![]() |
|
[Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow (/showthread.php?tid=6125) |
RE: [Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow - Lucy Rosewood - 11.08.2026 – Jak? – spojrzała się na niego, zaskoczona jego oburzeniem. Jednocześnie próbowała rozpoznać w swoim ciele, jakiekolwiek oznako tego, że działo się z nią coś z czego nie byłaby szczególnie zachwycona. Żadna kończyna jednak nie zaczęła jej drętwieć, wzrok nie rozmazywał się, a siły witalne wciąż pozostawały na swoim miejscu. – Współpracowałeś ze mną i na własną rękę widziałeś, jak niektórzy winni potrafią być upierdliwi. Pomyślałam więc, że może… Kupiłeś mi w takim razie czekoladki, które otrują ich na tyle, by byli nieco mniej… Problematyczni. To… Byłoby całkiem miłe. Ale skoro nie była to jednak trucizna, to co? Nie musiała zbyt długo czekać, aby się dowiedzieć. – Oh to… – wymamrotała, nagle przyglądając się z ciekawością swoim własnym dłoniom. – Bardzo… Miłe z twojej strony, chociaż chyba… Wolałabym jednak truciznę. – Nie wiedziała, czy była to kwestia czekoladek, czy własnych podsycanych paranoją domysłów, ale nagle stała się strasznie świadoma faktu, że jeśli Gabriel zada jej jakiekolwiek pytanie, to odpowiedź będzie… Dość niezręczna. A potem i tak zrobiło jej się dość niezręcznie, bo Gabriel również zjadł czekoladkę. A co jeśli tak samo jak w jej śnie (ich śnie?) on się jej oświadczy? A co jeśli ona powiedziałaby tak? Powiedziałaby? Hah… Obecnie bardzo łatwo mogła się o tym przekonać. Przelknęła ślinę i spojrzała Gabrielowi prosto w oczy. Dwanaście godzin. Da radę. – Laudanium. Czekoladki z laudanium byłyby całkiem sympatyczne. Nie wiem, czy zakwalifikowałbyś to całkowicie jako truciznę, ale w odpowiedniej dawce… Myślę, że byłby to całkiem miły sposób odurzania naszych… detektywistycznych problemów. RE: [Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow - Gabriel Montbel - 13.08.2026 Mówiła coś. Głos zdradzał zdenerwowanie, które tak pięknie maskowała chłodem wampirzego istnienia. Miał też inny prezent w swojej komnacie, ale czekał na niego aż ogród będzie skończony. Ona uratowała go przed świtem, a on mógł jej go dać w prezencie. Bez śmierci, bez prochu, bez… bez większych myśli, zdecydowanie bez myśli co to wszystko znaczyło. Tak samo jak teraz nie chciał się zastanawiać czemu jest taka nerwowa, czemu patrzy mu prosto w oczy i mówi o laudanium. Wszystko byle nie dotknąć prawdy na temat swoich uczuć. Wampir daleki był od rozmyślań, czy współdzielili sen, znając oczywiście z racji swojej profesji to zjawisko, ale nie zgłębiając go zbytnio w praktyce. Znów być może nie powinien za bardzo się nad tym pochylać, bo pozostawała cała lista do odhaczenia potencjalnych przyczyn występowania. Aura miejsca, wspólnie przebyta trauma, czy w końcu… wykraczająca ponad przeciętną nić energetyczna łącząca dwie duszy. Nie. Nie chciał się nad tym zastanawiać. Ani nad tym czemu ona się tak bała, ani nad tym czego bał się on. Zamiast tego poddawał się spojrzeniu jej oczu, jej niepewności mającej dwie setki na karku. A przecież oboje nie lubili romansów. Ujął jej dłoń. Delikatnie, zupełnie jakby była utkana z pajęczych nitek porozwieszanych pośród zmierzchowych różanych kielichów. Jakby była utkana z ciszy, która rozkwitała między nimi. Wszystkich niezadanych na tym etapie pytań. Na tym i na żadnym w sumie. Odcisnął miękkie wargi na różanej dłoni, nie precyzując czemu ten gest miałby właściwie służyć. Równie dobrze mógł to zrobić tylko dlatego, że siedziała tuż obok. Choć może chciał pokazać, że nie tylko słowami można było odkryć prawdę. Oboje byli znawcami ludzkiej natury. Obserwacja