![]() |
|
[07.09 - 29.10.1972] Ancient runes, modern liability - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [07.09 - 29.10.1972] Ancient runes, modern liability (/showthread.php?tid=6469) Strony:
1
2
|
RE: [07.09 - 29.10.1972] Ancient runes, modern liability - Benjy Fenwick - 24.09.2026 29.10.1972, Londyn
Na szczęście w kwestii estetyki miałem jeszcze drugą opcję, bo jakiś czas wcześniej Tristan Ward przysłał mi swoją część zamówienia wraz z rachunkiem, który przecież i tak opłaciłem, więc po krótkiej, nocnej kontemplacji własnych drewnianych arcydzieł rano sięgnąłem po kolejne zawiniątko. W środku znajdowały się cztery sztuki metalowych znaków, zgodnie z załączonym opisem wykonane ze stali nierdzewnej, każda przygotowana dokładnie według rysunku technicznego, który wcześniej mu przesłałem, z dodatkowym rozwiązaniem pozwalającym zawiesić medalion na zawleczce. Trzy z nich wyglądały praktycznie idealnie, czwarta miała kilka drobnych odstępstw wizualnych - takich, które wychwyciłbym raczej dlatego, że wiedziałem, iż istniały i gdzie najprawdopodobniej powinienem był ich szukać, niż dlatego, że rzucały się w oczy już przy pierwszym spojrzeniu - ale nie miało to ostatecznie większego znaczenia, skoro wszystkie zachowywały założony kształt i układ. Rozłożyłem je przed sobą, tym razem już z wyraźnie lepszym nastrojem, bo w tym wypadku przynajmniej nie musiałem walczyć z materiałem, ryjąc w nim od samego początku do samego końca - wygrawerowany symbol już tworzył gotową podstawę, więc miało to być prostsze, a przynajmniej zdecydowanie bardziej idiotoodporne, co normalnie uznałbym za ujmę na honorze klątwołamacza, ale wyjątkowe okoliczności wymagały specjalnych odstępstw od norm w zachowaniu, czy coś - zamiast próbować własnymi niezgrabnymi paluchami odtwarzać cały układ na czystej powierzchni, zamierzałem prowadzić runy Algiz we właściwej kolejności, manualnie śledząc wykonane wcześniej wgłębienia i stopniowo nadając im znaczenie i właściwości Ægishjálmur. Tym razem nie musiałem walczyć o estetykę, bo całą robotę wykonał wcześniej ktoś, kto miał znacznie więcej talentu do tworzenia ładnych dla oka rzeczy niż ja, moim zadaniem było jedynie nie spieprzyć niewidocznych gołym okiem technikalów, co - jak na standardy całego przedsięwzięcia - było i nie było tak proste, jak mogłoby się wydawać. W praktyce przypominało to trochę kolorowankę dla upośledzonych rzemieślników, tylko pomylenie kolejności mogło mieć nieco mniej zabawne konsekwencje niż wyjechanie poza kontur, ale dopóki zachowywałem właściwą sekwencję i nie próbowałem być mądrzejszy od własnych instrukcji, pozostawało mi właściwie tylko wtopić pieczęć w przygotowany wzór. Przesunąłem pierwszy medalion bliżej siebie, oparłem przedramię o blat i jeszcze raz prześledziłem wzrokiem wyryte wgłębienia, zanim przyłożyłem różdżkę do pierwszego punktu, zacząwszy pracę. Pieczętowanie (III) + Starożytne runy (I) - Benjy nanosi na uprzednio wyryte w stalowych medalionach układy ośmiu run Algiz, zachowując właściwą kolejność przebiegu poszczególnych linii, a następnie wtapia pieczęć w przygotowane zagłębienia, utrzymując ciągłość i poprawną geometrię mniejszej wersji Ægishjálmuru. RE: [07.09 - 29.10.1972] Ancient runes, modern liability - Benjy Fenwick - 24.09.2026 Wbrew temu, co można było sobie pomyśleć, patrząc z boku na cztery gotowe kawałki metalu z wyżłobionymi wzorami, praca wcale nie okazała się szybka ani szczególnie przyjemna, przeciwnie, gotowe zagłębienia dawały mi wygodną „prowadnicę”, szlaczek do śledzenia, ale jednocześnie wymagały pilnowania kolejności z niemal absurdalną dokładnością. Same znaki były już gotowe, co niewątpliwie ułatwiało sprawę, ale jednocześnie tworzyło zupełnie inny rodzaj pułapki, bo przy takiej liczbie linii bardzo łatwo było zgubić się w tym, którą z nich powinienem był nakreślić jako następną, szczególnie kiedy wszystko ostatecznie schodziło się w jednym miejscu i