![]() |
|
[24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +--- Wątek: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=6174) Strony:
1
2
|
RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 04.07.2026 Nie pierwszy raz życie udowodniło mi, że najlepsze plany potrafiły rozpaść się w kilka sekund, zwłaszcza jeśli ich częścią byłem ja, tak właściwie miałem już całkiem długą listę rzeczy, które skończyły się zupełnie inaczej, niż zakładałem, ale byłem skory przyznać, że ta sytuacja bez większego wysiłku wskoczyła do ścisłej czołówki. Im dłużej rozmawialiśmy, tym bardziej dochodziłem zresztą do wniosku, że nie miałem najmniejszych szans wygrać tej dyskusji - nie, gdy wszystkie argumenty zostały skutecznie unieszkodliwione razem ze mną kilkadziesiąt sekund wcześniej - niby mogłem się jeszcze upierać, że miałem dobre intencje, ale trudno było budować poważną linię obrony, kiedy głównym empirycznym dowodem przeciwko mnie było to, że ledwo stałem. Dałem się podejść własnej, zestrachanej żonie na środku ulicy, nawet nie mając czasu ani okazji się obronić, chociaż jeszcze tego ranka byłem w stanie zarzekać się, iż coś takiego w ogóle nie wchodziło w grę. Pokręciłem głową z cichym parsknięciem, bo mimo wszystko zaczynało do mnie docierać, jak absurdalnie wyglądała cała ta sytuacja - człowiek wychodził z pracy z zamiarem odprowadzenia własnej żony, a kończył, zastanawiając się, czy przypadkiem nie powinien przez kilka dni chodzić ostrożniej - gdybym miał opowiedzieć to komuś w pubie, nikt by w to nie uwierzył, a jeśli już, to pewnie śmiałby się do końca wieczoru, doskonale bawiąc się moim kosztem. Tę historię zamierzałem zatem zachować dla siebie, niektóre rzeczy brzmiały „nie tak źle” wyłącznie we własnej głowie. - Ymh? - Uniosłem brew, spoglądając na nią z udawanym wyrzutem, bo chociaż sam to zasugerowałem, nie mogłem jej przepuścić tego, jak łatwo dokończyła urwane przeze mnie zdanie - niby nie próbowała wygrać, teoretycznie wcale nie chciała, lecz później do tej pięści w jaja, wbiła mi też nóż w plecy. - Po plawsie, cofam to. - Nie mogła mieć przecież pełnego ostatniego zdania. Łajza. - Nie pszypominam sobie, szeby nasze popszednie spotkania kiedykolwiek kończyły się plóbą pozbawienia mnie męskości. Ewoluowałaś. Fenomenalnie. Nie musisz się asz tak stalaś. - Stwierdziłem, znowu odsuwając włosy z oczu i prostując się trochę bardziej. Wiele dało się powiedzieć na temat naszych relacji na różnych etapach życia, lecz nigdy nie czułem, by chciała trwałe mnie uszkodzić, to był chyba pierwszy raz, gdy czegoś takiego próbowała. Była jednak wyjątkowo skuteczna, po fakcie, gdyby na moim miejscu stał ktoś obcy, pewnie jeszcze pogratulowałbym jej refleksu - umiała się bronić, fakt - po prostu nie przyszło mi do głowy, że tym kimś, przed kim to robiła, będę akurat ja. Machnąłem lekko ręką, gdy kolejny raz mnie przeprosiła - nie zamierzałem pozwolić, żeby naprawdę się tym zadręczała - przestraszyła się, zareagowała instynktownie i trafiła z wyjątkowym szczęściem, albo pechem, zależnie od punktu widzenia. Uznałem, że jeśli miałem zapamiętać ten wieczór na długo, to zdecydowanie wolałem pamiętać go jako kolejny dowód na to, że moja żona potrafiła zadbać o siebie, nawet jeśli przy okazji omal nie wyeliminowała własnego męża z dalszego udziału w życiu rodzinnym. - Dopsz, jusz wystalszy. Jeszcze chwila i zacznę ci pszyznawaś lasję s pszyswyczajenia. A tego