była bez mała jej elementem. Zatem, gdy już ucałował jej dłoń, to jej wcale nie wypuścił, chyba że gołębica chciałaby ją zabrać, dałby ulecieć jej bez najmniejszego zawahania. Odwrócił też głowę ku ogrodowi nad którym teraz tak bardzo pracował, językiem rozsmakowując się w ciemnym aromacie czekolady. Milczał, bo ani nie chciał narażać jej na przymus wypowiedzenia prawdy, ale też trochę dlatego że nie chciał słyszeć prawdy. Cisza zdawała się komfortowa, tak długo jak panna Rosewood decydowała się z nim tu być. Tak długo jak nie uciekła. Tak długo jak miał szansę przymknąć powieki i oddychać jej obecnością w małej altanie na terenie Northanger Abbey. RE: [Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow - Lucy Rosewood - 17.08.2026 Milczała, bo jak na rasową panią detektyw przystało wolała raczej wyciągać czyjeś sekrety, niż ujawniać swoje własne tajemnice. Gabriel w tym czasie ujął jej dłoń i ucałował. Lucy nie zabrała ręki. Po prostu pozwoliła im trwać w tym milczeniu, wdzięczna, że Gabriel nie drążył tematu. Tylko, że o ile drugi wampir mógł nie naciskać, tak jej własny umysł miał inne plany, zanurzając wampirzycę coraz głębiej w chłodnej mgle pytań i wątpliwości. Byli krwiopijczymi istotami. Długowiecznymi pijawkami, których moralność nie wpasowywała się w tę współczesnego czarodzieja nie tylko ze względu na ich dietę. Gdy pierwszy raz zawitała do jego posiadłości, on składał plugawe ofiary w swojej piwnicy. Gdy on pierwszy raz ujrzał Northanger Abbey ona pokazała mu cmentarzyk, o którego użyźnienie własnoręcznie zadbała. Widziała jak płakał. Widział jak w zaciszu opactwa zdejmowała narzucone przez samą siebie maski. Czy wypowiedzenie na głos pewnych uczuć, nie ważne jakie by one nie były, naprawdę byłoby aż tak straszne? Dlaczego? Czy to wspólne milczenie i tak nie potwierdzało pewnych emocji, których i tak dalej nie potrafiła w pełni nazwać? Nie wolałaby wiedzieć? Spojrzała w oczy Gabriela i uśmiechnęła się lekko. Chciała milczeć, ale… Nie potrafiła pozostawić go tak bez słowa, jakby uczucia wobec niego byłyby dla niej czymś okrutnym. Ale jednocześnie to była tak miła cisza. Nie chciała jej przerywać. Westchnęła cicho i teraz to ona ujęła jego dłoń, muskając ją delikatnie chłodnymi wargami – Cieszę się, że mieszkasz tutaj ze mną – powiedziała. – Opactwo jest znacznie milsze od kiedy ty w nim jesteś. RE: [Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow - Gabriel Montbel - 20.08.2026 Nie tak zaplanował dzisiejszy wieczór, nie żeby jego plany miały jakiekolwiek znaczenie w ostatnich latach. W sumie mógł przywyknąć do tego, że wszystko absolutnie stawało na głowie, że nic absolutnie nie mogło być stałą. A jednak. Dwieście lat temu, gdy zawitała do jego dworu, od pierwszych chwil czuł to dziwne mrowienie, ten łagodny imperatyw ciągnący go w stronę drobnej pyskatej istoty, która dokładała wszelkich starań, by nie wyciągać na niego ani kłów ani czerwonych paznokci. Ciągnęło go do temperamentu schowanego za porcelanową twarzyczką, ciągnęło go do tych momentów, gdy zieleń oczu lśniła gwieździstą fascynacją. Skłamałby, gdyby powiedział, że sama jej obecność była tsunami, nawet jeśli finalnie, zbiegiem wszelkich okoliczności realnie to trzepot jej skrzydeł zrujnował całe jego ówczesne życie. Wtedy jednak, podczas pierwszych dni spokojnego zapoznawania się ze wzajemną rutyną, była powiewem świeżości, którego nie był w stanie zignorować. Jej ruch ściągał wzrok. Jej głos wprawiał szczątki duszy w drganie. Jej dotyk rozchodził się mrowieniem po całej skórze, a tego co miał szansę doświadczać we tragicznym śnie przed kilkoma dniami, teraz ze zdwojoną