Secrets of London
[wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie (/showthread.php?tid=6025)

Strony: 1 2


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Brenna Longbottom - 16.05.2026

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/fe/d1/bb/fed1bb37efc2578588d14a05e46f2998.jpg[/inny avek]

Gdyby miotła leciała z pełną prędkością i w linii prostej, pewnie Brenna nawet jako wilk miałaby trudności w nadążeniu. Obciążenie pod postacią dwóch osób i to, że czasem tą rzucało to na prawo, to na lewo, to w górę, to w dół, sprawiało, że zmniejszyła odległość mniej więcej w tej samej chwili, w której pojawił się jakiś inny wariat na miotle (znaczy się wariat, bo Brenna trochę uważała, że wszyscy latający na miotłach z taką prędkością to wariaci). Skupiona na Kitty i niemieckim pałkarzu nawet nie zwróciła uwagi, kto się tu pojawiał, a nawet jakby, to nie miałaby żadnej szansy rozpoznać w takich warunkach Lukasa.
Zamieniła się z powrotem człowieka w skoku, mniej więcej w tej samej chwili, w której Nott przechwycił Kitty – spryciarz jeden, wybrał do ratunku dziewczynę, może właśnie sprawiając, że jej uwaga zostanie całkowicie przekierowana na niego z kolegi z drużyny. I to nie tylko dlatego, że rzeczony kolega miał spore szanse zamienić się w mokrą plamę, odciśnięta na ścianie. W każdym razie Bren nie miała szans na poczucie ulgi, że jej koleżanka jest bezpieczna, bo drugi nieszczęśnik właśnie mknął ku budynkowi ze zdecydowanie zbyt dużą prędkością.
Różdżkę, na szczęście już miała w ręku. Spróbowała więc wyczarować po pierwsze strumień powietrza, który pochwyci Niemca, po drugie… po prostu wielką poduszkę przy ścianie. Z tą prędkością walnięcie w nią pewnie też zaboli, ale lepsze byłoby to niż połamanie wszystkich kości.

i rzucam sobie z kształtowania pod edycję na dwa spelle

[roll=W]
[roll=W]

Pierwszy czar zupełnie nie trafił, miotła wyleciała z jego pola, zanim miałby choć cień szansy zadziałać. Za to drugi przyniósł już znacznie lepszy efekt: na ścianie faktycznie znikąd zmaterializowała się wielka poducha, w którą ze sporym impetem walnął zawodnik. I on, i nieszczęsna miotła, i poduszka, osunęli się na ziemię. Jęknął, i zaklął, podnosząc się powoli na kolana, ale to były dobre oznaki: znaczy się bolało, ale żył. A gdyby walnął prosto w twardą powierzchnię... to w najlepszym razie połamałby się i on i miotła, w najgorszym rozwaliłby sobie głowę albo kręgosłup.
- Kitty!
Brenna podbiegła do niej i Lukasa, bo po pierwsze byli bliżej niż Niemiec, po drugie jednak to Kitty była jej przyjaciółką, a ona w tej chwili miała tu trzy ofiary kraks miotlarskich, z których każda mogła ucierpieć. Padła na kolana i pomogła usiąść jęczącej dziewczynie.
- A ty, Nott? Głowa i kręgosłup całe? - spytała, zadając te kluczowe pytania. Jak kończyny nie, to nimi się zajmą później. Tak samo jak wyrażać gratulacje za naprawdę prześliczny manewr przechwytujący, choć Kitty była zdecydowanie większa niż kafel - to dopiero jak upewni się, że trzeci miotlarz też był cały i względnie zdrowy.