przeciesz oboje byśmy nie chcieli. - Kącik ust drgnął mi w półuśmiechu. - Gdybyś wiedziała, sze to ja, pewnie dostałbym najwyszej w lamię. - Naprawdę chciałem w to wierzyć. - Cała leszta to efekt mojego wyjątkowo błyskotliwego planowania. - Sam się podłoszyłem, dosłownie - to była całkowicie prosta, najprostsza możliwa prawda - nie potrzebowałem kolejnych przeprosin, wystarczyło, że widziałem po niej, iż naprawdę zrobiło jej się głupio, przynajmniej na chwilę, później zaczęła być coraz bardziej rozbawiona. - Nie wiem, czy balsiej boli mnie to, co zlobiłaś, czy to, sze jeszcze potlafisz mnie s tego losliczaś. - Mruknąłem, poprawiając mokry kołnierz płaszcza, po czym zmrużyłem oczy, kiedy z całkowitą powagą oznajmiła, że będzie trzymać obie ręce z dala ode mnie. Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, próbując ustalić, czy właśnie usłyszałem groźbę, czy sugestię kary, czy przerwę techniczną, na którą wcale się nie pisałem. Owszem, przed momentem wyraźnie zaznaczyłem, żeby nie próbowała mnie badać na środku ulicy, ale bynajmniej nie miałem na myśli wszystkich pozostałych okoliczności. Robiłem zupełnie inne plany na ten wieczór i zdecydowanie nie obejmowały one dobrowolnego zachowywania bezpiecznego dystansu… - Chwileczkę. - Uniosłem dłoń, jakbym właśnie chciał zatrzymać wyjątkowo niekorzystny bieg wydarzeń. Miałem zupełnie inne pomysły niż życie w niedobrowolnym celibacie, nawet takim krótkim, przez zbyt szeroko idące nadinterpretację. - Mówiłem o najbliszszych kilku minutach i o ślodku ulicy. Ani słowem nie wspominałem o późniejszym wieczosze. - Wskazałem na nią palcem. - Nie plóbuj telas pszemycaś do naszej umowy dodatkowych punktów dlobnym dlukiem. - Pokręciłem głową z udawanym oburzeniem, bo przecież byłem świadomy, iż uwielbiała to robić, inaczej zupełnie nie byłaby sobą. - Nie zgadzam się na takie walunki. Stanowczo plotestuję. - Podkreśliłem, zanim dodała coś, co jeszcze bardziej pogorszyło obraz naszej - mojej - sytuacji… Uniosłem brwi, gdy wspomniała o fioletowym kolorze i konieczności badania. - Jesteś oklopnym lekaszem. Wiesz o tym? Zamiast uspokoiś pacjenta, malujesz mu pszed oczami najgolsze moszliwe scenaliusze. Gdybym cię nie znał, jusz bym zaczął pisaś testament. - Parsknąłem cicho, tym razem bez przykrych konsekwencji, co uznałem za dobry znak. Wiedziałem, że blefowała, a przynajmniej bardzo chciałem wierzyć, że blefowała - próbowała mnie sprowokować i prawdopodobnie trochę postraszyć, ale nie zamierzałem dawać jej satysfakcji z tego, że przez chwilę zwątpiłem we własny osąd… Najgorszy ból powoli odpuszczał, zostawiając po sobie głównie urażoną dumę, zdecydowanie łatwiej było mi teraz myśleć niż kilka minut wcześniej, dlatego mogłem z czystym sumieniem przyznać, że jeśli ta sytuacja miała jakąś zaletę, to przynajmniej wiedziałem już, że Prudence w razie potrzeby potrafiła o siebie zawalczyć. Wolałbym tylko, żeby następnym razem celem był ktoś inny. - I nie, nie zmienię zdania. Nie manipuluj mną wiedzą medyczną. Jeszeli cokolwiek zlobi się fioletowe, zielone albo w klopki, poladzę sobie s tym balso dzielnie i balso sam. Zachowaj swoje zawodowe zaintelesowanie na godziny pracy. - Zasugerowałem, chociaż wiedziałem, iż oznaczało to identyfikację problemów na znacznie mniej żywych obiektach, na szczęście dla mnie. Skinąłem głową, gdy zgodziła się na naszą umowę. Brzmiało to uczciwie, nie zamierzałem więcej wystawiać