![]() |
|
[19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora (/showthread.php?tid=5972) Strony:
1
2
|
RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Nora Figg - 30.04.2026 Nigdy nie do końca panowała nad przestrzenią wokół siebie. Nie widziała innej opcji, jak do tego przywyknąć, różne rzeczy jej się przytrafiały od lat, nie widziała sensu, aby z tym walczyć. Po prostu tak już miała. Była to część jej osoby, czy coś. Każdy miał jakieś swoje przywary, ona nie do końca umiała zadbać o to, co działo się wokół niej. Jasne, udało jej się otworzyć cukiernię, która prosperowała nie najgorzej, potrafiła zadbać o swoich bliskich, co nie zmieniało faktu, że mogła wydawać się roztrzepaną, chociaż, czy właściwie tego słowa powinna użyć opisując siebie? Potrafiła pilnować swoich spraw, nic jej nie umykało, po prostu jej ciało czasem nie nadążało za myślami. Była przy tym drobna i nie do końca skoordynowana, sport nigdy nie był jej pasją, co zresztą widać było po jej osobie. Nie zależało jej jakoś szczególnie, aby nad tym pracować, pogodziła się z tym, że tak to wyglądało. Nie miała pojęcia, co właściwie chciał z nią przegadać Benjy. Już niedługo miał zaspokoić jej ciekawość, bo w końcu zostali sami w cukierni, nikt nie miał im już przeszkodzić w rozmowie. Jeśli jednak nie chciał, aby ktoś coś podsłuchał, to raczej nasuwało jej się na myśl, że jest to coś osobistego. Chciał podyskutować o cukierni, coś innego wzbudziło jego zainteresowanie? Nie wiedziała, nie była w stanie się tego domyślić, bo przecież znali się krótko. Miała świadomość, czym się zajmował, wiedziała, że potrafił dostrzegać rzeczy, które innym umykały i to było w zasadzie tyle co o nim wiedziała, no i to, jakie słodkości lubił, chyba najbardziej istotny dla niej fakt. - Myślę, że mogę Ci udzielić dodatkowych informacji, a wtedy będziemy mogli to stwierdzić. - Skoro bez tego trudno było mu ocenić, to czas najwyższy poszukać odpowiedzi, szkoda tylko, że jeszcze nie wiedziała na jakie pytania. Zdawała sobie sprawę z tego, że to dotyczyło jej, tyle, że trudno jej było dojść do tego czego tak konkretnie. - Cóż, teraz jest nieco spokojniej, być może to dobry moment na to, aby dowiedzieć się, co nie gra. - Wiele się ostatnio wydarzyło, Londyn spotkała ogromna tragedia, magia była nieokrzesana, mury, ludzie zostali przeklęci. Można było się w tym zgubić, jeśli jednak coś nadal go niepokoiło to oznaczałoby to, że to nie zniknęło. - Nie wiem, czy powinnam się martwić tym, że o tym myślałeś. - To brzmiało jednak dosyć poważnie. Nie zapomniał o swoich przeczuciach, tylko do tego wracał, więc musiał istnieć jakiś istotny problem, który go ku temu skłaniał. Był klątwołamaczem, widziała, że zna się na rzeczy, próbowała więc połączyć kropki i jedyne, co nasuwało jej się teraz na myśl to to, że być może cukiernia została przeklęta, na pewno musiało chodzić o miejsce, bo o co innego? Nie patrzył w jej stronę, kiedy kolejne słowa opuszczały jego usta. Nora w przeciwieństwie do niego się mu przyglądała. Czekała, aż powie wszystko, co miał do powiedzenia. Miała jednak wrażenie, że ciągle krążył wokół tematu, nie przechodził do konkretów. - To całkiem zabawne, że znamy się ledwie chwilę, a już zdążyłeś to zauważyć. - Nie zaprzeczyła temu, co powiedział. Musiał być niezłym obserwatorem, widzieli się przecież ledwie kilka razy, a już dostrzegł jej roztrzepanie. - Zawsze tak miałam, powiem Ci, że jeśli jest jeden dołek na wielkiej przestrzeni to na pewno ja w niego wpadnę, to standardowe, jestem odrobinę nieogarnięta, ale tylko odrobinę. - Nie chciała sobie umniejszać, ale też nie było sensu udawać, że jest inaczej. Po prostu tak już miała. - To chyba nie jest problem? Nikomu nie robię krzywdy. - Poza sobą oczywiście, ale to nie powinno się liczyć. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Benjy Fenwick - 01.05.2026 Nie rozwinąłem tego, z czym do niej przyszedłem, od razu, bo wiedziałem, że jeśli zacznę od końca, od wniosków, które dla mnie były już prawie oczywiste, to dla niej zabrzmi to jak coś wyjętego znikąd, a tego chciałem uniknąć - wiedziałem też, iż każde słowo od tego momentu będzie miało znaczenie, którego nie da się już cofnąć ani złagodzić, a chociaż niespecjalnie się znaliśmy, nie byliśmy sobie bliscy i trudno byłoby nawet nazwać nas „kolegami”, dzieliliśmy wspólnych bliskich. Nora Figg była ważną częścią życia kogoś, kto był dla mnie jak rodzina, poza tym zdążyłem całkiem ją polubić, odczuwałem wobec niej coś na kształt sympatii, więc należało, bym zachowywał się wobec niej tak jak na to zasługiwała - a zasługiwała na przemyślane, wyważone przedstawienie jej mojej wersji wydarzeń. - Infolmasje się pszydadzą. - Odpowiedziałem, nie odrywając od niej wzroku, bo to nie była uprzejma wymiana zdań, tylko coś, co wymagało precyzji. - Chociasz część jusz mam. Muszę je tylko potwieldziś. - Nie mówiłem nic o tym, jakobym mógł też jakieś wykluczyć, ponieważ nie wydawało mi się, by to był ten przypadek, w którym mógłbym się spektakularnie mylić i podnosić fałszywy alarm - nie powiedziałem tego, by ją zaniepokoić, raczej żeby przygotować grunt pod to, co miało nadejść, bo im dłużej słuchałem jej tonu, tej lekkości, z jaką mówiła o sprawach, które dla mnie zaczynały wyglądać zupełnie inaczej, tym wyraźniej widziałem, jak bardzo nasze spojrzenia na tę samą rzecz się rozmijały. - Nie chodzi o to, czy o tym myślałem. - Pokręciłem głową, poprawiając