadała o swoich lękach, trzymała je gdzieś głęboko, wracała do nich w samotności. Obiecali sobie jednak szczerość, więc po nią sięgnęła, zresztą to było całkiem oczywiste, że się bała. Kto by się nie bał, gdyby znalazł się w podobnej sytuacji? Nie sądziła, że istniała taka osoba, to było całkiem naturalne, że pojawiał się lęk o to, czy najbliższa osoba przetrwa noc. Słuchała tego, co mówił i starała się zrozumieć to podejście, nie wiedziała jednak, czy może je w pełni zaakceptować. Nie było łatwo przyjąć jej braku odpowiedzialności, bo przecież tym się zajmowała, była uzdrowicielem, miała przede wszystkim leczyć, zawsze jej to powtarzano. - Wiem na co się pisałam. - Zaczęła mówić, całkiem spokojnie, poprawiła się przy tym odrobinę, tak, aby znaleźć się jeszcze bliżej niego. - Nie do końca jednak mogę się z Tobą zgodzić. - Zawsze musiało być jakieś ale, czyż nie? - Nie mogę udawać, że nie widzę, że coś się dzieje. - Trochę sobie tego nie potrafiła wyobrazić. - To całkiem naturalne, że podejmuję walkę, zwłaszcza, kiedy chodzi o kogoś kogo kocham. - Nie chodziło nawet o odpowiedzialność, chociaż może trochę? Jaki byłby z niej uzdrowiciel, gdyby nie była w stanie pomóc komuś na kim zależało jej najbardziej na świecie, no chujowy, bardzo chujowy, a ona należała do tych osób, które chciały być najlepsze w swojej dziedzinie. - Ty chodzisz w miejsca, gdzie rzeczy próbują Cię zabić, a ja walczę ze skutkami, które pojawiają się przez takie rzeczy, jesteśmy kompatybilni. - Dla niej to było całkiem proste i logiczne. Poczuła dłoń, która przesuwała się po jej plecach, uspokajał ją ten ruch, przymknęła na moment oczy, przez chwilę nie myślała o tym, jak blisko byli tego, żeby nigdy więcej nie móc być przy sobie w ten sposób. Powinna skupiać się na pozytywach, nie wracać do tego, co mogło pójść nie tak, w końcu udało im się to przetrwać, byli silni, mogli sobie poradzić ze wszystkim. Brakowało jej jednak nieco optymizmu. - Tego nie da się oddzielić. - Nie mogła się z nim zgodzić. Tak, była przede wszystkim jego żoną, jednak nie mogła ignorować tej bardziej oficjalnej części tego, kim była. Uzdrowicielem się było, nie bywało, nie mogła ignorować znaków, przechodzić obojętnie wobec jego uszkodzeń, nie potrafiłaby tego zrobić. Naturalne było dla niej reagowanie na podobne sytuacje. - Po prostu skorzystałam ze swojej wiedzy, nie ma sensu teraz o tym dyskutować. Pomogłam Ci, gdyby coś mi się stało, gdybym znalazła się w polu działania jakiejś klątwy też byś zareagował, nie mów mi, że nie. To całkiem normalne. - Musiała znaleźć jakieś odniesienie do tego, czym on się zajmował. Nie wydawało jej się, aby również tak po prostu pozwolił roli męża grać główne skrzypce, ba, była niemalże pewna, że stałoby się zupełnie inaczej. - Nie myślę o sobie w ten sposób, bardziej widzę to jako część pakietu, który najwyraźniej wiąże się z byciem Twoją żoną, na szczęście mam w tym dosyć sporo doświadczenia i to nie jest nic wielkiego. Byłoby gorzej, gdybym nie miała potrzebnej wiedzy, tak to przynajmniej wiem, że w większości przypadków jestem w stanie sobie poradzić sama. - Być może było to trochę zuchwałe, jednak Prudence była świadoma tego, że posiadała ogromną wiedzę, która mogła pomóc jej poradzić sobie z większością urazów. Mógł mówić o tym, że nie była jego zapleczem