jej instynktu samozachowawczego na próbę, a ona, na to liczyłem, miała ograniczyć spontaniczne wymierzanie sprawiedliwości przynajmniej do osób, które rzeczywiście na to zasłużyły. Tym razem nie kombinowałem z żadnym uroczystym przypieczętowaniem naszych słów uściskiem dłoni ani małym palcem - uznałem, że po dzisiejszych doświadczeniach lepiej było nie wykonywać żadnych gwałtownych gestów - nadal jednak trzymałem się wystarczająco blisko, żeby nie było wątpliwości, iż byliśmy tu wspólnie, a jednocześnie z narastającym niedowierzaniem obserwowałem, jak usiłowała zachować powagę, choć wyraźnie kosztowało ją to coraz więcej. Kiedy w końcu przywitała się ze mną jak z własnym mężem, zamiast z podejrzanym typem z ciemnej uliczki, uśmiechnąłem się szerzej. - Cześć, kochanie. - Spojrzałem na nią dłużej, mokry kaptur nadal osłaniał część jej twarzy, a deszcz uparcie spływał po materiale płaszcza, ale wyglądała naprawdę dobrze w światłach zamglonych latarni - morderczo magnetycznie, można by rzec. - Ciebie tesz dobsze widzieś. - Tak rzeczywiście było, nawet jeśli początek naszego spotkania był… Odrobinę bardziej dynamiczny, niż zakładałem. - Chodź. Zmaszłem, jesteśmy cali mokszy, a poza tym chciałbym zakończyś ten dzień czymś pszyjemniejszym nisz dyskusją o kolosze części mojego ciała. - Odchrząknąłem - jeśli nadal miałem jakikolwiek wpływ na plan tego wieczoru, bardzo chciałem, żeby jednak nie trzymała się zbyt długo tej deklaracji o niedotykaniu mnie, w tej kwestii miałem zupełnie inne oczekiwania… Ostrożnie wsunąłem dłoń do kieszeni płaszcza, drugą wyciągając w jej stronę, już całkiem otwarcie, bez żadnych niespodzianek i podejrzanych manewrów. RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 04.07.2026 Planowanie wychodziło różnie. Nawet Prudence, która analizowała bardzo dokładnie większość ewentualnych możliwości zdarzało się zupełnie nie trafić w to, co mogło się wydarzyć. Całkiem niedawno dyskutowali o tym, że zazwyczaj największą niewiadomą był czynnik ludzki, w tym przypadku chodziło konkretnie o jej osobę zdecydowanie zmienił status powodzenia założeń jej męża. W sumie zaskoczyła sama siebie - rzadko kiedy pozwalała sobie na bezpośrednie konfrontacje, raczej ich unikała, ale ten ciąg ostatni ciąg zdarzeń spowodował, że nie chciała dłużej uciekać - wolała stawić czoła zagrożeniu, które okazało się być jej mężem. Okropny zbieg okoliczności. Pewnie gdyby był to ktoś obcy, to nie zakończyłoby się tak spektakularnie, los lubił sobie czasem żartować. Podejrzewała, że to była właśnie jedna z takich sytuacji. - Cofasz to? - Powtórzyła jeszcze za nim, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. - To tak nie działa. - Dodała jeszcze - słowo się rzekło, już trafiło na odpowiednią półkę w bibliotece, która znajdowała się w jej głowie, naprawdę myślał, że tak po prostu można je cofnąć? - Pamięć Cię nie zawodzi, to była pierwsza podobna próba, nie tylko w stosunku do Ciebie, jak widać zakończona całkiem spektakularnym sukcesem. - Nie dało się zignorować tego dumnego tonu, którym się teraz posługiwała. Zdecydowanie była zadowolona z tego, że udało jej się osiągnąć jakiś cel. Być może nie zakładała tego, że trafi akurat w to, a nie inne miejsce, jednak ten ruch zadziałał, spowodował ból, a na tym jej zależało - no nie chciała skrzywdzić konkretnie jego, myślała, że to ktoś obcy, ale skłaniało ją to ku stwierdzeniu, że być może z kimś innym