ją, ale ani nie zaprzeczając, ani nie potwierdzając tego, czy powinna się martwić. W moim spojrzeniu pojawiło się coś cięższego niż wcześniej, coś, czego nie przykrywał już ani półuśmiech, ani luźny ton rozmowy. - Chodzi o to, dlaczego nie pszestałem. - To była subtelna różnica, ale istotna, taka, która wyznaczała granicę między przeczuciem a czymś, co zaczynało opierać się na konkretnych obserwacjach. Czasem rzeczy wychodziły na wierzch dopiero wtedy, kiedy wszystko inne przestawało zagłuszać sygnał. - Powinnaś zwlóciś na to uwagę. - Dodałem bez ogródek, ale też bez ostrości, raczej rzeczowo niż surowo. - Nie dlatego, sze o tym myślałem, tylko dlatego, sze miałem powód, szeby do tego wlacaś. Maltwienie się samo w sobie niczego nie zmienia. Pytanie, czy jest powód. - Westchnąłem cicho, bardziej pod nosem, niż na głos. Oparłem dłonie o blat, splatając palce mocniej, niż było to konieczne, przyglądałem jej się uważnie, kiedy odpowiadała na moje wcześniejsze spostrzeżenie, i choć jej reakcja była dokładnie taka, jakiej można było się spodziewać - lekka, niemal żartobliwa, sprowadzająca wszystko do cechy charakteru, do wrodzonej niezdarności - to właśnie ta pewność, z jaką to mówiła, sprawiła, że moje podejrzenia tylko się umocniły. W tym, co dla niej było zwykłą codziennością, dla mnie kryło się coś znacznie mniej oczywistego - coś, co nie pasowało do obrazu zwykłego roztrzepania, chociaż z zewnątrz mogło się jako takie bez trudu maskować. Obserwowałem ją jeszcze uważniej, analizując nie tylko słowa, ale i sposób, w jaki je wypowiadała, tę pewność, która nie była oparta na sprawdzeniu, w czym tkwił problem, tylko na przyzwyczajeniu, na latach powtarzania sobie, że „tak już jest”. Pytanie o to, czy to problem, zawisło między nami na moment dłużej, niż powinno, bo odpowiedź nie była tak prosta, jak mogłaby chcieć - choć mówiła lekko, niemal żartobliwie, to dla mnie to, co uznawała za zwyczajne, układało się w coś znacznie mniej niewinnego, co nie pasowało ani do przypadku, ani do zwykłego roztargnienia, ani tym bardziej do tego, jak funkcjonowała w innych obszarach swojego życia - zbyt sprawnie, zbyt precyzyjnie, zbyt konsekwentnie, by to wszystko można było zrzucić na jeden, prosty wniosek. Westchnąłem cicho, przeciągając dłonią po karku i wbijając spojrzenie w kubek przede mną, zanim znów na nią spojrzałem - poczułem znajome ukłucie irytacji, nie skierowanej w jej stronę, tylko w stronę tej całej sytuacji, która była aż zbyt podręcznikowa, by uznać ją za przypadek, a jednocześnie na tyle subtelna, by przez długi czas uchodzić za zwykłą cechę charakteru. - Nie pszekonuje mnie, sze to tylko „taki ulok”. - Stwierdziłem, już bez tej warstwy uprzejmości, która towarzyszyła naszej wcześniejszej rozmowie, podwójne znaczenie tego określenia nie było przypadkowe, co jak co, ale od uroku do przekleństwa była już całkiem krótka droga. - Widzisz… To nie jest spójne. Nie do końca. - Nie powiedziałem tego z satysfakcją, a z tym specyficznym ciężarem, który trudno było ukryć, bo wiedza, którą się posiadało, czasem była bardziej kłopotliwa niż jej brak, zwłaszcza gdy dotyczyła kogoś, kto siedział tuż obok i najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że coś było nie tak. Nie była to krytyka, nie było w tym osądu, to była chłodna obserwacja, oparta na tym, co widziałem i co zdążyłem zapamiętać, bo właśnie na tym polegała moja praca - na wyłapywaniu rzeczy, które nie zgadzały się ze sobą, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wyglądały niewinnie. - Ludzie balso łatwo pszyzwyczajają się do szeszy, któle zmieniają się powoli. - Kontynuowałem, spokojnie, całkiem rzeczowo, jak na mój zwyczajowy styl rozmowy. Wiedziałem, że nie dało się tego przyjąć od razu bez oporu, bez prób zepchnięcia tego z powrotem do kategorii drobnych, nieszkodliwych przywar, które można było skwitować uśmiechem i wzruszeniem ramion - co sam pewnie próbowałbym zrobić, będąc na miejscu Nory - a jednak to, co widziałem, nie mieściło się już w tej wygodnej definicji. To, że do tego wróciłem, oznaczało, że nie pasowało mi to na tyle, żeby nie dać temu spokoju. - Jeśli coś pszesuwa się o milimetl dziennie, po tygodniu nikt nie zauwaszy lósznicy. Po miesiącu uzna to za nolmę. Nim się obejszy, tkwi w jakimś „zawsze”. Tyle tylko, sze to „zawsze” nie jest stałą. I jeśli chcesz znaś moje zdanie, to „zawsze” plawie nigdy nie jest stabilne. Glanica tego, co mosna uznaś za „nolmę” jest balso elastyczna. - Nie mówiłem tego, żeby ją przestraszyć, ale też nie zamierzałem łagodzić przekazu bardziej, niż było to konieczne. - Nie twielsę, sze wszystko, co lobisz, wynika s jakiegoś zewnętsznego bodźca - zrobiłem krótką, znaczącą pauzę - ale twielsę, sze byś mosze coś wpływa na twoją pelcepcję. Na kooldynację. Na to, jak odbielasz pszestszeń wokół siebie. - Głos miałem niski, równy, pozbawiony zbędnych emocji, jak wtedy, gdy analizowałem coś w pracy. - Nie chodzi o to, sze telas lobisz komuś kszywdę, ale jeśli mam byś s tobą szczely, to… To mose postępowaś. - Zawahałem się na ułamek sekundy, nie dlatego, że nie wiedziałem, co powiedzieć - wręcz przeciwnie - dlatego, że wiedziałem dokładnie, jak to zabrzmi. - A jeśli będzie postępowaś, to w pewnym momencie plawdopodobnie pszestanie dotyczyś tylko ciebie. - Pozwoliłem, by to wybrzmiało, bo z pewnością oboje wiedzieliśmy, iż nawet teraz, kiedy robiła sobie krzywdę „przypadkiem”, to nie działo