medycznym, jednak czy tego chciał, czy nie, poczuwała się odpowiedzialna za to, aby zajmować się nim, kiedy tego potrzebował, to nie było dla niej ciężarem, raczej naturalną koleją rzeczy. To ona czekała na jego powrót, była pierwszym ogniwem. - Nie, wyszłam za Ciebie bo Cię kocham, a moja miłość wiążę się z dbaniem o Twoje zdrowie. - Czy mu się to podobało, czy nie, nie zamierzała ukrywać, że tak to wygląda z jej strony. - Nie wiem, czy to kolejna zaleta, którą powinieneś dopisać do listy, raczej niekoniecznie. - Potrafił z niej czytać, niczym z otwartej księgi. Zawsze tak było. Nie była w stanie ukryć przed nim tego, jak się czuła. Próbowała być dzielna i odważna, ale powoli przestawała mieć kontrolę nad tym, jak zachowywało się jej ciało, zdradzało ją, te każde drobne drżenie świadczyło o tym, że nie do końca sobie radziła z tym, co się wydarzyło. W teorii nie było najgorzej, osiągnęli nawet sukces - przetrwał noc, miał przed sobą całe życie, w praktyce Prudence musiała poradzić sobie z chaosem, co samo w sobie było dla niej bardzo traumatycznym przeżyciem. Lubiła być przygotowana na każdą ewentualność, a tej nie przewidziała, nie do końca była z tego powodu zadowolona. Czuła, że była bliska tego, żeby go zawieść, nie podołać, a nie wybaczyłaby sobie tego. Nie była sobie w stanie poradzić z konsekwencjami, które mogły się pojawić. Niby nie powinno to ją martwić, bo nie było to ich problemem, a jednak trudno było jej odsunąć od siebie podobne myśli. Miała tendencje do analizowania minionych wydarzeń, odtwarzała w głowie każdy krok, skupiała się na tym, co mogłaby zrobić lepiej, czy tego chciała, czy nie - taki był już jej urok. Poczuła mięśnie, które napięły się pod jej dotykiem. Spowodowało to, że starała się, aby jej dotyk był jeszcze bardziej delikatny, tak właściwie to ledwie muskała go opuszkami swoich palców. Bardzo powoli zataczała drobne kręgi na jego klatce piersiowej, przede wszystkim nie chciała zrobić mu krzywdy, była okropnie ostrożna, żeby nie dokładać mu kolejnych niedogodności. - Na szczęście daleko mi do arystokratki, zresztą nie wydaje mi się, aby ta rada dotyczyła sytuacji w której się znaleźliśmy. - Niby wiedziała do czego zmierza, ale nie umiała tak po prostu przymknąć oczu, odpłynąć chociaż na chwilę, przestawiła się na zupełnie inny tryb i pewnie szybko z niego nie wyjdzie. Musiała mieć pewność, że wszystko będzie z nim w porządku, wiedziała, że to mogło być zdradliwe. Nie mogła mieć do końca pewności, że już jest po wszystkim, bo oberwał naprawdę mocno. Niby nie było już tak źle, jednak to mogło się zmienić w kilka sekund, czy minut. Wiedziała, że zrobiła co potrafiła, aby jakoś postawić go na nogi, ale i ona mogła popełnić błąd, była tylko człowiekiem. Musiała więc czuwać, przymknęła jednak oczy, nie obawiała się tego, czy może sobie na to pozwolić. Uspokoiła też oddech, jego dotyk bardzo skutecznie sobie z tym poradził, jej ciało całkiem naturalnie wróciło do swojego rytmu, mimo zmęczenia. - Przecież odpoczywam. - Dodała jeszcze, bo próbował jej sugerować, że tak nie było. Potrzebowała snu, ale ten nadejdzie później, póki co to musiało jej wystarczyć, zresztą wcale nie było tak źle. Miała wrażenie, że tkwili gdzieś między snem, a jawą, rzeczywistością, a iluzją. W tej chwili wydawało jej się, że sypialnia była całym