![]() |
|
[11 kwietnia 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +--- Wątek: [11 kwietnia 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel (/showthread.php?tid=601) |
RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Fergus Ollivander - 09.12.2022 Bywał łatwowierny, dlatego też uwierzyłby w tego krakena, gdyby Castiel przyznał o jego obecności poważnym tonem. Skoro czarodzieje potrafili ukryć przed mugolami budynki wypełnione ludźmi, to dlaczego nie jedno stworzenie? W tym momencie mógł sobie jednak wymarzyć tylko mapę prowadzącą na jakąś odległą wyspę, gdzie zaznałby odrobiny spokoju, leżąc na piasku i gapiąc się w niebo. - Myślałem, że to jak z lataniem na miotle – przyznał. – Nigdy się tego nie zapomina. Nie żeby był jakimś specjalistą od lotów. Wolał twardo stąpać po ziemi, a bujać w obłokach co najwyżej umysłem. Za quidditchem w gruncie rzeczy też nie przepadał, unikając wyjść na mecze za każdym razem, kiedy tylko miał taką możliwość. Wolał spędzać swój czas w zupełnie inny sposób i sport zdecydowanie nie należał do jego zainteresowań. Może dlatego dostawał zadyszki za każdym razem, kiedy był zmuszony przebiec z jednego końca Pokątnej na drugi. Przyjrzał się sceptycznie czapce, ale nie odmówił jej przyjęcia. Póki co jednak nie kwapił się do ubrania jej, dochodząc do wniosku, że dopiero na miejscu zdecyduje, czy naprawdę jej potrzebował. Zwłaszcza że nie znał jej właściciela, a coś podpowiadało mu, że raczej nie należała do tego Flinta, którego miał przed sobą. - Nadal twierdzę, że to kretynizm – uznał w kwestii szkoły, wzruszając ramionami i czekając, aż Castiel przygotuje rzeczy, które zamierzał zabrać. Sam Fergus nie miał zielonego pojęcia, co mogło mu się przydać, a nawet gdyby jakimś cudem stworzył listę takich przedmiotów, pewnie zajęłoby mu sporo czasu zdobycie ich wszystkich. Musiał zaufać blondynowi. Puchonom można ufać. Prawda? No dobra, nijak nie określiłby go tym mianem, nie wiedząc o tym. Castiel po prostu miał rację. - To raczej nie będzie trudne, co nie? – stwierdził i spróbował sobie przypomnieć cokolwiek na temat plumpek. Wiedział, że wyglądały jak zwykłe ryby, ale poza tym miały stopy. Czy to jakkolwiek dodawało im tempa? Jeśli tak, mógłby mieć problem ze złapaniem tego. I kwestia tego, jak wielkie były? Im dłużej przebywał z Flintem, tym bardziej był przekonany o tym, że zupełnie niczego nie mógł być pewien. Tak, jakby cała wiedza uleciała mu z głowy przez samą jego obecność. Uwaga mężczyzny dotarła do jego uszu o sekundę za późno, bo jednocześnie z uściskiem na ramieniu poczuł szarpnięcie w żołądku. Teleportacja ułatwiała życie, ale była też przy tym cholernie nieznośna. Spróbował utrzymać równowagę, chwytając się Castiela, nim poleciał do przodu. Pewnie wylądowałby z większą gracją, gdyby był przygotowany na ten ruch, ale element zaskoczenia trochę ogłupił jego zmysły. - Poprawka, ty wyciągasz łódź. Ja się na tym nie znam – zawołał, ruszając za nim, by dorównać mu kroku. Nie chciał dodawać, że był przy tym zbyt leniwy na jakikolwiek większy wysiłek. Mimo wszystko podejrzewał, że jego towarzyszowi pójdzie to o wiele sprawniej bez zbędnej pomocy laika. Zmarszczył nos, czując smród ryb przyniesiony dość silnym wiatrem, który w końcu zmusił go do nałożenia wciąż trzymanej w dłoni czapki. Włosy wpadały mu do oczu, więc unieruchomienie ich pod ubraniem nieco ułatwiało drogę. Rozglądał się wokół, by w razie czego zapamiętać drogę powrotną. I trochę z ciekawości nowego miejsca, którego nigdy wcześniej nie widział. Nijak nie przypominało to zatłoczonego Londynu czy nawet wiejskich rezydencji kontrahentów jego ojca. Musiał jednak przyznać, że mijane przez nich łódki przyciągały wzrok. Nie do końca wiedział, jak miałaby wyglądać łódź należąca do Flintów, ale z pewnością spodziewał się czegoś… większego. Skoro jednak ta była przeznaczona jedynie do celów rozrywkowych, zwykła szalupa wystarczała. Obszedł ją od jednego końca do drugiego, szukając w niej czegoś niezwykłego, ale niczego się nie doszukał. Wzdrygnął się, słysząc głos Castiela, ale instynktownie uniósł ręce, by złapać rzucaną w jego stronę torbę. Jej zawartość zabrzęczała cicho, ale nie zastanawiał się zbytnio nad tym, co znajdowała się w środku, po prostu wieszając ją sobie na ramieniu. Zaraz po tym wygrzebał z kieszeni kurtki papierosa i odpalił go, obserwując Flinta przy pracy. To była niemal dewiza Ollivandera: odpoczywaj, kiedy możesz – niech inni tyrają za ciebie. Ale tak, jak już było powiedziane wcześniej, na nic by się nie przydał, więc poświęcił te cztery minuty na próby wydmuchiwania kółek z dymu, czego w ostatnim czasie próbował się nauczyć. - To się powinno tak chybotać? – zapytał z wahaniem Castiela po tym, jak zgasił butem papierosa i wrzucił torbę do łódki, która poruszyła się pod dodatkowym ciężarem. Blondyn wydawał się jednak niewzruszony. Niepewnie do tego nastawiony, Fergus poprawił czapkę na głowie, by nie opadała mu na oczy i postawił jedną stopę w łódce, gotowy do ucieczki w razie, gdyby ta zamierzała się przewrócić. - Królowo Plumpko, chroń mnie przed śmiercią – jęknął, stając na pokładzie obiema nogami i próbując utrzymać równowagę. Jakim cudem Flint stał tak pewnie? – Utopimy się, mówię ci – dodał jeszcze, opadając na tyłek, by nie wylądował w wodzie. Łódka uderzyła przy tym o bok pomostu. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Castiel Flint - 09.12.2022 Wywrócił oczyma kiedy Fergus porównał pływanie do latania. Więcej wspólnego ma patronus i dementor aniżeli te dwa sporty! Nie cierpiał latać. Nie umiał. Bał się wysokości ale za to żegluga i pływactwo to jego komik. Dzięki takiej przynależności do rodu nie miał zbyt wiele sposobności na obrośnięcie tłuszczykiem. Nawet mając siedzący tryb życia w weekendy robił coś wysiłkowego - czy to z obowiązku (pomoc w stoczni) czy z chęci własnych (pływanie). Brenna mogła mieć rację. Jego krew to morska woda z solą, dzięki czemu istniały marne szanse, że mógłby się utopić. Już jako roczne dziecko machał nogami i rękami w wodzie. Dwadzieścia sześć lat później czuł się jak plumpka w wodzie… ot, jedynie miał milszą dla oka aparycję i dobre wymiary. - Ja jestem od pływania, ty od łowienia plumpek. Nie będę ci ułatwiać zadania.