![]() |
|
Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18) +---- Wątek: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus (/showthread.php?tid=782) Strony:
1
2
|
RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Castiel Flint - 15.01.2023 Fergus miał rację lecz w chwili obecnej nie potrafił tego jeszcze do końca zrozumieć. Próbował udowodnić i sobie i jemu, że nie ponosi pełnej winy. Wszędzie będzie widniał tylko jeden winowajca - Castiel - dlatego chociaż między nimi próbował to rozdzielić i pokazać, że nie spartaczył wszystkiego. Bronił się, chciał pokazać, że błąd nie należał tylko do niego. Po dłuższym namyśle zastanawiał się po co mu to wszystko. Zachowywał się jak dzieciak, który tupie nogą, krzyżuje ręce na ramionach i w zaparte twierdzi, że wina leży po obu stronach aby nie wyjść na tego najgorszego. Wyprostował kark słysząc jego słowa. Wstrzymał oddech na widok jego ciemniejących policzków, co tylko utwierdzało go w przekonaniu co do tego, co właśnie usłyszał. Czy tego chciał czy nie ale jego zimna złość topniała. - N-naprawdę...? - nie potrzebował potwierdzenia ale nie wiedział co powiedzieć. Musiał go kiedyś zapytać co dokładnie czuje przy amortencji. Wystarczy upewnić się, że nic przy okazji nie będzie chciało go zabić. Czy to też nie jest przesłanie? Poczuł zapach Castiela i prawie zginął. Czyżby miał go sprowadzić na manowce, jak to prorokował ojciec Fergusa? Zimny dreszcz zastąpił cieplejszy, wywołując na jego skórze gęsią skórkę. Przestali już na siebie krzyczeć, mogli porozmawiać w nieco spokojniejszych tonach. Wyładowali to, co najbardziej uwierało, wzajemnie się ranili, podburzyli fundamenty ich relacji. Z drugiej strony czy właśnie nie tworzyli podwalin związku z materiału trwalszego niż góry - szczerości? Powstaje pytanie czy dojdą do porozumienia, że nie warto tego ciągnąć czy jednak zawalczą. Nie chciał z niego zrezygnować, nie przyszło mu to nawet na myśl choć teoretycznie miał powody aby wszystko posłać do diabła. - Nie poświęcam się. - sprostował gładko, bez zająknięcia. - Nie straciłem nic poza energią a ta jest odnawialna. Cała reszta to jedynie konsekwencje, nie poświęcenie. - to zaiste mała cena. W tamtej chwili w gabinecie, gdy tamował krew uzmysłowił sobie, że sforsowałby wiele granic życia i śmierci żeby go zatrzymać. Dopiero będąc w takiej sytuacji zaczynał bardziej rozumieć nie tylko Sophie, Brennę ale i Williama. Docierały do niego prawdy kierujące tym światem. Złość z niego uleciała, zostawiając po sobie jedynie kroplę potu sklejającą dwa kosmyki włosów tuż nad uchem. Usiadł obok niego żeby nie stać wysoko kiedy on się skulił z wyczerpania. Nie tak powinny wyglądać odwiedziny chorego. Zdenerwował go, osłabił... naprawdę jego ojciec miał rację - źle na niego wpływał. Nie dostawał zatem odpowiedzi co będzie z nimi dalej, czy pójdzie po rozum do głowy czy jednak zaryzykuje. Oparł potylicę o chłodną ścianę. - Szczerości. - odparł cicho i zerknął na niego kątem oka. Sięgnął po koc leżący na łóżku i zarzucił na kolana Fergusa bo jednak siedział boso. Schował ręce opierając przeguby na swych zgiętych kolanach. - Chcieliśmy spędzić razem czas. W efekcie ty lądujesz w szpitalu a ja prawie tracę ukochaną pracę. Kwestia czy uznajmy to za przypadek czy jednak za