światem, zupełnie ignorowała to, co działo się na zewnątrz, czy innych częściach domu. Istotne było tylko i wyłącznie to, co działo się w tym pokoju. RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - Benjy Fenwick - 18.03.2026 Na zewnątrz światło poranka powoli zaczynało przebijać się przez gęstą, mleczną mgłę, która otulała świat niczym całun, tłumiąc dźwięki budzącego się życia, w sypialni jednak wciąż panował gęsty półmrok, przesycony zapachem żelaza, ziół leczniczych, starego drewna i kurzu, który osiadał na grubych, aksamitnych zasłonach pozostawionych przez Ellie. Londyn - a przynajmniej ta jego część, którą widzieliśmy przez okno - wydawał się odcięty od reszty rzeczywistości, to był ten szczególny rodzaj cienia, który sprawiał, że wszystko wokół wydawało się trochę nierzeczywiste, zawieszone w próżni pomiędzy męczącym, rwanym snem a bolesną, pulsującą w skroniach rzeczywistością. Leżałem nieruchomo, niemal wstrzymując oddech, mając wrażenie, że jakikolwiek gwałtowniejszy ruch, choćby najlżejsze drgnienie palca, mogło zburzyć tę kruchą konstrukcję spokoju, którą udało nam się wznieść na dymiących zgliszczach minionej nocy. Czułem pod dłonią, jak jej ciało powoli uspokajało się przy moim, chociaż wiedziałem - z tą irytującą, przyjacielsko-rywalsko-małżeńską pewnością - że to tylko pozór, wyćwiczona przez lata maska opanowania. Prudence potrafiła wyglądać spokojnie nawet wtedy, kiedy w jej głowie pracowało sto różnych myśli naraz, każda głośniejsza i bardziej natrętna od poprzedniej, znałem ten stan aż za dobrze, widziałem go u niej jeszcze w Hogwarcie, kiedy siedziała nad zakurzonymi księgami w bibliotece, otoczona aurą niemal nieludzkiego skupienia. Wyglądała wtedy na absolutnie opanowaną, podczas gdy w rzeczywistości jej umysł analizował jednocześnie dziesięć możliwych scenariuszy, pięć błędów popełnionych podczas sześciu poprzednich sytuacji i trzy rzeczy, które można było zrobić lepiej, by uniknąć ich następnym razem. Teraz było podobnie, chociaż jej oddech powoli się wyrównywał, a ciało przylgnęło do mojego, jakby instynktownie szukało ciepła i stabilności, których brakowało nam obojgu w szarym świetle świtu, jednak pod moimi palcami, gdzieś na wysokości łopatki, wciąż czułem napięcie mięśni - to ledwo wyczuwalne drżenie, jakby coś w niej nadal nie chciało, a może nie potrafiło pozwolić sobie na pełne rozluźnienie. Nie byłem tym zaskoczony, ta noc była zbyt długa, zbyt bliska czegoś ostatecznego i nieodwołalnego, żeby można ją było tak po prostu zamknąć jednym głębszym oddechem i udawać, że świat znów jest na swoim miejscu. Słuchałem jej uważnie, naprawdę uważnie, bez tej mojej zwyczajowej, często gubiącej mnie skłonności do przerywania, żartowania w najmniej odpowiednich momentach albo skracania czyjejś wypowiedzi do wygodniejszej, mniej odsłaniającej mnie formy - nie wciąłem się ani razu, chociaż w kilku momentach czułem, jak w mojej głowie pojawia się gotowa odpowiedź, cięte zdanie, które mógłbym wcisnąć między słowa mojej żony, żeby coś doprecyzować lub, co bardziej prawdopodobne, odwrócić uwagę od poczucia winy, tego przepełniającego zarówno Pruey, jak i gnieżdżącego się w mojej własnej, obolałej piersi - to był jednak jeden z tych nielicznych momentów, kiedy nie chodziło o to, żeby mieć ostatnie słowo. Chodziło raczej o to, żeby