Secrets of London
15.04.1971 | Pierwsze ataki śmieciożerców | Thomas, Erik & Brenna - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: 15.04.1971 | Pierwsze ataki śmieciożerców | Thomas, Erik & Brenna (/showthread.php?tid=741)

Strony: 1 2


RE: 15.04.1971 | Pierwsze ataki śmieciożerców | Thomas, Erik & Brenna - Erik Longbottom - 17.01.2023

Co tu dużo mówić, rezydencja Longbottomów zdecydowanie zaczynała urastać do rangi miejsca, w którym każdy mógł znaleźć schronienie i po prostu odsapnąć, odizolować się od kłębiących się na każdym kroku problemów. Szkoda tylko, że w ostatnich latach tymi komplikacjami nie były tak trywialne kwestie, jak zmęczenie atmosferą miasta, tęsknota za bliskimi czy kłótnia w rodzinie. Sprawy przybierały coraz gorszy obrót, co dało się dostrzec także po tym, jacy goście odwiedzali rodzinę w Dolinie Godryka.

Mimo to podwoje posiadłości dalej pozostawały otwarte, chociaż teraz zdecydowanie częściej spoglądano przez wizjer, zamiast od razu otwierać drzwi na oścież. Ilość mieszkańców, jak i ich stopień obycia z różnymi dziedzinami magii sprawiały, że nie byli łatwym celem, ale jak długo by wytrwali pod zmasowanym atakiem? Lub gorzej, przy podstępie i ciosowi w plecy zadanego z wewnątrz? Erik pokręcił głową, odcinając się od tych myśli. Na omówienie kwestii zabezpieczeń przyjdzie czas, ale teraz musiał przede wszystkim skupić się na Thomasie.

Nie. I to mnie martwi — rzucił jeszcze do Brenny, odpowiadając na jej pytanie względem tożsamości ujętych przestępców, zanim zniknął w kuchni.

Zobaczenie za maską znajomej twarzy byłoby okropnym przeżyciem, jednak to, że nie potrafili przypasować twarzy do konkretnej rodziny, również sporo im mówiło. Ideologia głoszona przez Czarnego Pana mogła zacząć docierać do osób spoza głównego kręgu rodzin czystej krwi. Jasne, arystokracja miewała boczne gałęzie i praktycznie zapomniane odnogi, które nie liczyły się zbytnio w wielkiej grze wpływów w magicznych dzielnicach Londynu, wyparte przez główne linie rodu, ale... Co, jeśli te wszystkie chore tezy zaczynały trafiać także do przedstawicieli rodzin półkrwi? Lub mugolaków?

Nie chciał wierzyć, że ci ostatni byliby w stanie masowo popierać Lorda Voldemorta, biorąc pod uwagę, że ten zapewne najchętniej by ich usunął z magicznej społeczności za jednym machnięciem czarodziejskiej różdżki, ale nie można było tego wykluczyć. W każdej grupie społecznej można było znaleźć czarne owce. Potrzeba przynależności, podatność na perswazje i „wielkie idee”, a przy tym wiara w to, że dołączenie do sprawy zapewni nietykalność... I zwolennik gotowy.

Oby nagle się nie okazało, że to zorganizowany atak, błagał w myślach Erik, przerywając zaklęcie patronusa, gdy wystosował już odpowiednie instrukcje do brygadzistów i medyków z lokalnego szpitala. Skierował swe kroki do salonu, mijając po drodze wejście do lokum. Nie zaskoczyło go zbytnio to, że nikt z lokatorów sąsiednich mieszkań nie ruszył z odsieczą lub po to, aby przejrzeć pobojowisko. Odgłosy wyważanych drzwi czy zaklęć obijających się o ściany raczej nie zachęcały do bezpośredniej ingerencji w nieswoje sprawy. Wielu czarodziejów nie było przeszkolonych w udzielaniu pierwszej pomocy, nie mówiąc już o wpychanie się w sam środek walki z potencjalnymi czarnoksiężnikami. Większość pewnie zablokowała zamki, wzmocniła zaklęcia obronne i zaszyła się w kącie, czekając, aż niebezpieczeństwo minie. Chociaż nie dało się wykluczyć, że w budynku był ktoś odważny, kto być może posłał wiadomość do Ministerstwa. Nie, żeby im to jakoś wybitnie miało pomóc, skoro już się tym sami zajęli.