- prychnął i uśmiechnął się niczym łobuz. Nie był pewien co w niego wstąpiło ale chętnie temu przyklaśnie. Musiał szybko ich wcisnąć na łódź zanim uzna, że to słaby pomysł i uświadomi sobie swoją swobodę przy względnie obcej osobie. Gości nie lokuje się w łodziach tylko w fotelu z filiżanką kawy. Jak nic dzisiaj miał ochotę łamać zasady. - Wyciągnie łodzi to pchanie łodzi. Jestem pewien, że dasz sobie z tym radę. - zwęził oczy w takie dwie szparki i przyjrzał się facjacie Fergusa. Czy aby tu węszył uciekanie przed zmęczeniem? Ach tak, niech tak będzie… już Castiel zadba o to, aby ten żałował wejścia na łódź. Niech tylko wypłyną to dostanie do rąk wiosła i nie wrócą na brzeg dopóki ręce Fergusa nie zmienia się ze zmęczenia w galaretę. Cóż za okrucieństwo z jego strony! To takie do niego niepodobne ale zarazem tak bardzo kuszące. Nie mógł sobie tego odmówić. Okazało się, że łódź była przycumowana i nie trzeba było jej wyciągać z doków. Fergusowi się upiekło. Kiedy pracował nad rozplątaniem węzła marynarskiego dotarł do niego zapach papierosów. Zerknął na swojego leniwego towarzysza w czapce Balduda i utwierdził się w przekonaniu, że należy go zmęczyć. - Ciesz się, że nie jęczy z rozkoszy ilekroć ktoś ją dotknie.- wyszczerzył zęby, czując się już nad wyraz swobodnie - woda, łódź, fale, charakterystyczny zapach i obietnica pływania. To go rozluźniało. - Mój brat kiedyś ją w ten sposób zaczarował. Wyobraź sobie furię mojego ojca kiedy tu wsiadł a łódka zaczęła wzdychać męskim głosem.- zdradził mu nawet rodzinny sekret. To chyba znak, że po wszystkim będzie musiał go zabić. Co on mówił o transmitowaniu w kamień…? Fantastyczny pomysł, jeśli rzuci się nim na dno morza! Cóż za okrutne myśli, panie Flint. A ten uśmiech na twarzy… parsknął śmiechem na słowa Olivandera, a jego śmiech wplótł się echem pomiędzy szum fal. - Królowa plumpek prędzej cię zje niż uratuje. To ja powinienem być tu wzywany do wybawienia.- usiadł zaraz po tym jak Fergus dzielnie usadowił swoje cztery litery na kładce. Rozłożył wygodnie stopy bo bokach ścian i sięgnął po jedno wiosło. Z jego pomocą odepchnął łódź od molo, nastąpiło charakterystyczne szarpnięcie kiedy pomknęli od brzegu. - Bierz wiosło. - oznajmił złowrogo unosząc wymownie brwi. - Bierz wiosło albo ja nas odpłynę na środek morza i dam ci oba wiosła, abyś nas odprowadził do brzegu.- profilaktycznie zagroził, aby zmotywować mężczyznę do zaniechania buntu. Zademonstrował płynny ruch wiosłowania przez co łódź skierowała się dziobem w lewą stronę. Potrzebowała zrównoważenia z drugiej strony więc… trzeba było czekać na ruch biednego Fergusa. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Fergus Ollivander - 09.12.2022 Miganie się od roboty najwyraźniej nie mogło ujść płazem przy Castielu, ale skąd Fergus miał o tym wiedzieć? Spędził z nim teraz więcej czasu niż przez resztę swojego życia razem wziętą. I na dodatek nie potrafił stwierdził, czy miał czego żałować. - A masz w tej torbie chociaż wędkę? – zapytał z nadzieją, chociaż na nic wielkiego nie liczył. Na tyle, na ile wyrobił sobie w głowie obraz Castiela, mógł stwierdzić, że pewnie każe mu łapać te ryby gołymi rękami. Albo skręcić sobie sieć z liny znajdującej się gdzieś pod siedziskiem. Nieświadomie zaczął dostrzegać w nim podobieństwo do Cynthii i nieco go to niepokoiło. Tylko czemu, skoro byli bliźniętami? To logiczne, że jakieś cechy ich charakterów się zgrywały. - Nie można jej w sumie popchnąć zaklęciem? – zauważył, ponownie marszcząc nos, gdy wiatr przywiódł w ich stronę zapach ryb, które leżały zbyt długo na powierzchni. Nie był przekonany, czy kiedykolwiek przyzwyczai się do tego zapachu. Sprawiał, że czuł się wręcz brudny i obślizgły jak źródło tej woni. Castiel wydawał się niepocieszony tym, że Fergus nie kwapił się mu pomóc, ale ten niezbyt się przejął. Nie planował tej całej eskapady i nie miał okazji się do niej przygotować, chociażby mentalnie. Na dodatek czuł, jak wiatr wnika mu pod kurtkę, wywołując nieprzyjemne dreszcze z zimna. Roześmiał się w głos na anegdotę opowiedzianą przez Castiela, próbując sobie wyobrazić tę sytuację. W ogóle sam pomysł zaczarowania w ten sposób łódki wydawał się Ollivanderowi genialny, ale wolał o tym nie wspominać. To byłoby dość dziwne, prawda? - Twój ojciec wydaje się równie spięty, co mój – przyznał w końcu, ocierając oczy po nadmiernym śmiechu. Miał wrażenie, że wciera sobie smród ryb nawet w powieki, więc wzdrygnął się przy tym nieco. Można to było zrzucić na zimno. – Jak udało się to zrobić twojemu bratu? Może przetestuję coś podobnego na moim staruszku. O tak, wkurzanie głowy rodziny Ollivanderów było jednym z ulubionych zajęć Ferga. A że jego rodzeństwo zazwyczaj nie chciało się przyłączać, pozostawał na tej misji zupełnie sam i przez to zbierał całą winę wyłącznie na siebie. Aż dziw brał, że ojciec nadal chciał go trzymać w robocie, a tym bardziej w domu. Najwyraźniej satysfakcjonował go sadyzm wobec syna, który chciał się wyrwać na swoje. - Wybacz, przedwieczny królu morza – mruknął sarkastycznie, kiedy już siedział na swoim miejscu, wciąż jednak czując się niepewnie na wodzie. Za jakiś czas się pewnie przyzwyczai, ale póki co w to wątpił i miał tylko nadzieję, że chybotanie nie wywoła u niego mdłości. – To byłby drugi raz, kiedy musiałbyś mnie ratować. Zacznę to sobie spisywać. Odwrócił się od Castiela, zwracając uwagę na napisy wyryte w drewnie, mimowolnie dotykając palcami jednego z nich, jak gdyby chciał się przekonać, czy nie były jedynie iluzją. Imiona różnych pokoleń Flintów, wśród których próbował znaleźć zarówno Cynthię, jak i Castiela, ale został powstrzymany przez tego drugiego uwagą na temat wiosła. - Podejrzewam, że prędzej zostalibyśmy w tej łódce na noc – odpowiedział mu, posyłając podobnie zirytowane spojrzenie, ale w końcu westchnął i sięgnął po wiosło. Chwilę zajęło mu zsynchronizowanie się z Flintem, nim osiągnęli jakiś rodzaj harmonii. Łódka kręciła się i przechylała za sprawą Fergusa, który pomimo prezentacji ze strony blondyna nijak nie potrafił zrozumieć, w jaki sposób powinien trzymać ten drewniany kij. Łódki w Hogwarcie przynajmniej prowadziły się same. Albo sobie wmawiał, albo naprawdę już po kilku machnięciach czuł, że za chwilę odpadną mu ramiona. Może nie powinien był palić tego papierosa? Wywołany wysiłkiem ucisk w płucach tylko utrudniał robotę, a patrzenie na to, z jaką swobodą poruszał się Castiel tylko wzmagało w nim irytację. Nie miał już jednak innego wyjścia, jak tylko poddać się tej sytuacji. Lepiej pomóc mu teraz, niż dostać oba wiosła i zmachać się jeszcze bardziej. Palce zdrętwiały mu nie tylko od zimna, ale też od zbyt mocnego zaciskania na drewnie, a każdy kolejny ruch wiosłem powodował coraz większe zmęczenie. Magiczna łódka bez użycia magii, hę? Za nic nie potrafił zrozumieć, jakim cudem wszelkiej maści sporty wodne mogły sprawiać komukolwiek przyjemność. - Dokąd właściwie płyniemy? – spytał w końcu, próbując złapać oddech i nie widząc na ich drodze żadnego celu. Wylądowali pośrodku niczego, a Ollivander zdecydowanie potrzebował odpoczynku. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Castiel Flint - 12.12.2022 Odpowiedzią Castiela był śmiech. Znacznie różnił się od tego człowieka, którego Fergus spotkał w progu domu Flintów. Dokładnie tego potrzebował - wyjść i się bawić. Rozerwać, śmiać, być może trochę znęcać. Wszystko w imię miło spędzonego czasu w męskim gronie. Nie podsuwał żadnych pomysłów Fergusowi choć ten na wpółświadomie próbował znaleźć sposób na złowienie plumpki. Miał mu przypominać, że jest czarodziejem i wystarczy trochę magii i sprytu? Z drugiej strony też nie nalegał na łowienie ryb. Chciał pływać a dokuczanie zębatym rybkom nie było mądrym posunięciem. - Można ale po co? Gdybym za każdym razem pchał łódź zaklęciem a nie rękoma to dostawałbym zadyszki po wejściu na schody. - nieświadomie wybierał "mugolskie" sposoby choć w jego tłumaczeniu było to delektowanie się pewnego rodzaju aktywnością fizyczną. Lubił gładkość drewna, to echo kiedy zastuka przy rufie i oceni sprężystość desek. - Chciałbym wywnioskować, że twój ojciec ma wyśmienite poczucie humoru ale jak tak patrzę na ciebie to wydaje mi się, że ktoś w twojej rodzinie został poltergeistem. - odparł żartobliwym tonem, pomijając odpowiedź jak to się udało bratu napsuć krwi ojcu. Cóż, nie był tego do końca pewien a opisane wspomnienie nie należało do ulubionych bo spotkała ich niemała awantura i pouczanie. Fergus zabawnie wyglądał w tej czapce. Powinien powiedzieć mu, że jego włosy pokryją się drobinkami soli jeśli dopłyną do najciekawszego punktu wodnej wycieczki? Nie, to nie jest chyba konieczne, prawda? Wybuchnął śmiechem kiedy Fergus zreflektował się i odpowiednio go zatytułował. - Spisuj, spisuj, upomnę się po wdzięczność. - na całe (nie)szczęście nie był bezinteresowny. Ciężko stwierdzić czy mówił teraz poważnie czy żartował bowiem od dłuższego czasu uśmiechał się od ucha do ucha i nie zapowiadało się na szybką zmianę mimiki. Mimo tylu lat żeglugi nie potrafił "nadążyć" za Fergusem. Wiosłował iście chaotycznie, nie wyłapał żadnego schematu, źle wyginał plecy kiedy wiosło trzeba było przesunąć przed siebie. - Stój, szczurze lądowy. - zaśmiał się i poczekał aż przerwie wiosłowanie. Przesunął się na klęczki bliżej niego i złapał jego nadgarstek. - Tu jedna łapa, a tu druga. Nie wyginaj pleców jak kot bo ci pękną. Ściągnij do tyłu te łopatki i pochylaj cały tułów, ale kręgosłup ma być prosty. Zaraz cię tu nauczę wiosłować skoro Cynthia to zaniedbała. - coś w jego oku błysnęło, jakaś myśl, którą chciał omówić z Olivanderem. Otwierał już usta żeby poruszyć ten temat ale ten zaczął dopytywać o cel podróży. - Za szuwarami w lewo. - wywrócił oczami. - Płyniemy tam gdzie woda jest bardziej słona ale przy tym cieplejsza. - pogonił go aby wziął wiosło do ręki i zaczął go instruować słowami kiedy ma wiosłować. W pewnym momencie nabrał aurorskiego tembru. Póki Fergus się słuchał to płynęli tam, gdzie to sobie zaplanowali. Tempo było jednak katastrofalne ale taktownie o tym nie wspominał bo jednak miał na łódce szczura lądowego. Po jakichś dwudziestu minutach, kiedy już zaczynał się irytować i rzucać "sobie wiosłujesz czy mi?" zakomunikował przerwę. Zahaczył wiosło o łódź i zaczął się rozbierać najpierw z kurtki i za chwilę z koszulki. Kiedy zimne powietrze smagnęło go po gołych plecach to aż dostał gęsiej skórki. Nie był chuderlakiem, miał wytrenowane głównie ramiona. Wyciągnął z torby termiczne ubranie wodoodporne, czyli przylegającą do ciała bluzkę z długim rękawem o kolorze soczyście niebieskim. Podał Fergusowi dwie puszki piwa, mając nadzieję, że wie co z nimi zrobić i sprawnie przebrał też na spodnie. Zdjął zegarek, a na prawy nadgarstek założył skórzany pasek, do który przyczepił ciemnoszarą różdżkę. - Odważysz się? - rzucił w jego stronę jednoczęściowy strój pływacki sięgający od szyi aż do kolan. Należał rzecz jasna do Castiela, który na wycieczki wodne brał zawsze zapasowy komplet. - Jak założysz to wyreguluj rozmiar zaklęciem. - wziął od niego puszkę i wypił ze dwa łyki piwa, tak dla smaku. Zdjął buty, skarpetki, coś tam jeszcze poprawiał w swoim ubraniu a po chwili rozłożył ręce na boki jakby chciał przytulić wszystkie wody świata i przechylił się do tyłu, wpadając prosto do wody. Plusk musiał sięgnąć Fergusa, nie było innej opcji. Zanurzył się w zimnej wodzie a jego organizm stopniowo zaczynał przyzwyczajać się do niższej temperatury. Znajomy dreszcz szoku rozlał się aż do koniuszków palców. Przepłynął pod wodą spory półokrąg, po chwili pod łódką, złośliwie w nią dwukrotnie pukając (a niech się Fergus wystraszy) i wynurzył się po jej drugiej stronie, znienacka łapiąc dłonią burtę łódki. Włosy oklapły nawet na jego policzki. Ściągnął je z twarzy, otarł rzęsy i brwi z nadmiaru wody i oparł się łokciami o drewnianą szalupę. - Namyśliłeś się? - zabrał mu z ręki puszkę i upił trzeci łyk. - Słono, zimno ale zajebiście. - podsumował i popatrzył na Olivadnera wyczekująco. Wyglądał na zmarzniętego, a on mu tu proponował pływanie w kwietniowych wodach. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Fergus Ollivander - 14.12.2022 Pozostawała też kwestia tego, jak plumpki reagowałyby w ogóle na magię ze strony człowieka. Niektóre stworzenia czuły do niej taką awersję, że stawały się jeszcze bardziej agresywne. A że Fergus niespecjalnie znał się na rybach, nawet nie brał pod uwagę użycia zaklęcia. Chyba że to tylko zaćmienie mózgu i próba zapomnienia, że w ogóle był czarodziejem? W końcu jego robota była jedną z najkonieczniejszych w tym świecie, żeby ludzie mogli w ogóle nauczyć się posługiwać magią. A nie miał ochoty myśleć o pracy w tym akurat momencie. Może Castiel miał rację z tym wysiłkiem fizycznym? Nie wnikał, więc skwitował to tylko wzruszeniem ramion. Niespecjalnie przepadał za sportem, a biorąc pod uwagę jego problemy z papierosami i alkoholem, za chwilę będzie mógł mówić, że ma kondycję swojej prababki, która oczywiście leżała już w grobie. - Nah, dążę do tego, żeby być pierwszym – odpowiedział mu poważnym tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Zaraz jednak się roześmiał, psując ten efekt. Szczerze mówiąc, nawet nie był pewien, czy kiedykolwiek słyszał o jakimś poltergeiście poza Irytkiem. Gdyby jednak miał szansę nim zostać, w tym momencie czuł, że nie dałby Castielowi spokoju do końca jego życia, a wszystko to przez zmuszanie go do wysiłku. Za to jednego Fergus mógł być stuprocentowo pewien. Na wodzie pizgało złem. Wiatr wiał niemiłosiernie, wciskając mu za długie włosy w twarz. Naciągnął czapkę bardziej na uszy, żeby jakoś unieruchomić swoją fryzurę i sprawić, że będzie mu choć odrobinę cieplej. Prędzej, niż poltergeistem, zostanie soplem lodu. Nie bałwanem, bo tym był już od dawna. - Jak w końcu rzucę robotę, zostanę bardem i napiszę hymn na cześć twoich wielkich czynów – zażartował. – Co się rymuje z „plumpka odgryzła mu dupę”? Nie mógł powstrzymać się przed złośliwością i za chwilę miał tego pożałować, bo Flint przestał wiosłować i postanowił zostać nauczycielem tejże czynności. Fergus nie potrafił wiosłować, Cynthia nawet nie pomyślała, żeby go nauczyć, bo w gruncie rzeczy nigdy nie zabrała go też do portu. Czasami miewał wrażenie, że wręcz nie chciała wspominać o morskich podróżach, jak gdyby ją coś dręczyło, a on – dość chętnie zresztą – nie poruszał tego tematu. - Skoro ja jestem szczurem, to ty czym? – zapytał, mrużąc przy tym groźnie oczy, ale kierując ręce zgodnie z nakazem Castiela. Jakim cudem jego dłonie były takie ciepłe, podczas gdy Ollivander myślał, że zaraz straci swoje własne od lodowatego wiatru? Nie dostrzegł tego, że blondyn chciał coś powiedzieć, bo zaraz się odwrócił, szukając celu podróży. Już miał zapytać, czy ta woda kiedykolwiek jest ciepła, ale ugryzł się w język, uznając, że to nie ma najmniejszego sensu. Nijak nie rozumiał miłości do pływania i nie był pewien, czy kiedykolwiek zrozumie. Wiosłowanie było naprawdę męczące. Miał wrażenie, że ramiona palą go żywym ogniem i coś strzeliło mu w krzyżu od złego układania pleców pomimo uwag Flinta. „Oczywiście, że tobie! Nie robię tego dobrowolnie”, wycharczał podczas wysiłku, gdy ten zaczynał rzucać swoje irytujące uwagi. Mówienie mu jednak, kiedy ma się zamachnąć wiosłem, jakoś ułatwiało robotę. - Naprawdę zamierzasz tam wskoczyć? – upewnił się, obserwując, jak Castiel zdejmuje kolejne ubrania, mimo że widać było, że trzęsie się z zimna. Przyjął od niego puszki piwa, nadal przyglądając się dość sceptycznie jego poczynaniom, zwłaszcza że niebieski strój może i wyglądał na wygodny, ale raczej nie na ciepły. – To cedr, czy bez? – zapytał, dostrzegając różdżkę o niezbyt charakterystycznym dla tego przedmiotu kolorze. Z tej odległości nie mógł doprecyzować. I chociaż starał się, jak mógł, żeby nie zwracać uwagi na takie detale, nadal pozostawał Ollivanderem, a zdobytej wiedzy nie dało się tak po prostu wyrzucić z głowy. - Chyba wolę zostać tutaj – stwierdził, rozsiadając się wygodnie, skoro Castiel stał. Dzięki temu zyskał więcej miejsca. Otworzył puszkę i podał ją Flintowi, samemu sięgając po własną. Przeklął, kiedy plusk wody sprawił, że oberwał strumieniem w twarz. Otarł wodę rękawem, nadal przeklinając pod nosem Castiela i wypił łyk piwa. Może to wszystko kwestia wysiłku włożonego w dostanie się tutaj, ale miał wrażenie, że trunek był słabszy od tego wypitego w domu. A on zdecydowanie potrzebował rozgrzania. Przejrzał wewnętrzne kieszenie kurtki, które powiększył sobie nieco magią i wyciągnął piersiówkę noszoną na awaryjne sytuacje, czyli wkurzenie przez ojca. Powąchał zawartość, nie pamiętając, co się w niej właściwie znajdowało, a kiedy wyczuł słodkawy zapach, doszedł do wniosku, że to chyba brandy zakoszona z barku rodziców. Z braku laku można skorzystać i z tego. Przechylił buteleczkę, dolewając sobie nieco do piwa i zaraz potem Flintowi. Po spędzeniu czasu w tej wodzie też mu się przyda, żeby nie odmroził sobie kończyn. - Kurwa – warknął, podskakując w miejscu, kiedy coś zapukało w dno łódki. Przez chwilę wyobrażał sobie krakena, ale zaraz przypomniał sobie, że to po prostu jego towarzysz robił sobie jaja. Kiedy w końcu wynurzył się z wody i oparł o łódkę, podał mu jego puszkę, po którą wyciągnął rękę. Sam wziął spory łyk, czując na języku jak gorzkawy smak piwa miesza się z wiśniowym posmakiem. - Naprawdę cię pojebało – stwierdził, przyglądając się, jak woda ścieka mu z twarzy po policzkach. Może gdyby nie czuł tego okropnego wiatru, nawet by mu uwierzył, że to przyjemne. W tej sytuacji jednak bardzo wątpił. – Widziałeś jakąś plumpkę? – zapytał w końcu, pochylając się nieco, żeby zajrzeć do wody. Gdyby tylko bardziej uważał na opiece nad magicznymi stworzeniami, może by zapamiętał, że to ryby słodkowodne, a jedynym zagrożeniem w tym miejscu mógł być sam Flint. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Castiel Flint - 14.12.2022 - Mam rozumieć, że jesteś obłąkany i lubisz chaos ale konwenanse nie pozwalają ci tego okazywać? - uniósł brwi kiedy jeszcze płynęli tam, gdzie sobie to wymyślił. W okolicy nie było szczególnie widowiskowego punktu orientacyjnego więc trudno stwierdzić gdzie dokładnie się znajdują. Im dalej pokonywali drobne fale wód to mapa w głowie Castiela była bieżąco aktualizowana. - O nie, kogo ja wziąłem na łódź - aspirującego poltergeista. Biedny ja.- roześmiał się z nietypowego odkrycia. Chętnie pozna jego motywy ale to nie teraz. Czuł w kościach, że z trudem przyjdzie im zakończyć rozmowę. Co chwila znajdywało się coś co wymagało omówienia. Niech to licho, nie miał pojęcia, że Fergus mógłby być fajny i ciekawy. Potrzebował na to odkrycie dwudziestu siedmiu lat i spontanicznego wyjścia w ulubione okolice. Do tego wszystkiego Olivander był pierwszą osobą od dawien dawna, która go nie opieprzyła za niespodziewaną teleportację łączoną. Brzmi obiecująco! Spojrzenia jakie wysyłał ciemnym wodom prosiło się o komentowanie śmiechem. Naprawdę wierzył, że zostanie taki bezczelnie suchy kiedy zgodzi się wejść na łódź z jakimkolwiek Flintem? Cynthia chyba go nie nauczyła podstawowej relacji z ich rodem bo inaczej przemyślałby dwukrotnie pomysł pływania z Castielem. - Układaj lepiej rymy wychwalające moje niesamowite umiejętności pływackie.