się to w próżni - ludzie wokół to widzieli, reagowali, próbowali pomóc, zatrzymać ją, złapać, kiedy traciła równowagę… I wystarczył jeden raz, kiedy coś przesunie się odrobinę bardziej niż powinno, jeden moment, w którym ktoś znajdzie się nie tam, gdzie myślał, że jest, i wtedy… RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Nora Figg - 04.05.2026 Nora nie do końca zdawała sobie sprawę z czym konkretnie przyszedł do niej Benjy. Wiedziała, że istnieje jakiś problem, który zwrócił jego uwagę, tyle, że nie do końca miała świadomość jakiej dziedziny on dotyczył. To odrobinę ją niepokoiło, ale gdyby sprawa była bardzo nagląca na pewno wspomniałby o niej więcej w liście. Być może więc coś było na rzeczy, jednak nie było to takie niepokojące, aby musieli się tym zająć od razu. To było odrobinę pocieszające. Ostatnio spotykały ją drobne przeciwności losu, ale nie sądziła, że ma prawo narzekać patrząc na to, że inni mieli jeszcze gorzej. Nie skupiała się na swoich niepowodzeniach, tylko udawała, że nie istniały - to wydawało jej się być bardziej słusznym podejściem, zresztą miała sporo szczęścia bo otaczała się cudownymi ludźmi, zawsze znajdowali czas, aby ją odwiedzić, czy sprawdzali, czy na pewno sobie radzi - nie, żeby tego oczekiwała. Raczej nie dzieliła się swoimi uczuciami, wolała to zostawiać dla siebie, bo wszyscy wokół mieli swoje własne problemy, przy których te jej wydawały się zupełnie nic nie znaczące. - Czy potrzebujesz czegoś konkretnego, aby je potwierdzić? - Nadal nie do końca wiedziała o co chodzi, więc wolała zapytać o to wprost. Jeśli chciał coś potwierdzać to by oznaczało, że miał już jakieś pewne założenia, które wymagały weryfikacji, jeśli miała mu ją ułatwić to potrzebowała informacji w jaki sposób mogłaby to zrobić. - W takim wypadku udało nam się ustalić, że powód istnieje, skoro do tego wracałeś. - Rozmowa nie należała dla niej do najprostszych - bo nadal nie dostała żadnych konkretów, wiedziała, że już niedługo powinno się to zmienić, bo nie znalazł się tutaj bez powodu. Dostrzegł coś, co zwróciło jego uwagę, chciał to sprawdzić. Nie zamierzała mu tego utrudniać, szczególnie, że sprawa dotyczyła jej. Proste, że chciała się dowiedzieć skąd i dlaczego wzięły się te przemyślenia. - Czy sugerujesz, że moja niezdarność nie jest czymś normalnym? - Mrugnęła, bo trochę tak to odebrała. Przywykła do tego, że czasem po prostu przytrafiały jej się sytuacje, które raczej nie zdarzały się nikomu innemu. Była właścicielką klubokawiarni, potrafiła dopilnować terminów, dbać o klientów, opiekowała się córką, jednak w niektórych momentach po prostu nie zauważała przeszkód, czy reagowała nazbyt energicznie przez co przytrafiały jej się nie do końca planowane sytuacje. Tak chyba wyglądało życie, nie można było być idealnym. Akceptowała to, bo co innego mogła zrobić. On jej teraz sugerował, że to wcale nie był jej urok? Mina jej zrzedła, gdy wspomniał o tym, że to, co nad nią wisi może ewoluować i krzywdzić innych. Nie pomyślała o tym, nie brzmiało to kolorowo. Sobą jakoś nieszczególnie się przejmowała, jednak bliskimi... tu sprawa wyglądała inaczej. - Możesz mieć rację. Nie pamiętam kiedy się to zaczęło, ale kiedyś chyba było trochę inaczej. - Próbowała się skupić i wrócić do przeszłości, jednak nie do końca umiała odnaleźć w czasie moment, gdy zaczęła być taka. Uznała to za coś normalnego, przywykła do tego tak po prostu, być może z początku zaczęła zwalać na zmęczenie, o co wcale nie było trudno, bo przecież od dawna była samodzielną matką, ale kiedy tak o tym mówił docierało do niej, że kiedyś było inaczej. - Nie ukrywam, że trochę mnie to przestraszyło. - Norka wolała być z nim szczera. - Czy w jakiś sposób możemy zweryfikować to, czy jestem normalna, czy jednak nie do końca? i czy da się coś z tym zrobić, czy nie bardzo? - Nie znała się na klątwach, nie spodziewała się, że ktoś mógł na nią jakąś rzucić. Benjy jednak był dosyć blisko z osobami, które ją znały, może mogli razem dojść do takich wniosków. Nie lekceważyła tego, co miał jej do powiedzenia, wręcz przeciwnie mogła wydawać się dość mocno przejęta tymi wiadomościami. - Nie wiem, co należy teraz zrobić, jesteś specjalistą, czy możesz mi z tym pomóc? - Spoglądała na niego czekając na to, co miał jej do powiedzenia, skoro to zauważył to pewnie tak było. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Benjy Fenwick - 07.05.2026 Jesienna herbata z niewielką wkładką rumu, którą zaserwowała mi Nora, zaczęła w końcu spełniać swoje zadanie, ciepło powoli rozchodziło się po moich skostniałych palcach, a potem wgłąb klatki piersiowej, rozluźniając napięte mięśnie karku i przynosząc dziwną, chwilową ulgę - sprawiała, iż trochę mniej przeklinałem w duchu ostatniego spóźnionego klienta, przez którego przez ostatnie godziny chłód wgryzał mi się pod płaszcz, oraz tę wilgotną, brytyjską mgłę, która od samego rana oblepiała wszystko dookoła i sprawiała, że świat za szybą stracił wszystkie barwy poza brudną szarością przechodzącą w najbardziej ponure odcienie czerni. Trzymałem kubek w dłoniach, pozwalając, by para zwilżała moją twarz, i obserwowałem Norę znad krawędzi naczynia. Za drzwiami lokalu wiatr szarpał gałęziami ogołoconych drzew, a ciemniejące, coraz bardziej stalowoszare niebo nad Londynem zapowiadało kolejny deszczowy wieczór, który groteskowo idealnie pasował do powodu mojej wizyty. Dla kogoś, kto spędził lata na wyciąganiu ludzi z