![]() |
|
[09.10.72] Vervain, valerian, violet root. Bitter the blossom, sweet the fruit - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [09.10.72] Vervain, valerian, violet root. Bitter the blossom, sweet the fruit (/showthread.php?tid=5810) Strony:
1
2
|
RE: [09.10.72] Vervain, valerian, violet root. Bitter the blossom, sweet the fruit - Bard Beedle - 13.03.2026 Przechyliłam głowę, taksując ją uważnym spojrzeniem - wyglądała inaczej - ten uśmieszek błąkający się na jej twarzy, ten specyficzny błysk w oku... Zaledwie kilka dni temu snuła się po domu z sercem roztrzaskanym na drobny mak, a teraz siedziała tu i udawała, że to wizyta w moich włościach, nawet po otrzymaniu ode mnie listu o filiżance - filiżance! - to tylko drobna, niezobowiązująca zmiana planów w kalendarzu. Odłożyłam gotową wiązkę na bok i spojrzałam na nią badawczo, po czym prychnęłam pod nosem - w tym prychnięciu było więcej uznania niż złośliwości - odłożyłam dratwę, wyprostowałam palce i po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę przestałam udawać, że te zioła są ważniejsze od tego, co ta dziewczyna ma mi do powiedzenia. - Ślub to tylko papierek, Prudie. Kawałek celulozy z pieczątką, który ma uspokoić urzędników i stare ciotki. On nie sprawia, że nagle stajesz się inną osobą. - Pochyliłam się nad stołem, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu, chociaż na strychu byłyśmy tylko my i kilka pająków. - Spontaniczność… - Mruknęłam pod nosem, jakbym smakowała to słowo. - Spontanicznie to ja kiedyś spaliłam list miłosny od pewnego wicehrabiego, bo był nudny jak flaki z olejem. - Uśmiechnęłam się pod nosem, wspominając własne, przemilczane historie, o których praktycznie cała część młodszego pokolenia nie miała pojęcia - byłam damą, owszem, ale dama wie, kiedy zdjąć rękawiczki, by chwycić to, co jej - mogłabym powiedzieć więcej, mogłabym opowiedzieć o jej tym, jak ja sama, będąc nawet dużo poniżej jej wieku, nie pytałam nikogo o zdanie, bo wiedziałam, że krew nie woda, a życie jest za krótkie na uprzejme dygnięcia, ale nie teraz… Nie teraz. Pochyliłam się w jej stronę, opierając dłonie na kolanach. Zapach szałwii unosił się między nami, a ja pozwoliłam sobie na ten rzadki moment, w którym moja twarz łagodniała, lecz język pozostawał równie ostry, co zawsze. - Małżeństwa z rozsądku to przeżytek dla ludzi bez wyobraźni i bez jaj, Prudence. To kupczenie ciałem pod przykrywką koneksji, herbat i wizyt towarzyskich. Obrzydliwość. Prawdziwym rozsądkiem jest brać to, co sprawia, że krew szybciej krąży, a nie to, co ładnie wygląda w księgach. - Stwierdziłam, tym razem zupełnie niepoprawnie, błyskając zębami w sposób, który jasno dawał do zrozumienia, co o tym wszystkim myślałam. Widziałam dostatecznie wiele osób, które po takiej nowinie szukałyby soli trzeźwiących i rodowego drzewa, żeby sprawdzić, czy „dogadanie się” nie splamiło tarczy herbowej, więc tym bardziej cieszyłam się z tego, że moja wnuczka nie musiała tego robić. Moje serce, chociaż doświadczone i widzące już niejedno, drgnęło z tą specyficzną mieszanką satysfakcji i czystej, babcinej dumy. Wzięłam głęboki oddech, a potem, niemal od niechcenia, wróciłam do wiązania kadzideł - sekundę później moje palce znów poruszały się rytmicznie, lecz uwaga nadal