![]() |
|
[21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną (/showthread.php?tid=6008) Strony:
1
2
|
RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Zenon Kozioł - 18.07.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=U7d9t3f.jpeg[/inny avek] Ostatecznie zaplecze okazało się bogatym w drewno i płótna pokojem, w którym poza pożarami absolutnie nic się nie działo. Posiadał już w głowie jego mapę oraz jak się do niego udać. Co dla niektórych kompletnie nieprzydatne, ale nie dla Zenka. No więc spodnie gdzieś po prostu rzucił. Astoria na dżins łasa nie była. Schylił się, by podnieść istotnie metalowe pudełko. No, nie do końca. Bo w środku były jeszcze mechanizmy. A na zewnątrz gałki. A na górze antenka, która się zginała. I te wszystkie elementy połączone w jedno wydawały różne dźwięki, aż w końcu łapał sygnał i fala docierała do niego. Czyli nie zabawka. — No, nie. — przekładał pudełko między rękami, chłodząc się metalem. Równocześnie intensywnie myślał. Co u Zenka oznaczało mrużenie oczu lądujących na rozmówcy. Nie miał niestety okazji, by naprawić ten haniebny tok myślenia. Astoria odwróciła się i wyszła. A nie musiała, on by już umiał stamtąd wyjść. Pewnie nie chciała pilnować dżinsu. No i też w galerii czekały ją obowiązki. Ich wspólne obowiązki. Właśnie go do nich zaprosiła ta kustoszka. Czyli taki smakosz dla obrazów. Korytarz był niedługi, ale przez całą jego długość Zenek nie potrafił od tego odejść. Przekładał między myślami tamto radio. Jak Astoria nie wiedziała, co to jest. To czarodzieje nie słuchali? U nich nie działało, to normalne. Ale poza dzielnicami magicznymi już tak. To ona z Pokątnej nie schodziła? To jak rezerwat dla czarodziejów. Powinni odbierać fale radiowe. Tył Astorii nie przynosił mu odpowiedzi. Wkrótce znów znaleźli się w tym świecie, w którym rozsmakowywała się kustoszka. W świecie obrazów. Wizualne medium. O, tak by pewnie o tym powiedzieli. Na tych ulotkach do wzięcia przy kasie. Oczywiście nie bez biletu. W lobby jak było, tak było. W sumie to jeszcze głuszej, niż wcześniej. Widać ludzie się rozeszli. Gdzieś pod ścianą stukały trampki. Miarowy tętent przybierał na sile, mnożył się i gęstniał. Stukot obcasa na czele. To była wycieczka szkolna. Latem? Pod nogami zaświecił mu mleczny kryształ. — Ta jest — odparł, zupełnie bez emocji. Z narastającym stukotem serca przekraczał za to próg wystawy, gdzie zmieniała się podłoga. Tylko kolorem. Nadal stukała. Niemal jakby nożycami przecinał wstęgę oddzielającą go od sztuki. Gratulacje, panie Kozioł. To był mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości. Tutaj oddychało się inaczej. Niezaprzeczalnie od pierwszego stąpnięcia. Na zapleczu to była wina drewna. Zapach wżerał się w meble, z mebli docierał do ściany, a że ściany były wąskie i blisko siebie, to nie uciekał daleko. Na wystawie zapach miał przestrzeń. Powierzchnia rozpraszała wszystko. Stare płótna posłusznie zamykano za szklanymi ramami, mającymi chronić obrazy przed ludźmi i ludzi przed doznaniami. Tu zresztą nie było starych płócien. Jak zrozumiał, Astoria zaprowadziła go na wystawę studencką. Albo młodych ludzi. Czarodzieje chyba nawet uniwersytetu nie mieli. Zenek by w sumie poszedł. A każdy z tych młodych ludzi coś przygotował i namalował. Należało się temu przyjrzeć. Kontemplować z