sygnał, że... - nie był w stanie dopowiedzieć. Wtłoczył do płuc ogrzanego przez Fergusa powietrza. Popatrzył kontrolnie na drzwi i nasłuchiwał lecz nikt się chyba nie zbliżał. Ostrożnie sięgnął do jego zdrowej dłoni, zahaczając knykciami o jego gorące palce. To nawet nie był uścisk. - Chcesz zaryzykować, odpuścić czy zrobić przerwę... - w gardle zaschło, poczuł jaki jest zmęczony emocjami. Mimo wszystko supeł przestał już tak mocno ciążyć. Przez chwilę zamilkł patrząc na ten mały obrazek zbliżonych rąk co wciąż budziło w nim niemałe zaskoczenie. Przesunął knykciami po wnętrzu jego dłoni. - Wciąż jestem... wciąż jestem w tobie zakochany. - ledwie słyszalne słowa miały zostać między nimi. Nie był pewien czy naprawdę je wypowiedział czy to może urojenie, stworzony w głowie scenariusz, który chciał teraz zrealizować lecz brakowało odwagi. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Fergus Ollivander - 15.01.2023 Człowiek nie mógł czuć aż tyle naraz, bo chyba by go rozsadziło od środka, prawda? Jedna osoba wywoływała w Fergusie tyle skrajnych emocji, że to było aż nierealne. Cały kalejdoskop barw, przy których aurowidz miałby nie lada zabawę, starając się zinterpretować tę pieprzoną tęczę. Wystarczył jeden impuls, by w nim to wszystko obudzić. Jedna iskra, by wzniecić pożar. Nie przerażało go to jednak tak bardzo, jak fakt, co on sam zrobił z Castielem. Zamieniał opanowanego, statecznego człowieka w kłębek nerwów, wyciągając na światło dzienne wszystko to, co ten chciał tak skrzętnie ukryć. Flintowie byli skrytymi ludźmi, wiedział to od momentu, gdy poznał członków tej rodziny. Opanowana mimika, wyważone słowa i nienaganna opinia. Zupełne przeciwieństwo tego, jaki był Fergus. Jakim cudem to miało zadziałać? Ale jakimś sposobem zaczęło funkcjonować, choć najwyraźniej wymykało im się z rąk, im głębiej płynęli. Castiel powinien był zdecydować, że mają to skończyć już wtedy na łódce. Nie doszłoby do kolejnych wypadków, które mogły skończyć się większą tragedią niż kłótnia w szpitalu i utrata pracy. Fergus by odpuścił, wtedy dałby sobie spokój. Teraz jednak było już za późno, nie potrafił sobie wyobrazić tego, że nie widywałby się z Castielem. Chciałby go nienawidzić, tak bardzo tego pragnął, zwłaszcza po tych bolesnych słowach, które między nimi padły. Ale nie potrafił. Czuł złość, ale tylko tyle. Chwilowe uczucie, które dało się zneutralizować przy odpowiednich manewrach. I niesmak z powodu tego, że stracił zaufanie drugiego mężczyzny. - Zadowolony czy zawiedziony? - zapytał, przedrzeźniając jego wcześniejszą wypowiedź, gdy upewniał się co do słów Fergusa. Nie zmyśliłby, że go czuł. Nawet by na to nie wpadł, przyzwyczajony do tego, jaki zapach unosił się dla niego z kociołka. To było coś zupełnie nowego… i niespodziewanego. - Poświęcasz - upierał się przy swoim, pamiętając, że już kiedyś słyszał od niego coś podobnego. - Nawet energia może się w końcu wyczerpać, nie jest nieskończonym źródłem - ciągnął dalej. I nie zmieni swojego zdania, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że skrajne wyczerpanie mogło skończyć się tragedią. Stan Fergusa był wywołany przez Castiela, ale nie w taki sposób, w jaki się wszystkim wydawało. W końcu i tak by wybuchł, mając zbyt wiele czasu na przemyślenia i odpowiadanie