pozwolić jej wypowiedzieć wszystko do końca, wyrzucić z siebie ten ciężar, zanim spróbuję rozplątać ten węzeł po swojemu. Nie przeszkadzało mi nawet jakoś specjalnie to, że się ze mną nie zgadzała, wręcz przeciwnie, gdyby nagle zaczęła potakiwać wszystkiemu, co mówiłem, byłoby to znacznie bardziej niepokojące niż jej najgorszy upór. Zawsze zresztą była najbardziej uparta wtedy, kiedy chodziło o rzeczy, które uważała za fundament swojej tożsamości - leczenie było jedną z nich - to była jedna z tych rzeczy, które w niej podziwiałem i jednocześnie jedna z tych, które czasami doprowadzały mnie do szewskiej pasji, gdy próbowała uleczyć cały świat, zapominając o sobie. - Och, w to akulat nie wątpię. - Mruknąłem w końcu cicho, mój głos był niski i zachrypnięty, ale pojawiło się w nim coś znajomego, coś z tamtego chłopaka sprzed lat, który potrafił godzinami kłócić się z nią o najbardziej absurdalne rzeczy tylko dlatego, że żadne z nas nie chciało ustąpić ani o cal. Oddychałem spokojnie jeszcze przez chwilę, walcząc z tępym bólem w boku, zanim uniosłem minimalnie brew w geście, który był tak bardzo mój, że stał się niemal odruchem bezwarunkowym. - Ploblem polega tylko na tym, sze zawsze intelpletujesz „pisanie się na coś” jako automatyczne pszejęcie połowy odpowiedzialności za wszystko, co się wydaszy. Za kaszdą lanę, za kaszdą klątwę, za kaszdy mój błąd, któlego nie zdąszyłaś naplawiś. - Przesunąłem lekko głowę, patrząc gdzieś ponad jej ramieniem w matową szarość poranka, wdzierającą się przez szpary w zasłonach, która powoli wgryzała się w mrok pokoju. - A to nie działa w ten sposób. - W moim głosie nie pojawiła się ostrość, nie było w nim też protekcjonalnego tonu, którego tak nienawidziła, była w nim raczej ta uparta, niemal dziecięca pewność, która pojawiała się u mnie zawsze wtedy, kiedy naprawdę, całą duszą, wierzyłem w to, co mówię. To zdanie zabrzmiało jednak bardziej surowo, niż planowałem, bo chociaż nie było w nim złości, to prawda, było w nim coś znacznie twardszego - ten sam rodzaj uporu, który odzywał się we mnie zawsze wtedy, kiedy ktoś próbował mi wmówić, że coś jest „logiczne”, więc powinienem to po prostu zaakceptować bez pytania. Nigdy nie byłem szczególnie dobry w przyjmowaniu rzeczy tylko dlatego, że ktoś uznał je za rozsądne - nawet jeśli przy Pruey zdarzało mi się ustępować i bardziej niż przy kimkolwiek innym polegać na jej osądzie - życie rzadko bywało rozsądne, a ostatnia noc była tego najlepszym dowodem. „Kompatybilni”, to słowo było stare, starsze niż połowa rzeczy, które wydarzyły się w naszym dorosłym życiu, załem je od lat, jeszcze z czasów, kiedy siedzieliśmy obok siebie w twardych, dębowych ławkach i kłóciliśmy się o rzeczy, które w tamtym wieku wydawały się absolutnie fundamentalne dla istnienia wszechświata. Zawsze miało między nami szczególne, niemal sakralne miejsce, pojawiało się w żartach rzucanych przy śniadaniu, w gorzkich kłótniach kończonych trzaskaniem drzwiami, w momentach, kiedy rozpaczliwie próbowaliśmy sobie udowodnić, że dwa zupełnie różne światy mogą albo nie mogą jakoś funkcjonować obok siebie. Bywało, że znaczyło dokładnie odwrotnie, niż ktoś mógłby pomyśleć - całkowicie przeciwnie niż w słowniku - oznaczało, iż jesteśmy tak samo niereformowalnie uparci i tak samo skłonni do robienia rzeczy po