spoczywała tam, gdzie powinna. - „Dogadaliście się”. Bardzo eufemistycznie to ujęłaś, doprawdy. - Zaśmiałam się krótko, perliście, jak zawsze. - Moje dziecko, dla kogoś, kto ma oczy, ta wasza „spontaniczność” jest równie zaskakująca, co deszcz w listopadzie. - Zmierzyłam moją wnuczkę tym spojrzeniem, które mówiło „Skarbie, ja wiedziałam, co zjesz na śniadanie, zanim ty w ogóle zgłodniałaś”. - Jeśli ten twój wiecznie nieobecny kawaler wreszcie zrozumiał, że krążenie wokół ciebie przez połowę życia to marnowanie cennego materiału genetycznego, to chwała Matce. Skoro już się „dogadaliście”, to mam nadzieję, że rychło zobaczę efekty tego porozumienia. - Spojrzałam na nią uważnie - moja wnuczka, dumna i odważna, w końcu przestała bawić się w podchody z losem. Patrzyłam na nich przez lata i przysięgam, gdyby to ode mnie zależało, zamknęłabym ich w piwnicy o chlebie i wodzie, dopóki by się nie dogadali. Zamiast tego uprawiali ten swój taniec godowy - dwa kroki w przód, trzy w tył - a ja musiałam na to patrzeć i pić melisę, żeby nie dostać apopleksji. Moje oczy spoczęły na jej dłoniach, szukając blasku metalu, który przypieczętował tę wieloletnią batalię. - „Pierwsza”, mówisz? - Uniosłam brew, mój głos, chociaż wciąż silny, lekko zachrypł od wzruszenia, którego za nic w świecie nie zamierzałam jej w pełni okazać, jeszcze by pomyślała, że mięknę na starość. - Idealnie. Jestem zaszczycona, naprawdę. - Posłałam jej porozumiewawczy uśmiech. - Nie martw się resztą rodziny. Niech gadają o pośpiechu i braku ogłady. To ich życie jest nudne, nie twoje. Zrobiłaś to, co ja… - Ugryzłam się w język, niemal rzucając coś o moim własnym, porannym ślubie bez pozwolenia, ale w porę przywołałam się do porządku, bo to nie był mój dzień. - Zrobiłaś to, co zrobiłaby każda kobieta z charakterem. Wzięłaś to, co twoje. - Natomiast ja wzięłam głęboki oddech, napawając się zapachem strychu i myślą o tym, że wszystko było na swoim miejscu. - No, ale skoro już jesteś mężatką, to chyba czas zejść na dół wypić coś mocniejszego niż herbata z lipy, nie sądzisz? Trzeba opić to wasze „dogadanie się”, zanim reszta stada zwietrzy pismo nosem i zacznie cię zadręczać pytaniami. - Mrugnęłam do niej, czując, że ta chwila jest idealna, była w tym jakaś surowa sprawiedliwość dziejowa. RE: [09.10.72] Vervain, valerian, violet root. Bitter the blossom, sweet the fruit - Prudence Fenwick - 13.03.2026 Nie mogła dłużej zwlekać, bo przecież znalazła się tu z konkretnego powodu i wcale nie był nim tylko i wyłącznie list, który wysłała do niej Ellie, tak czy siak zamierzała odwiedzić ją na dniach, a że sama ją do siebie zaprosiła... no złożyło się idealnie. Wpadła tu więc kilka godzin po otrzymaniu listu, co wcale nie było standardem, bo większość czasu spędzała w pracy, a dzisiaj wyjątkowo nie miała ochoty tam siedzieć zbyt długo. Pewnie pokaże im swoją nową wersję... wcześniej nie miała nic ciekawego do robienia w czasie wolnym, teraz zaczęło jej się spieszyć do domu i było to całkiem miłą odmianą. - Kiedyś wcale nie było to dla mnie takie oczywiste. - Jakby zmiana stanu cywilnego naprawdę miała wpływ na to, jakim jest się człowiekiem. No, nie miała szczególnie wielkiego doświadczenia, jeśli chodzi o takie rzeczy, nie da się ukryć. Ostatnio nieco zaczęła