sobie nieistniejących intencji innych ludzi. Równie dobrze mogło paść na Norę albo kogokolwiek innego odwiedzającego go. Tak przynajmniej sobie wmawiał, próbując usprawiedliwić swoją złość. Ale kogo on oszukiwał? To wszystko miało być skierowane na Flinta, tylko z nim mógł (nawet musiał) odbyć tę rozmowę. Skinął głową na potwierdzenie, że rozumiał. Chciał szczerości, ale Fergus nie potrafił być szczery nawet wobec samego siebie. Jak miał tego dokonać? Postara się dla niego. Ten gest musiał jednak na razie wystarczyć, bo słowa ugrzęzły mu w gardle. Z wdzięcznością przyjął jednak koc, wsuwając go pod przemarznięte od chłodnych płytek stopy, by spróbować je ogrzać. Oparłszy głowę o ścianę, przymknął oczy i odetchnął, analizując w głowie słowa Castiela. Powinni ryzykować? To najwyraźniej miało ich obu wkrótce doprowadzić do grobu, ale najwyraźniej Fergus już i tak miał autodestrukcyjne zapędy. Potrafił sobie zaszkodzić niezależnie od tego, czy w pobliżu znajdował się Flint. Uczucia czy rozsądek? Dlaczego to on miał decydować? Dłoń Castiela stykająca się z jego własną diabelnie go rozpraszała, nie pozwalając w pełni tego wszystkiego przetrawić. Wciąż jestem w tobie zakochany. Te ciche słowa rozbrzmiewały w jego uszach jak dzwony. Ciepło rozeszło się po jego ciele, wywołując przyjemny dreszcz. A mimo to żołądek zwinął się w supeł wywołany lękiem. Jeśli uczucia Castiela były na tyle poważne, jeszcze łatwiej było go zranić głupim błędem. Martwił się, w jaki jeszcze sposób mógłby go skrzywdzić. Czy powinien tak ryzykować? Nie. Czy chciał? Oczywiście, że tak. - Najpierw na mnie krzyczysz, potem mówisz mi coś takiego - powiedział cicho, wciąż nie otwierając oczu, bo tak było łatwiej się odezwać. - Przez ciebie czuję się, jakby troll górski pieprznął mną o ścianę. Odwrócił głowę i otworzył oczy, próbując złapać spojrzenie Castiela, ale on przyglądał się ich dłoniom. Poruszył swoją, wsuwając palce między te Castiela i ściskając delikatnie jego rękę, by pokazać tym samym, że było w porządku. - Jesteś niemożliwy. I kto to mówił? Zostawiał go z wieloma niedopowiedzianymi kwestiami, nie udzielając odpowiedzi na żadne z pytań. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Castiel Flint - 15.01.2023 Teoretycznie już się nie kłócili a mimo wszystko Fergus jeszcze podsycał echo nerwów. To całe cytowanie go ubodło choć zasłużył sobie na to. W ramach komentarza westchnął wymownie. - Chcesz teraz ze mną szczegółowo porozmawiać na temat mieszanki zapachowej eliksiru miłości, który pośrednio doprowadził cię do tragedii? - zapytał unosząc przy tym jedną brew. Miał nadzieję, że przedstawiona w ten sposób wizja odstraszy go od drążenia tematu. Nie był gotowy przyznać czy bardziej zachwycała go ta wiadomość czy jednak budziła niepokój. Odnosił wrażenie, że bardzo szybko zaczęli się angażować. Nie byli nastolatkami, których emocje sięgały zenitu. Obaj byli dorosłymi mężczyznami i pospieszne zaangażowanie nie powinno mieć miejsca. Z drugiej strony to jedynie pokazywało siłę wzajemnego odkrycia. Czy za rok ten zachwyt im przeminie? Czy zmieni swoją formę? Nie miał pojęcia czy to uczucie, które wobec niego żywi jest tym najprawdziwszym za którym gnają wszyscy ludzie świata. Skąd miał to wiedzieć? Wbrew pozorom pierwszy raz był w taki