- wywrócił oczyma. Kto by pomyślał, że Fergus potrafi dogryzać i żartować. To tylko utwierdziło go w przekonaniu, że to nie jest ich ostatnie sportowe spotkanie. - Ty mi powiedz kim jestem.- popatrzył na niego te kilka sekund dłużej, pozostawiając w jego interesie znalezienia dla niego nazewnictwa. To też mogło zdradzić co sądzi na temat brata bliźniaka swojej przyjaciółki. Zaraz to potrząsnął głową czując, że wypowiedziane przez chwilą słowa nie powinny być wymawiane do znajomego… w sumie nie wiedział nawet kim Fergus jest w tej relacji. Spięcie żeglarskie było nieuniknione. Nie był przyzwyczajony do tak leniwego tempa i o ile na początku starał się być cierpliwy, tak po setnej uwadze na temat prostych pleców nie miał sił na uprzejmość. Będzie oczekiwać ochrzanu od siostry kiedy dowie się w jakim stanie "oddał" Fergusa. To cud, że dotarli tam, gdzie chciał. W odległości kilkudziesięciu metrów pływała sobie samotna boja, co mówiło wszem i wobec, że to nie są dzikie tereny wodne tylko zwyczajnie nieczęsto użytkowane. Nie było nawet małej plaży tylko gęsta roślinność i podwodni mieszkańcy. Póki nie siedzi w wodzie nieruchomo to nic nie powinno chcieć go ugryźć - to złota rada rodu Flintów, wkładana do głowy już małym berbeciom. - Cedr.- odparł, nie przywiązując zbytnio uwagi do jego pytania. Ot, wskoczył do zimnej wody i po prostu płynął, trzymając w płucach zapas tlenu. Nie znajdował tuż pod powierzchnią a jakiś metr niżej. Straszenie Fergusa zaczynało mu się podobać. Co prawda nie słyszał ani nie widział co ten robi ale skoro nie wpadł do wody to chyba jego próba straszenia nie zadziałała. Powinien bardziej się postarać. Wynurzył się i oparł o łódź z wielkim uśmiechem na twarzy. Czuł się niemal tak swobodnie jak przy Brennie a to niezwyczajne wyróżnienie! Potrzebował dwukrotnie więcej alkoholu aby cokolwiek zadziałało na jego organizm. Z tego też powodu chciał się napić piwa lecz za trzecim łykiem poczuł szczypanie na koniuszku języka. Zerknął na etykietę, a wymalowana na niej figurka humanoida wskazała oskarżycielsko palcem Fergusa. - Zdajesz sobie sprawę, że nie można bezkarnie dolewać mi alkoholu, pływać ze mną łódką i przede wszystkim wychylać się do wody będąc na wyciągnięcie mojej ręki?- uniósł brwi i odstawiwszy puszkę, otarł usta wierzchem dłoni. Gardło miłe paliło ale w wodach lepiej oszczędnie z alkoholem. Chwycił nagle ramię Fergusa, podpływając bliżej jego profilu. - No to siup.- z bananem na twarzy chwycił jego drugie ramię i zaczął go ciągnąć do wody. Protesty Fergusa sprawiły, że zamiast spokojnie wpaść do wody zahaczył butami o burtę szalupy, przechylił ją na jedną stronę przez co przewróciła się do góry dnem. Kiedy Fergus znalazł się grzecznie pod wodą to z gardła Castiela wyrwało się przekleństwo. Torba z ubraniami popłynie na dno, a wiosła uciekały właśnie w dwie różne strony. Niech to szlag. Nie może ich teraz złapać bo musi sprawdzić czy przyjaciel Cynthii nie umarł tonie. Nabrał powietrza do płuc i zanurzył się po Fergusa. W razie konieczności zamierzał go złapać za fraki i asekurując go swoim ciałem odholować nad powierzchnię wody. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Fergus Ollivander - 14.12.2022 Zamyślił się, celowo robiąc przez moment dłuższą pauzę, jak gdyby ważył w umyśle jego słowa. - Przejrzałeś mnie – powiedział po prostu poważnym tonem, w głębi starając powstrzymać się przed wybuchnięciem śmiechem. Póki co nawet mu to wychodziło. – Nie sądziłem, że tak szybko odkryjesz moją tajemnicę – dodał jeszcze, ale kiedy usłyszał uwagę o aspirującym poltergeiście, nie wytrzymał i roześmiał się, przy okazji kopiąc Castiela w odwecie w kostkę. Może to było jak igranie z ogniem, biorąc pod uwagę, że wyglądał na kogoś, kto miał więcej siły od Fergusa i mógł bez problemu zdzielić go wiosłem przez łeb, wrzucając do głębokiej wody. Nijak nie orientował się w tym, gdzie się znajdowali. Nie żeby kiedykolwiek miał dobrą orientację w terenie, a co dopiero gdzieś pośrodku niczego. Znał się trochę na astronomii i pewnie w końcu odnalazłby drogę, kierując się widocznymi na niebie konstelacjami. Problem polegał jednak na tym, że był środek dnia, a jedyne, co dało się dostrzec w powietrzu, to chmury i stado skrzeczących mew, które kierowały się w stronę śmierdzącego portu. Co gorsza, Fergus też nie miał pojęcia, że mógłby być fajny i ciekawy. I pewnie nigdy nie dokona tego odkrycia, jeśli ktokolwiek nie powie mu tego wprost. Co innego Castiel, który z trzymającego się etykiety i porządku nudziarza, przemienił się nagle w skorego do przygody świra z bzikiem na punkcie wody. Cynthia ogólnie nie nauczyła go zbyt wielu rzeczy dotyczących Flintów, bo też zazwyczaj w to nie wnikał, uznając ich za niegodne uwagi tło do przyjaźni z bliźniaczką tego tu znajdującego się naprzeciw niego wioślarza. Oj, jak bardzo się mylił. Pytanie tylko, czy gdyby poznał Castiela bliżej jeszcze w szkole, zdecydowałby się teraz wsiąść z nim na łódkę. Raczej nie. Zdecydowanie nie. - Tych jeszcze nie widziałem – zauważył, szczerząc się do Flinta. Plumpki też nie miał okazji ujrzeć na własne oczy poza obrazkami w książkach, więc ta odpowiedź nijak go nie tłumaczyła. Umiejętności pływackie nie wydawały się jednak tak ciekawe dla słuchaczy, jak jakaś tragedia ze złowrogą rybą w roli głównej. Odwzajemnił spojrzenie, opierając głowę na wolnej ręce, podczas gdy w drugiej wciąż trzymał wiosło. Przez chwilę w ogóle zapomniał, że miał cokolwiek odpowiedzieć, chociaż jego umysł starał się znaleźć odpowiednie słowa. Dopiero wzdrygnięcie Castiela przywróciło go na ziemię. - Zwodnikiem – mruknął, odwracając wzrok na wiosło. – Obiecałeś mi dobrą zabawę, a póki co to ty bawisz się moim kosztem – wyjaśnił, mając oczywiście na myśli zmuszanie go do pomocy w wiosłowaniu. Szkoda tylko, że Castiel nie wyjawiał tych wszystkich złotych rad na głos, bo Fergus w pewnym momencie mógłby ich potrzebować, jeśli planowali kiedykolwiek jeszcze wypłynąć gdzieś dalej. Może w końcu doczekałby się skarbu na pirackiej mapie? A nie tylko