siłą odczuwał na jawie. Był pewien, że nie śni, wszak jego dłonie jeszcze przed momentem doglądały cmentarnego ogrodu. Nie do końca jej wierzył, gdy powiedziała to co powiedziała, próbując odwróconym gestem potwierdzić swoje słowa. Przyglądał jej się nieco struchlały, świadom tego jak bardzo chciał zasabotować jego mieszkanie w tym miejscu, jak rozpaczliwie próbował doprowadzić ją do furii, by w końcu przekonać się, że nie jest tu mile widziany, a charytatywny projekt Montbel został zerwany naruszeniem warunków cywilizowanej koegzystencji. Jego zimne jasne oczy nie mogły zatrzymać się na jednym fragmencie jej twarzy, jakby próbował odczytać z niej prawdę. Czekoladki miały działać tak, że trzeba było być szczerym ale dopiero po zadanym pytaniu a nie przed. Nienawidził tego stanu. Kochał ten stan. Niepewność rozsadzała mu klatkę piersiową, a kłębiące się emocje nie mogły znaleźć ujścia teraz, gdy siedzieli bez ruchu w małej altance, tak boleśnie podobnej do tej, w której spędzili ostatnią miłą chwilę jej pobytu we Francji, prawie dwa wieki temu. – Chciałbym móc ofiarować Ci jutrzejszy wschód słońca – powiedział cicho, chrapliwie, niezręcznie, jak tylko mogły być niezręczne uczucia, z którymi nie umiał sobie poradzić. – Mam… mam u góry eliksiry, które ponoć umożliwiają takie cuda. Do… do testów. Jeśli miałabyś ochotę zaryzykować ze mną? – Intonacja sama ułożyła się w pytanie, nie dlatego, że chciał je zadać, a dlatego, że dotarło do niego w trakcie mówienia, że może to nie był najlepszy pomysł, bo przecież nie przetestował tego najpierw na własnej skórze i mógłby w ten sposób narazić Lucy na dyskomfort. Nie że nie mógłby jej potem opatrzeć i zaopiekować się oparzeniami, ale wątpił by po takiej przypadkowo zjedzonej zbyt skutecznej czekoladce i całkiem celowo wypitym trefnym eliksirze w ogóle chciała by jeszcze cokolwiek dla niej robił. Tak czy inaczej nie zauważył, że zapytał, ale magia… cóż, ta wiedziała swoje. RE: [Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow - Lucy Rosewood - 23.08.2026 W pierwszej chwili była pewna, że się przejęzyczył, albo że czekoladki odebrały jej również zdolność poprawnego rozumienia słów. Zabrała ponownie dłonie i nieznacznie przechyliwszy głowę na bok, przyglądała wampirowi, próbując odnaleźć sens w jego wypowiedzi, która mogłaby spokojnie uchodzić za bełkot. Eliksir do testów… Naprawdę mogliby obejrzeć razem wschód słońca? – Gabrielu… – powiedziała powoli, wpatrując się w niego z taką intensywnością, że gdyby zastało ich teraz słońce to równie dobrze mogłaby go w pierwszej chwili nie zauważyć. – To… Brzmi… Jak z jakiejś książki. – Nagle spoważniała. – Od kogo to masz? Jesteś pewny, że możemy tej osobie ufać? Jej motywacjom i jej ekspertyzie? – Czarująco-irytujący wampir, który zjawia się w życiu głównej bohaterki, aby podzielić się z nią czymś, co było niemożliwe dla krwiopijczej społeczności brzmiało naprawdę cudownie książkowo. A jeśli coś brzmiało aż tak cudownie książkowe, to znaczyło głównie to, że było też strasznie podejrzane. Wampiry nie wychodziły na słońce. Wampiry nie znajdywały bliskości w innych wampirach, a skoro to drugie mimk wszystko jej się przydarzyło… To znaczy, że to pierwsze nie miało racji bytu. – Nie zrozum mnie źle, ufam tobie, wiem że masz dobre zamiary, ale nie ufam innym. Ktoś może albo życzyć nam źle, albo uważać się za mądrzejszego niż jest. Inne wampiry już to jakkolwiek testowały, czy będziemy pierwsi? Musimy opracować plan szybkiej ucieczki. Ugh… Wiedziałam, że powinnam zabrać się za ten spis, wszystkich istot magicznych, którym wampiry kiedyś napsuły krew. Wtedy bym mogła od razu