również mogłaby sobie poradzić w podobny sposób. Co było dla niej czymś zupełnie nowym, nie, żeby chciała to powtarzać, ale jednak otwierało to dla niej zupełnie nowe możliwości, na które wcześniej zupełnie nie zwracała uwagi. - Wiesz, że zawsze się staram, lubię być dobra we wszystkim czego próbuję. - Nie było w tym ani grama kłamstwa, Prudence naprawdę zależało na tym, aby wszystko za co się weźmie wychodziło jej chociaż przeciętnie, nie znosiła niepowodzeń. - Zdecydowanie tego byśmy nie chcieli, to byłoby nudne. - Zupełnie też do nich nie pasowało takie przyznawanie racji z przyzwyczajenia, ani jednej, ani drugiej stronie. Każde z nich zawsze musiało mieć coś do dodania, nie odpuszczali też nigdy jeśli chodzi o to, które z nich będzie miało ostatnie słowo w dyskusji, nie sądziła, aby miało się to zmienić kiedykolwiek. - Gdybym wiedziała, że to Ty, to w ogóle nie podniosłabym ręki w Twoim kierunku, nie w ten sposób. - Postanowiła jeszcze odrobinę sprostować jego słowa. Nie pozwoliłaby sobie na taką zagrywkę, ale, że nie wiedziała, że to on się za nią skrada to wszystko zakończyło się w ten zupełnie niespodziewany sposób. - Nad tym błyskotliwym to bym się jeszcze zastanowiła, to chyba nie jest odpowiednie słowo do opisania Twoich planów. - Nie było jednak sensu się teraz nad tym rozdrabniać, stało się, nie odstanie się, będą mieli kolejne wspaniałe wspomnienie do kolekcji, oczywiście, że miała tego nigdy nie zapomnieć, ale wierzyła też w to, że akurat tego Benjy raczej też szybko nie wyprze z pamięci. - Należało Ci się rozliczenie, zresztą już nie udawaj, że tak Cię to boli, przecież na co dzień spotykasz się z większym zagrożeniem niż własna żona. - Pewnie nie każdy z jego przeciwników trafiał w cel tak precyzyjnie jak ona, ale naprawdę nie wątpiła w to, że spotykał na swojej drodze dużo potężniejszych przeciwników. - To wszystko się ze sobą łączy, nie ma w tym wybiórczości. - Skoro teraz nie mogła sobie obejrzeć tego, czego chciała, to później też zamierzała trzymać ręce przy sobie… albo tak mówiła, żeby nieco się z nim podrażnić, nie potrafiła inaczej, sam się o to prosił. - Mogę to napisać drukowanymi literami. - Nie chciał drobnego druku? Nie miała z tym najmniejszego problemu, najważniejsze, aby wszystko było dla niego jasne. - No to mamy problem, musimy chyba dokonać pewnych negocjacji. - Nie mogła tak po prostu ustąpić i przystać na inne warunki, to nie było w jej stylu, skoro nie podobał mu się jej plan, to musieli go nieco poprawić, Prue nie była jednak szczególnie uległa, przynajmniej na początku, za dużo frajdy sprawiały jej te rozmowy. - Sam sobie zaprzeczasz, kiedy trafiają się takie trudne przypadki jak Ty jedyną opcją jest odpowiednie wystraszenie pacjenta, inaczej zupełnie zignorowałby moje zdanie i mnie zbył, a tak sam widzisz, zaczynają pisać testament, sięgają po pomoc, to świadczy o tym, że jestem doskonałym lekarzem. - Ludzie byli różni, warto było znaleźć metody, które działały na odmienne przypadki. - Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, od fioletu, zieleni, czy kropek jest bardzo blisko do uschnięcia i odpadnięcia… jak Ci odpadnie to do mnie nie przychodź, bo wtedy już nic na to nie zaradzimy. - Szepnęła jeszcze kolejny komentarz, zamierzała brnąć w to dalej, bo czemu by nie. Benjy i tak wiedział, że blefowała, ale całkiem bawiła ją ta wizja, musiał jej wybaczyć brak profesjonalizmu i nadużywanie jej