otwierać oczy. - Wicehrabiego? - Uniosła brwi i przyglądała się babci przez dłuższą chwilę. Nie powinno jej to dziwić. Na pewno nie. Ellie była inteligentną i piękną kobietą, na pewno miała spore powodzenie u mężczyzn, znaczy teraz też je miała, więc tak właściwie czy w ogóle było się nad czym zastanawiać? - To zapewne była bardzo dobra decyzja, nie sądzę, że byłabyś w stanie wytrzymać z kimś nudnym. - Nie miała szansy poznać swojego dziadka, znała go tylko z opowieści, ale nie wątpiła w to, że był wyjątkowym człowiekiem, skoro udało mu się zaciągnąć Ellie do ołtarza, nie poszłaby do niego z byle kim, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, była jedną z tych kobiet, które znały swoją wartość i sięgały po swoje. - Każdy ma wybór, prawda? Czasem zastanawiam się dlaczego się nie odzywają i przystają na te praktyki. Czy władza i pieniądze są tego warte? Nie wydaje mi się. - Miały to samo zdanie na ten temat. Prudence naprawdę ciężko było zrozumieć ten sposób postępowania. Ludzie nie musieli pokornie wykonywać poleceń swoich rodziców, zgadzać się na wszystko, a i tak to robili, właściwie dlaczego? Być może wcale nie zależało im na tym, aby zaznać prawdziwego uczucia, nie mieli pojęcia jak to jest kochać kogoś tak naprawdę, na szczęście ona miała szansę się o tym przekonać, nigdy nie zamieniłaby tego na nic innego. Powstrzymała parsknięcie, babcia nie zawodziła. Oczywiście, że wiedziała swoje, miała oczy, do tego zawsze wyczuwała, co się wokół niej działo, często szybciej od samych zainteresowanych, tak było właśnie w ich przypadku. Mogła okłamywać samą siebie, ale nie dało się oszukać jej. Ona wiedziała swoje, potrafiła czytać z ludzi. - Efekty tego porozumienia? - Wpatrywała się w nią dłuższą chwilę, dopiero po jakimś czasie mrugnęła. Nie zakładała, że tak się jej spieszy do tego, aby ich rodzina się rozrosła. Jasne, miała swoje lata, ale przecież ledwie uświadomiła sobie, jakimi uczuciami darzy rzeczonego kawalera. Mieli jeszcze czas na podejmowanie takich radykalnych decyzji. - Nie sądzę, że to będzie równie spontaniczne. - Dodała tylko tyle, niekoniecznie chciała rozwodzić się nad posiadaniem ewentualnego potomstwa. - Tak, nie da się ukryć, że gdyby nie Ty pewnie trochę potrwałoby zanim poszłabym po rozum do głowy. - Wcale nie udawała, że rozmowa, którą odbyła z babcią nie miała na nią wpływu. Ellie uświadomiła jej, co mogła zrobić lepiej, pokazała, że nie warto milczeć, wręcz przeciwnie, że dobrze jest sięgać po to co swoje. - Na pewno będą gadać. - Co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Była idealną córką przez lata, a przynajmniej starała się nią być, uszczęśliwiać wszystkich wokół, wreszcie zrobiła coś, na czym przede wszystkim to jej zależało. Nie umknęło jej to, co powiedziała Ellie. Zmrużyła oczy, zaczęła analizować, skoro sama zaczęła o tym mówić, to warto było pociągnąć temat. Nigdy nie wypytywała ją jakoś szczególnie o relację z nieżyjącym mężem. - Zrobiłam to samo co Ty? - Powtórzyła za nią. - Powiesz coś więcej, to może być całkiem interesujące. - Najwyraźniej były do siebie jeszcze bardziej podobne niż się jej mogło wydawać. - Myślę, że to doskonały pomysł. - Rozejrzała się jeszcze wokół siebie. Wypadało chyba nieco doprowadzić do porządku stanowisko