swojemu, że świat wokół nas powinien się modlić, żebyśmy akurat mieli wspólny cel. Czasem było wygodne, niczym wysłużona para traperów, a czasem cholernie uciążliwe, jak kamień w bucie, którego nie dało się usunąć - teraz było jednym i drugim jednocześnie. Nawet teraz, gdy już byliśmy ze sobą związani przysięgą, ani przez chwilę nie wątpiłem, iż „kompatybilni” w dalszym ciągu miało oznaczać absolutnie wszystko - od idealnego dopasowania duszy i ciała po katastrofalną kolizję charakterów, po której zostawały tylko dymiące szczątki. - „Kompatybilni”, co? - Mruknąłem w końcu, a w moim głosie pojawiło się coś pomiędzy zmęczonym rozbawieniem a lekkim niedowierzaniem. - Widzisz, lósznica między nami polega na tym, sze ty musisz wiedzieś, dlaczego coś działa. Ja zazwyczaj kończę analizę na etapie „szyję”. - Przypomniałem jej, chociaż z pewnością nie miało to zmienić nic w naszej sytuacji - teraz Prue znów próbowała użyć tego powiązania między nami, jak tarczy, jak ostatecznego argumentu w dyskusji, której nie dało się wygrać. W mojej głowie pojawiło się kilka odpowiedzi naraz, kilka różnych dróg, którymi ta rozmowa mogła pójść, ale żadna z nich nie była tą łatwą, bezpieczną ścieżką, na której można było po prostu skinąć głową i przyznać jej rację. Westchnąłem cicho, chociaż ten ruch natychmiast przypomniał moim żebrom, że nadal nie były szczególnie zainteresowane głębokim oddychaniem ani właściwie jakimkolwiek ruchem - ból pojawił się na moment, tępy i głęboki, lecz już nie tak paraliżujący jak wcześniej, gdy krew wsiąkała mi w koszulę, nie znajdując niczego, co mogłoby zatamować jej utratę. Kiedy Sunny wróciła do tematu klątw, do tej swojej precyzyjnej konstrukcji polegającej na przypominaniu mi o tym, że to ja poluję na rzeczy próbujące mnie zabić, a ona jedynie „naprawia szkody”, coś we mnie znowu się napięło - nie fizycznie, lecz głębiej - tam, gdzie trzymałem najbardziej osobiste lęki. - Och, na Melina. - Wyrwało mi się plawie odruchowo, razem z cichym, zirytowanym burknięciem, które stłumiłem w brzegu poduszki, wciskając w nią nos i policzek. - To nie jest fail algument i dobsze o tym wiesz. - Poruszyłem minimalnie głową, wracając do poprzedniej pozycji i natychmiast czując ostry protest w skroniach, jakby ktoś wbijał mi tam małe, srebrne igły. Niezależnie od tego, jakie role mielibyśmy akurat przypisane w tej chwili przez los czy konwenanse, wiedziałem jedno - nie stałbym z boku i nie patrzyłbym, jak coś lub ktoś próbuje ją zabić, nawet jeśli sam bym ryzykował, to nie podlegało negocjacjom - ona również to wiedziała, teraz bezczelnie to wykorzystując, w końcu nie tak dawno, podczas pożarów miasta, udowodniliśmy sobie, że nawet mając się za nieznajomych, byliśmy wobec siebie wyjątkowo protektywni. Kolejne słowa o „pakiecie” sprawiły jednak, że jeszcze bardziej zmarszczyłem brwi, prawie wywracając oczami - teoretycznie w dalszym ciągu nie było w tym jawnej dezaprobaty, lecz nawet nie myślałem o tym, by ukrywać przed nią coś w rodzaju uporczywego, wewnętrznego sprzeciwu wobec tej dziwnej logiki, którą próbowała do nas zastosować. - Nie lubię tego słowa. - Powiedziałem w końcu z wymuszonym rozsądkiem, nie poruszyłem się ponownie, ponieważ ból w boku przypominał o sobie cichym, rytmicznym pulsowaniem. Ignorowałem go, były teraz ważniejsze rzeczy niż