szacunkiem kustosza. Smakować sztukę, czy na tym to polegało? No więc Zenek smakował. Założył ręce za plecy, tak jak to robią starsi panowie, którzy już nie mają nic lepszego do roboty. Tylko chodzić. Stąpał po ziemi. Stawiał zupełnie nowe kroki. Oględziny każdego obrazu zaczynał od ramy. Część nie miała ram. Takich złotych czy brązowawych. Wsadzali je w antyramy czasem. No, tak to się robiło u ludzi. Ale na obrzeżach jego wzrok długo się nie skupiał, bo te obrazy także nie przypominały tych ludzkich. Przede wszystkim… zaczynały się ruszać. O rety. Mrużył oczy jak umiał, a drzewa nadal falowały na wietrze i koty biegały wokół obrazu. Dwoiło mu się i troiło. Ze stresu zgryzł wargę. — Czy obrazy… mają to robić? — jak mają, to git. Dziwniejsze już widział rzeczy. Właściwie w snach to norma, że ruszają się rzeczy, które nie mają się ruszać, a te, co się ruszają, siedzą w miejscu. — Jak mają, to ja tę oranżerię wybieram. Bo się nic nie rusza. — oczywiście, dopóki nie analizował wnętrza oranżerii. Jak się na nim zbytnio skupiał, to pomarańcze zaczynały trząść się na gałęziach i oznajmiać wolę spadania. Czy on się przypadkiem nie położył na tamtej ławeczce, zasnął i przypadkiem wlazł komuś do łba z tej wystawy? Ale Astoria zapytała o emocje. Zorientował się zbyt późno, gdy już obszedł dzieła wzdłuż i wszerz i się podzielił niefortunną opinią. To mu dopiero dała zagwozdkę. Warga mu zbledła od zaciskania. — Emocje, to hm. Trudny temat. — ścisnął się za nadgarstek z tyłu, bo puls przypominał o emocjach. Przepływ krwi i te sprawy. — Czemu nie wiesz, co to radio? — zaatakował wzrokiem Astorię, bo tak łatwiej i temat nadal krążył gdzieś po głowie. Astoria w sumie też pozostawała nieprzenikniona. Nic się o niej nie dowiedział. — Czarodzieje nie słuchają? — radia, zapomniał dopowiedzieć Zenek. RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Astoria Avery - 26.07.2026 Zatrzymała się kilka kroków od niego, pozwalając, by między nimi rozciągnęła się przestrzeń wystawy. Nie miała zwyczaju prowadzić gości od obrazu do obrazu, wygłaszać przygotowanych wcześniej formułek ani wskazywać, gdzie należało się zatrzymać. Taka sztuka szybko zamieniała się w obowiązek. Obrazy powinny same odnajdywać swoich odbiorców. Z początku obserwowała go jedynie kątem oka. Zauważyła sposób, w jaki oglądał ramy, zanim jeszcze spojrzał na same płótna. Wydało jej się to osobliwe. Większość odwiedzających nawet ich nie dostrzegała, traktując je wyłącznie jako konieczny dodatek. On natomiast poświęcał im kilka długich sekund, przesuwając spojrzeniem po drewnie z uwagą niemal równą tej, jaką chwilę później obdarzał obrazy. Patrzyła na niego uważniej, niż mogło się wydawać. Nie na obrazy, lecz na jego twarz, na sposób, w jaki marszczył czoło, mrużył oczy i raz po raz spoglądał na płótna z wyraźnym niedowierzaniem, jakby próbował odnaleźć ukryty mechanizm odpowiedzialny za ich ruch. Śledził falujące korony drzew, kołyszące się liście, kota przechadzającego się po oranżerii i gałęzie uginające się pod ciężarem owoców z taką ostrożnością, jakby każdy kolejny ruch mógł okazać się jedynie złudzeniem albo wyjątkowo skomplikowaną sztuczką. Kącik jej ust drgnął niemal niezauważalnie. To chyba rzeczywiście było zbyt wiele jak na mugolski móżdżek. Na zewnątrz pozostawała równie opanowana jak wcześniej, z