pracy, żeby Ellie nie została z tym sama. - Ogarnę tylko ten bałagan, bo nie chciałabym Ci go zostawić na później. - Powiedziała jeszcze i zaczęła uporządkowywać swoje prowizoryczne stanowisko. RE: [09.10.72] Vervain, valerian, violet root. Bitter the blossom, sweet the fruit - Bard Beedle - 14.03.2026 Przez chwilę patrzyłam na nią w milczeniu - na ten błysk w oku, którego nie było tu jeszcze kilka dni temu, na to złoto na palcu, które mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa - spoglądałam na Prudence i widziałam w niej tę samą iskrę, która kazała mi kiedyś spakować jedną koszulę nocną i wybiec w noc bez oglądania się za siebie. - Wicehrabia? - Machnęłam lekko ręką, jakbym odganiała natrętną muchę. - Owszem, był wicehrabia. Przywlekł się z kontynentu. - Westchnęłam teatralnie, samo to wspomnienie było czymś jednocześnie męczącym i zabawnym. - I miał kij w dupie tak głęboko, że gdyby próbował się ukłonić, pewnie skrzypiałby jak stare drzwi. - Zgarnęłam jeszcze kilka liści bylicy w dłoń i wrzuciłam je do kosza pod stołem, jak kiedyś fragmenty spalonej korespondencji, wspomniany człowiek miał tytuł, miał rodowe srebra, miał spojrzenie człowieka, który całe życie mówił innym, jak mają siedzieć przy stole… - Henri coś-tam. - Nazwisko było długie i równie nudne. De Valençay? De Valois? De Valmont? Nigdy nie śledziłam genealogii zagranicznych rodów, to był zresztą jeden z tych rodów, które miały tyle przodków, że człowiek zaczynał podejrzewać, iż połowa z nich była wymyślona tylko po to, żeby drzewo genealogiczne wyglądało okazalej. Machnęłam ręką, mógł sobie wsadzić swój tytuł dokładnie tam, gdzie już miał kij, nigdy nie byłam szczególnie zainteresowana kolekcjonowaniem ludzi z nazwiskami, wolałam tych z kręgosłupem. - Coś z „de”, oczywiście. Bez „de” chyba nie dałoby się wtedy zostać wicehrabią czegoś-tam-nad-czymś-tam. - Parsknęłam kpiarsko, jakbym znowu miała kilkanaście lat, nigdy nie widziałam człowieka tak dumnego z czegoś, co było jednocześnie tak potwornie nudne. - Widzisz, Prudie… - Mruknęłam, przesuwając dłonią po stole i zgarniając kilka rozsypanych liści bylicy w jeden mały stosik. - Ja też musiałam się chwilę naszarpać ze światem. - Dodałam ciszej, uniosłam brew, to była najoczywistsza rzecz na świecie, przy czym westchnęłam z ulgą, która była szczera aż do szpiku kości. - Natomiast w ostatecznym rozrachunku nie uważam tego za złośliwość siły wyższej. Nie każdemu w życiu już na samym początku trafia się coś, o co warto było tak długo się wykłócać z losem. - Uniósłszy jeden z pęków szałwii, testowo powiesiłam go na gwoździu w belce nad nami - zawisł idealnie, zapach roślin wzmógł się, gdy liście poruszyły się w powietrzu. - Ale kiedy już się trafi… Trzeba mieć na tyle przyzwoitości wobec samej siebie, żeby tego nie wypuścić z rąk. - Podniosłam kolejny z pęków i powiesiłam go obok poprzedniego. Słuchałam, gdy mówiła o wyborach, o tych wszystkich ludziach, którzy pokornie godzili się na złote klatki, miała rację, była wyjątkowo spostrzegawcza i refleksyjna, chociaż zastanawiałam się, czy wiedziała, jak wielką i niedużą jednocześnie. Skandaliczne posunięcie… Ślub zawarty bez słowa… Zrobiłam dokładnie to samo, tylko w czasach i w otoczeniu, w którym „spontaniczność” u kobiety była