![]() |
|
[21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125) +--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126) +--- Wątek: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość (/showthread.php?tid=6207) |
RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Christopher Rosier - 21.07.2026 – Pewnie nie, ale nie da się nauczyć wszystkiego i nigdy nie celowałem w rozproszeniu – przyznał Chris. – Jakoś zawsze lepiej szły mi transmutacja i zauroczenie. Mogło mieć to coś wspólnego z wrodzonym talentem akurat do tych dziedzin, mogło z faktem, że uznawał je po prostu za bardziej przydatne i chętniej się ich uczył, skoro miał w przeciwieństwie do większości rówieśników bardzo sprecyzowany plan na życie już jako młody chłopak. Poza tym zauraczanie zawsze zdawało mu się… na swój sposób eleganckie. – Ale to dlatego przedmioty dodatkowe są opcjonalne i od trzeciej klasy… jakoś nie wyobrażam sobie, żeby w moim życiu numerologia przydała mi się kiedykolwiek. A większości ludzi pewnie przydaje się mniej niż nauka gotowania, której też w Hogwarcie nie praktykują. Co do duchów… hm, zdaje mi się, że jednak talenty do tych dziedzin pojawiają się rzadko? Wywoływanie, egzorcyzmy, były na swój sposób niebezpieczne i też wymagały lat nauki oraz pasji, no i Chris miał wrażenie, że jednak większa ilość ludzi idzie pracować jako sprzedawcy czy krawcy niż egzorcyści. Gabinety spirytystyczne prowadzili albo oszuści, albo jednostki naprawdę posiadające niezwykłe talenty, a przynajmniej tak wydawało się Rosierowi. – Czekaj… chodzi o te dziwne rzeczy, które działy się w twoim domu? – spytał, już wchodząc na piętro, bo to o kneblowaniu poltergeista brzmiało bardzo specyficzne, a ona opowiadała o podnoszeniu jej do klatki wentylacyjnej. – Jeżeli był choć w połowie tak wredny jak Irytek, to na pewno jakiejś bardzo potężnej. Zmuszenie drania, by dał ci spokój, było trudne, a zamknięcie go pewnie w ogóle by nie wyszło. Zanim się przyznał, że o niej śnił, zastanawiał się parę sekund, czy właśnie nie robi z siebie idioty, ale ostatecznie nie należał do osób, które by się na takich myślach zapętlały i za bardzo przejmowały. – Tak, coś takiego! Nie mogę sobie przypomnieć, jak to się nazywa. W sumie śnił mi się już kiedyś gość z czymś takim – powiedział, nie wspominając jednak, że to tego samego dnia, gdy Cressida (jego zdaniem) próbowała włamać się mu do domu, bo trochę głupio byłoby znowu gadać przy Victorii o swojej byłej. – To byłoby niezłe miejsce na pracownię – ocenił, otwierając pierwsze drzwi na górze. Być może kiedyś mieścił się tu jakiś drugi salon. Pomieszczenie zostało całkowicie opróżnione z mebli, ale w tym wypadku to była wręcz zaleta. Dość przestronne, miało dwa duże okna na południe. I tak główną pracownią Chrisa miała pozostać ta u Rosierów, ale potrzebował też czegoś, co zawsze jest pod ręką. – A tu mamy sypialnię… – dodał, otwierając kolejne drzwi. Ta była już umeblowana i wyglądała całkiem dobrze: bardzo duże łóżko, wiekowa, zdobiona szafa i równie wiekowa, pasująca do niej komoda, toaletka, więc pewnie mieszkała tu wcześniej jakaś kobieta, okno jedno, wychodzące, zdaje się, bezpośrednio na ogród. Chris, nauczony doświadczeniem, machnął różdżką, ale gdy szafa i komoda się otworzyły, nie wyskoczyły z nich żadne potwory. – Zdaniem ojca już zaczęły spływać. Ja raczej nie robię masówki, ale ludzie podobno są… zaniepokojeni po Beltane i Spalonej nocy. Chociaż nie wiem, czego się spodziewają. Przecież te płaszcze nie ochronią przed śmierciożercami, prawda? A to z nimi, nie z duchami mieliśmy problemy… RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Victoria Lestrange - 21.07.2026 – Fakt, a to bardzo dużo nauki i ćwiczeń – przyznała. Rozpraszanie magii było też jakie było… Victorii jakoś zawsze sprawiało to łatwość, szybko uczyła się tarcz czy usuwania skutków innych zaklęć, ale taka transmutacja wymagała od niej więcej pracy i ćwiczeń. Zdała oczywiście, wszystkie przedmioty zdała, nie była osobą o niskich ocenach w szkole, ale później już niewiele ćwiczyła chociażby z transmutacją. Wolała tworzyć coś z niczego, niż zmieniać właściwości tego, co już istniało. – Zawsze sobie powtarzam, że w końcu znajdę czas, żeby poćwiczyć transmutację, ale ciągle są ważniejsze rzeczy do roboty – wyznała w jakimś przypływie szczerości. – Tak, mi też się wydawało, że numerologia do niczego mi się nie przyda. Poszłam na nią, bo wydawała mi się zwyczajnie ciekawa, a lubię takie konkretne nauki, ale nie wiązałam z tym żadnej przyszłości. A potem moja kuzynka wyszła za Vasilija Dolohova. Przynajmniej rozumiem co do mnie mówi, jak czasami z nim rozmawiam i wyrwą mu się jakieś numerologiczne nawiązania do energii liczb – i być może było to najbardziej zaskakujące w jej