dłońmi splecionymi przed sobą i spokojnym spojrzeniem śledzącym jego kolejne kroki, podczas gdy w duchu utwierdzała się jedynie w przekonaniu, że oba światy dzieli przepaść znacznie większa, niż większość ludzi była w stanie sobie wyobrazić. I być może właśnie dlatego od pokoleń uczono czarodziejów, by tej przepaści nie próbowali zasypywać. - Zgadza się. Wasze obrazy są nieruchome? - uniosła lekko brwi, nie kryjąc autentycznego zdziwienia. Przez moment próbowała wyobrazić sobie ściany wypełnione obrazami, które przez całe swoje istnienie pozostawały całkowicie nieruchome. Były jedynie zatrzymanym fragmentem rzeczywistości. Martwym. Ta myśl wydała jej się zaskakująco przygnębiająca. - Obraz nie powinien być jedynie zapisem chwili - dodała po krótkim milczeniu. - Powinien sprawiać wrażenie, że ta chwila wciąż trwa. Że życie nie kończy się na krawędzi płótna. Dlatego nasi artyści od wieków zaklinają w swoich dziełach ruch. Dzięki temu sztuka nie tylko przedstawia świat, ale też pozwala mu istnieć trochę dłużej. Nie była pewna, czy mężczyzna w ogóle zrozumie, o czym mówi, bo jego pojmowanie zdawało się ograniczone. Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, próbując zrozumieć, dlaczego odpowiedź na tak proste pytanie sprawiała mu aż taką trudność. Dla niej emocje nie były zagadką do rozwiązania ani równaniem wymagającym wielu niewiadomych. Człowiek stawał przed dziełem sztuki i albo coś w nim poruszało, albo pozostawał wobec niego obojętny. Oczywiście można było później próbować nazwać to uczucie, rozebrać je na części i ubrać w odpowiednie słowa, ale pierwszy odruch zawsze przychodził instynktownie. - Co w tym trudnego? - zapytała spokojnie, przekrzywiając nieznacznie głowę. - Albo coś czujesz, albo nie. Dla niej było to równie oczywiste jak oddychanie, ale nie zamierzała jednak naciskać. Jego kolejne pytanie ponownie sprowadziło rozmowę na tajemnicze urządzenie, które najwyraźniej nie dawało mu spokoju. Spojrzała na niego z wyraźnym zdziwieniem, zastanawiając się, czy naprawdę tak trudno było mu uwierzyć, że istniały rzeczy, o których mogła nigdy nie słyszeć. Przecież jeszcze przed chwilą sam patrzył na zaczarowane obrazy z miną człowieka, który przypadkiem znalazł się w innym świecie. Radio. To słowo brzmiało równie obco za drugim razem. Nie wywoływało żadnych skojarzeń. - Nie słuchają? - powtórzyła wolno, próbując odgadnąć sens jego pytania. - Masz na myśli muzykę? - zmarszczyła lekko brwi. - Wystarczy zaczarować instrument, żeby grał samodzielnie. Jeżeli ktoś oczekuje odpowiedniej oprawy, zatrudnia profesjonalnego muzyka. A jeśli chce posłuchać konkretnego wykonania we własnym domu, używa gramofonu. Skoro istniały instrumenty, muzycy i płyty, po co komu jeszcze jedno urządzenie? - To radio to jakiś mugolski gramofon? - zapytała w końcu, żeby zakończyć te dywagacje. Im dłużej się nad nim zastanawiała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że mugole wykazywali zadziwiającą skłonność do tworzenia skomplikowanych przedmiotów rozwiązujących problemy, których czarodzieje właściwie nigdy nie mieli. RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Zenon Kozioł - 04.08.