boi, która wyglądała, jakby sama tu dopłynęła, a nie została umieszczona celowo. Pewnie jego ojciec odnalazłby od razu znaczenie tego drewna dla danego czarodzieja, ale Fergus nie przykuwał do tego aż takiej wagi. Ot, zwykły kawał drzewa, który – jak się pewnego razu okazało – można też użyć w kominku. Skrzywił się na samą myśl o tym, jak bardzo denerwowało go załatwianie spraw dla starych Ollivanderów. Nie znosił ich i nie znosił całych spraw związanych z różdżkami. Nie znosił nawet tego przeklętego patyka, znajdującego się w kieszeni jego kurtki. Typowa dla Ollivanderów, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ani trochę nie kompatybilna z aktualnym właścicielem, najwyraźniej przez to, że wyczuwała jego niechęć. Całe szczęście, że blondyn nie mógł dostrzec jego miny, znajdując się wówczas pod wodą. Wypił spory łyk mieszanki alkoholu ze swojej puszki. Przyjemne ciepło rozeszło się po jego ciele, trochę ułatwiając przebywanie w łódce. Mruknął coś pod nosem, nie do końca wiedząc, do czego zmierzał jego towarzysz. Zanurzył dłoń w wodzie, chcąc sprawdzić, czy była tak zimna, jak się spodziewał i natychmiast się wzdrygnął. Znów zbyt łatwo się rozkojarzył, przez co jeszcze bardziej zaskoczył go silny chwyt na jego ramionach. Czuł w kościach, że Flint mógł być zdolny do czegoś takiego, ale nie przewidział, że rzeczywiście tego dokona. Próbował go odepchnąć, pozostając na łódce, ale efektem było tylko jej przewrócenie, sprawiające, że nacisk wody był jeszcze silniejszy. Przez chwilę stracił poczucie, gdzie się znajduje, nie mogąc złapać oddechu i słysząc echo we własnej głowie. Nie panikuj, powtarzał sobie w myślach, choć nijak to nie ułatwiało zadania. Chwycił się ramienia Castiela, próbując przy tym odepchnąć się w górę, aż w końcu wrócił do rzeczywistości. Po drodze na powierzchnię stracił gdzieś czapkę, którą dostrzegł kątem oka, dryfującą obok odwróconej dnem do góry łódki. Nasiąknięte wodą, ciężkie ubrania ciągnęły go w dół, więc nadal podpierał się na Flincie, próbując jakkolwiek utrzymać się nad wodą. - Co do diabła – warknął. – Czy ciebie do reszty popierdoliło? – ciągnął dalej, rozjuszony i drugą ręką odgarnął przyklejone do twarzy włosy. Czuł silną potrzebę popchnięcia go, albo wciśnięcia z ogromną siłą pod wodę, ale obawiał się, że sam poszedłby na dno razem z blondynem. Zamiast tego odepchnął się od niego, próbując złapać łódki, by jakkolwiek utrzymać stabilność. - Nie znoszę cię, wiesz? – ciągnął dalej, oglądając się wokół siebie za wszystkimi rzeczami, które od nich uciekły. Torba Flinta już dawno poszła na dno, razem z nieszczęsnymi puszkami piwa. I gdzie, do cholery jasnej, były wiosła? – Zabiłbym cię, ale sam nie dotrę na ląd – dodał jeszcze niechętnie. Miał wrażenie, że zaraz rzeczywiście zostanie soplem lodu. Dopiero docierało do niego, jak bardzo się trząsł, nieprzygotowany na lądowanie w wodzie, a tym bardziej z takiego zaskoczenia. Nawet pomimo szybkiego skoku adrenaliny nie czuł się ani trochę komfortowo czy pewnie. Spoglądał gniewnie na Castiela, układając w głowie mowę pogrzebową. Nie był tylko do końca pewien, czy jego, czy swoją własną. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Castiel Flint - 15.12.2022 Śmiali się na przemian co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że obaj potrzebowali rozrywki. Myślał, że jego siostra ma dziwnych znajomych, głównie tych spod ciemnej gwiazdy a najwyraźniej ten ewenement siedzący w łódce musiał być jakimś wyjątkiem. Przecież przez tyle lat nazywał go "podejrzanym typem", który musiał mieć dużo za uszami. Nie próbował jednak kontrolować siostry i jej znajomości bowiem wiedział, że starannie dobiera sobie przyjaciół. Tego konkretnego zaczynał lubić. Ciekawe co będzie o tym sądzić? - Wszystko przed nami, panie Olivander.- rozłożył ręce na boki gotów bawić się tak długo aż zabraknie tchu. W wodzie było to jak najbardziej możliwe. Chciał się zmęczyć do takiego stopnia aby mięśnie paliły a płuca błagały o litość. Chciał aby ktoś go takim widział - zmęczonym ale zrelaksowanym. Chciał mieć towarzystwo - on, outsider, który nie czuł się pewnie w nowych relacjach. Normalnie dzieje się jakiś cud bo innego wyjaśnienia nie ma. - Zwodnik to demon. Podoba mi się. - uśmiechnął się cokolwiek upiornie. Widząc jednak niepocieszoną minę Fergusa lekko go ochlapał. - Mówiłem, że będziemy pływać. Mogłeś założyć strój. Woda nie jest taka zimna jeśli już w niej jesteś. - próbował go zachęcić, podzielić się swoją pasją. Przecież nie od dziś wiadomo, że jeśli dzielisz się czymś, co sprawia ci przyjemność to tak jakbyś uchylał drzwi do swojej duszy. Próbował skłonić Fergusa do ujrzenia w tej sytuacji samych zalet ale najwyraźniej trafił na trudnego zawodnika. Nie miał bladego pojęcia co Fergusowi sprawia przyjemność. Nie znał go. Nie umiałby nawet przypuszczać bo rozmawiali dopiero od jakichś dwóch- trzech godzin. Czar prysł. Pokazał jak bardzo nieudolnie wychodzi mu nawiązywanie relacji. Myślał, że wrzucenie do wody poza irytacją i zabawną złością będzie owocować w chęć zemsty i rywalizacji. Przecież uprzedzał go, że wyląduje wśród fal. Nie rozumiał czemu ten się złościł. Dobrze, że chociaż go chwycił i wyciągnął na wierzch. O Merlinie, jaki on jest ciężki, zwłaszcza w tej skórzanej kurtce. Wszystko się popieprzyło a więc w kącikach jego niektórych zmarszczek pojawiło się zwątpienie i niepewność. Stał na prostej drodze do przepoczwarzenia się z powrotem w nudziarza. Wszystko przez autentyczny gniew Fergusa. Faux pax. Chwycił go mocniej pod łokieć i pomógł dotrzeć do przewróconej łodzi. Drewno było śliskie więc to marne podparcie ale wnioskował po tym odepchnięciu, że Fergus wolał się teraz trzymać i brzytwy, byle nie Castiela. Ups. Zrobiło mu się głupio. - No tak…- odparł na pytanie czy go do reszty popierdoliło. Zgarnął włosy z twarzy. - W wodzie wstępuje we mnie demon. Teraz ty odgadłeś moją tajemnicę.- próbował jakoś załagodzić jego wściekłość ale zaczynał rozumieć, że nie wypłaci się piwem do końca życia. Wziął głęboki wdech i podpłynął bliżej Fergusa bo nawet jeśli ten sobie tego nie życzył go z ich dwójki to Castiel umiał lepiej pływać. - No dobra, zaraz to naprawię .- powiedział z rezygnacją. - Zdejmij tę kurtkę. Zdejmij bo jest za ciężka.