życiu wykorzystanie przedmiotu, który nigdy miał się jej nie przydać, ale tak właśnie było. Nie musiał jej mówić, że i z nauką gotowania był problem. Mogliby nauczać jak zaklinać magią potrawy by osiągnąć odpowiedni efekt, ale możliwe że uznawano to za zbyt proste by poświęcać na to trzy lata przedmiotu dodatkowego? Ale rzemiosło na pewno cieszyłoby się popularnością, tutaj Christopher miał sporo racji. – Taak, właśnie o nie. Ten poltergeist był wystarczająco potężny, żeby przez tygodnie mieszać mi w głowie, myślałam, że wariuję, bo słyszałam dźwięki, których nikt inny nie słyszał… Pukanie do drzwi, wrzaski, ryki, trzaskanie jak w jakieś instrumenty muzyczne, afrykańskie bębny… a był uwięziony i nie był w stanie sam wyjść. Dopiero egzorcysta go wyciągnął stamtąd i nadal nie mógł nic robić, mógł się tylko dalej wydzierać, póki się go nie pozbył. A i tak mi powiedział, że poltergeist może wrócić, bo go nie schwytał do pojemnika i nie spalił w ogniach Samhain – Victoria westchnęła ciężko. Znalezienie poltergeista jej ulżyło, bo przynajmniej wiedziała, że nie oszalała. Ale był też kolejna cegiełką do jej kiepskiego samopoczucia, bo zły duch był w stanie niezauważony przebić się przez oklumencję aurorki. – Skoro był związany i nie mógł wyjść, to znaczy, że da się to zrobić. I ciekawa jestem jak – ale nie była to ciekawość, która spędzała jej sen z powiek. Victoria zapatrzyła się na Christophera z zaciekawieniem. Wcale nie próbowała sobie przypomnieć właściwej nazwy na śmiercionośne urządzenie mugoli, bardziej zainteresowało ją to, że już kiedyś mu się śnił ktoś z czymś podobnym. I bardzo ją to alarmowało, bo znała ten schemat, natomiast nic nie wskazywało na to, by Christopher został we śnie zaatakowany. – Tak? Wtedy też nim coś robił? Ten gość – zapytała jak gdyby nigdy nic, nie chcąc niepotrzebnie siać paniki, bo może to był najzwyklejszy w świecie sen, a Christopher potajemnie marzył o strzelbach i pistoletach. Zajrzała do pustego pomieszczenia, w którym Christopher już widział odpowiednie miejsce na swoją pracownię. Duże okna na tę stronę świata sugerowały, że w dzień będzie tutaj dużo światła, chociaż teraz widać było tylko jak deszcz zacinał w szyby a gdzieś w oddali błysnęło, na ułamek sekundy rozświetlając okolicę. Ten dom ogólnie prezentował się lepiej niż wczorajszy w Brighton. Przede wszystkim poprzedni właściciele chyba tutaj mieszkali, a nie zostawili go na pastwę losu miesiące później, pozwalając by wprowadziły się do niego jakieś szkodniki. Bo – póki co – nic na nich nie wyskoczyło. I chyba Christopherowi bardziej się tutaj podobało, tak przynajmniej wyczuwała po jego energii. – Zobacz jeszcze w toaletce i pod łóżkiem – podsunęła i w jej głosie dało się wyczuć jakąś taką barwę lekkiego rozbawienia, kiedy zajrzeli do sypialni i Chris na dobry początek otworzył drzwi szafy i komody. Było ładniej, na pewno bardziej ustawnie niż w tym wczorajszym. – Ale chyba podoba ci się tutaj bardziej? Jesteś zadowolony? – zagaiła, chcąc jednak na głos usłyszeć jego zdanie. – Śmierciozercy to jedno… – zaczęła powoli, ostrożnie, zastanawiając się nad swoimi słowami. – Ale myślę, że ludzie spodziewają się po prostu tego, co może przynieść Samhain. To w końcu noc duchów, gdy granica między naszym światem, a Limbo się przenika… – co martwiło Victorię dość mocno, choć starała się się nie dać tego po sobie poznać. – Moment, kiedy egzorcyści mogą się pozbyć duchów, więc pewnie nie będą chcieli rezygnować z sabatu. To w końcu bardzo ważne święto w kole roku. Chyba nie ma ich co winić za nadmierną ostrożność – dodała i uśmiechnęła się delikatnie do Christophera. RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Christopher Rosier - 22.07.2026 – Czy pokłócimy się, jeśli powiem, że cztery lata nauki, tylko po to, by lepiej rozumieć męża kuzynki uważałbym wciąż za trochę zmarnowane? – spytał Chris z pewną ostrożnością. – No chyba że szaleńczo lubisz tego… Vas… zaraz, chodzi o Vakela Dołohowa? Jego rosyjskie imię zdecydowanie łamało język Rosiera, ale już angielskie kojarzył. Vakel bywał w ich Domu Mody, nawet kiedyś kupował płaszcz, gdy Chris zaprojektował jeden wzór męski, jaki sam nosił, i udostępnił dla sprzedaży dla tych klientów, których było na to stać. Często chyba odwiedzał pracownię Merkurii, ale Chris nie zwracał na to wiele uwagi: nie przywykł w ogóle na zwracanie tejże na sprawy, które go nie dotyczyły w szerszym zakresie. – W takim razie ośmielę się twierdzić, że chyba w szkole nie uczono by takiego rytuału nastolatków… To brzmi jakby ten stwór naprawdę był potężny… – zaczął Chris, przechodząc od kolejnego pomieszczenia. Otworzył drzwi: wyglądało na to, że to też był czyiś pokój albo pokój gościnny. Zabrano stąd łóżko, ale widać było ślad po nim i