uznawana i traktowana jako objaw choroby psychicznej albo opętania. Ludzie często myślą, że największym problemem w takich historiach jest różnica statusu, lecz prawdziwy problem jest dużo prostszy - strach - nawet najodważniejsi ludzie potrafią być przerażająco ostrożni, kiedy chodzi o coś, na czym naprawdę im zależy. Te wszystkie „interesy”, te „niezłe partie”... To była trucizna podawana w kryształowych kieliszkach, chociaż świat wcale nie potrzebował więcej grzecznych dziewczynek, które czekały na pozwolenie, by zacząć oddychać. Mój ojciec twierdził, że wybrany dla mnie kandydat „to doskonała partia dla dziewczyny o temperamencie, który trzeba odpowiednio ukierunkować”, ale to był jego elegancki sposób na powiedzenie, że powinnam wyjść za kogoś, kto będzie mnie pilnował, jak ogrodnik zbyt bujnej róży, i przez jakiś czas godziłam się w to wierzyć. Był zachwycony swoim wyborem, tak samo, jak matka, „znakomita partia”, mówił „kontakty na kontynencie, stare nazwisko, ogromny majątek”, zawsze uważał, że małżeństwo to partia szachów, a ja byłam tylko pionkiem, który miał zabezpieczyć króla - przyszły wybranek, jakiego mi sobie upatrzył, miał nienaganne pochodzenie, skrytkę wypełnioną galeonami, sakiewkę pękającą w szwach, temperament zdechłej ryby i osobowość mokrego koca, i gdybym za niego wyszła, pewnie dzisiaj nie wiązałybyśmy tu kadzideł, tylko gniłabym w jakimś mauzoleum z marmuru, umarłszy mentalnie przed czterdziestką. Problem polegał na tym, że wicehrabia nie miał zielonego pojęcia, z jakiego gatunku róży próbował zrobić ozdobę pergoli… Problem tkwił również w tym, że niektóre pionki miały paskudny zwyczaj zmieniać się w królowe świadome tego, iż władza i pieniądze to tylko marna rekompensata za zimne łóżko i życie spędzone na udawaniu, że się kogoś toleruje. Zmiana stanu cywilnego nie zmieniała charakteru, to prawda, ale zmieniała optykę, i jeśli miało się szczęście, nagle zauważało się, że życie nie kończy się na tym, co wypada, lecz zaczyna tam, gdzie kończy się twój strach przed wzięciem tego, na co masz ochotę. Świat nie będzie cię ogrzewał w mroźne noce, ani nie będzie trzymał za rękę, kiedy wszystko inne zawiedzie, właściwy człowiek już tak - nieważne, kim jest i skąd pochodzi. Przez chwilę nic nie mówiłam, palcami poprawiłam tylko kilka z wiszących pęków szałwii, które przekręciły się lekko na gwoździu, aż w końcu spojrzałam na nią spod półprzymkniętych powiek. - Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, dlaczego ludzie godzą się na rzeczy, których nie chcą, chociaż mogą być szczęśliwsi… Zacznij od zadania tego pytania swojemu mężowi. - Kącik moich ust uniósł się znowu. - Jestem pewna, że ma na ten temat bardzo interesującą teorię. - Wskazałam ją lekko palcem, w końcu sama mówiła, że ostatnio zaczęli bardziej szczerze… Wymieniać spostrzeżenia. - Skoro już dopuściłaś go do głosu, spodziewaj się, że będzie chciał przemawiać często i gęsto. - Uniosłam brew z absolutną niewinnością, jednak w moim głosie zabrzmiała nuta rozbawienia. - A z tego, co wiem o tym twoim arystokracie, nigdy nie należał do mężczyzn, którzy zadowalają się krótką wymianą zdań. Zawsze wyglądał na kogoś, kto ma sporo do powiedzenia w kwestiach... Nazwijmy to... Bilateralnych. - Puściłam do niej oko, widząc, jak