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=U7d9t3f.jpeg[/inny avek] Czy każda wizyta w galerii polegała na tym, że za człowiekiem ciągnął się cień? Człowiek, czyli Zenek pragnął się zastanowić nad tym, co widział. Poświęcić elementom więcej, niż pięć sekund, chyba że uznawał je za przeszywająco nudne. A tu cień. Tak do jego połowy ciała. Czuł się w tej sytuacji niezaprzeczalnie obserwowany. No ale przecież dostał tę wycieczkę jak na zamówienie… Z przewodniczką. I to tylko w cenie jednego upokorzenia. Nie miał prawa teraz grymasić. — Hm. — zacisnął usta na modłę angielską. Pytaniu Astorii poświęcił chwilę milczenia. To, że obrazy nie powinny się ruszać, uznawał za oczywistość tak oczywistą, że nie musiał jej nawet akcentować. W kulki z nim sobie leciała ta laska. Zenek twardo wypatrywał czegoś przed sobą. Wzrok mu padał akurat na pomarańcze. No więc one. Astoria próbowała go wtajemniczyć w arkana sztuki czarodziejskiej, a on kiwał głową. Tak sobie stali, jak te dwa pingwiny. — A telewizji nie macie. — głos mu podskoczył w akord durowy. — I to dlatego je macie? — pojaśniał w uszach, w miarę jak sobie składał teorię. — Ja, jak chcę oglądać, jak coś się rusza, to włączam telewizor. Albo patrzę na świat wokół. Przełknął ślinę. Przyniosła mu na język dużo nowych myśli. Obejrzał się za ramię, ku reszcie sali. Inni ludzie robili mniej więcej to samo, co oni. Zwróceni byli ku obrazom. Pewnie też je oglądali, albo uciekali w swoją głowę, próbując składać sensy z tabliczek z podpisami. Jeszcze inni przenosili się ku innym salom i innym wystawom. Tylko Zenek luksusowo podróżował z przewodniczką. On i te dzieci, które maszerowały teraz ku sali. Z heterą — wychowawczynią szkolną na czele. Trzymała dzieci ciasno w zwartej kupie. Piski trampek nakładały się na siebie. Pewnie też nie mogły spacerować wokół, przykute do swojej pary. — Taka chyba specyfika medium. — ponownie zwrócił się do czubka Astorii. — No bo obraz, jak się nie rusza, to ma przekazać coś zupełnie innego. — był blisko uformowania pełnej myśli na ten temat. Naprawdę blisko. Magiczne fotografie też się ruszały. Tyle to on wiedział. — No nie wiem, no. — podrapał się po głowie. Dalsze męczenie pomarańcza nie miało sensu. Czuł drapanie w nosie, ale takimi obserwacjami już się z Astorią nie chciał dzielić. Była miła, póki co, ale jednak próbował. Próbował zachować się… poprawnie. W tym dziwnym miejscu, gdzie odziali go w drapiące kelnerskie szaty i kazali patrzeć. Już od iluś minut tupał nogą w miejscu. Astoria podążała za nim wszędzie tam, gdzie szedł. Ruszył zatem dalej wzdłuż prostokąta sali. Przeszli do tematu radia. Astoria podjęła się wyjaśnień, a może wymówek, i… to tyle. Poznał odpowiedź, ale jakoś nie wznieciło to pożaru w jego sercu. Owszem, świętokradcze słowa, et cetera, ale Astoria po prostu nie wiedziała, czym to radio było. I nie widziała potrzeby jego istnienia, ewidentnie. Ludzkość chyba tak funkcjonowała, że nie tęskniła za tym, co nieznane. Astoria też miała do tego prawo. Czy te dzieci wiedziały, co to radio? — Nooo, nie. Nie gramofon. — w chwilach takich jak tamta, kieszenie spodni oferowały potrzebne dłoniom ustronie. — Bardziej takie urządzenie, że leci muzyka, ale ty jej nie wybierasz. Zajmują się tym ludzie z rozgłośni. Kustosze muzyki. RE: [21.07.69] Niebo gwiaździste nade mną - Astoria Avery - 11.09.2026 Telewizja? Radio, telewizja, telewizor… co jeszcze? Spojrzała na niego podejrzliwie. - Telewizor? - powtórzyła; przekrzywiła