zostały wciąż znów szafa, komoda, biurko, a także w ciekawy sposób zagospodarowana wnęka okienna: wciąż leżała tam poduszka, a parapet obito czymś, zapewne aby dało się na niej siadać i wyglądać na ogród. Rosier chciał podjąć dalej, ale zawahał się, nagle trafiony jakaś myślą. – Czekaj, ale pomijając ten rytuał, który związał tak potężnego poltergeista, to skąd w ogóle tak potężny poltergeist w tym mieszkaniu? Pisałaś do poprzednich właścicieli? Wrobili cię w kupno nawiedzonego przez niego domu? Bo poltergeisty się zdarzały, ale żeby aż tak potężne? Czy to nie wymagało jakiejś negatywnej energii i w ogóle? Rosier wzdrygnął się trochę, przypominając sobie tego, który rzucił na niego klątwę. – Jak ja nie cierpię poltergeistów – dodał takim tonem, jakim kiedyś pewien odziany w czarne szaty czarownik będzie zapewniał, że nienawidzi małych, niebieskich ludzików w białych czapeczkach. – W każdym razie dobrze, że się wyniosłaś… Hm… Tu będzie chyba jeszcze garderoba – ocenił, otwierając kolejne drzwi. Miał rację: na piętrze znajdowały się jeszcze łazienka, którą Victoria doradzała sprawdzić i garderoba właśnie, sądząc po tym, że pozostały w niej wprawione w ścianę pręty do wieszania ubrań. Całkiem przydatne, bo cóż, Chris miał bardzo dużo ubrań, zwłaszcza jak na faceta, a poza tym zwyczajnie trzymał i u siebie kilka swoich projektów, tak na wszelki wypadek. W żadnym z pomieszczeń nie siedział też potworów. – Rzeczywiście, oferta wydaje się całkiem ciekawa. Niewątpliwy plus to miejsce na pracownię i podłączenie do sieci Fiuu. Ale żeby zdecydować ostatecznie potrzebuję trochę lepszej pogody… …i tu gdzieś rozległ się grzmot, jakby dla podkreślenia tych słów. – Bo w tej na pewno nie obejrzymy ogrodu i nie jestem pewien, czy marzę o zwiedzaniu piwnic za potencjalnymi potworami. A ty co myślisz? – spytał, przysiadając na parapecie, testując to dziwne legowisko. – Tamten facet…? To było już ładne kilka miesięcy temu, ale właściwie to w śnie tylko stał i mówił, że kogoś przepędził, czy coś takiego. Rosier zakładał, że to jego podświadomość, i że mówiła o przepędzeniu Cressidy. Ale kolejnego dnia pił z Atreusem, więc jakoś to wszystko nie utkwiło mu specjalnie w pamięci, nawet jeżeli tamtego dnia czuł się obserwowany. – Nikogo nie winię, ale jakoś poprzednie Samhain… zdaje mi się, że ludzie podchodzili do tego mniej nerwowo – skwitował, chociaż w duchu postanowił, że spróbuje jej tę szatę stagnacji uszyć. Tak na wszelki wypadek. Jeżeli ktoś będzie jej potrzebował, to tym kimś prawdopodobnie będzie właśnie Victoria Lestrange. RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Victoria Lestrange - 22.07.2026 – A chcesz się pokłócić? – zapytała i zrobiła taką minę, jakby była rozbawiona tym dziwnym wyzwaniem. Bo trochę była. Ale w większości dlatego, że było to całkowicie zbędne. – Tak na poważnie to kłótnia nie ma sensu, bo się z tobą zgadzam. To po prostu śmieszny zbieg okoliczności z tą numerologią, nie zamierzałam cię przekonywać do zmiany zdania, bo masz rację – fundamentalnie. A potem uśmiechnęła się do niego leciutko i kiwnęła głową, bo w istocie chodziło o Vakela Dolohova. – Całkiem go lubię, tak, ale bez szaleństw – Victoria go szanowała, to na pewno. Był właśnie jednym z dwóch wróżbitów/jasnowidzów, którym była skłonna zawierzyć, a i tak nie biegała do niego po wizję i wróżby, woląc samej odkryć to, co na nią czeka. – Nie, pewnie by nie uczono. Inaczej Irytek już dawno zostałby wciśnięty do jakiejś znikającej szafki i przepadł na zawsze – przyznała i westchnęła lekko. Kolejny pokój, tym razem niemalże pusty, prezentował się porządnie pomimo pustki po meblach, które tutaj kiedyś stały. – To nie poprzedni właściciele. Miałam tymczasowo bardzo złośliwego sąsiada, który wywijał ludziom różne dziwne… psikusy – powiedziała z naciskiem na ostatnie słowo, dając znać, że prawdopodobnie to nie były żadne śmieszne żarciki. – Skrzywdził na przykład zwierzęta w rezerwacie Laurenta Prewetta, abraksany miały odwrócone kolana przodem do tyłu, jego jarczuk był wysmarowany farbą, jeden z ptaków wyskubany z piór do zera… była też osoba, której dał coś do wypalenia i miała zęby czarne jak smoła, czego się nie dało niczym zmyć. Musiałam przygotować specjalny eliksir, żeby się pozbyć tego nalotu. Mi w trakcie remontu wcisnął tego poltergeista. Poszkodowanych osób było więcej, ta osoba miała coś wspólnego z Yaxleyami, ale od dawna słuch po nim zaginął – lekko wzruszyła ramionami. Miała bardzo duże wątpliwości odnośnie tego całego Thorana Yaxleya, bo normalna osoba nie powinna potrafić robić tyle dziwnych i potężnych rzeczy, ale mieli ważniejsze sprawy na głowie, skoro nigdzie go nie było i nikt nic nie zgłaszał. Uśmiechnęła się pod nosem na to, jak stwierdził, że nie cierpi