sprawdzić, czy ten twój genialny alchemik nie ma tak naprawdę pragnienia zemsty, bo ktoś kiedyś ugryzł jego dziadka. RE: [Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow - Gabriel Montbel - 04.09.2026 Duszna mgła infekującego jego ciało i umysł romantyzmu opadła zimną mżawką nerwowości, która zacisnęła mu gardło. On sam usłyszał swoje pytanie zupełnie odmiennie, on sam usłyszał jej słowa jak mżawkę rujnującą noc, w której mieliby patrzeć na gwiazdy. Czyż nie był to gest wielki i oczywisty, czyż można było wyraźniej poprosić drugą osobę o podjęcie ryzyka, wspólnego ryzyka nowego początku, innego początku, świeżego początku, narodzin dla dnia, narodzin dla nowego czasu w którym próbuje się na języku smaku słowa "my"? Był w niej pragmatyzm, który musiał uszanować. Był w niej lęk, o którym przecież wiedział, o którym śnił. Nie westchnął, bo nie musiał. Zniósł ciężar, zniósł świadomość odmowy. Kolejny raz. Nie ośmielił się dotknąć jej różem pociągniętych warg, aby przerwać potok wątpliwości. Zamiast tego pokiwał głową uśmiechając się pojednawczo, nawet jeśli ten uśmiech nie sięgnął jasnych oczu ukrytych w cieniach altany. – Masz rację, pralinki wydają się już wystarczającą ekstrawagancją dzisiejszego wieczoru. – Czegóż mógł się spodziewać, wszak półki w opactwie uginały się od opowieści detektywistycznych, oczywiste było, że jej myśli podążą tym torem. Przez moment pomyślał, że byłby zapewne dla niej o wiele bardziej interesującym wampirem, gdyby utrzymał pozory, że jednak stoi za tymi napadami w Londynie. Albo gdyby był prawnikiem sprawnie operującym zbrodnią, chociażby z sądowej wokandy. Świadomość tego, że tapeta w jadalni miała kolor oczu Gustave'a (wcale nie!) tylko zacisnęła mu pięści na marmurowej ławeczce. Czy gdyby Delacour zaproponował jej eliksiry umożliwiające jej wyjście na słońce, przełknęłaby je bez chwili zawahania? Nie był pewien. Mimo wszystko… za krótko się znali. RE: [Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow - Lucy Rosewood - 04.10.2026 Lucy spojrzała się na Gabriela, jakby nagle powiedział coś tak abstrakcyjnego, że nawet autor najbardziej absurdalnych powieści, by ma to nie wpadł. – Nie to powiedziałam – zaprotestowała z wielkim zirytowaniem pamiętając o tym, że w dalszym ciągu musiała uważać na wypowiadane przez siebie słowa. A przecież w tym momencie miała Gabrielowi naprawdę dużo do powiedzenia. – Chcę… Chciałabym obejrzeć z tobą wschód słońca. Oczywiście, że chciałabym. Nie wiem, jak bardzo musiałabym oszaleć, aby odmówić. Po prostu ciężko mi uwierzyć, że taka możliwość naprawdę istnieje i naprawdę nie chcę, aby coś takiego przerodziło się w twoją śmierć, gdyby eliksir jednak nie zadziałał. Ufam tobie. Nie ufam innym, ale to w niczym nie przeszkadza. Do wschodu słońca jest jeszcze trochę czasu. Upewnimy się, że mamy ubramie zakrywakące nasze ramiona. Staniemy blisko drzwi tak, aby w razie czego móc uciec. Tak, to powinno wystarczyć. Mogliby obejrzeć wschód słońca. Wschód słońca. Nigdy za swojego ludzkiego życia nie pomyślałaby, że coś tak prostego, może rozlewać tak głębokie ciepło po jej wnętrzy. Wschody słońca po prostu istniały. Były ładne, owszem, ale nic więcej. A potem okazało się, że już nigdy więcej nie będzie mogła ich podziwiać, więc oczywiście zdołała siebie przekonać, że nie było w nich nic godnego uwagi. Aż to teraz. – I jestem po prostu niezwykle ciekawa, jak udało ci się coś takiego dostać, bo to coś godnego podziwu. !BINGO D2 RE: [Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow - Pan Losu - 04.10.2026 Walentynkowe Bingo adres pola: D2 wariant: 2 typ: zdarzenie Podwójnie nieudane zaręczyny.