zaczynało mieszać mi w oczach swoim identycznym wyglądem - Tristan Ward naprawdę umiał odwzorowywać obrazy, trzeba było mu to oddać - zamiast więc zrobić wszystko w kwadrans i przejść do czegoś innego, siedziałem przy stole znacznie dłużej, niż początkowo zakładałem, za każdym razem sprawdzając kolejny fragment przed wpuszczeniem w niego pieczętującej magii, a potem przechodząc do następnego. Cztery medaliony oznaczały cztery razy tę samą operację, osiem Algiz na każdym, jeden Ægishjálmur, mnóstwo drobnych ruchów i jeszcze więcej pilnowania, żeby zmęczenie nie zdecydowało za mnie, którą linię powinienem był mylnie uznać za następną w kolejności, bo wystarczyło raz zgubić się w układzie albo przeskoczyć do niewłaściwego fragmentu, żeby cała moja staranna robota mogła pójść się walić. Pracowałem więc powoli, przechodząc po kolejnych wgłębieniach i nakładając pieczęć zgodnie z przygotowanym wcześniej porządkiem, co po pewnym czasie zaczęło być męczące przede wszystkim dla moich gałek ocznych, powiek, przedramion i palców - po pewnym czasie zacząłem już czuć pieczenie w opuszkach dłoni od ciągłego utrzymywania tego samego, niewygodnego chwytu, łzawiące oczy również miały dość, bo przy tak drobnym i regularnym wzorze większość czasu spędzałem z nosem niemal wciśniętym w malutki medalion, wpatrując się w każdy kolejny fragment i upewniając się, że niczego nie zjebałem. Paradoksalnie, ten czwarty, lekko odbiegający od reszty przedmiot przyniósł mi odrobinę ulgi, chociaż plecy i kręgosłup prawie natychmiast przypomniały mi przy okazji, dlaczego od zawsze nie lubiłem siedzieć na dupie przez dłuższy czas, szczególnie na tym konkretnym krześle, które zdecydowanie zostało zaprojektowane z myślą o kimś o zupełnie innych gabarytach niż moje. Nadal nie zdążyłem kupić sobie wygodnego fotela, odpowiedniego do mojej postury, więc po kilku godzinach dosłownie dostałem bólu dupy… Praca posuwała się jednak naprzód, kawałek po kawałku, aż w końcu ostatnia linia została nakreślona, pieczęci zostały nałożone i mogłem odsunąć narzędzia. Jeszcze przez chwilę siedziałem bez ruchu, zanim poruszyłem odrętwiałymi ramionami, mrugnąwszy kilka razy, żeby odzyskać ostrość widzenia, po czym sprawdziłem wszystkie cztery medaliony po kolei - były w porządku - zebrałem więc pozostałe materiały, prowizorycznie oczyściłem blat, odłożyłem narzędzia na swoje miejsce, wsadziłem różdżkę na miejsce, a gotowe amulety schowałem tam, gdzie nie powinny były przypadkiem trafić w cudze ręce. Została jeszcze kwestia zawieszenia ich na czymś sensownym, więc ruszyłem sprawdzić, czy w domu mieliśmy jakieś rzemyki, sznurki albo inne podobne rzeczy, czy czekało mnie kolejne wyjście po zakupy. Na szczęście po krótkim grzebaniu znalazłem odpowiednie rzemyki, więc przynajmniej tym razem obyło się bez dokładania kolejnego punktu do listy rzeczy do kupienia. Sprawa została zakończona, przynajmniej na ten moment, bo sam temat z pewnością miał jeszcze kiedyś powrócić… 1. Posiada 2 drewniane medaliony z cedru, wykonane w ramach współpracy z Kate Barclay. Oba są półokrągłe, niewielkie, przeznaczone do noszenia pod ubraniem. Pieczęć Ægishjálmuru została wyryta własnoręcznie przez niego. Medaliony działają, lecz są brzydkie. Zamówienie zostało złożone 07.09.1972. Pierwszą sztukę odebrał 12.09.1972, drugą otrzymał 27.10.1972 za pośrednictwem Geraldine. 2. Posiada 4 metalowe medaliony ze stali nierdzewnej, wykonane w ramach współpracy z Tristanem Wardem. 3 sztuki są bardzo eleganckie i zgodne z przesłanym rysunkiem technicznym, 1 sztuka posiada drobne odstępstwa wizualne, lecz nadal zachowuje estetyczne wykonanie. Tristan wyrył wzór Ægishjálmuru na wszystkich czterech medalionach. Pieczęcie zostały następnie wtopione i aktywowane przez Benjy’ego poprzez ręczne naniesienie (wtopienie) run w „szlaczek” odpowiedniej sekwencji. Zamówienie zostało złożone 19.10.1972, a wszystkie 4 sztuki odebrał 23.10.1972. Koniec sesji
|