kilka poszarpanych mięśni i świeżo zszyte rany. - „Pakiet”. Nie jesteś dodatkiem do mojej placy, Pludence. - Nie pamiętałem, kiedy ostatnio użyłem pełnego imienia żony w ten sposób. - Nie jesteś czymś, co doblałem do zestawu, by lepiej ladziś sobie s niebezpieczeństwem. - Chciałem, żeby to było tak jasne jak to, co ona usiłowała mi przekazać - kochałem ją nie przez to, co mogła czy umiała, lecz przez to, kim była - szanowałem to, że posiadała wiedzę, z której mogła korzystać w sytuacjach awaryjnych, gdy tego wymagały, ale nie chciałem robić z tego nowej rzeczywistości, jednej z charakterystycznych cech naszego małżeństwa. Oddychałem powoli, pozwalając, żeby jej słowa ułożyły się w mojej głowie w jakiś sensowny wzór - Pruey potrafiła przyjmować argumenty, analizować je z chłodną głową i rozkładać na czynniki pierwsze, ale kiedy już dochodziła do własnych wniosków, stała przy nich z uporem, który był niemal równie legendarny jak moja skłonność do pakowania się w kłopoty, w które nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby wchodzić. W tym momencie robiła dokładnie to samo - budowała mur z logiki, by oddzielić się od emocji, ja natomiast przez chwilę milczałem, czując, jak jej palce zataczają kolejne drobne, kojące kręgi na mojej klatce piersiowej. Ten dotyk był tak ostrożny, tak pełen nienazwanej obawy, że niemal niewyczuwalny przez materiał cienkiej tkaniny, zupełnie tak, jakbym mógł rozpaść się pod jej dotykiem… Cholera jasna, to było nawet gorsze od bólu pulsującego w moim ciele. Nie zamknąłem się dlatego, że nie miałem odpowiedzi - miałem ich aż nadto - raczej dlatego, że większość z nich była dokładnie tymi samymi argumentami, które powtarzaliśmy sobie przez lata, odkąd tylko zrozumieliśmy, że w naszym przypadku „kompatybilność” była jednocześnie największym błogosławieństwem i najbardziej wyrafinowanym przekleństwem. Pamiętałem je z tych wszystkich dni spędzonych na zażartych rozmowach, kiedy próbowaliśmy sobie udowodnić, że jesteśmy jak ogień i woda, a potem z tych chwil, kiedy okazywało się, że jednak działamy najlepiej właśnie wtedy, gdy jesteśmy obok siebie - ona z tym swoim rozpisanym w głowie schematem i planem awaryjnym, ja z tą nieco bardziej impulsywną potrzebą wejścia w sam środek burzy, by sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak niszczycielska, jak twierdzą inni - niektóre rzeczy naprawdę się nie zmieniały, bez względu na upływ czasu, niezależnie od tego, ile lat mijało i ile blizn przybywało na naszych ciałach. Tym razem jednak nie chodziło o kolejną szkolną kłótnię o punktację domów czy interpretację starożytnych run, chodziło o coś, co sprawiało, że jej dłoń drżała na mojej skórze. To właśnie była ta część kompatybilności, której nikt nam nie wytłumaczył, kiedy mieliśmy po trzynaście lat i świat wydawał się prostym miejscem podzielonym co najwyżej na barwy krawatów - ta część, w której dwoje ludzi o identycznie głupim poczuciu obowiązku postanawia spędzić razem resztę życia, ignorując wszelkie ostrzeżenia. Mój głos, gdy znów się odezwałem, nie był ostry - był spokojny, niemal łagodny, ale pojawiła się w nim ta znajoma nuta przekory, która zwykle zapowiadała, że zaraz powiem coś, co niekoniecznie przypadnie jej do gustu, ale co jest bezlitośnie prawdziwe. - Oczywiście, sze bym zaleagował. - Powiedziałem