spuściła wzrok na te swoje nieszczęsne zioła, kiedy temat zszedł na to, co mogło się urodzić z tych ich negocjacji. - Och, nie rób takiej miny. Przez chwilę panowała cisza, potem klasnęłam lekko w dłonie. - Moja droga, gdybym ci opowiedziała o wszystkim, co „skandalicznego” zrobiłam w życiu, to to porto na dole musiałoby być beczką, a nie butelką. - Odparłam, uśmiechnięta w sposób, który moi wrogowie nazywali „niepokojącym”, a mąż uwielbiał. - Twój dziadek nie miał tytułu, nie miał ziemi. - Wzruszyłam ramionami. - Miał za to te swoje bezczelne oczy i ręce, które potrafiły sprawić, że całkiem skutecznie zapominałam, jak się nazywam. - Wstałam energicznie, otrzepując fartuszek z resztek ziół, moje stawy kolanowe cicho trzasnęły, przypominając mi o metryce, ale zignorowałam to z godnością wicehrabiny, którą nigdy nie zostałam. - Nic tak nie poprawia cery i humoru kobiety, jak solidne, dogłębne porozumienie z mężem. - Dodałam, celowo kładąc nacisk na ostatnie słowa, by zobaczyć, jak pąsowieje. Widziałam, jak wcześniej zamrugała, próbując przetrawić moją bezpośredniość, ale nie miałam zamiaru jej oszczędzać. Niedawno chodziła po domu z oczami czerwonymi od niewyspania i złości na własne serce, lecz teraz promieniała, z bardzo wiadomego powodu, podejrzewałam, że te debaty będą niekiedy trwały do bladego świtu, rzadko poprzestając na jednym „spotkaniu na szczycie”, zwłaszcza z początku, a takie „negocjacje pozycji” bywały... Brzemienne w skutkach, czy się to planowało, czy też nie do końca. Nie miałam jednak na celu wprawiania jej w dyskomfort, to nie było moje życie, ja jedynie porozumiewawczo puszczałam do niej oczko, aż za dobrze wiedząc, w jaki sposób czasami działała Matka Natura przy ludziach, którzy często przenosili obrady do alkowy. Patrzyłam na nią, gdy zbierała te fragmenty łodyg, próbując zachować resztki swojej opanowanej fasady - urocze - naprawdę urocze, że myślała, iż sprzątanie stanowiska pracy odwróci moją uwagę od faktu, że właśnie przyznała się do najbardziej wywrotowego czynu w swoim życiu. Ta dziewczyna miała w sobie więcej ze mnie, niż sama przypuszczała, chociaż na co dzień tak bardzo starała się zachować te swoje zasady, reguły postępowania i zwyczaje, które wpoił jej mój syn. Biedny John, gdyby wiedział, o czym jego matka i córka rozprawiały teraz na tym zakurzonym strychu, pewnie dostałby kołatania serca i musiałby ratować się solami trzeźwiącymi. Zawsze uważał, że porządek to podstawa egzystencji, nie rozumiejąc, że najciekawsze rzeczy dzieją się właśnie wtedy, gdy gałęzie zaczynają się niebezpiecznie splatać poza schematem… RE: [09.10.72] Vervain, valerian, violet root. Bitter the blossom, sweet the fruit - Prudence Fenwick - 16.03.2026 Parsknęła śmiechem, kiedy usłyszała słowa babci. Kij w tyłku był naprawdę sporą przeszkodą w polubieniu kogokolwiek, a dobrze byłoby chociaż odrobinę przepadać za swoim ewentualnym przyszłym wybrankiem, nie wydawało jej się, aby można było pominąć ten aspekt w udanym małżeństwie. - Wiesz, dla niektórych sam ten tytuł by wystarczył, żeby ustawić się w kolejce, kij w tyłku nie przeszkadza, na szczęście my jesteśmy zrobione z innej gliny. Kto wie, może gdybym miała takiego dziadka, też miałabym patyk tam gdzie nie trzeba. Jestem Ci wdzięczna, że