zawodowej pozycji. Nie mogli jednak prowadzić tej dyskusji w nieskończoność, warunki nie do końca temu sprzyjały. Było chłodno, ciemno i zimno, deszcz nie przestawał padać - urok jesieni, właśnie dlatego postanowiła przywitać się z nim jak Morgana przykazała. Zdecydowanie było to bardziej odpowiednia reakcja na widok swojego własnego męża. - Cieszę się, że nadal tak myślisz. - Mimo początku tej interakcji. Nie sądziła, że będzie żywił do niej urazę, bo w sumie to wszystko wydarzyło się zupełnie przypadkowo. - Tak, czy siak będziemy musieli wrócić do tego tematu. - Nie widziała innej możliwości, zwłaszcza, że sam stwierdził, że osobiście dokonała zamachu na ich przyszłe pokolenia, których tak właściwie nie planowali, ale jednak dobrze było mieć różne możliwości. Zauważyła wyciągniętą w jej kierunku dłoń, być może jeszcze kilka minut wcześniej wspomniała o tym, że będzie trzymać swoje obie ręce od niego z daleka, jednak w tej chwili wyciągnęła rękę, aby złapać go za dłoń. - To co, idziemy do domu? Wystarczy nam dzisiaj przygód. - Kolejny powrót do domu okazał się być nie do końca taki, jak zakładała, że będzie, ale teraz wreszcie wszystko zaczynało wyglądać w porządku, jakby jeszcze chwilę temu wcale nie próbowała zrobić mu krzywdy. RE: [24/10/72] Hold the line tonight | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 05.07.2026 Deszcz nadal siąpił, ale przestałem zwracać na niego większą uwagę, jeszcze kilka minut wcześniej byłem przekonany, że ktoś obcy może kręcić się w pobliżu, ona była pewna, że śledził ją napastnik, a teraz staliśmy pośrodku mokrej ulicy i sprzeczaliśmy się o przyszłość mojego nazwiska oraz kompetencje medyczne mojej żony. Gdyby ktoś obserwował nas z okna pobliskiej kamienicy, pewnie uznałby nas za kompletnych wariatów, trudno byłoby mu odmówić racji. Im dłużej o tym rozmawialiśmy, tym bardziej dochodziło do mnie, że jeśli oprawcą rzeczywiście był ktoś obcy, pewnie skończyłby ten wieczór znacznie gorzej ode mnie, a to akurat napawało mnie pewną niewypowiedzianą dumą. Pokręciłem głową z rezygnacją, kiedy tak spokojnie oznajmiła mi, że cofanie własnych słów nie działało - szokująca sprawa - przecież znałem ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że każde zdanie, które raz wypowiedziałem, zostawało przez nią gdzieś starannie odłożone, opisane i czekało na odpowiedni moment, żeby wrócić do mnie ze zdwojoną siłą. Westchnąłem przeciągle, zdmuchując sobie włosy z oczu, z miną człowieka, który właśnie zrozumiał, że wszelkie próby obrony zostały z góry skazane na porażkę - a to nie było nawet nowe odkrycie… Oczywiście, miałem do czynienia z kobietą, która potrafiła zapamiętać rozmowę sprzed kilku miesięcy niemal słowo w słowo, a później przytoczyć ją dokładnie wtedy, kiedy było to dla niej najwygodniejsze, więc wypieranie się czegokolwiek było niemal sportem ekstremalnym. Wiedziałem o tym od dawna, a mimo to najwyraźniej wciąż popełniałem ten sam błąd. - Nie plóbuj twoszyś plesedensów na podstawie jednego niefoltunnego zdania. - Praktycznie wciąłem jej się w zdanie, gdyż znałem ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że właśnie próbowała wykorzystać każdą nieścisłość na swoją korzyść. - Poza tym mogę lobiś, co mi się szywnie podoba. Jestem tu pokszywdzoną stloną. - Winę za całe zamieszanie brałem przede wszystkim na siebie, to było jasne jak słońce, lecz nie zamierzałem jej tego ułatwiać. Zmarszczyłem