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Lukas Nott - 18.05.2026

Palce przemknęły mu po twarzy w szybkim, niemal gorączkowym geście - sprawdzał, czy nos nadal był prosty i co najważniejsze, czy zęby nie postanowiły nagle rozpocząć samodzielnego życia gdzieś między brukiem a rynsztokiem. Dopiero po tej pobieżnej inwentaryzacji odetchnął głęboko, z ulgą tak szczerą, że aż rozbrajającą. Adrenalina była dla Lukasa tym, czym tlen dla rozsądnych ludzi. Krążyła mu we krwi zbyt ochoczo, pchała go do rzeczy głupich, widowiskowych i absolutnie niepotrzebnych, a każda nowa granica, którą można było przekroczyć na miotle, działała na niego jak osobiste zaproszenie od samospełnienia. Dlatego słowa Brenny przyjął wyłącznie szerokim, bezczelnym uśmiechem.
— Głowa cała — wydusił w końcu, lekko zachrypniętym głosem. Potarł szczękę i skrzywił się teatralnie. — Reszta zagoi się do wesela.
Spojrzał na Kitty i wypuścił powietrze nosem w czymś pomiędzy śmiechem a westchnieniem.
— A ty, następnym razem, jeśli najdzie cię ochota na romantyczną przejażdżkę… wybierz powóz. Niedaleko rynku mają konie. Znacznie mniej efektowne, owszem, ale przynajmniej rzadziej próbują zamordować pasażerów.
Dopiero wtedy odwrócił głowę, poszukując kolegi z zespołu. Widok Wilhelma był tak groteskowo doskonały, że przez krótką chwilę ból zszedł na dalszy plan. Jeszcze chwilę temu niemiecki pałkarz był ucieleśnieniem hałaśliwego triumfu, zdobywca kufli, pogromca tłuczków i prawdopodobnie utrapienie każdej karczmarki w promieniu pięciu ulic. Teraz klęczał przy własnej miotle z miną człowieka, który właśnie został brutalnie poinformowany, że wszechświat nie uważa go za głównego bohatera. Poduszka pod nim oklapła żałośnie, jak stary pies kończący służbę. Wilhelm spojrzał najpierw na ścianę. Potem na miotłę. Potem na własne ręce. W końcu podniósł się, chwiejnie i z wyraźnym protestem wszystkich kończyn, po czym ruszył w ich stronę lekkim kuśtykiem człowieka, który jeszcze nie wie, co dokładnie go boli, ale intuicyjnie czuje, że wszystko.
— Wer… wer hat mich gerettet? — zapytał chrapliwie, rozglądając się między nimi z miną religijnego nawróconego. — Wer war das?
Lukas, nadal siedzący na bruku, uniósł brew.
— Ona — powiedział z powagą godną wyroku, wskazując Brennę ruchem brody.
To wystarczyło. Wilhelm obrócił się tak gwałtownie, jakby ktoś rzucił na niego zaklęcie. Na jego twarzy najpierw pojawiła się ulga. Potem zachwyt. A zaraz po nim ten szczególny, niebezpieczny rodzaj pijackiej wdzięczności, który nie uznaje ani dystansu osobistego, ani zdrowego rozsądku.
— Du! — zawołał z przejęciem, robiąc krok w stronę Brenny. — Du hast mich gerettet! Mein Engel! Mein wunderschöner, englischer Engel!
Lukas parsknął śmiechem. Wilhelm już szedł. Nie, on nacierał. Z rozłożonymi ramionami, z miną człowieka gotowego objąć kobietę. Dotarł do Brenny i zaczął wyrzucać z siebie potok niemieckich słów z prędkością człowieka, któremu emocje właśnie wyprzedziły zdolność oddychania. Chwycił jej dłonie. A potem najwyraźniej uznał, że samo dziękuję nie oddaje głębi jego duszy, bo pochylił się z zamiarem ich ucałowania.
— Brenna — Nott rzucił, walcząc z rozbawieniem — obawiam się, że właśnie awansowałaś z ochrony do świętej patronki pijanych pałkarzy.
Uniósł spojrzenie na Wilhelma, który właśnie próbował chyba uklęknąć bardziej dramatycznie, niż pozwalała anatomia.
— Trudno powiedzieć, czy to zaszczyt, czy bardzo osobliwa klątwa.