nie chciałaś tego sprawdzać. - W końcu w dużej mierze to kim była brało się właśnie z genów. Wiedziała, że Ellie w dużej mierze ukształtowała jej osobę, niektóre rzeczy miała we krwi, to wszystko spowodowało, że była tym kim była, a tak właściwie to nie miała sobie nic do narzucenia. - Wydaje mi się, że warto jest się czasem poszarpać ze światem, poniekąd też bardziej się docenia to, co uda mu się wyrwać. - Być może i jej droga i babci nie była najprostsza, ale jednak nie wydawało jej się, aby któraś z nich żałowała tego, co przeżyła. Nie miała jeszcze szansy wypytywać Ellie o szczegóły, ale być może to był ten moment, może właśnie dzisiaj dowie się nieco więcej o jej historii. Była jej ciekawa, ale nie miała w zwyczaju wsadzać nosa w nieswoje sprawy, dzisiaj jednak nie brakowało jej odwagi, to był naprawdę dobry dzień. - Tak, masz rację. - Nie sądziła, że ich historie były w dużej mierze podobne, nie miała o tym pojęcia, bo nigdy nie wchodziła w to zbyt głęboko. Wiedziała jednak, że skoro wreszcie udało jej się sięgnąć po to, co miało być jej, to nie pozwoli, żeby coś jej to odebrało. Nie, kiedy ułożyła sobie wszystko w głowie, właściwie to nie tylko w głowie, ale też w życiu. - Nie spodziewam się niczego innego, zresztą raczej zawsze nie miał z tym problemu. - Ostatni czas minął im na poruszeniu wielu niewygodnych tematów, znalezieniu odpowiedzi na pytania, które nigdy wcześniej nie zostały zadane. Prudence nie zapominała skąd pochodził, co go ukształtowało, chociaż był tak bardzo różny od ludzi, którzy go wychowali. Wiedziała to od samego początku, chociaż znalazły się osoby, które próbowały zmienić jej opinię. Potrzeba było sporo czasu i chęci, aby jakoś to ułożyć, jednak się nie poddali. Widać niektórych rzeczy nie dało się tak po prostu w człowieku zabić, no i dobrze. - Wcale nie zrobiłam żadnej miny. - Bardzo szybko zaprzeczyła słowom kobiety, chociaż doskonale wiedziała, że było zupełnie inaczej i Ellie dostrzegła to, co rysowało się na jej twarzy. Zioła wydawały się być w tej chwili wyjątkowo interesujące. Nie do końca miała pewność, czy była gotowa słuchać z ust babci słów na temat głębokiego porozumienia z mężem, ani swoim, ani jej. Oczywiście, że się zarumieniła, Ellie nie miała litości, nigdy. Spodziewała się tego, że nie ominie tych kwestii, nie byłaby sobą, gdyby to zrobiła. Całkiem dzielnie jednak, nadal próbowała trzymać się w ryzach, wiedziała, że nie wytrzyma zbyt długo, bo kobieta potrafiła wzbudzać emocje, jednak póki co poza rumianymi policzkami nie dawała po sobie poznać, że to nie było dla niej do końca wygodne. Zresztą, zasłużyła sobie na te wszystkie słowa i to bardzo. - Skoro mówisz, że jest to takie pozytywne w skutkach, to rzeczywiście warto się głęboko porozumiewać. - Naprawdę to powiedziała? Może powinna to sobie odpuścić. Próbowała zająć czymś ręce, zaczęła sprzątać stanowisko składania pęków ziół, tak to było w tej chwili chyba najlepszą możliwą opcją. Kiedy skończyła, no, powiedzmy, że skończyła, tak właściwie to po prostu nieco doprowadziła to miejsce do porządku spojrzała na babcię. - Chyba możemy już iść. - Zdawała sobie sprawę, że to dopiero początek tej rozmowy, musiała się przygotować na więcej, wino zdecydowanie mogło pomóc w tej sytuacji. Koniec sesji
|