sposób zakochany... na tyle mocno, że ich wspólny błąd kosztował go załamanie nerwowe, tak skrzętnie teraz skrywane. Mogli gdybać lecz póki nie podejmą odpowiednich kroków to nie dowiedzą się czy to, co między nimi wtedy wybuchło jest tymczasową eksplozją uczuć czy być może iskrą z której wyrośnie porządne ognisko przy którym będą mogli się regularnie ogrzewać. - Nie szukaj poświęcenia tam, gdzie go nie ma. Nie pozwolę ci na ten argument bo się z nim nie zgadzam. - upierał się i można być pewnym, że zdania nie zmieni. Są pewne aspekty gdzie jego determinacja była zbliżona do upartości najbardziej krnąbrnego tebo. Nie uważał się za niewyczerpywalne źródło energii jednak wciąż nie uważał, że miałby jakoś się poświęcać dla niego. Utwierdził się w przekonaniu aby nie zdradzać mu w żaden sposób użycia zaklęcia kontrowersyjnego, oficjalnie zakazanego. To mogło zostać jego tajemnicą, tak samo jak i powoli wzrastający w nim apetyt na poznanie prawdziwej potęgi czarnej magii. Choć gniew przeminął to wciąż jego organizm był schłodzony. Zimne ręce, policzki, nos, kark. Ten minimalny kontakt z jego dłonią był obecnie jedynym źródłem ciepła. Czy uważał to za dziwne skoro przed chwilą skakali sobie do gardeł? Niekoniecznie. Oczyszczali atmosferę aby obaj wiedzieli na czym stoją. Pętał go jednak strach na myśl, że Fergus zasugerował rozstanie, usprawiedliwiając się domniemaną nienawiścią Castiela. Tak łatwo umiałby z nich zrezygnować? Ponownie wkradała się między nimi niepewność. Myślał, że jeśli mu powie, że jest w nim zakochany - co powinien dawno temu zrozumieć po tych ukradkowych i niekiedy wylewnych gestach - to rozwieje wątpliwości. - Ja to się czuję jakbym spadł z pikującej miotły. - wzdrygnął się na myśl o lataniu i odrywaniu stóp od ziemi. - Mieszasz, Fergus. Nie odpowiadasz na żadne pytanie ale trzymasz moją rękę. To dosyć paradoksalne bodźce. - korzystając z lekkiego uścisku przysunął ich dłonie bliżej siebie. Nie zastanawiając się długo uniósł wierzch jego dłoni do swoich ust, muskając je oddechem i ciepłym pocałunkiem złożonym na palcach. To koiło załamanie nerwowe, które od niedawna go zżerało. - Poddajesz się, Olivander? - zapytał, próbując go prowokować. Rozplótł ich palce i podniósł się do pionu, stojąc tuż obok niego. Zrobił to dosyć szybko i niespodziewanie, co jego samego również zszokowało. - Wstań i mi odpowiedz bo jeśli wyjdę stąd bez tej wiedzy to gwarantuję, będę tymczasowo niepoczytalny. - mówił pół żartem pół serio. Wyciągał do niego rękę aby pomóc mu wstać. Patrzył wyczekująco. Nie mógł mu dać czasu na zastanowienie. Albo wóz albo przewóz, nie ma niczego pomiędzy. Chce być z nim albo nie chce. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Fergus Ollivander - 15.01.2023 - To nawet nie byłby najdziwniejszy temat na rozmowę - zapewnił, wzruszając ramionami, ale ostatecznie odpuścił. Skoro Castiel nie chciał tego drążyć, nie zamierzał go zmuszać. Tracili zdolność do rozmowy - tak przynajmniej odczuwał to napięcie, którym było naelektryzowane powietrze. Jeden nieprzemyślany ruch i zostanie porażony, może wręcz sparaliżowany. Czy mogli przerwać już teraz? Mógłby stąd wyjść i wrócić za jakiś czas, kiedy Castiel odejdzie. Nie musieliby kontynuować tej rozmowy, z której wyniknęło jedynie to, że nie