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/33/25/9e/33259e5a57a571380b3feb7cfc69912e.jpg[/inny avek]


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Brenna Longbottom - 20.05.2026

– A to doskonale, chociaż jak planujesz to wesele w najbliższych dwóch tygodniach, sugerowałabym jednak wizytę u uzdrowiciela. Na twarzy wylezie siniak – oceniła Brenna, patrząc na niego krótko. W kwestii wyłażenia siniaków i procesu ich leczenia oraz zmiany kolorów była ekspertem. Takim, jakim zostajesz, gdy w ogóle nie znasz się na leczeniu, ale doświadczasz pewnych rzeczy empirycznie.
– Ja już chyba nie chcę blond Niemca, Brennie – zdecydowała Kitty, podpierając się o Brennę, gdy ta wstała i ją ciągnąć do pozycji stojącej. Była podchmielona, poobijana i wyraźnie zestresowana, ale jako że nie był to pierwszy upadek z miotły w jej życiu, już zaczynała powoli dochodzić do siebie.
– Co, teraz wolisz brunetów? – spytała Brenna, spoglądając jednak nie na nią, a pana niemieckiego pałkarza, który powoli dźwigał się z poduszki. W porządku, ruszał się, czyli nie musiała do niego biec sprawdzać, czy potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej.
– Nie, takich bez mioteł. A na razie to żadnych chłopaków, robię przy nich głupie rzeczy. Pojedziemy na przejażdżkę tymi powozami? Prooooszę.
– Jak odstawimy Marę do hotelu – westchnęła Brenna, z jakąś mieszaniną rezygnacji i rozbawienia.
– Dunk się nią zajmie. Ooo, ty jesteś Anglikiem, tak? Dzięki za pomoc.
Nie zdążyły ustalić, kiedy i pod jakimi warunkami pojeżdżą sobie powozami, ani w jaki sposób Kitty powinna odwdzięczyć się Nottowi, bowiem pałkarz zaczął mówić coś w tym barbarzyńskim języku. W uszach Brenny brzmiało to trochę tak, jakby chciał się dowiedzieć, kogo może postawić pod ścianą i rozstrzelać, a jeszcze Nott, zdrajca narodowy, nie dość, że grał dla niemieckiej drużyny, to jeszcze jako ofiarę wskazał Angielkę. Brenna puściła Kitty, gdy zawodnik ruszył w jej stronę, całkiem pewna, że zaraz będzie musiała go obezwładniać, ale tym co nastąpiło było…
Zamrugała, kiedy nagle złapał ją za ręce, a potem jeszcze się pochylił i rękę ucałował. Spojrzała ku Nottowi trochę bezradnie, i jak ten przetłumaczył na jakieś święte patronki, to zaczęła się zastanawiać, czy Lukas z niej nie kpi.
– Em, to chyba dobrze, bo myślałam, że właśnie ogłasza, że przeze mnie stracił honor i musi mnie udusić czy coś takiego… eee… jak to szło? Danek? Danke? – spróbowała, machając uwolnioną ręką i próbując w uniwersalnym języku gestów zasugerować, że wszystko w porządku, nie ma sprawy i w ogóle. – Możesz mu powiedzieć, że to drobiazg albo coś? – spytała, trochę spanikowana, kiedy zaczęło wyglądać na to, że ten Wilhelm, Hans czy Joseph, bo zdaniem Brenny pewnie każdy Niemiec był Wilhelmem albo Hansem, zaraz padnie przed nią na kolana.