Powinni tu być za kilka minut — poinformował przyciszonym głosem, zerkając na Brennę, akurat, gdy ta umożliwiła jednemu z napastników wypowiedzenie się.

Erik skrzywił się, wiedząc, że bez względu na to, jaką odpowiedź otrzyma Thomas, nie będzie ona należała do pozytywnych czy sensownych. Pojmali ich, udaremnili plany, wezwali służby, które ich aresztują... Nie mieli nic do stracenia, a jeśli mogli sprawić swej niedoszłej ofierze bólu, to zapewne to zrobią. W jego oczach zapłonęły agresywne ogniki, gdy usłyszał oszczerstwo wycelowane w swojego partnera. Zacisnął palce wokół różdżki tak mocno, że aż mu pobielały kłykcie. Podskoczył mimowolnie, gdy Hardwick uderzył w ścianę.

Zmroziło go. Przykład. A więc tak po prostu go sobie wybrali, żeby coś udowodnić. Zmusił się, aby zbliżyć się o te kilka kroków do Thomasa. Chciał ścisnąć jego ramię, poklepać po plecach, rzucić jakimkolwiek słowem, które mogło zmniejszyć stres, strach, niepewność czy jakąkolwiek inną negatywną emocję, która budowała się w ciele i umyślne mężczyzny. Nie mógł jednak dać satysfakcji tej dwójce.

Nie musisz tego słuchać — powiedział z nutą troski, starając się złapać kontakt wzrokowy z przyjacielem. — Znalezienie powodu, dla którego to zrobili, byłoby łatwiejsze, ale to po prostu... pusta nienawiść. Nie są tego warci.

Zwrócił się w stronę napastników, pokonując dzielący go od nich dystans, aby przyklęknąć w bezpiecznej odległości.

Każde wasze słowo zostanie bardzo dokładnie spisane w każdym możliwym raporcie. I zrobię wszystko, żeby wasz potencjalny obrońca nawet nie wpadł na pomysł spróbowania zwolnienia was za kaucją. Czeka was proces. Bo do takowego dojdzie, mogę wam o tym zapewnić i będzie on raczej jednomyślny — powiedział rzeczowo, jednak jakże nietypowy dla Erika lodowaty ten głosu przebijał się przez każde jego słowo, skrywając w swym zimnie pohamowany gniew i frustrację. — Możecie sobie myśleć, że jest jakaś mała, drobna szansa, że ktoś was wyciągnie z tego bagna. Tak nie będzie. Zawiedliście na całej linii i jeszcze zostaliście aresztowani. Kto wie, co zaczniecie gadać, jeśli odpowiednio się wam przyciśnie?

Wykrzywił usta w niewesołym uśmiechu, jakby w ten sposób chciał podkreślić, w jak niefortunnej sytuacji znalazła się ta dwójka. Może i potrafili działać z zaskoczenia, ale to jeszcze nie znaczyło, że w hierarchii zwolenników Czarnego Pana znajdowali się wyjątkowo wysoko. Przerzucił różdżkę do drugiej ręki w niemalże nonszalanckim geście.

Staliście się bezużyteczni. Na zostanie męczennikami za swoje wierzenia nie macie co liczyć, a to, że ktoś wam zaufa... Cóż. Wątpię, żeby lojalność wobec siebie nawzajem była w waszych kręgach priorytetem — Podniósł się, wycofując się na swoją poprzednią pozycję.

Nawet jeśli jakimś cudem umkną sprawiedliwości, co prawdopodobnie wzbudziłoby znaczny sprzeciw w pewnych strukturach Ministerstwa, to nikt powiązany z Voldemortem im już nie zaufa. Byli spaleni przez brak umiejętności i bardzo duży łut szczęścia, jakim dysponował Thomas. Ich rodziny zapewne też zostaną uważnie prześwietlone przez BUM i Aurorów, gdy tylko zostaną zidentyfikowani w areszcie. Gdzie oni są?, pomyślał, zerkając kątem oka w stronę drzwi.