bagien, w które sami weszli - lub w które ich wpychano - takie „drobne nieszczęścia” jak te, które przydarzały się tej kobiecie, rzadko bywały dziełem przypadku. Miałem pewność, że staliśmy dokładnie w tym punkcie rozmowy, w którym najłatwiej byłoby wszystko zignorować i wrócić do wygodnego wytłumaczenia, że „tak już jest”, że „zawsze tak było”, że nie ma sensu się nad tym pochylać, skoro świat się od tego nie zawalił, mimo to, nie zamierzałem odpuścić przynajmniej tej jednej próby dojścia do sedna tego, co zaprzątało moje myśli już od ponad tygodnia. W głowie układałem odpowiedzi, poprawki, pytania, które cisnęły mi się na język, bo im więcej mówiła, tym wyraźniej widziałem, jak daleko byliśmy od siebie, praktycznie na dwóch różnych poziomach tej samej rozmowy - ona opowiadała o sobie tak, jak patrzyła na siebie od lat, ja próbowałem dopiero złożyć jej obraz z kilku spotkań, paru obserwacji i zawodowego instynktu, który rzadko kiedy pozwalał mi odpuścić coś, co nie pasowało do ogólnego obrazu. Nie znałem jej dobrze, to była pierwsza rzecz, którą musiałem mieć z tyłu głowy - kilka rozmów, kilka wizyt, kilka detali zapamiętanych mimochodem, to nie wystarczało, żeby stawiać twarde diagnozy, a jednak sprawiło, że coś mnie zatrzymało, zmusiło do powrotu, do napisania tamtego listu, do siedzenia teraz tutaj zamiast zająć się czymkolwiek innym, co powinno mieć wyższy priorytet. Cisza w lokalu, zamknięte drzwi, brak świadków, to wszystko działało na naszą korzyść, skinąłem lekko głową, kiedy wspomniała, że to dobry moment, bo z tym akurat nie zamierzałem się spierać, chociaż w głębi duszy już wiedziałem, że to nie będzie kwestia jednego pytania i jednej odpowiedzi. Kiedy zapytała, czy potrzebuję czegoś konkretnego, by potwierdzić moje przypuszczenia, krótko pokręciłem głową i odstawiłem filiżankę na blat. Ceramiczny stukot o drewnianą powierzchnię wydał mi się nienaturalnie głośny w opustoszałej kawiarni. - Potszebuję tylko twojej szczelości i chwili skupienia. - Odpowiedziałem, krzyżując ramiona na piersi. Nie zamierzałem niczego pospieszać, przeskakiwać od razu do działania, nawet jeśli zazwyczaj nie lubiłem czekać zbyt długo - wszystko w swoim czasie. - Myślę, sze dopóki nie dojdziemy do niczego konkletnego, powinnaś się laszej maltwiś tym, sze nikt wcześniej nie zwlócił na to uwagi nisz samym ploblemem. - Dodałem spokojnie, ale też bez łagodzenia sensu tych słów - nie było w tym ani cienia wahania, ani próby ocieplenia przekazu, który mógł wypaść nawet dosyć brutalnie, zważywszy na to, co nim sugerowałem, jednak wiedziałem, że jeśli teraz odpuszczę, pozwolę jej to zbagatelizować, to później może nie być już okazji, by to naprawić. - Albo sze zwlócił i uznał, sze to nie jego splawa. - Pozwoliłem tej myśli wybrzmieć, zanim ruszyłem dalej, nie dokładając nic więcej przez krótką chwilę - chciałem, żeby poczuła wagę moich słów, ale nie zamierzałem jej przytłoczyć bardziej, niż było to konieczne, gdyż wiedziałem, że to nie było coś, co przyjmowało się od razu, bez oporu. Nie użyłem jeszcze żadnego konkretnego określenia, nie nazwałem tego wprost, ale kierunek był już jasny… Zrobiłem krótką pauzę, ważąc słowa, nie chciałem brzmieć protekcjonalnie, ale jej pytanie o „normalną niezdarność” wymagało brutalnej, technicznej szczerości. - „Nolmalność” to pojęcie względne w mojej blanszy. - Odparłem, krzywiąc się lekko, zastanawiając się, jak ująć to, co widziałem. Nie byłem krasomówcą, nie zamierzałem sypać z rękawa metaforami, gdy miałem bardziej konkretną robotę do wykonania, chociaż… Tym razem nie chodziło o fundamenty przeklętego budynku, a o fundamenty czyjegoś zaburzinego życia, co było trudniejsze i bardziej delikatne… Moja praca zazwyczaj polegała na czymś zupełnie innym, większość życia spędziłem, odczytując sygnatury magiczne wplecione w fundamenty starych budynków, neutralizując zabezpieczenia w grobowcach, wygaszając echa rytuałów odprawianych na terenach różnych lokacji czy zdejmując uroki z przedmiotów, które nigdy nie powinny trafić w ręce nieświadomych ludzi. Praca z ludźmi nie była moją główną domeną, gdyż byli oni dużo bardziej złożeni od miejsc czy przedmiotów, ale skoro mogłem zrobić cokolwiek, nie zamierzałem pozostawać ślepy i bierny. - Nie sugeluję, sze nie jesteś sobą albo bez tego byłabyś inna. W definicji, któlej szukasz - tak, jesteś zdlową na umyśle kobietą, któla plawdopodobnie lasi sobie lepiej, nisz powinna w tych okolicznościach. - Doprecyzowałem, widząc jej zmieszanie. - Sugeluję tylko, sze w całym szelegu cięszalów, z jakimi się mieszysz, plawdopodobnie dźwigasz coś, co nie naleszy do ciebie. - Spojrzałem jej prosto w oczy, starając się przekazać jej tyle pewności siebie, ile sam byłem w stanie w sobie wykrzesać, mimo że praca z „żywym materiałem” zawsze budziła we mnie pewien opór. - Czy jest to pszytłaczające? Jasne. Czy da się coś s tym zlobiś? Zawsze się da, o ile wiemy, s czym walczymy. Pytanie tylko, jak głęboko zapuściło koszenie i jaką cenę tszeba zapłaciś za wylwanie tego. - Przechyliłem lekko głowę, obserwując jej reakcję - Nora patrzyła na mnie z tą swoją mieszanką niepokoju i ufności, która sprawiała, że czułem się wyjątkowo nieswojo. Moja profesja rzadko wiązała się z zaufaniem, częściej z lękiem przed tym, co wyciągnę spod podłogi czy zza zakurzonego gobelinu, jej podejście było zatem bardzo nietypowe. - Mogę to splawdziś, ale nie wiem, czy nie okasze się to czymś, czego