poltergeista, a potem zajrzeli do przestronnej garderoby, która absolutnie zawsze była wspaniałym pomysłem, jeśli tylko miało się na nią miejsce w swoim domu. – Ale wiesz… pod koniec września zastanawiałam się czy faktycznie tamten dom nie jest nawiedzony – podjęła po chwili przerwy, kiedy już wyszli z garderoby. – Albo przynajmniej przeklęty… w każdym razie to nie przez poltergeista się ostatecznie wynieśliśmy tylko przez pomieszczenie, które raz się pojawiało, a raz znikało i nie było go na żadnych planach – a pokazało się pierwszy raz pod koniec września właśnie. – Na początku myślałam, że poltergeist jednak wrócił, bo znowu słyszałam jakieś bębny. Ale potem się okazało że nie tylko ja je słyszałam, za to oczywiście żaden z sąsiadów nic i ostatecznie znalazłyśmy klapę w podłodze, której nigdy wcześniej nikt nie widział, a w środku jakiś… Stary ołtarz z bębnem i krwią i… – Victoria machnęła ręką i raz jeszcze westchnęła ciężko. – Potem jeszcze Prim się na to natknęła i zarządziłam tymczasowy powrót do Maida Vale. A że nie zamierzałam mieszkać pod jednym dachem z moją matką dłużej niż to absolutnie konieczne, no to… Sam rozumiesz – wierzyła że rozumiał, bo poniekąd słowa o tym, że unikanie matki i jej pytań były jakimś katalizatorem do tego, żeby zaczął szukać dla siebie domu, czyż nie? Na dokładkę miała jeszcze tej ostatniej nocy koszmar o typie, który atakuje w snach i to chyba była ta kropla, która przelała czarę goryczy i jeszcze okazało się, że Primrose nie przeczytała jej wiadomości o klapie w podłodze i beztrosko sobie hasała po kamienicy póki się na nią nie natknęła. Nie. Nie wiedziała co to wszystko znaczy, ale to był moment na odwrót, żeby nikomu nic się nie stało. Victoria nie wiedziała, czy ta piwniczka ma coś wspólnego ze Spaloną Nocą, czy to jakaś klątwa, czy to nawiedzenie czy co, ale planowała zapłacić specjalistom za obejrzenie tego domu do ostatniej cegły. Tylko oczywiście obecnie miała ważniejsze rzeczy na głowie. – Myślę, że poprzedni właściciele tego domu faktycznie w nim mieszkali. Jest zadbany, przy tym ewidentnie byli przywiązani do części mebli, więc je ze sobą zabrali. Ale te pokoje są sensowne, ktoś nad nimi myślał żeby było wygodnie… no nie ma tu nigdzie takiej warstwy kurzu, jak w tym wczorajszym. I raczej nic się tutaj nie zalęgło, a przynajmniej nic na to nie wskazuje – żadnych bahanek, żadnych podzwaniających szafek, żadnych jęczących ghuli walących w rury. Ogród był zagadką, ale w tych warunkach faktycznie nie mieli jak sprawdzić, za to biorąc pod uwagę, że wychodziły na niego okna sypialni i jednego z pokojów, raczej był doprowadzony do jakiegoś porządku. Raczej. – Wygodne? – zapytała po chwili, gdy już Chris umościł się na parapecie. Zapatrzyła się na Christophera przez moment z pewnego rodzaju łagodnością w spojrzeniu, nim kiwnęła lekko głową. – Tak myślałam. Miałam nadzieję, że może jednak nie, ale tak właśnie myślałam. Miałeś cholerne szczęście że to był tylko ten facet z bronią. W przyszłości nic podobnego się nie powtórzyło…? – wolała się upewnić, że koleś ze strzelbą to było tylko jednorazowe. Ale Lestrange miała już potwierdzenie na własnej skórze, że facet ze snów nadal grasuje. Miał przerwę, ale ewidentnie wrócił. – Taak, ale jak tak o tym myślę, to rok temu nie działy się takie dziwne rzeczy. Wichury, rośliny i tak dalej – ludzie być może się bali, że i w Samhain może coś się wydarzyć, tak jak na Beltane. A nigdy wcześniej nikt nie wszedł żywy do Limbo. Nic dziwnego, że ludzie trochę panikowali. RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Christopher Rosier - 23.07.2026 – Jest bardzo… bardzo specyficzny, ale nie znam go prywatnie. Po prostu kupuje często ubrania u Rosierów. A Anette narzekała, gdy szyła dla niego ostatnio koszule, że ciężko sprawić, aby ktoś kto wygląda jak tyczka, prezentował się elegancko. Ale chociaż Chris czuł się przy Victorii raczej swobodnie, uznał, że rzucenie takiej uwagi apropos klienta byłoby trochę niegrzeczne nawet do niej. Ostatecznie klienci oczekiwali pewnych określonych standardów, i nawet jeżeli nie zawsze był człowiekiem uprzejmym, starał się o tym zwykle pamiętać. – Jarczuk? Nie znam się zbytnio na zwierzętach, ale to chyba złośliwe bestie? Ten sąsiad… musiał władać potężną magią – powiedział ostrożnie, jeszcze przed wyjściem wyglądając przez okno na ciemny ogród, niewiele jednak był w nim w stanie zobaczyć. Pomyślał, że podwójnie dobrze, że Victoria wyniosła się z tamtego domu, bo brzmiało to najmniej podejrzanie. – Sądzisz, że mógł… powstać z jego działań? Albo go ściągnął? Garderoba spełniała jego wymagania. Łazienka była mało nowoczesna, ale nie robiła złego wrażenia. Cały dom może nie był tym ze snów, ale Chris w końcu szukał w tej chwili czegoś po prostu