- nawet mu w tym pomógł jeśli ten go do reszty nie znienawidził. Kiedy po ciężkiej walce kurtka była zdjęta to transmutował ją w bardzo mokrą, skórzaną elegancką chusteczkę. Nie był to zbyt imponujący pokaz magii ale fakt faktem mógł ją wyżąć, złożyć i wcisnąć do kieszeni spodni Fergusa. Wycelował różdżkę w kierunku boi i kilkukrotnie zaczął ją do siebie przyzywać. Musiał poświęcić na to kilka minut aż w końcu zrezygnował i po prostu po nią popłynął. Siłował się ale jakoś się udało ją odholować bliżej łodzi. - Przytrzymaj się jej to podniosę szalupę.- rzucił do Fergusa ale już nie patrzył mu w oczy. Tym razem mu nie pomagał sam z siebie bo nie chciał być znów zwyzywany. Grzecznie naprawiał to, co schrzanił. W głębi serca żałował, że Fergus nie da się namówić na nurkowanie i oglądanie flory w odcieniu niebieskiego światła. Czasami brakowało mu drugiego świra u boku. Kiedy tylko Fergus trzymał się czegoś, co nie utonie to mógł zająć się szalupą. Zanurkował i zniknął z oczu. Wynurzył się dopiero pod łodzią gdzie nad linią wody miał trochę miejsca na wyciągnięcie połowy głowy. Pozwolił sobie zostać tu całą minutę aby przekląć. Dopiero po chwili użył magii i łódź bardzo powoli i niechętnie zaczęła się podnosić z jednej strony. Jak nic przydałaby mu się przy tym pomoc ale teraz męska duma już na to nie pozwalała. Poradził sobie choć się tylko dodatkowo zmęczył. W końcu łódka z dzikim pluskiem znalazła się w pierwotnej pozycji. Bez wioseł, bez jego torby, bez alkoholu i bez Fergusa. - Podpłyniesz czy chcesz być moją plumpką, którą dziś złowię?- zawołał do niego z pewnej odległości. Tak, wciąż próbował nieudolnie żartować. I nie, on z wody nie wyjdzie. Będzie w niej i resztę dnia bo jeśli zacznie schnąć to znów zmieni się w nudziarza. Tutaj w wodzie był odważniejszy. - Jak będziesz w łodzi to rzucę na ciebie czar rozgrzewający. Jako brat uzdrowicielki znam podstawy… - zaproponował dla przekupstwa i nawet się kwaśno uśmiechnął. A myślał, że będą przyjaciółmi! RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Fergus Ollivander - 16.12.2022 Woda była przeraźliwie zimna, przez co Fergus miał wrażenie, że zaraz pochłonie go w głębiny. Nie spodziewał się nagłego wylądowania w zbiorniku i przez to też nie czuł się komfortowo, kiedy w końcu do niego trafił. Sam był sobie jednak winien, skoro podpuszczał Castiela i dawał mu się we znaki swoimi docinkami. W tym momencie nie marzył jednak o zwiedzaniu morskich pałaców i obserwowaniu ryb, a o ciepłym, suchym kocu i kubku gorącej kawy. Żaden z niego typ sportowca, a tym bardziej wodnika i może gdyby było lato, nawet dałby się przekonać do nauki nurkowania. W kwietniu jednak słońce nie znajdowało się na tyle wysoko, by nagrzać tak ogromną przestrzeń na tyle, by nie zmienić się w niej w lodową rzeźbę. - Czyli miałem rację z tym zwodnikiem – zauważył triumfalnie, nadal trochę zirytowany, przez co próbował powstrzymać uśmiech i wyszedł mu na twarzy dziwny grymas. Demon i złośliwy duch. Synonimy istnego chaosu, który najwyraźniej miał powstać z połączenia tych dwóch charakterów. Pomyśleć, że coś takiego mogło powstać, gdy pozostawiło się na chwilę samym sobie nudziarza i „podejrzanego typa”. Wyjął z kieszeni różdżkę i pozwolił Castielowi pomóc sobie z kurtką, bo wierzgając zbyt mocno, gdy nie czuł pod stopami dna, mógł zrobić sobie tylko większą krzywdę. Wolał nie skończyć jako zagadka dla nurków poszukujących zatopionych okrętów. Sam też nie był gotów zmierzyć się z tym, co czekało pod powierzchnią akwenu. Miał wrażenie, że lodowata woda wyzbywa go resztek szarych komórek, więc po prostu tępo obserwował nieudane próby przywołania boi. Najwyraźniej Flint przejął się tą sprawą na tyle, że pokonało go proste zaklęcie. Albo to ten przeklęty przedmiot był za ciężki na moc jednej osoby. Powinien mu pomóc, cokolwiek robił, prawda? Z drugiej strony obserwowanie jego wysiłku dawało mu dziwną satysfakcję po tym, jak sam został pozbawiony godności przez zrzucenie z szalupy. Wystarczająca zemsta? Niezupełnie. Zgodnie z poleceniem przytrzymał się boi, co było o wiele łatwiejsze od ślizgającego się pod dłońmi drewna, czy tym bardziej samodzielnego dryfowania. Blondyn zniknął na dłuższą chwilę pod wodą, zostawiając Fergusa samego ze swoimi myślami. Wiedział już, że nie podobała mu się niespodzianka w postaci nagłego podtopienia, ale z drugiej strony uczucie unoszenia się nad czymś zupełnie nieznanym wprawiało go w dziwną euforię. Gdyby nie zamarzał pomimo dłuższego znajdowania się w wodzie, może nawet skusiłby się, żeby trochę popływać. W gruncie rzeczy bał się teraz bardziej wynurzenia niż utonięcia, bo wiatr tylko wzmógłby wrażenie chłodu. Oczywistym było, że nie przyzna się do tego Castielowi. Nigdy, przenigdy, w najśmielszych snach. Jeszcze byłby z tego faktu zadowolony, posyłając mu kolejny demoniczny uśmiech. Przeklęty zwodnik. To stworzenie miało nawet w swojej nazwie wodę. Uniósł brwi, słysząc spod łódki jakieś przytłumione dźwięki, ale szalupa zaraz zaczęła się powoli przekręcać kierowana przez Flinta, aż w końcu znalazła się w pierwotnej pozycji. Po kolejnej uwadze mężczyzny nie mógł już wytrzymać i po prostu się roześmiał. Nawet jeśli był zły, bardzo łatwo zmieniał mu się nastrój pod wpływem dobrego żartu. Ale czy naprawdę aż tak bardzo przypominał durną rybę? Gdyby nią był, nie awanturowałby się o to, że wylądował w wodzie. - Plumpki gryzą, pamiętasz? – zauważył, ale nie zamierzał dawać mu kolejnego powodu do naigrywania się z tego, że musiał go ratować. Który to już raz w ciągu jednego dnia, nieistotne czy prawdziwy, czy teoretyczny? Wcisnął różdżkę w zęby, żeby jej nie zgubić w wodzie i zaczął ostrożnie płynąć w kierunku szalupy. Nie czuł się tak pewnie, jak zaawansowany w tej umiejętności Castiel, nie mając aż takiego doświadczenia w tej dziedzinie. Co innego wspinaczka na drzewa, choćby po to, żeby zdobyć parę gałęzi do pracy. Ale wątpił, żeby Flinta aż tak fascynowało wdrapywanie się między liście. - Zdajesz sobie sprawę, że następnym razem się zemszczę? – uświadomił go, kiedy upuścił różdżkę. Pozostawił przy tym niewielką kałużę na dnie szalupy, ale bardziej istotnym było to, że sugerował, że Castiel raczej się od niego nie uwolni. W końcu był poltergeistem, prawda? A co te duchy lubiły poza chaosem? Oczywiście zemstę, najlepiej zabawną, przynajmniej dla jednej strony. Opierał się po