RE: 15.04.1971 | Pierwsze ataki śmieciożerców | Thomas, Erik & Brenna - Brenna Longbottom - 17.01.2023

- Kilka minut? Chyba wuj powinien wymusić ćwiczenia szybkiego reagowania – wymamrotała na słowa Erika.
Brenna zawahała się przez moment, ale na prośbę Thomasa skierowała różdżkę na to ze śmierciożerców, które było spowite linami i umożliwiła mu mówienie. Tak, jak się spodziewała: słowa, jakie padły, w żaden sposób nie mogły pomóc. Ale Thomas miał prawo je usłyszeć, jeżeli właśnie tego pragnął.
Obserwowała Hardwicka, gdy uderzał pięścią w ścianę, a lodowe odłamki wbijały się w jej serce. Kolejne już, bo tych drobnych, zimnych kawałków było tam więcej: lodowate drzazgi pojawiały się powoli, pierwsze jeszcze za czasów Leacha, z poważnym spojrzeniem Crawleyów, siedzących pierwszy raz w salonie Longbottomów, kolejne później, wraz z manifestem Voldemorta. Z pierwszym martwym, mugolskim dzieckiem, zabitym w ataku, z kwiatem rzuconym na trumnę podczas pogrzebu jednego ze znajomych mugolaków, z widokiem umierającego czarodzieja, obserwowanym w dymie świec, gdy badali sprawę. Z nieufnością, rodzącą się wobec tych, do których niegdyś wyciągnęłaby rękę bez chwili namysłu.
Teraz było gorzej, było ich więcej, po raz pierwszy jednak stało się to, co nadejść musiało, ale o czym Brenna dotąd nie chciała myśleć. Ktoś im bliski znalazł się w niebezpieczeństwie. Umknął od śmierci zaledwie o włos. Stał ranny, w zdemolowanym mieszkaniu, świadomy, że nie tylko chciano go zabić, ale też że nie jest bezpieczny. Że nigdy już nie będzie bezpieczny w świecie czarodziejów, tylko dlatego, że ktoś uważał się za lepszego od niego.
Mogli go stąd zabrać, dać mu koc, kakao i towarzystwo albo samotność. Ale to nie mogła zmienić tego, że poza murami posiadłości byli i jeszcze długo będą tacy, którzy zapragną jego śmierci z powodu krwi, która płynęła w żyłach Hardwicka.
Dla przykładu.
By pokazać, że żadna szlama nie jest bezpieczna.
Brenna machnęła różdżką, wyczarowując knebel. I, z czystej mściwości, dodatkową linę, aby skrępować tego człowieka jeszcze mocniej. Obserwowała ich w chwili, w której brat rozmawiał z przyjacielem. Ale gdy Erik już odszedł od Hardwicka i zaczął mówić do śmierciożerców, ona zrobiła parę kroków w stronę Thomasa. Nie dotknęła go, oparła się obok o ścianę.
- Powstrzymamy ich - powiedziała cicho, bo to było jedyne, co mogła obiecać. Nie "wszystko będzie dobrze", bo nie będzie. Nie chciała składać fałszywych przyrzeczeń ani pustych słów pocieszenia, jak "nie przejmuj się tym" czy "zostaną ukarani", przecież nie mógł się nie przejmować i żadna kara dla tej dwójki nie będzie miała znaczenia.
Tylko tyle: powstrzymają to, ich, Voldemorta i wszystkich, którzy walczyli za niego. Bez względu na cenę. Ta będzie wysoka, Brenna nie miała co do tego żadnych wątpliwości, i na pewno nie wszyscy przeżyją tę wojnę, ale w tej chwili jej determinacja tylko się umocniła. Będzie próbować do ostatniego tchu, dopóki śmierć nie zmrozi powiek.
- Nigdy nie będziesz z tym sam.
Zazwyczaj była aż nadmiernie rozgadana. Tym razem jednak słowa ograniczyła do minimum, a na śmierciożerców nawet nie spojrzała. Nie było niczego, co chciałaby im przekazać.