zdejmowaniem powinien się zająś ktoś mniej... Topolny niż ja. Jestem w tym fachu skuteczny, ale bywam… Ladykalny. - W innych okolicznościach zaryzykowałbym stwierdzenie, że to słowo nie mogło być dalsze od prawdy - nigdy nie byłem radykałem w powszechnym znaczeniu tego słowa - jednak teraz po prostu nie miałem lepszego określenia. - Istoty szywe nie są do końca moją specjalizacją. Na ogół zajmuję się czymś innym. - Uprzedziłem, nie zamierzając jeszcze wyprzedzać faktów i mówić o sobie czegoś więcej, chociaż spodziewałem się, iż mogła być ciekawa tego, czym się zazwyczaj zajmowałem. A zdecydowanie nie byli to ludzie. Eleonora nie była starym murem, który można było przebudować od nowa, była młodą kobietą, matką, córką i siostrą, i jeśli wolała wybrać do tego zadania kogoś, kto byłby delikatniejszy w obejściu, naprawdę nie miało to uderzyć w moje ego - byłem świadomy swoich potencjalnych ograniczeń. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Nora Figg - 07.05.2026 Krople deszczu uderzały o parapet, tworzyły całkiem miłą dla ucha melodię. Słońce już dawno zaszło, w klubokawiarni panował półmrok, świece oświetlały wnętrze na tyle na ile mogły. Ostatni klienci wyszli, dzięki czemu mieli szansę przejść do sedna. Panna Figg starała się jak zawsze emanować pozytywnym nastrojem, chociaż czuła, że ta rozmowa nie będzie należeć do najprostszych. Nie po liście, który być może nie brzmiał dramatycznie, jednak sprawiał wrażenie, że coś wisi w powietrzu, tylko jeszcze nie zdawała sobie sprawy o co chodzi. Co by to nie było, to wiedziała, że sobie z tym poradzi, wiele przeszkód pojawiało się na jej drodze i z każdą jakoś sobie radziła, tym razem nie mogło więc być inaczej. Profesja Benjy'ego mogła pozwolić jej się domyślić, czego mogło to dotyczyć. Spodziewała się raczej usłyszeć, że chodzi o budynek w którym się znajdowali, a nie o nią samą. To było czymś zupełnie nowym, czego raczej nie brała pod uwagę. Nie zamierzała jednak jakoś specjalnie łamać się z tego powodu, była przecież Norą Figg - nie z takimi problemami sobie radziła, czyż nie? - To tak właściwie niewiele. - Powiedziała z uśmiechem. W tej chwili nic jej nie rozpraszało, więc mogła się skupić, co do szczerości... wydawała jej się potrzebna do tego, żeby odpowiednio zidentyfikowali problem, musiała po nią sięgnąć. Zresztą nie miała nic do ukrycia, mimo, że nie znali się jakoś bardzo, to nie wątpiła w jego zamiary. Zainteresował się jej osobą, coś zwróciło jego uwagę i z tym do niej przyszedł, chciał zaradzić problemowi o którego istnieniu sama nie wiedziała, to było całkiem miłe, bo przecież mógł uznać, że go to w ogóle nie obchodzi. - Być może nikt wcześniej nie przyglądał mi się zbyt uważnie. - Nie wierzyła raczej w to, że specjalnie zostało to zignorowane, starała się myśleć raczej pozytywnie o swoich bliskich i ich zamiarach. Uznawała więc, że po prostu nikogo to nie zaintrygowało, co przecież mogło się zdarzyć. Jej brat był klątwołamaczem, ale nie bywał w domu zbyt często, nie przyglądał jej się jakoś bardzo dokładnie, walczył ze swoimi demonami. - Nie wątpię, pewnie sporo w swoim życiu widziałeś, zwłaszcza, że bywałeś w różnych miejscach. - Spodziewała się tego, że w innej części świata sięgano po inne metody, inne rytuały, inne klątwy, dokładnie tak jak ze słodkościami. Jako, że zdawała sobie sprawę z tego, że Benjy sporą część życia spędził w drodze, to pewnie i miał doświadczenie z magią z którą nie wszyscy mieli szansę się spotkać. To też mogło spowodować to, że zwracał uwagę na to, czego inni nie widzieli. - Dzięki? - Nie do końca jeszcze wiedziała, jakie to były okoliczności. Najwyraźniej to, że zdarzało jej się w coś wdepnąć, o coś zahaczyć, czy wypuścić z rąk nie było wcale jej urokiem, a czymś głębszym. Musiała to przetrawić, powoli zaczynała to robić. Radziła sobie jego zdaniem lepiej, niż powinna w podobnych okolicznościach, to sugerowało, że nie było z nią najlepiej, tak właściwie nigdy się jakoś specjalnie nad tym wszystkim nie zastanawiała, czy ktoś specjalnie jej to zrobił, czy może zupełnie przypadkiem dotknęła czegoś, czego nie powinna. Opcji było wiele, wolała wierzyć w to, że sama to na siebie ściągnęła, niż pozwolić zwątpić sobie w to, że ludzie mieli co do niej odpowiednie zamiary, nikomu przecież nie zrobiła krzywdy w przeciągu całego swojego życia, no na pewno nie świadomie. - Korzenie mogą być dość głębokie, zważając na to, że nie pamiętam kiedy to się tak właściwie zaczęło. - Miała być szczera, więc była szczera. - Nie wiem jeszcze, jaką cenę jestem gotowa zapłacić, czy masz pewność, że to nie uszkodzi mnie bardziej? - Musiała o to zapytać, tak właściwie to co doskwierało jej teraz było może nieco upierdliwe, ale dało się z tym żyć, z drugiej strony wspomniał o tym, że to może ewoluować i zacząć oddziaływać na innych, a to ją trochę przerażało. Zupełnie inaczej wyglądała sprawa, jeśli komuś z jej bliskich mogła stać się krzywda przez nią. - Być może jesteś toporny, ale jakby nie patrzeć to Ty zauważyłeś, że coś ze mną jest nie tak. - Nie do końca miała pojęcie, w czym się specjalizuje, bo nie rozmawiali wcześniej o tym, czym się zajmował jakoś zbyt wiele, wiedziała tylko, że był klątwołamaczem, a że klątwy były różne... - To, że jesteś radykalny to chyba nic złego? - Najważniejsze, aby pozbyć się problemu, czyż nie, metoda nie do końca się liczyła, ważne, że przynosiła oczekiwany efekt. Nie potrzebowała delikatności. - To pewnie nie różni się zbyt mocno, klątwa jak klątwa, jeśli masz chęć spróbować, to jestem gotowa oddać się w Twoje ręce. - Wolała nie mówić o tej przypadłości zbyt wielu osobom, skoro on wywęszył problem, to i on powinien się tym znaleźć, przecież raczej nie powinna stać się jej żadna krzywda. Wydawała się być przekonana, że to wcale nie był taki głupi pomysł. - Oczywiście nie chcę, żebyś zajmował się czymś, co nie leży w Twoich kompetencjach, też zapłacę Ci za to, bo przecież to Twoja praca. - Musiała o tym wspomnieć, bo nie chciała zajmować mu czasu, nie zajmował się tym przecież charytatywnie. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Benjy Fenwick - 15.05.2026 Zdarzały się takie dni, gdy natura przywdziewała maskę okrutnej ironii, kpiąc w żywe oczy z mroku niesionych przez nas nowin, słońce świeciło wtedy z niemal bezczelną intensywnością, a aura wydawała się tak nieskazitelna, że samo słowo „posłuchaj” - zwiastujące przecież nieuchronny koniec spokoju - brzmiało w tym blasku jak ponura groteska. Dzisiaj jednak jesień postanowiła zrezygnować z jakichkolwiek pozorów subtelności i z niemal sceniczną precyzją wpisała się w ciężar nowin spoczywających na moich barkach. Nawet po tylu latach spędzonych poza granicami ojczyzny, mimo iż niemal połowę mojego życia pochłonęły rejony o znacznie bardziej tropikalnym temperamencie, wciąż nosiłem pod skórą cierpkie wspomnienie tego, jak bezlitośnie ponura potrafiła być ta pora roku na Wyspach, lecz tegoroczne odejście lata naznaczone było znacznie głębszym mrokiem niż ten, którego mogliśmy się wszyscy spodziewać. Mieliśmy dopiero środek października, lecz w tej gęstej, ołowianej szarości trudno było wykrzesać z pamięci choćby najsłabsze powidoki minionego lata - z nieba, które zdawało się wisieć tuż nad kominami, lał się coraz gwałtowniejszy, chłodny deszcz, a porywisty wiatr z furią obdzierał drzewa z ostatnich skrawków koloru, szarpiąc nagimi gałęziami i złośliwie przyklejając rozmoknięte, nieczytelne już ulotki do szyb kawiarni. Znajdowaliśmy się w miejscu, które w normalnych okolicznościach stanowiłoby definicję przytulności - skąpanym w łagodnym, rozmytym, miodowym świetle i wypełnionym mieszaniną słodkich zapachów - ale z chwilą, w której Nora pożegnała ostatniego klienta, zamykając drzwi, coś się zmieniło. Wiedziałem, jakie wyznaczyłem sobie zadanie, zdawałem sobie sprawę z tego, iż nie miało być ono ani łatwe, ani przyjemne, nigdy nie unikałem trudnych rozmów tylko przez to, że były trudne, lecz wszystko to wcale niczego nie ułatwiało. Patrzyłem na ciepły blask świec tańczący w zielonych oczach kobiety przede mną, wiedząc, że za chwilę będę musiał ten spokój nieodwołalnie zburzyć. Przynosiłem wieści, których nie dało się złagodzić ani aromatem naparu, ani gościnnością tego azylu - wieści, które pasowały wyłącznie do tego, co działo się teraz na zewnątrz, za grubą taflą szkła, a jednak musiały trafić tutaj, w miejsce, które dopiero co odzyskało spokój po jednej katastrofie, by stać się świadkiem kolejnego kryzysu. - Zdziwiłabyś się. - Uniosłem kącik ust w krzywym, bardzo wymownym uśmiechu, gdyż wspomniane przez Norę „niewiele”, jakim była dla niej szczerość, dla wielu innych wcale nie było aż tak elementarne - nawet w chwilach, w których należało mówić prawdę i tylko prawdę, gdyż kłamstwo mogło tylko zaszkodzić, wiele osób usiłowało przede wszystkim zachować twarz i pozory, skupiając się przede wszystkim na tym, by nie wypaść na kogoś, kim nie chcieli być w oczach innych ludzi, nawet jeśli byli tacy naprawdę. Odstawiłem filiżankę, a dźwięk uderzenia ceramiki o blat wybrzmiał w ciszy lokalu niczym wyrok, którego nie dało się już dłużej odwlekać. O ile jej spokój był szczery i w pewnym sensie imponujący, o tyle opierał się na założeniach, które w moim świecie rzadko kiedy się sprawdzały, a już na pewno nie wtedy, gdy w grę wchodziło coś, co mogło działać długo, cicho i bez wyraźnych objawów. Widziałem rzeczywistość inaczej niż Nora, przynajmniej pod pewnymi względami, zdarzało mi się go oceniać przez pryzmat zaniedbań, niedopatrzeń i wygodnej ślepoty, gdyż nie było innej możliwości - życie nie było czarno-białe, lecz ostatnie lata przynosiły nam coraz więcej głębokiej szarości i to był właśnie ten przypadek. - To, sze nikt tego nie wyłapał… - Zawahałem się, wiedząc, iż brat Nory był klątwołamaczem uważanym za specjalistę, a więc nie chcąc podważać kompetencji kolegi po fachu, nawet jeśli go nie znałem. - Cósz, czasami najcięszej zobaczyś wzoszec tam, gdzie jest najbliszej. To była różnica, którą znałem aż za dobrze, sam wielokrotnie widziałem rzeczy u obcych ludzi, których nie dostrzegałem u tych, których znałem lepiej, i odwrotnie - bliscy ludzie rzadko analizowali się nawzajem w ten sposób, widzieli to, co chcieli widzieć, albo to, do czego byli przyzwyczajeni. Miałem już opinię na ten temat, teraz tylko zastanawiałem się, ile z niej powinna usłyszeć w tej chwili, biorąc pod uwagę, że nie była dla mnie ani kimś obcym, ani kimś bliskim, tylko kimś pomiędzy, a takie relacje bywały najtrudniejsze, bo nie wiadomo było jeszcze, ile można powiedzieć, żeby nie przekroczyć granicy. Nie chciałem być bezrefleksyjnym siewcą wątpliwości w głowie Nory, ale jednocześnie nigdy nie było mi blisko do delikatnego posłańca złych wieści - raczej nie potrafiłem ich przekazywać tak, by brzmiały subtelnie i pocieszająco, na ogół waliłem prosto z mostu, od