przeciwnej stronie łodzi, wpatrując w Flinta, z którego wyparował cały entuzjazm, a wszystko za sprawą Ollivandera i jego gniewu. Nie przewidział tego, że Fergus się wścieknie, kiedy zostanie wrzucony do wody? Nawet jeśli sobie zasłużył, musiał wyrazić swoje emocje. Inaczej nie potrafił, a że miał dość wybuchowy temperament, wyszło jak wyszło. - Tylko mnie nie usmaż – przestrzegł. – Chyba wolałbym utonąć, niż zostać spalonym żywcem – dodał jeszcze, opierając głowę na rękach i westchnął, przymykając na chwilę oczy. Przez to wszystko poczuł się dość zmęczony i niespecjalnie gotowy na choćby i chwilowe dreszcze z zimna. Z jednej strony kusiło go wrócić do szalupy, z drugiej zaczynało mu być całkiem wygodnie. – Mam nadzieję, że ta przeklęta ryba naprawdę ugryzie cię w tyłek – przyznał, uśmiechając się błogo na samo wyobrażenie tej sytuacji. Otworzył oczy, by sprawdzić reakcję Castiela. I upewnić się, że nie przegapi tego, jeśli naprawdę się wydarzy. RE: [kwiecień 1972] Sobie wiosłujesz, czy mi? | Posiadłość Flintów | Fergus & Castiel - Castiel Flint - 16.12.2022 Sycił się zatem tym, co mu pozostało z tej zabawy - Fergus bez niego utonie i nie wróci na brzeg. Potrzebował go czy tego chciał czy nie. Wbrew pozorom nie był okrutnikiem i nie sprawia mu przyjemności cudza męczarnia. Ma wpojony odruch udzielenia pomocy co z reguły mieszało się z jego oczekiwaniem wdzięczności. W obecnej sytuacji wkurzył Fergusa, który nie podzielał jego entuzjazmu z pływania. Z tego względu postanowił na tę szczyptę bezinteresowności i odstawi go suchego do portu. Do tego czasu musi go wysuszyć ale jego mina pozostawiała wiele do życzenia. Miał na twarzy dziwny grymas, jakby nie wiedział czy ma się złościć czy naigrywać z poczucia winy towarzysza. Tyle dobrego, że Fergus zaczął go słuchać. Najwyższa pora! Przynajmniej nie utonie. Niestety ale to nie był koniec poleceń. Szczerze obawiał się, że kolejne nie przypadną mu do gustu. Zacisnął usta w bladą linię i próbował znaleźć alternatywne rozwiązanie. Zaklęcie transmutacyjne? Nie był w nich zbyt dobry. To cud, że udało mu się pomniejszyć skórzaną kurtkę. Wkopał biednego Fergusa w niezłe bagno - na szczęście nie dosłownie. Drgnął kiedy ten wybuchnął śmiechem. Nie do wiary, udało mu się zażartować i rozbawić Olivandera, który chwilę temu wyglądał jakby chciał dobrać mu się do gardła. Trochę odetchnął z ulgą ale tylko trochę. Czuł w ramionach i karku narastające zmęczenie od dźwigania, rzucania czarów i pływania. - Pamiętam ale wiem, że tego nie zrobisz. Cóż, nie umiesz zbyt szybko pływać a ja znowuż jak najbardziej. - wzruszył ramionami ale przy tym kącik jego ust zdradziecko drżał. To nie jest wyzwanie… chyba. Nie dziś kiedy jego szanowny gość ma już sine usta i zaraz zacznie szczękać zębami. Jutro znowuż będzie miał zakwasy pleców i odciski na dłoniach. Tak, zdawał sobie sprawę, że to zasługiwało na zemstę i powinien się tego spodziewać. Ba, akceptował taką kolej rzeczy co nie znaczy, że pozostanie bierny. - Domyślam się i jestem ciekaw jak to zrobisz skoro właśnie się zdradziłeś i już wiem, aby nie dać się z tobą nigdzie umówić. - choć wciąż nie patrzył mu w oczy to trochę rozluźnił się kiedy Fergus przestał się wściekać. Daleko było do entuzjazmu z początku wycieczki ale przynajmniej Olivander nie groził już krwiożerczym wybuchem. Z drugiej strony chętnie by tego doświadczył… wróć, o czym on myśli. Chyba za dużo stresu jak na dzisiejszy dzień. - Nie moczyć, nie palić. Tobie da się w ogóle dogodzić?- roześmiał się bez szczególnej wesołości i przepłynął naokoło łodzi aby znaleźć się obok zmęczonego gościa. - Teraz ci się nie spodoba ale musisz się rozebrać.- dobrze, że nie było jeszcze tak zimno aby miały grozić im odmrożenia palców. - Nie mówię tego złośliwie. Twój organizm teraz nagrzewa się ale po to aby wysuszyć ubrania a powinien zająć się rozgrzewaniem twoich narządów wewnętrznych. Musisz się więc rozebrać, rzucę od razu na ciebie ten czar i później będziemy mogli zająć się suszeniem ubrań. Poruszasz nadgarstkiem i raz dwa się rozgrzejesz. Gdybyś założył strój to by nie było to wszystko konieczne…- mówiąc to opierał łokieć o brzeg szalupy. Wysuszenie jego ubrań powinno zająć im maksymalnie dwadzieścia minut i przez ten czas Fergus musi wytrzymać na zaklęciu rozgrzewającym. Mówił poważnie, nie było w tym żadnego podstępu. Ot, dzielił się wiedzą Flintów. Niech sobie wyobrazi co zrobi z nim wiatr kiedy usiądzie w łódce w przemoczonych ubraniach. - Pobożne życzenia. Nawet jeśli coś mnie ugryzie to nie usłyszysz bo zaraz zaczniesz stękać zębami.- westchnął i wcisnął różdżkę za ucho. Przepłynął z powrotem na swoją stronę łódki i z lekkim trudem (ale żeglarską gracją!) wgramolił się do środka. Ociekał wodą, usta i palce stóp miał sine, dostał gęsiej skórki ale nie był przemarznięty na wskroś. Pływał często, lubił chłód a i jego kombinezon kąpielowy miał za zadanie odpychać wilgoć od ciała. Zdecydowanie miał więcej czasu zanim dotrze do momentu samoistnego transmutowania się w sopel lodu. Przykucnął i wyciągnął ręce do Fergusa aby pomóc mu wleźć do środka. Chciał chwycić go za łokcie i po prostu wciągnąć. Łódź zapewne będzie chybotać ale póki Olivander na niego nie spadnie to nie powinni wrócić do momentu tonięcia. - No pospiesz się. Dawaj. - pogonił go z rozbieraniem i kiedy tylko ten zdjął górę (o ile w ogóle chciał się słuchać) to siadając za jego ramieniem przytknął ciemnoszarą różdżkę do jego karku i zainkantował czar stopniowo rozgrzewający. To uczucie podobne do pierwszego łyku zimowej herbaty zaparzonej na bazie ognistych nasion, imbiru i goździków. Jedyne co to brakowało walorów smakowych. Efekt jednak mógł być podobny jeśli uda mu się powstrzymać ten czar odpowiednio długo. Wystarczy żeby Ferugs przestał dygotać. Tak, zdecydowanie żałował, że go wrzucił do wody. Widząc jaki jest zmarnowany, zimny i mokry zaczynał pluć sobie w brodę za swoje szczeniackie zachowanie. Znajdował się poza wodą więc jego odwaga od razu stopniała a mimika stężała. Tak to jest kiedy nie ma wprawy w okazywaniu swoich drobnych objawów szaleństwa. Nie był Cynthią, która potrafiła wyjść z twarzą z każdej sytuacji. Nic jednak o tym nie mówił, po prostu nagrzewał towarzystwo zaklęciem i czekał na znak kiedy może przestać. Milczenie z jego strony stopniowo narastało. |