dla siebie, z dala od Londynu, nie ogromnej, rodowej posiadłości i nie było powiedziane, że zamieszka tu na stałe. Czuł po prostu podskórnie, że czasem lepiej nie być w mieście: lub mieć miejsce, do którego można się szybko wycofać. Z dala od Londynu. Z dala od Anglii. Czasem w głowie krążyła mu nawet wciąż myśl o Paryżu albo Mediolanie, ale musiałby po pierwsze nauczyć się wtedy języka, a po drugie było kilka argumentów za pozostaniem tutaj, a Lestrange była na pewno już jednym z nich. – Może jednak powinniśmy więc sprawdzić tę piwnicę. Pod kątem bębnów i tajemniczych ołtarzy – stwierdził, ruszając ku schodom, chociaż w istocie nie spodziewał się takich atrakcji i chciał zejść z powrotem na parter, nie ku piwnicy. Acz tak mniej więcej w połowie stopni nawiedziła go myśl, że może… może jednak powinni to zweryfikować. Victoria Lestrange zdawała się miewać różne szalone przygody. Może w jakiś sposób to było zaraźliwe i teraz przechodziło na niego? – Siedzisko jest całkiem wygodne, a tamten pokój ładny. Trudno mi ocenić stan ścian i sufitów, ale w tym celu przyślę specjalistę, jeżeli zdecyduję się na zakup… Wydaje mi się, że teraz będzie jednak ciężko znaleźć coś, co lepiej odpowiadałoby moim wymaganiom. Mam wrażenie, że ten dom został na rynku głównie dlatego, że teren przylegający jest duży, a to zawyża cenę. Bardzo bogate i duże rodziny szukałyby czegoś większego, a dla tych, którzy stracili dach nad głową i nie należeli do elit, cena mogła być zaporowa. Dla Chrisa zaś dodatkowe sto galeonów nie robiło aż takiej różnicy: jego skrytka bankowa była zapełniona po brzegi. – Chciałbym wrócić tu jeszcze za dnia, ale w tej chwili nie wydaje mi się, żeby w tej pogodzie dało się obejrzeć dom z zewnątrz… – To w końcu też było ważne. Przystanął przy kominku i sięgnął po naczynie, w którym powinien znajdować się proszek fiu i powstrzymał przekleństwo, cisnące się na usta. Naczynie było puste. – Nie ma fiuu, a ja nie pomyślałem, by zabrać go ze sobą. Będziemy pewnie musieli teleportować się na dwa skoki… – Byli w końcu poza granicami Anglii. Nie uśmiechał mu się tak długi kurs, ale nie było za wiele możliwości. - Szczęście? Co masz na myśli? – zdziwił się, znów zwracając ku niej spojrzenie. – Nie, o tej… strzelbie, śniłem pierwszy raz znowu wczoraj. I tym razem to ja ją trzymałem. A ten mugol, który mi się przyśnił, nawet do mnie z niej nie celował, po prostu powiedział… nie pamiętam dokładnie. Poza tym przegonieniem chyba coś jeszcze, ale to było ładnych kilka miesięcy temu. RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Victoria Lestrange - 23.07.2026 – Są… trudne, to na pewno. Ale dobrze wyszkolone potrafią być nieocenionym stróżem i pomocą, tylko to nie niełatwe. Więc tym dziwniejsze, że mu się udało go dorwać i oblać farbą – ale te abraksany, które nie mogły chodzić, hipogryfy, które się dziobaka wzajemnie nic nie widząc i oskubane do rosołu Feniks to było jak na standardy Victorii bardzo dużo. – Nie wykluczam tego. Obie opcje są możliwe – ale choć poświęcała temu trochę swoich myśli, to już porzuciła ten temat, bo “Thoran Yaxley” zniknął tak nagle, jak się pojawił, i przestał uprzykrzać ludziom życie, a na jego miejsce w mieszkaniu sąsiadującym z jej kamienicą, wprowadził się ktoś inny. By mieć swój dom ze snu być może trzeba było mieć niewielkie wymagania lub po prostu wybudować taki dom wedle planów skrojonych dokładnie pod siebie, ale w tym drugim wypadku największym problemem był czas, którego ludzie szukający teraz domu dla siebie zwyczajnie nie mieli. Tym niemniej Victoria nawet nie zdawała sobie sprawę, że jest argumentem przemawiającym przeciwko wyprowadzce za granicę i istniała duża szansa, że nawet by jej to pochlebiało (zwłaszcza wiedząc, że jej były łamane na niedoszły wyniósł się poza granice Wielkiej Brytanii na do widzenia). – Bardzo wątpię, żeby cokolwiek takiego działo się tutaj – przyznała, nie mówiąc jednak na głos tego, że być może takie dziwne rzeczy działy się w jej domu na Pokątnej, bo może jednak komuś zawadzała jej osoba. Tak jak doszczętnie spłonął ich dom w Dolinie Godryka. Oczywiście istniało prawdopodobieństwo, że to wszystko, to tylko przypadek, a Pokątna w jakiś sposób została dotknięta ranami po Spalonej i wypluwała jakieś takie dziwne… rzeczy… no ale wolała dmuchać na zimne. – Walia jest ładna. Założę się, że widok z okna, jak jest ładniejsza pogoda, jest niczego sobie – stwierdziła, pijąc do tego, że duży przylegający teren może nie być aż tak wielkim minusem w tym wypadku. Podeszła do kominka zaraz za Christopherem, ale kiedy stwierdził, że nie ma proszku, nie poczuła takiej złości jak on. Ot – niedogodność. – Nie szkodzi. Ja też nie wzięłam, a być może powinnam przy sobie nosić… – targała już w końcu w torebce