czoło, obserwując zmianę, jaka zaczęła w niej zachodzić, nie umknął mi też ten charakterystyczny błysk satysfakcji, kiedy mówiła o swoim pierwszym tak spektakularnym sukcesie, mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem - naprawdę potrafiła być dumna z siebie w najdziwniejszych okolicznościach, ciesząc się z czegoś, co jeszcze kilka minut wcześniej wprawiało ją w zakłopotanie… Tyle tylko, że trudno było mi celebrować jej mały sukces, kiedy organizm nadal przypominał mi o cenie tego odkrycia. To, z jakim zadowoleniem zaczęła mówić o czymś, z czego ja czułem się co najmniej zażenowany i zmieszany, było niemal urzekające - niemal - z jednej strony trudno było nie docenić tego, że zamiast spanikować, faktycznie zareagowała, z drugiej strony byłem tym nieszczęśnikiem, który mógł potwierdzić skuteczność tego rozwoju osobistego na własnym organizmie, a wolałbym nigdy nie brać udziału w podobnych akcjach. - Glatuluję. Zdecydowanie utszymujesz poziom. - Zerknąłem na nią z ukosa. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że gdyby naprawdę chciała coś dopracować w swojej technice, zrobiłaby to z tą samą sumiennością, z jaką podchodziła do wszystkiego innego. - Tylko następnym lasem ploponowałbym byś tak doblą w tym, co lobisz na kimś, kto nie dzieli s tobą nazwiska i łószka. To byłoby koszystniejsze dla całej losiny. - Prychnąłem cicho, kiedy usłyszałem ten wyraźnie dumny ton - oczywiście, że gdy tylko przeszło jej czucie się głupio, postanowiła urosnąć o co najmniej trzy cale - co gorsza, naprawdę miała ku temu powód, traf chciał, że pierwsza próba zakończyła się sukcesem, a teraz właśnie budowała sobie na tej podstawie nową teorię. - No i nie lospędzaj się za balso, jeśliś łaskawa. - Pokręciłem głową, stwierdzając, że początkowe otumanienie powoli odpuszczało. - To nie był pokas umiejętności bojowych, tylko zwykły falt. Gdybyś miała to powtószyś dziesięś lasy, pewnie dziewięś s nich tlafiłabyś mnie w kolano albo piszczel. - Nie dało się zaprzeczyć, iż chociaż naprawdę chciałem wierzyć w to, że Pruey za każdym razem była sobie w stanie poradzić z zagrożeniem pod postacią dużego mężczyzny, jednocześnie nie mogłem aż tak karmić ego mojej żony, i nie chodziło nawet o wzmacnianie jej pewności siebie czy woli walki, lecz o samo doświadczenie, a ono mówiło mi, że celowanie w kogoś na ślepo, traktując własne chude pięści jako broń obuchową raczej rzadko kończyło się jak teraz. Parsknąłem cicho, kiedy stwierdziła, że gdyby wiedziała, iż to ja, nigdy nie podniosłaby na mnie ręki. - Balso mnie cieszy, sze to doplecyzowałaś. Naplawdę. Dopsze wiedzieś, sze istnieją okoliczności łagodzące. - Odwróciłem na moment wzrok w stronę mokrej ulicy. Mało który oprawca byłby tak nieprzygotowany na akty samoobrony - właściwie, żaden - im dłużej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że moi koledzy ani ludzie po fachu nigdy nie powinni się o tym dowiedzieć. Podeszła mnie swoim zachowaniem, okazawszy się zupełnie nieprzewidywalna i śmiertelnie skuteczna, wiedziałem zatem, że moja odpowiedź miała niewiele zmienić, jeżeli już zdążyła dopisać sobie w głowie odpowiedni wniosek i raczej nie zamierzała go wykreślać. Przewróciłem oczami, kiedy zaczęła umniejszać najpierw mojemu bólowi, nazywając go „udawanym”, a potem całej sprawie, porównując ją do zagrożeń, z którymi spotykałem się w pracy. - Nie opowiadaj bzdul. Chociasz las splóbuj dostaś w jaja, to