RE: 15.04.1971 | Pierwsze ataki śmieciożerców | Thomas, Erik & Brenna - Thomas Hardwick - 18.01.2023

Tak, zadawanie pytań nie było dobrym pomysłem, teraz to już wiedział. Szczerze mówiąc, sam nie miał pojęcia, czego się spodziewał. Że wcisnął mu jakąś ckliwą bajeczkę o tym, jak ich nieświadomie skrzywdził? Że wtrącił czyjegoś ojca lub męża do więzienia? Może chociaż nadepnął niewłaściwej osobie na odcisk? Cholera, przecież już poznał smak nienawiści wynikającej tylko z jego pochodzenia, zdarzały się w końcu w szkole osoby, które potrafiły dręczyć jego, jak i innych mugolaków, tylko dlatego, że ich rodzice byli, kim byli. Nie był też przecież pierwszym, na którego życiu postanowili położyć śmierciożercy. Słyszał o podobnych przypadkach, widział miejsca zbrodni, a jednak nigdy nie przypuszczał, że ktoś naprawdę był w stanie zabić tylko z czystej nienawiści do osób, które nie są czystej krwi. Przecenił ludzkość.
Ponownie starał się ochłonąć. Nie było to jednak zbyt łatwe, targało nim mnóstwo emocji, ledwo mieściły się w jego ciele. Chciał je wyładować, jednak jednocześnie czuł się tak niesamowicie zmęczony. Ból coraz mocniej pulsował ze zranionych miejsc. Zacisnął oczy, jego mięśnie szczeki się napięły. Odpędzał gromadzące się pod powiekami łzy i znów głęboko oddychał. Wdychał powietrze i wypuszczał je z płuc, starając się złapać równomierny, powolny rytm. Chciał zapalić, ale nawet nie wiedział, gdzie ma fajki. Je też powinien spakować, coś czuł, że w najbliższym czasie się przydadzą.
Słuchał Erika. Wiedział, że ma rację. Odwrócił się do niego i posłał mu wdzięczne spojrzenie.
- Wiem, że nie muszę. Ale sam chciałem. Zabolało, ale musiałem wiedzieć. Czy to coś głębszego, czy? - przerwał i pokręcił głową. Czuł się kompletnie wypompowany. Może dlatego dał Erikowi przemówić do więźniów, nie próbując się nawet wtrącać.
Kiedy jego przyjaciel odsunął się, dołączyła do niego Brenna. Sam oparła się już wygodniej, nie mógł jednak zamaskować skrzywienia, które wywołał przyciśnięty do tynku bark. Czuł jednak bliskość drugiej osoby, a to działało na niego kojąco. W jakiś sposób trzymało niczym kotwice przy myśli, że żyje i nic już mu praktycznie nie grozi. Co było kompletnym kłamstwem, choć na tę chwilę wolał nad tym się nie rozwodzić.
- Dziękuję - odpowiedział kobiecie. Nie chodziło tylko o pocieszenie, a raczej o całokształt całego dnia. Jego głos był cichy, lekko zachrypnięty i matowy, kryła się w nim jednak ogromna doża szczerości i wdzięczności. - Nie wiem, jak to zrobimy, ale nie możemy pozwolić, by więcej osób przeżyło, to co ja. Albo nie przeżyło - dodał, znów musząc znosić kolejną falę nudności. 
Czekali, co prawda nie długo, jednak na tyle, że gdy do jego mieszkania wpadła dwójka aurorów i medyk, Thomas myślał tylko o tym, by usiąść i poddać się wszystkiemu, co tamci chcieli. Więźniowie zostali przejęci. Ostrzeżono ich, zadano kilka wstępnych pytań, nie byli jednak skorzy do rozmów. Albo za wiele nie wiedzieli, bo wstępnie założono, że są to jedynie domniemani kandydaci na naśladowców. Thomas również musiał opowiedzieć, co się stało. Głos miał wyprany lekko z emocji. Oczy mu ciążyły, zrzucał to jednak na działanie eliksirów, które podał mu uzdrowiciel, gdy zajmował się jego ranami. Te zostały oczyszczone, czymś nasmarowane i obandażowane. Słyszał zalecenia co do zmiany opatrunku i aplikowania na nie specyfików jak przez mgłę, jednak ogólny sens pojął. Chwilę później aurorzy powiadomili, że zostanie jeszcze raz wezwany na przesłuchanie, na razie jednak mógł odpocząć. Nie czekając dłużej, rodzeństwo Longbottom zabrało go do siebie, w razie czego proponując spokój, jak i możliwość porozmawiania o tym, co zaszło. A także kąt, w którym mógł czuć się bezpiecznie. Przynajmniej na razie.
Bo czuł, że od dziś świat się dla niego zmienił. Stał się groźniejszy, niż przypuszczał. Nie miał się jednak zamiaru temu poddawać. Będzie walczył, a wraz z nimi inni, którzy wierzyli, że świat nie składa się tylko z nienawiści.

Koniec sesji