przynajmniej jedną tabliczkę czekolady i opakowanie czekoladowych żab, a od czasu feralnego spotkania ze smokiem, miała też poupychane, poskładane w jak najmniejszą kosteczkę cienką parę spodni i koszulę. Na szczęście czarami można było wszystko szybko wyprostować. – To może jednak chcesz zerknąć do tej piwnicy, tak żeby mieć spokojne sumienie? – w jej głosie pobrzmiewały lekkie rozbawienie. Patrzyła przez chwilę na Rosiera, wytrzymując jego spojrzenie. Zastanawiała się co mu powiedzieć, ile powiedzieć i czy go przy tym niepotrzebnie nie wystraszy, ale… nie chciała przed nim ukrywać tego, co wiedziała na temat akurat tego konkretnie dziwacznego snu o mugolu ze strzelbą, tym bardziej że skoro śniło mu się tyle… to któregoś dnia może mu się przyśnić coś zupełnie innego. – Tak, tak… Chodzi o to, że nie jesteś jedyną osobą, której śnił się ten mugol. Znam kilka różnych zeznań odnośnie czegoś podobnego, gdzieś w biurze mam nawet jego podobiznę… – a później, z wyraźnym wahaniem uniosła swoją lewą dłoń, przyłożyła ją do swojego mostka i może nawet nerwowo zacisnęła lekko pięść, a potem ja rozluźniła. – Nie wiem… hm… czy pamiętasz jak się widzieliśmy w lipcu? Pokazywałeś mi wtedy sukienki na ten pokaz… to nieistotne w gruncie rzeczy, ale mówiłam ci chyba wtedy że mam kilka nowych blizn… – zakładała, że mógł tego nie pamiętać. Ona była wtedy kilka dni po zerwaniu zaręczyn z Rookwoodem, po wielkiej kłótni z matką, ogólnie w całkowitym dole psychicznym, chociaż bardzo próbowała sprawiać wrażenie, że ciągle unosi się na powierzchni, a on zajęty był przygotowywaniem pokazu i być może głowę zaprzątała mu jakaś inna dziewczyna. W każdym razie Victoria wstrzymała lekko oddech i podciągnęła lewy rękaw, prezentując mu to, co zwykle starała się ukrywać pod materiałem. Blizny na wierzchu dłoni, teraz ledwo widoczne, prawdopodobnie Christopher już widział, ale miała bardzo podobną na przedramieniu. – Mam jeszcze jedną, na plecach. Zostałam zaatakowana… we śnie. I rany zadane we śnie przeniosły się do rzeczywistości… Nie przez tego mugola, przez innego faceta, ale w obu przypadkach wrażenie bycia obserwowanym na dzień przed było bardzo podobne i to właśnie łączy te sprawy. Sądzę, że ten mężczyzna może… przepędzać właśnie tego drugiego – czego rzecz jasna nie wiedziała, ale było tutaj za dużo zbiegów okoliczności. – Dlatego powiedziałam, że miałeś szczęście – bo ten sen mógł mieć zupełnie inny kierunek. RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Christopher Rosier - 24.07.2026 – Pewnie po prostu go sparaliżował, ale to i tak wymaga niezłej bezczelności. A przecież hipogryfy też nie są chyba miłymi zwierzakami i trzeba przy nich uważać? Chrisowi chyba nie przyszło do głowy, że Victoria mogła stać się celem, bo była aurorką i bo w Limbo odmówiła uklęknięcia przed Voldemortem. Jego przemyślenia nie sięgały aż tak daleko, choć być może powinny: jeszcze rok temu Voldemort zdawał się mu… cóż, nazbyt ekstremalny i na pewno nazbyt morderczy, ale w tej chwili on i jego zwolennicy jawili się już nawet nie jako obrońcy czystej krwi i ekstremiści, a potwory. Może by się z nią zgodził, gdyby się tym podzieliła, chwilowo jednak dość chętnie zrzucał to na wariackiego sąsiada. Może powinny wyswatać go z Cressidą, skoro oboje byli tak walnięci. – Mam nadzieję. Dalej niż tutaj chyba nie da się umknąć z Londynu, nie wyjeżdżając z Wysp – przyznał, bo jeżeli tu działyby się jakieś wariactwa, to… to właściwie brakowało mu już określenia na to, co by to oznaczało. Może tak naprawdę cały świat oszalał? Żyli w ciekawych czasach. – Zostawię to, podobnie jak zbadanie widoków za oknem, na ładny, słoneczny dzień… ale poślę tam pracowników – stwierdził z odrobiną rozbawienia, ale po prawdzie zważywszy na ciemność, dźwięki ulewy i gromów, to była taka scenaria, że chyba byłby wręcz zdziwiony, gdyby w tej piwnicy ostatecznie nie siedział żaden potwór. I miał nawet zaproponować, żeby ustalili jakąś koordynatę pierwszego skoku teleportacyjnego albo teleportowali się razem, kiedy Victoria zaczęła opowiadać o tym mugolu i… Cóż, w jego uszach to wszystko brzmiało trochę absurdalnie. Najpierw spoglądał na nią po prostu jak zwykle, czekając na wyjaśnienia, ale potem na twarzy pojawiło się coś wskazującego na niezrozumienie. Nigdy nie słyszał o tym człowieku ze snów, nie wiedział też o sennych napaściach, i… mugol śnił się innym, Victorię ktoś zaatakował we śnie, miała nowe blizny z jego powodu? Jeden mężczyzna może przepędzać drugiego? Rany ze snu się przenoszą? Uniósł rękę i przeczesał jasne włosy, próbując to sobie jakoś poukładać w głowie, ale ni cholery nie szło mu w to jedną całość. Pewnie takiemu Atreusowi powiedziałby, że go pojebało, a asystentkę odesłałby do magipsychiatry, w tym wypadku