później polosmawiamy o tym, po jakim czasie pszestaje boleś. - Zmrużyłem oczy. - Sun, klątwa chce mnie zabiś. Smok chce mnie spaliś. Loswścieczony czalodziej chce szuciś we mnie zaklęciem. To są pszeciwnicy, któlych człowiek się spodziewa. - Wyartykułowałem. - Własna sona? To laszej tlochę inna kategolia… - Rozłożyłem bezradnie ręce. - Lósznisa polega na tym, sze po większości s nich spodziewam się ataku. Po tobie niespecjalnie. To jest właśnie najgolsze. Klątwy, pszeklęte pszedmioty i lószne paskudztwa pszynajmniej zachowują się zgodnie s oczekiwaniami. Ty jesteś kompletnie niepszewidywalna. - Niby wiedzieliśmy, że tak nie było, i że zazwyczaj oboje byliśmy w stanie przewidzieć swoje zachowanie, ale jeszcze nigdy nie byłem tak skory uwierzyć we własne kłamstwo. A potem przeszliśmy do dotykania… Na kolejne groźby dotyczące trzymania rąk z dala ode mnie aż przewróciłem oczami. - Nie manipuluj faktami. Ani małą, ani duszą czcionką. - Odpowiedziałem natychmiast. - Doskonale wiesz, o co mi chodziło. Wskazałem na nią palcem. - Jedno nie ma s dlugim nic wspólnego. Jeśli naplawdę myślisz, sze po tym wszystkim wlócimy do domu i dam ci demonstlasyjnie omijaś mnie szelokim łukiem, to chyba jednak ten cios odbił się lówniesz na twojej logice. - Nie mogłem sobie darować, celowo zaakcentowałem ostatnie słowo, bo doskonale wiedziałem, jak bardzo lubiła uważać swoje rozumowanie za bezbłędne. - A negocjacje moszemy plowadziś, ale upszedzam, sze w tej splawie mam wyjątkowo twalde stanowisko. Zesztywniałe. - To miały być interesujące rozmowy, z pewnością, w naszym przypadku rzadko kiedy bywało inaczej… Kiedy zniżyła głos i zaczęła opowiadać o fioletach, zieleni, usychaniu i odpadaniu, popatrzyłem na nią z miną człowieka głęboko rozczarowanego losem, który najwyraźniej czekał go tak czy inaczej, niezależnie od testamentów i całej reszty - przynajmniej miałem zginąć marnie, zamiast tracić godność - no cóż, zadeklarowałem niechęć do otrzymania natychmiastowej pomocy uzdrowicielskiej i nie zamierzałem zmieniać zdania, przychodzić do niej z odpadniętą kuśką także. Chyba prędzej bym umarł… - Wiesz co? Coraz balsiej dochodzę do wniosku, sze to nie ten cios był najboleśniejszy. Najgolsze jest słuchanie ciebie, kiedy postanawiasz loswijaś temat. - Westchnąłem demonstracyjnie, nie zamierzałem oddać jej całego pola, droczenie się z nią było zbyt dobrą zabawą, żeby kapitulować po pierwszej wymianie ciosów. - Balso cię ploszę, zakończ jusz tę balwną opowieść. Chciałbym jeszcze kiedyś spokojnie usiąść na klopie, nie zastanawiając się nad odcieniami fioletu, jakie mosze pszyblaś kutas. - Spojrzałem na nią nieco dłużej, kiedy nasze dłonie w końcu splotły się ze sobą, dopiero wtedy poczułem, że całe napięcie z ostatnich godzin naprawdę zaczęło ze mnie schodzić - właśnie po to tu przyszedłem - nie po to, żeby udowadniać jej, że sam potrafię zadbać o bezpieczeństwo, ani żeby odgrywać bohatera, chciałem mieć ją obok i wrócić z nią do domu, reszta okazała się tylko wyjątkowo pechowym dodatkiem do planu. - Idziemy. - Odpowiedziałem bez wahania. Ścisnąwszy lekko rękę żony, ruszyłem przed siebie, dopasowując krok do jej tempa, powziąwszy jednocześnie decyzję, iż nie - nie „musieliśmy wracać” do rozmowy o moich jajach, najlepiej już nigdy… Nieważne, że miałem obok siebie samozwańczego „bardzo skutecznego uzdrowiciela”, istniała granica, której nie chciałem przesuwać. Koniec sesji
|