razu wydając osąd i nieczęsto zmieniając już raz wygłoszone zdanie. Oczywiście - bywało, iż moje przypuszczenia okazywały się błędne, a zarzuty lub podejrzenia - całkowicie omyłkowo postawione, lecz przez lata nauczyłem się ich raczej nie przestrzelać. - Widziałem spolo. - Przyznałem, spokojnie, bez fałszywej skromności, ale też bez dumy. Niepewne „Dzięki?” na moją sugestię, że radziła sobie lepiej, niż powinna, sprawiło, iż tylko przecząco poruszyłem głową - nie było za co dziękować - to, co uważała za hart ducha, dla mnie było dowodem na to, jak silny mógł być na nią nacisk zewnętrzny. Jeśli musisz być nadludzko dzielna, by przeżyć zwykły tydzień, to znaczy, że coś aktywnie stara się sprawić, byś go nie przeżyła. - Nie dziękuj mi jeszcze za nic. Na lasie tylko psuję ci wieczól. - To nie była fałszywa skromność, tylko zasada, której nauczyłem się dawno temu i której nie zamierzałem łamać tylko dlatego, że sytuacja była niewygodna. Nie chciałem być delikatny - chciałem, żeby wiedziała, na co się pisała, bo prawda była taka, że nie lubiłem sprzedawać ubarwionej nadziei, uznając ją nie tyle za towar deficytowy, co w moim fachu za wręcz niebezpieczny. Wolałem twarde fakty, zimny metal rytualnego ostrza i konkretne zaklęcia, które po prostu rozrywały sploty mrocznej magii, zamiast obiecywania, że „wszystko będzie dobrze”. - To zaleszy, jak do tego podejdziesz. - Odpowiedziałem na pytanie o radykalizm. - Nie jestem usdlowicielem - przesunąłem dłonią po twarzy, czując pod palcami kilkudniowy zarost, musiałem być z nią szczery co do moich kompetencji - nie byłem medykiem z Munga ani specjalistą od ludzkiej psychiki, nigdy nie chciałem nim być - moja specjalizacja to klątwy stluktulalne - zacząłem, chcąc nakreślić jej to w sensowny sposób - miejsca i szeszy. Maltwa natula, któlą łatwiej loseblaś na czynniki pierwsze. Ty nie jesteś maltwa. Prawdę mówiąc - była jedną z najbardziej żywych osób, jakie spotkałem, emanowała energią bardziej niż większość znanych mi ludzi, błyszczała, mimo tego, co się do niej przyczepiło, aż do dzisiaj nawet nie dostrzegając, ile siły musiała wkładać we wszystko, co powinno było przychodzić jej znacznie lżejszą ręką. - „Klątwa jak klątwa”? - Powtórzyłem jej słowa, a w moim głosie zabrzmiała nuta, której sam nie lubiłem, gdy byłem młodszy, słysząc ją od człowieka uczącego mnie fachu, teraz jednak zaczynałem rozumieć jego perspektywę. Zamilkłem na chwilę, szukając odpowiedniego słowa, by opisać moją metodę pracy, nie brzmiąc przy tym jak rzeźnik, ale szybko się przy tym poddałem. - To tak, jakbyś powiedziała, sze skalpel i topól to to samo, bo oba mają ostsza. - Nie spuszczałem z niej wzroku, bo to był moment, w którym powinna zdecydować, czy naprawdę chciała iść dalej. - Pszes ostatnie piętnaście lat zajmowałem się głównie wyciąganiem klątw ze stalych mulów. Odczalowywałem piwnice magazynujące ludzi, zamiast pszetwolów, i biblioteki, któle chciały poszleś czytelników, zamiast wciągnąć ich w swoją zawaltość. Czasem tlafiał się jakiś skulwiały pszedmiot, altefakt, któly nie chciał puściś właściciela. Ale ludzie… - Zawahałem się. - Ludzie są inni. Są skomplikowani, mają własną magię, któla miesza się s zewnętsznymi ulokami. Czy mam pewność, sze cię nie uszkodzę? Nie mam. Szadnej. - Powiedziałem prosto, patrząc Norze w oczy, bez śladu uśmiechu. - Kaszda ingelencja w stluktulę magiczną wokół człowieka niesie lysyko i jeśli ktokolwiek zasugeluje ci inaczej, tylko cię okłamie. - Niestety na tym świecie było wielu tak skurwiałych ludzi, że bez wahania zapewniliby ją o swoim „wyjątkowo bezpiecznym podejściu” - ja do nich nie należałem. - Jeśli „wycinasz” klątwę, któla jest s tobą na tyle długo, by się zakoszeniła, zostawiasz pustkę. Czym ją wypełnisz? Kim będziesz, kiedy nagle pszestaniesz potykaś się o własne nogi, ale jednocześnie stlacisz tę cząstkę siebie, któla podświadomie dostosowała się do tego chaosu? Cena mosze byś wysoka, ale altelnatywą jest patszenie, jak to coś lośnie. Jak zaczyna „wyciekaś” na twoją cólkę, na ten lokal, na ludzi, któlych kochasz. Na to, jak sądzę, nie jesteś gotowa pozwoliś, więc w gluncie szeszy nie mamy zbyt wielu opcji. - Nie było sensu jej okłamywać, skoro chciała dojść do sedna tego, co się z nią działo. Nie znałem jej dobrze, widzieliśmy się ledwie kilka razy, wymieniliśmy kilka rozmów, które w innych okolicznościach pozostałyby raczej powierzchowne, a jednak siedziała teraz obok mnie, mówiąc o rzeczach, które dla wielu byłyby powodem do paniki, i robiła to z tą samą naturalnością, z jaką wcześniej proponowała herbatę, co sprawiało, że musiałem uważać jeszcze bardziej, bo ludzie, którzy patrzyli głównie na innych, nie na własne dobro, bywali najtrudniejsi do ochronienia. - Mogę oglaniczyś lysyko, mogę pszewidzieś część leakcji, mogę pszygotowaś się na to, co zazwyczaj się dzieje. Mogę pszeplowadziś dogłębną diagnozę, ale gwalansja w takim wypadku nie istnieje. - Dodałem zaraz potem, tonem niższym, osadzonym głębiej, takim, który zwykle pojawiał się u mnie wtedy, gdy kończyły się żarty i zaczynała się robota, nawet jeśli nikt formalnie mi jej nie zlecał. Półmrok w klubokawiarni sprzyjał szczerości, ale szczerość w moim wydaniu rzadko bywała całkowicie przyjemna. - Klątwy, s któlymi placuję na co dzień, są… Plostsze w swojej blutalności. Są związane są miejscami, pszedmiotami, czasem s ludźmi, ale w sposób bespośledni. - Wyjaśniłem. - To, co widzę u