jednak uznał, że może przynajmniej spróbować to jakoś poukładać. Zwłaszcza jeżeli podobno „miał szczęście”. – Chyba się w tym wszystkim zgubiłem – przyznał. – Może albo się teleportujemy i opowiesz mi po kolei, o co chodzi, w jakiejś kawiarni na Pokatej, albo siądziemy tutaj? Bo nie bardzo rozumiem… mugol z mojego snu przegania kogoś, kto zostawia blizny w snach? Przez "tutaj" miał oczywiście na myśli te fotele przy wyjściu na taras, bo chyba najlepiej się do tego nadawały. RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Victoria Lestrange - 24.07.2026 – Ano nie. A Walia chyba nikogo nie interesuje tak w szczególności… no mieszkają tu Yaxleyowie i Rowlowie, ale chyba żadna inna rodzina się tu nie osiedliła, nie? – sugerowało to ciszę i święty spokój. Wszystkie dziwne wydarzenia działy się wszak w centrum Anglii i bliżej Londynu. – Jest jeszcze Szkocja – dodała po chwili zastanowienia. Szkoda była równie daleko od Londynu, jeśli nie dalej. – Ładny słoneczny dzień… Panie Rosier, mamy drugą połowę października, ładnych słonecznych dni może długo nie być – powiedziała zaczepnie, tak jak za każdym razem, kiedy się do niego zwracała per “Panie Rosier”. Na jego miejscu wolałaby sama sprawdzić tę piwnicę, w myśl zasady, że jeśli potrafisz liczyć to licz na siebie, zwłaszcza w kwestii bezpieczeństwa, ale sama nie była po prostu przyzwyczajona do tego, że inni coś załatwiali za nią, że za nią sprawdzali i tak dalej, a przynajmniej nie w kwestii różnych zabezpieczeń. Wiedziała jak to brzmi. I wiedziała doskonale, że jak na co dzień nie obcowało się z naprawdę wykurwiście dziwnymi sprawami, to czasami trudno było uwierzyć na słowo, gdy słyszało się takie absurdy. Tyle, że te absurdy to była rzeczywistość i życie Victorii, ale też i chyba większości funkcjonariuszy, to nie była nuda czy sielanka. Nie wiedziała tylko, jak do tego wszystkiego podchodził Christopher i czy zaraz nie weźmie jej za kolejną wariatkę, która uważa, że niektóre sny się spełniają na jawie – i nie chodziło wcale o marzenia senne, a koszmary. I właśnie dlatego zastanawiała się co, ile, jak i czy mu to w ogóle mówić. – Wybacz, nie chciałam… – robić sceny, zamieszania. Krótko pokręciła głową. – Nie musimy o tym rozmawiać, jeśli nie chcesz – czasami zapominała, że nie każdy miał tę samą wrażliwość… lub jej brak… na pewne sprawy. To, co dla niej było codziennością, dla innych było straszną opowieścią, po której bało się zmrużyć oczy. Nie każdy miał nerwy ze stali, a przynajmniej nie każdy przywykł. – Ale kawiarnia brzmi chyba w porządku? To znaczy jeśli chcesz i jeśli nie zepsułam nastroju – starała się, naprawdę się starała nie wyjść na dziwaczkę, wariatkę. Już zresztą dała mu wystarczająco powodów, jak wtedy gdy przeraziła ją jakaś kobieta w restauracji i nie chciała, żeby to eskalowało. Zresztą… nawet nie myślała w takich chwilach, że na wierzch może wychodzić jej nabyta niepewność, zamiast dumy, którą powinna promieniować. RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Christopher Rosier - 24.07.2026 – Na szczęście dzieli nas od nich kilkaset mil, więc raczej nie musze się spodziewać wizyty Yaxleya z kuszą albo rozzłoszczonego smoka – stwierdził Christopher. Rowle i Yaxleyowie niby byli czystej krwi, ale i jedni i drudzy zawsze wydawali się Rosierowi… no, może nie mógł użyć słowa dziwaczne, wszystkie rodziny czarodziejskie na swój sposób dziwaczne były. Po prostu bardzo inne. Oni i on nie do końca mówili tym samym językiem. Poza tym w cichości ducha Chris jednak uważał, że nikt, kto zajmuje się smokami, nie jest do końca normalny. – Masz rację, będę musiał więc zadowolić się takim, podczas którego nie leje jak z cebra i cokolwiek widać – zgodził się z nią bez większych oporów. Angielska jesień oznaczała zwykle pogodę bardzo zmienną, a w tym roku… w tym roku zdawało się mu, że niebo jest jeszcze bardziej szare niż zwykle, zupełnie jakby pod postacią tych chmur objawiało się wiszące nad ich światem fatum. O ile wcześniej nie za bardzo rozumiał całą historię, teraz zgłupiał już do reszty, gdy zaczęła go przepraszać: i z przeczesywania włosów złapał kosmyk, pociągnął lekko, jakby miał zamiar sobie je wyrywać. Nie był nigdy człowiekiem szczególnie empatycznym. Tak, lubił się szczycić tym, że całkiem nieźle rozumie kobiety, dla których projektuje, ale nawet to było na swój sposób powierzchowne i opierało się na paru prostych założeniach. Każda kobieta lubi czuć się dobrze, wyjątkowo i że strój do niej pasuje. Większość lubi błyszczeć, ale są takie, które przedłożą dyskretny urok nad coś, co przyciągnie spojrzenia wszystkich. Kolory, wzory, ozdoby, kształty dekoltów i rękawów, różne drobiazgi, robiły różnicę, bo nie było dwóch kobiet jednakowych, i drobne, unikalne zmiany mogły