to tym samym zdecydowanym tonem, który zawsze rezerwowałem na najważniejsze bitwy. - Niezalesznie od tego, czy byłabyś moją soną, czy nie. - Przesunąłem palcami po jej włosach, czując ich jedwabistą miękkość, i odgarnąłem jeden zbłąkany kosmyk z jej policzka. - Zaleagowałbym, gdybyś była zupełnie obcą czalwnicą na ulicy, tak jak wciąsz leagowałem, kiedy nie pszepadaliśmy za sobą w szkole, ale ktoś pszegiął pałę, bo taką mam wobec ciebie natulę, Pludence. Ale fakt, sze to ty byłaś w tym wczolaj... Sama. - Podkreśliłem. - To zmienia wszystko w ślodku, nawet jeśli na zewnątsz wygląda tak samo. - Kącik moich ust drgnął odrobinę w czymś, co miało być uśmiechem, chociaż pewnie wyszedł z tego tylko grymas zmęczenia. To nie było przesadne wyznanie, nie było też szczególnie romantyczne w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, było po prostu faktem, tak oczywistym jak prawo grawitacji. Dopiero kiedy zapadła między nami długa cisza, przesunąłem minimalnie głowę, tak żeby móc spojrzeć na nią lepiej, chociaż półmrok sypialni wciąż był na tyle gęsty, że widziałem tylko zarys jej twarzy i ciemniejszą linię włosów rozsypanych na poduszce. Nie próbowałem jej przekonywać, że powinna teraz spać - wiedziałem, że to nie zadziała - Prudence nie była typem człowieka, który potrafił wyłączyć głowę na zawołanie, zwłaszcza gdy adrenalina wciąż krążyła w jej żyłach. Byłem praktycznie przekonany, że umysł mojej żony, jak zawsze, pracował kilka kroków dalej, analizując dawki eliksirów i możliwe powikłania moich ran. Zmarszczyłem nos - ten odruch pojawił się szybciej niż jakakolwiek logiczna myśl, zupełnie tak jak wtedy, kiedy mieliśmy po trzynaście lat i mówiła coś, co w mojej głowie od razu kwalifikowało się do kategorii „czysty absurd” - nie był to nawet świadomy gest, raczej coś, co moje ciało robiło samo, zanim mózg zdążył zdecydować, jak bardzo zamierzał się z nią nie zgodzić. Ten automatyzm był silniejszy niż ból, silniejszy niż zmęczenie. Zrobiłem tak tysiące razy wcześniej, kiedy mówiła coś, co uważałem za niepotrzebnie surowe wobec samej siebie, kiedy zaczynała analizować rzeczywistość do granic wytrzymałości, kiedy w jej głowie pojawiały się te wszystkie niewidzialne listy błędów, poprawek i alternatywnych wszechświatów, które należało natychmiast rozłożyć na części pierwsze. Nie sprawiałem wrażenia szczególnie przekonanego jej wywodami, a już na pewno nie zamierzałem udawać, że się z nimi zgadzam tylko dlatego, że była całkowicie oddana sprawie, znałem ją zbyt długo, żeby nie wiedzieć, że kiedy zaczynała wpadać w tę spiralę samobiczowania, rozmowa z kimś, kto potulnie przytakuje, była ostatnią rzeczą, której naprawdę potrzebowała - Pruey potrzebowała kotwicy, a nie echa. Przez moment tylko patrzyłem na nią w tym gęstym półmroku, dostrzegając to drobne drżenie jej dłoni. Może ktoś inny by go nie zauważył, biorąc je za chłód poranka, może ktoś obcy pomyślałby, że to zwykłe zmęczenie po nieprzespanej, dramatycznej nocy, ale ja znałem Prudence za dobrze, wiedziałem dokładnie, jak wyglądała, kiedy naprawdę traciła kontrolę nad napięciem, które gromadziło się w niej przez lata. A ona nie była typem człowieka, który pozwalał sobie na taką słabość często - nigdy nie była. Westchnąłem cicho, starając się nie urazić gojących się żeber. - Och, nie, nie, nie - Mruknąłem cicho, a mój głos, chociaż wciąż zachrypnięty, brzmiał teraz zaskakująco żywo, niemal energicznie jak na człowieka, który jeszcze kilka godzin wcześniej wyglądał jak ktoś, kto lada chwila przestanie oddychać. - Dopiszę to do listy. Jak najbalsiej. - Gdybym mógł, pewnie skwitowałbym to jeszcze jakimś wyraźniejszym gestem, ale teraz tylko posłałem jej spojrzenie, w którym nie było ani odrobiny wahania. - Och? - Uniosłem lekko brew, chociaż wiedziałem, że w naszej obecnej pozycji raczej tego nie dostrzeże, to był jeden z tych momentów, w których nawet skrajne wyczerpanie nie było w stanie całkowicie zabić we mnie tej przekornej części charakteru, która zawsze musiała wtrącić swoje trzy knuty do każdej poważnej rozmowy. - Daleko ci do alystoklatki? Na twoje nieszczęście - powiedziałem z ironicznym spokojem - wyszłaś jednak za alystokratę, nawet jeśli bes tytułów i majątków ziemskich. Technicznie szesz bioląs, nasz wsteczny lytuał klwi czyni cię arystoklatką pszes małszeństwo. Balso się stalałem, szebyś nie musiała o tym pamiętać na co dzień, ale fakty to fakty. - W moim głosie pojawiła się ta specyficzna, lekka ironia, którą tak dobrze znała. - Więc obawiam się, sze pewne absuldalne blytyjskie tladycje mogą cię jeszcze od czasu do czasu dogoniś. - Powiedziałem to z tą samą powagą, z jaką zwykłem przypominać inne oczywiste fakty historyczne. Czułem potrzebę rozmycia tej ciężkiej atmosfery, która gęstniała wokół nas, dodałem więc z tą specyficzną mieszaniną ironii i dziwnej teatralnej dumy, którą rezerwowałem dla chwil, gdy ktoś próbował ignorować mój wyśmienity rodowód: - Glatuluję awansu społecznego czy coś. - Nie brzmiało to jak prawdziwe przechwałki, raczej jak zmęczony, nieco starty i zaśniedziały żart, który miał na celu rozluźnienie napięcia, ale nie łudziłem się, że zadziała na coś więcej, niż tylko na krótki moment, jeśli w ogóle. - Wblew pozolom nie oczekuję od ciebie stoickiego znoszenia mojego istnienia i moich lan dla dobra Impelium czy czystości klwi. Za oknem mgła powoli zaczynała się rozrzedzać, odsłaniając kontury pobliskich budynków, pierwsze odgłosy budzącego się miasta wdzierały się do sypialni razem z chłodnym, porannym światłem, które bezlitośnie obnażało bałagan w pokoju. Świat, niezależnie od naszych dramatów, wracał do swojego niezmiennego rytmu, więc każda sekunda tej ciszy była na wagę złota, okupiona krwią i wycieńczeniem, których ślady wciąż pulsowały pod moją skórą. - Wiesz pszeciesz, sze znam lósznicę między odpoczywaniem a czuwaniem. Widzę, sze nie odpoczywasz, Sun. - Upomniałem ją, bo pod palcami, którymi gładziłem jej ramię, wciąż czułem ten subtelny, niemal elektryczny opór, jakby coś w głębi jej duszy nadal nie chciało pozwolić sobie na pełne rozluźnienie, na ten ostateczny upadek w ramiona snu. Wciąż leżeliśmy w tym samym miejscu, w tej samej pościeli przesiąkniętej zapachem ziół, zawieszeni pomiędzy potwornym zmęczeniem a niewysłowioną ulgą, pomiędzy minionym bólem a tą dziwną, cichą świadomością, że mimo wszystkiego, co próbowało nas złamać, nadal byliśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy być. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/90a83abf8a33b7cd2e1e82bf7a84540f/27d5995aabca7f63-c0/s400x600/8c818353d8d0e5975565cfd6cc1102fb4b5cdd86.pnj[/inny avek] Koniec sesji
|