To miał być spokojny wieczór spędzony w jednej z Londyńskich restauracji. Zjedliście już obiad. Kelnerka podchodzi do stolika i z uśmiechem stawia przed wami deser. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że jedno z was trafiło w środku na pierścionek zaręczynowy i... to nie wasz stolik miał go dostać. Przy sąsiednim ktoś już zaczyna się niecierpliwić. Za kilka minut będzie rozgniewany, a wy musicie poradzić sobie z własnymi emocjami, kiedy jesteście świadkami dramatu. No bo przecież ciasteczko jest już do połowy zjedzone. RE: [Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow - Gabriel Montbel - 04.10.2026 Zazwyczaj było inaczej. Zazwyczaj było odwrotnie. Zwykle on mówił - i to stanowczo zbyt wiele. Roztaczał ażurowe firaneczki słów, aby ukryć za nimi własną niepewność zakorzenioną latami spędzonymi w zamknięciu, które na trwale odcisnęły swoje piętno na zbyt dumnej i próżnej kiedyś psychice. Teraz wiedział, teraz był świadom, że krypta nie musiała mieć czterech kamiennych ścian, aby straszyć swoim zimnem. Odkrywając przestrzenie depresji, odkrywał swoje własne psychiczne ograniczenia, więżące go w tak szalenie ciasnych formach percepowania świata, wychwytywania ataku w miejscu w którym go nie było, odrzucenia, tam, gdzie nikt nie zatrzaskiwał drzwi. Teraz jednak, siedząc na chłodnym kamieniu przestronnej dość altanki, teraz wdychając chłoną woń październikowej nocy starał się słuchać, skoro Lucy otworzyła przed nim żywe zdroje chłodnych myśli. Woda spływała jej ustami oblewając im kolana i stopy, tłumaczenia zdały się logiczne, spójne, choć on nie prosił o nie wcale. Ale starał się, słuchał jej. Próbował nie dać się porwać ostrym zębom strachu, myśli czarniejszych niż jej kreacje. Magia nie wysupłała spomiędzy jego zębów słów. Nie zadała pytania, choć było nim podszyte ostatnie zdanie. Czy było godnym podziwu otrzymać kilka fiolek eliksiru, który nie miał potwierdzonego działania? Być może chłodna dama z ogrodów różanych nienawidziła szczerze wszystkich wampirów i życzyła im absolutnie śmierci w blasku słonecznym, to nie byłoby coś, co by wykluczał maksymalnie. Nie powinien przynajmniej, jeśli tylko dopuszczałby głos rozsądku do swoich uszu. Czy ona próbowała tym głosem teraz być? Czy rzeczywiście potrzebowali rozsądku w chwili, gdy mogli oboje obejrzeć wschód słońca, poczuć na chłodnej skórze promienie dawno utraconego słońca? Był wampir, który jej odebrał to doznanie, czy grzechem było pragnąć być tym wampirem, który jej go ofiarował, choćby w szczątkowej formie? Co innego jednak przykuło jego uwagę i potrzebował chwili, by złapać się temu zdziwieniu, które powoli wypierało chęć ucieczki do ziemi i krzewów okalających wiekowy cmentarzyk, którym obiecał się zająć. Obiecał sobie, że nie zada jej pytania, które z powodu czekoladek musiałoby spotkać się ze szczerą odpowiedzią. Obiecał sobie. Nigdy nie był zbyt dobry w dotrzymywaniu obietnic. – Dlaczego mi ufasz? RE: [Jesień 72, 20.10, okolice Bath | Lucy & Gabriel] Where the wild roses grow - Lucy Rosewood - 06.10.2026 Dlaczego mi ufasz? Tak proste pytanie, a tak ciężkie do odpowiedzenia. Lucy zamarła na chwilę, rozważając, czy nie lepiej będzie jednak, jeśli w tym momencie ucieknie od niego i wróci, gdy upewni się że czekoladki przestaną działać na dobre. Jednocześnie miała dziwne wrażenie, że na to było już za późno. Słowa, które trzymała w sobie chciały wreszcie wypłynąć z jej ust i chociaż smakołyki robiły swoje, to jego szczere pytanie było tym przez co postanowiła się otworzyć. – Bo przecież widzę jaki jesteś – odpowiedziała chwytając jego dłoń. – Od naszego hm.. pierwszego spotkania we Francji minęło trochę czasu, a ja nauczyłam się jak obserwować ludzi. Czemu miałabym ci nie ufać, skoro widzę że ty ufasz mi? Nie zabiłeś mnie do tej pory w ramach zemsty. Nie zabiłeś mnie, chociaż poznałam twój sercowy sekret. Nie groziłeś mi, abym trzymała język za zębami. Zajmujesz się moim ogrodem. Pomagasz w śledztwach. Nie dajesz mi powodów abym ci nie ufała, a zamiast tego dostaje od ciebie wiele argumentów za tym, abym… Zatrzymała cię w swoim życiu na dłużej. Teraz gdy o tym myślała, to może to nie było tak, że nie potrafiła łatwo zaufać innym. Może po prostu była pod tym względem dość wybredna, bo kiedy spotykała kogoś takiego jak Gabriel (nawet jeśli początkowo chciała go zabić) to jednak szybko wykształcała sobie wobec niego sympatię. A może po prostu Gabriel był wyjątkowy, a ona miał szczęście, że na niego w tym wszystkim trafiła. |