sprawić, że coś lepiej dopasuje się do urody, ale i charakteru. Tu wchodzili jednak na grunty rzeczy znacznie trudniejszych dla niego do zrozumienia. – Nie musisz? To znaczy, Victorio, dlaczego mnie przepraszasz? Ja chyba po prostu się zgubiłem w tej historii, i nie bardzo rozumiem związki przyczynowo skutkowe – powiedział powoli. – Wydaje mi się, że najlepiej gdybyś zaczęła od początku, o co to właściwie chodzi z tymi snami, co dokładnie się w nich działo i jak mój miał związek z twoim. Możemy w jakimś przyjemniejszym miejscu – dodał, wyciągając ku niej rękę, gotów się teleportować. Tyle że teleportacja nie zadziałała. Może niby to nieaktywne już zaklęcie antyteleportacyjne wciąż działało: a może pogoda zachwiała w jakiś sposób czymś w okolicy. W każdym razie Chris nie był w stanie ich przenieść. – Nie działa – mruknął, puszczając jej dłoń. – Może spróbuję najpierw o parę kroków… – mruknął, ale uzyskał tylko tyle, że się zachwiał i musiał przytrzymać gzymsu kominka. RE: [21.10.72, wieczór] Niełatwo kupić nieruchomość - Victoria Lestrange - 24.07.2026 Nawet gdyby było to bliżej, to i tak Yaxleyowie raczej byli zajęci swoimi sprawami, a nie tym, by chodzić po sąsiadach z kuszą w ręce. A smoki trzymały się z dala od ludzkich siedzib – i niech dzięki będą za to Matce. – Do tego wystarczy po prostu dzień – co prawda mogło wtedy lać jak z cebra, natomiast widoczność powinna być wystarczająca, żeby obejrzeć sobie ogród przez okno. Nie było to co prawda to samo, co osobiste przejście się wokół domu, które byłoby w tej sytuacji pożądane, ale już mogło powiedzieć chociaż tyle, czy jest na co liczyć, czy może wcale nie. Ale kto wie, może po tej wielkiej burzy, przyjdzie całkiem spokojny dzień? Zaś nieporozumienie, które im tutaj tak pięknie wykwitło, było równie ogłupiające dla Christophera, co dla Victorii, prawdę powiedziawszy. Myśli potrafiły ją czasami zwieść na manowce, myślała za dużo i zbyt intensywnie, czasami coś nadinterpretowała, zwłaszcza w tak delikatnej sytuacji jak ta, która też po części wchodziła na jej poczucie pewności siebie: blizny, które zostały jej po tamtym ataku nie były piękne, nie dodawały jej urody, tylko ją odejmowały – tak uważała. A która kobieta nie chciała się podobać? Tak, Victoria nie mogłaby powiedzieć, że jest brzydka, gdzieś podświadomie wiedziała, że zwraca na siebie uwagę wielu mężczyzn, tyle że tutaj wchodziło to wielkie ale, które przez miesiące wbiło jej się to tej głupiej głowy i było jak wąż, podskórnie toczący swoją jadowitą truciznę. A mianowicie to, że jednak coś jest z nią nie tak, że jest niewystarczająca, a te blizny… te które zostały jej w pamiątce po ataku, nie polepszały sytuacji. Robiła wiele, by je ukryć, by je zmniejszyć, ale nadal to wymagało czasu i konsekwencji w pielęgnowaniu śladów po ranach, a i tak nie miała pewności, że któregoś dnia w końcu znikną i w jej głowie jawiły się jakimś brzydkim piętnem, przez które nie jest warta tyle, ile powinna być. Na co dzień zdawała się nie zwracać na to uwagi, ale nie dało się ukryć, że był to jakiś taki czuły punkt, przez który odrobinę teraz spanikowała. – Tak, okej – odparła, powstrzymując kolejne przeprosiny, które niechciane cisnęły jej się na usta, ale zdołała się ugryźć w język. – Tak, zamieszałam trochę – choćby w tym, że mu nie powiedziała, że i jej śnił się ten mugol. I to niedługo po tym, jak została zaatakowana, stąd była niemal pewna, że jedno jest powiązane z drugim. Uśmiechnęła się za to do Chrisa, chcąc mu niewerbalnie dać znać, że wszystko jest okej i złapała go za rękę, którą do niej wyciągnął i wtedy… Nic się nie wydarzyło. Czarnowłosa przekrzywiła lekko głowę, patrząc na Christophera z lekkim skonsternowaniem. – Co nie działa? Teleportacja? – dopytała i wtedy blondyn spróbował o te kilka kroków i na moment stracił równowagę. I ona spróbowała, skupiając się na pustym pokoju mogącym być pracownią Chrisa… ale nie poczuła znajomego szarpnięcia i uczucia wciągania, wsysania w nicość. Skończyło się na tym, że zupełnie tak jak Chis rpzed chwilą, po prostu stała w miejscu. – Hmmm – mruknęła i zmarszczyła brwi, zakładając ręce na klatce piersiowej i zapatrzyła się w okno. – Chwila… – wymamrotała i bez ostrzeżenia przeszła do drzwi tarasowych, by je otworzyć. Tak, na zewnątrz padało, ale już kiedyś coś podobnego jej się przydarzyło. Była wtedy z Saurielem i utknęli na zadupiu. Wtedy też deszcz lał się z nieba jak z cebra. Też panowała burza. Ale musiała wyjrzeć na zewnątrz, chciała poczuć to powietrze, jakby miało nieść jakąś odpowiedź na to, co się dzieje i dlaczego nie mogą się teleportować. Wiatr dął, sprawiając, że deszcz zacinał pod kątem, ale Victoria nie zamierzała się tym przejmować i po prostu wyszła na zewnątrz. Spróbowała i tam, bez skutku. |