głowę na kolejne nieznane jej słowo. Im dłużej się nad nim zastanawiała, tym bardziej zaczynała się zastanawiać, czy przypadkiem Zenek nie wymyślał tych wszystkich mugolskich osobliwości na poczekaniu. Może właśnie o to mu chodziło. Może doskonale wiedział, że nie miała pojęcia, czym jest połowa rzeczy, o których mówił, i teraz rzucał kolejnymi absurdalnymi nazwami, żeby sprawdzić, jak długo będzie udawała, że rozumie. Brzmiało to wszystko jak wyjątkowo kiepsko przygotowany żart, którego puenta miała polegać na tym, że czarownica wychowana w świecie magii dała się nabrać na mugolskie brednie. Przyjrzała mu się uważniej. Nie, nie wyglądał na wystarczająco bystrego, żeby przeprowadzić tak perfidną intrygę. Miał raczej ten rodzaj szczerego zagubienia, który trudno było udawać przez dłuższy czas, a poza tym zbyt chętnie tłumaczył jej rzeczy, które dla niego najwyraźniej były oczywiste. Cóż, nawet małpy potrafią wykonywać sztuczki. - Twierdzisz, że nasze obrazy są dziwne, ponieważ się poruszają, a jednocześnie opowiadasz mi o świecie, w którym ludzie konstruują osobne urządzenia tylko po to, żeby coś przed nimi oglądać - na jej twarzy pojawił się ledwie widoczny, ale jednak uśmiech. Zaczynało ją to trochę bawić, choć wciąż czuła się lepszą od niego. Tym bardziej po tym, co opowiadał. Nie ciągnęła go już więcej za język w kwestii emocji, jakie wywoływały obrazy. Najwyraźniej trafiła na wyjątkowo oporną jednostkę - człowieka, który potrafił przez kilka minut z zapałem opowiadać o niemagicznym urządzeniu do puszczania muzyki, a jednocześnie na pytanie o własne odczucia wobec sztuki odpowiadał tak, jakby właśnie poproszono go o rozwiązanie niezwykle skomplikowanego zadania z numerologii. Czy szlamy w ogóle odczuwały emocje w takim stopniu jak normalni czarodzieje? Myśl ta przyszła jej do głowy niemal mimochodem, kiedy znów spojrzała na obrazy poruszające się leniwie w ramach. Może problem nie leżał w wychowaniu, braku obycia czy zwyczajnej nieumiejętności wyrażania siebie. Może różnica była głębsza. Może i pod tym względem byli upośledzeni? Kustosze muzyki. Czarownica uznała to za jedno z najgłupszych określeń, jakie kiedykolwiek dane jej było usłyszeć. Naprawdę brakowało mu piątej klepki. Nie tylko jemu zresztą. Im dłużej przebywała w jego towarzystwie, tym wyraźniej dochodziła do wniosku, że problem mugoli nie polegał nawet na braku dostępu do magii, lecz na tym, że nie potrafili pojąć świata, który mieli przed własnymi oczami. Wszystko musieli komplikować, zastępować prostsze rozwiązania jakimiś dziwacznymi wynalazkami, a potem jeszcze nadawać im wzniosłe nazwy. - Dlaczego właściwie ktoś miałby decydować, czego chcę słuchać? - zapytała w końcu, marszcząc lekko brwi. Przecież wystarczył gramofon. Bez pośredników, bez obcych ludzi decydujących za nią, bez konieczności znoszenia czyjegoś gustu tylko dlatego, że ktoś po drugiej stronie jakiejś mugolskiej machiny uznał akurat ten utwór za odpowiedni. - Gramofon może odtworzyć to, co mam ochotę słuchać, po co to komplikować? - Sama idea wydawała jej się pozbawiona jakiejkolwiek logiki, ale może miał jakieś sensowne argumenty, bo ona nie potrafiła znaleźć w tym żadnej korzyści. Zakręcił ją tymi rewelacjami na tyle mocno, że zadawała kolejne pytania, chociaż życie mugoli nie interesowało ją w żadnym stopniu. |