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/fe/d1/bb/fed1bb37efc2578588d14a05e46f2998.jpg[/inny avek]


RE: [wiosna 1968] Pewnego razu w Berlinie - Lukas Nott - 20.05.2026

Lukas podniósł się powoli z bruku i otrzepał dolną część garderoby. Zerknął na Brennę, po czym nie zdołał powstrzymać rozbawionego uśmiechu.
— Danke wystarczy. Chociaż ostrzegam, że przy takim stanie emocjonalnym może uznać to za początek wielkiej przyjaźni albo zaręczyn.
Wilhelm w tym czasie znów coś wykrzyknął, tym razem jeszcze bardziej podniośle. Próbował najwyraźniej przyklęknąć na jedno kolano, ale jego własna równowaga i obolałe ciało miały wobec tego planu poważne zastrzeżenia. Lukas już otwierał usta, żeby dodać coś o tym, że niemieccy pałkarze powinni mieć zakaz romantycznych gestów po alkoholu, kiedy z tyłu dobiegł ich inny krzyk.
— Dieb!
Lukas zastygł, bardzo powoli odwracając głowę.
W ich stronę biegł niski mężczyzna, czerwony na twarzy. Jedną ręką przytrzymywał kapelusz, drugą wskazywał prosto na miotłę leżącą nieopodal Lukasa. Tę samą, którą jeszcze chwilę temu Nott wyrwał z rzędu zaparkowanych sprzętów przy wejściu.
— Mein Besen! — wrzasnął mężczyzna. — Er hat meinen Besen gestohlen!
Lukas spojrzał na miotłę. Potem na mężczyznę. Potem na Brennę.
— Technicznie rzecz biorąc... — zaczął powoli — to był stan wyższej konieczności nie?
Właściciel miotły najwyraźniej nie wyglądał na człowieka, którego zadowalały technikalia. Zza jego pleców wyłoniło się kilku kolejnych gapiów, a hałas przyciągał coraz więcej osób. Nagle cała scena zaczęła wyglądać mniej jak heroiczny finał akcji ratunkowej, a bardziej jak bardzo niekorzystnie opisany raport policyjnego. Lukas westchnął ciężko. Przesunął dłonią po twarzy, po czym cofnął się o krok, wyciągając różdżkę. Teleportacja po upadku była fatalnym pomysłem. Teleportacja po alkoholu jeszcze gorszym. Ale zostanie tutaj i tłumaczenie podchmielonemu, obcemu Niemcowi, dlaczego jego miotła została „pożyczona” do akcji ratunkowej, wydawało się pomysłem absolutnie najgorszym. Spojrzał na nadciągającego właściciela miotły, potem na różdżkę w swojej dłoni i skupił się na barze.

// Translokacja w stronę baru
[roll=O]
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/33/25/9e/33259e5a57a571380b3feb7cfc69912e.jpg[/inny avek]

Różdżka drgnęła w jego palcach, a powietrze wokół na moment zgęstniało, jakby teleportacja miała właśnie wyrwać go z tej kompromitującej sceny i przenieść prosto w bezpieczny, cudowny środek baru. Przez ułamek sekundy Lukas prawie poczuł znajome szarpnięcie pod żebrami. Prawie. Zamiast tego nic się nie stało. Stał dokładnie tam, gdzie stał wcześniej, z różdżką w dłoni, obolałym tyłkiem, pożyczoną miotłą u stóp i coraz bardziej wściekłym Niemcem biegnącym prosto na niego.
— Ich war das nicht! — krzyknął nagle, cofając się o kolejny krok. — Ich kenne diese Leute nicht!
Brzmiało to absolutnie niewiarygodnie, zwłaszcza że stał tuż obok miotły, którą przed chwilą spektakularnie przywołał, dosiadł i rozbił niemal na oczach połowy ulicy. Nie miało to jednak znaczenia. W tej konkretnej chwili prawda była dużo mniej użyteczna niż szybkie nogi. Odwrócił się gwałtownie i ruszył biegiem wzdłuż ulicy. Za plecami słyszał krzyki właściciela miotły, oburzone głosy gapiów i prawdopodobnie Wilhelma, który wciąż próbował dziękować Brennie. Lukas parsknął nerwowym śmiechem, przyspieszając. To był Berlin. Po wygranym meczu. Po pijanym locie, wilku na ulicy, kraksie w magiczną poduszkę i nieudanej teleportacji. Oczywiście, że musiało skończyć się ucieczką przed rozwścieczonym właścicielem miotły.

Koniec sesji