ciebie, jest delikatne, głęboko wplecione w to, kim jesteś na co dzień. - Przeniosłem spojrzenie na jej dłonie, potem znów na oczy. - Kaszda ingelensja coś zmienia. Nawet jeśli lobi się ją dobsze. Ploblem polega na tym, sze w tej chwili nie wiemy, co dokładnie zmieniamy, a skolo szadne z nas nie jest w stanie stwieldziś, kiedy to się zaczęło, to mose byś długotlwały ploces. - Nie straszyłem jej, mówiłem rzeczy takimi, jakie były. - Jeśli się za to zabieszemy, na pewno dogadamy stawkę. Nie biolę zapłaty za wlószenie s fusów, a na ten moment tylko to lobimy. - Stwierdziłem, być może w przypadku innej, zupełnie mi nieznanej osoby od razu przeszedłbym do ustalania kosztów jakiejkolwiek diagnozy, nie będąc nawykłym do wyciągania różdżki, zanim zobaczę galeony, lecz w tym przypadku mowa była o kimś, kto był blisko związany z moimi ludźmi, w dodatku poniósł ostatnio znaczące wydatki, więc mogłem być trochę bardziej elastyczny - liczyło się dla mnie głównie to, by wiedzieć, czy byłem właściwym człowiekiem do tej roboty. Na moment zapadła cisza, cięższa niż wcześniej, wypełniona tylko dźwiękiem deszczu uderzającego o parapet i cichym trzaskiem knotów świec. RE: [19.10.1972] Let's talk about curses | Benjy & Nora - Nora Figg - 20.05.2026 - Pewnie tak. - Ludzie mocno się od siebie różnili, szczerość, która dla niej była niczym wielkim, pewnie dla niektórych mogła być czymś zupełnie przeciwnym. Nie wszyscy lubili mówić o sobie, sięgać po prawdę, bo ta bywała bolesna. Nie wyobrażała sobie jednak, jak miałby ustalić fakty, kiedy nie chciałaby o nich mówić. Nie miała zresztą nic do ukrycia, pewnie dlatego, że była całkiem dobrym człowiekiem, a takim osobom łatwiej było dzielić się prawdą, bo nie mieli niczego na sumieniu, nie mieli się czego wstydzić. - Może też nikt się na mnie jakoś specjalnie nie skupiał. - Starała się brzmieć lekko, ale dało się wyczuć w tym odrobinę goryczy. To raczej ona dbała o innych, może związane to było też z jej podejściem, na swoje drobne tragedie i niepowodzenia machała ręką, jeśli chodziło o całą resztę to była gotowa dźwigać większość ciężarów tego świata. Była ich oparciem, powierniczką - nigdy nie narzekała. Sama raczej radziła sobie ze wszystkim w pojedynkę, bo nie chciała być niczyim ciężarem, nie lubiła robić wokół siebie zamieszania. Nie było zresztą niczego, czego nie byłaby w stanie przetrwać bez nawet słowa skargi. Przyjmowała wszystkie kłody, które życie rzucało jej pod nogi, wierząc, że dzięki temu będzie silniejsza i jakoś tak kręcił się jej świat. Interesujące było to, że on dostrzegł, że to nie musiał być jej urok, że mogło się kryć pod tym coś więcej, być może nadejdzie w końcu moment, w którym lżej jej się będzie stąpało po ziemi. Nie, żeby miała prawo narzekać, bo inny mieli jeszcze gorzej, jednakże, skoro było w niej coś nietypowego, pielęgnowanego przez lata to dobrze byłoby się tego pozbyć. - Dlaczego uważasz, że psujesz mi wieczór? Wydaje mi się, że jest wręcz przeciwnie, być może zauważyłeś, że jestem trochę popsuta, ale zasugerowałeś też, że można to naprawić, nie nazwałabym tego psuciem wieczoru. - Pokręciła jeszcze głową, bo zdecydowanie nie zamierzała się zgadzać z tym, co właśnie powiedział. To mógł być całkiem przełomowy dla niej wieczór, zwiastujący nadejście czegoś nowego, być może lepszego. Naprawdę wydawało jej się, że może mu zaufać, że wie co robi. Nie mogło być inaczej skoro jako pierwszy w ogóle zauważył, że coś mogło być z nią nie tak. Nie oceniała więc tego tak negatywnie. Zresztą wieczór, jak wieczór, jeden z wielu sobie podobnych jesiennych, chłodnych wieczorów, same w sobie nie należały do szczególnie przyjemnych. - Mam nadzieję, że tak pozostanie. - Dodała uśmiechając się przy tym serdecznie. Dobrze jej było jako żywej i wolałaby tego nie zmieniać. Nie znała się na klątwach, widziała, że podkreślał to, że on raczej był specjalistą od przedmiotów, miejsc, nie ludzi, ale nie wzbudzało to w niej strachu. Naprawdę była gotowa sprawdzić, czy uda mu się coś zrobić z jej przypadłością. Słuchała uważnie tego, co miał do powiedzenia. Opowiadał o tym na tyle interesująco, że nie wchodziła mu w słowo, nie dopytywała, czekała, aż skończy mówić. Starała się jak najdokładniej zrozumieć wszystko, co miał jej do powiedzenia, a było tego sporo. - Rozumiem, to nie jest Twoja nisza, ale możesz spróbować, wierzę w to, że jak coś zacznie iść nie tak, to przerwiesz próbę, wolę stracić część siebie, niżeli przelewać to na moich najbliższych, cieszę się, że mamy podobne zdanie, nie ma tutaj alternatyw, trzeba się tego pozbyć. - Wydawała się być co do tego przekonana. Wybór był prosty, nie mogła dopuścić do tego, żeby komuś innemu stała się krzywda, żeby klątwa zaczęła oddziaływać na kolejne osoby. - Taki problem to nie problem, no, oczywiście jeśli to przeżyję, wtedy to mógłby być spory problem, ale nie sądzę, że byś do tego dopuścił. - Naprawdę wierzyła w jego umiejętności, chociaż przecież ledwie się znali. - Czyli co? Niedługo zaczniemy głębszą diagnozę? Wspominałeś, że musisz się co do tego przygotować, odezwij się do mnie kiedy to zrobisz, możesz też po prostu tutaj przyjść, zbytnio się stąd nie ruszam. - Była gotowa podjąć próbę, sprawdzić, czy uda mu się ściągnąć z niej to piętno, o którego istnieniu nawet nie wiedziała. - Jesteśmy dogadani. - Dodała jeszcze. Póki co nie martwiła się jeszcze tym, jak będzie przebiegać dalsza część jego pracy. Koniec sesji
|