ufali sobie nawzajem i szukali winy w tym drugim. Chwilowy zastój nerwowości nie wykluczał jej nawrotu. Pogubili się, pozwolili porwać namiętności, która doprowadzała wszystko do ruiny. Od żądzy blisko do nienawiści, prawda? Uczucie niechęci rozkładało się w Fergusie jak plaga pożerająca wszystko na swojej drodze. Jakby czarna magia wciąż płynęła w jego żyłach, wżerając się w każdą komórkę jego ciała. Był wkurwiony, nastrój ten nasilały nienakarmione nałogi, które nie pozwalały o sobie zapomnieć. Nie mogły ustawić się w kolejce, gdy jeden z nich - Castiel - miał zostać zaspokojony, zaczęły odzywać się kolejne. Odpychał je w tył głowy, skupiając się na nim, ale prawdą było, że uzależnił się od uczucia euforii, które go przy Flincie ogarniało. Konflikt mu tego nie zapewniał, to tak jakby whisky smakowała mydlinami. - Zatem widzimy to zupełnie inaczej - odparł uśmiechając się cierpko. Każdy z nich miał swoją rację, a starcie dwóch równie upartych charakterów nie wróżyło łatwego porozumienia. Jedyną opcją, jaka im pozostawała, było odpuszczenie i tego tematu. A Fergus w ostatnim czasie przekonał się, że poddanie się przyszłoby mu z niepokojącą łatwością. Jak wtedy, gdy wszyscy o niego walczyli, a on skłaniał się w kierunku zakończenie tego wszystkiego i ukrócenia swojego cierpienia. Tylko że nikt o tym nie wiedział, nikomu nie powiedział. Niewiele się wtedy odzywał, jedynie wyjąc z bólu. I tak by go zresztą nie posłuchali - lepiej dla niego, bo gdyby był jakimkolwiek autorytetem, skończyłby bez ręki. Lub martwy, a choć to skończyłoby jego problemy, nie pomyślał nawet, jak wielu kłopotów przysporzyłoby Castielowi. A wystarczająco mocno rozbabrał mu życie. Mówiąc mu o sprzecznych bodźcach, zmuszał go do odezwania się, a Fergus nie był na to przygotowany. To, jakie słowa mógł wypowiedzieć, napawało go strachem. Jeśli zacznie mówić, może z tego wyjść coś naprawdę nieoczywistego. Zacznie się mieszać, jąkać, a może wręcz przeciwnie, znów powróci do krzyku? Nie wiedział. Castiel nakazał mu wyjść z jego własnej strefy komfortu. Gdyby tylko znajdował się pół metra dalej, pewnie byłoby to o wiele łatwiejsze. Dotyk ust na skórze mącił mu w głowie jeszcze bardziej. Walka między tym, co uważał w tej sytuacji za słuszne, a tym, czego tak naprawdę pragnął. To zaszło za daleko, myślał, że to będzie jedynie zabawa, przyjemny sposób na spędzenie czasu. Oderwanie od rzeczywistości, która go przerastała. Ale ich mała tajemnica zaczęła przekradać się do tego „prawdziwego” świata. Wsunęła się przez szparę w drzwiach, wydostała ze skrzętnie zamkniętej szkatuły. Którą zresztą Fergus otworzył. - A powinienem się poddać? - zdziwił się, podając mu dłoń i pozwalając pociągnąć w górę. Gwałtowny wysiłek sprawił, że znów zrobiło mu się ciemno przed oczami, więc nie puszczał ręki Castiela, szukając w tym uścisku stabilności, nie tylko fizycznej zresztą. Jesli Flint twierdził, że mógł skończyć niepoczytalny, co zatem działo się z nim, skoro już teraz czuł się zmieszany z powodu tego wszystkiego, co kłębiło się w jego głowie. Nigdy się nie nauczył, jak wyrażać uczucia słowami, ale właśnie tego od niego oczekiwano. - Chcesz szczerości? - upewnił się, puszczając go i patrząc mu w oczy, jakby mógł w nich znaleźć odpowiedź na wszystko, co szargało jego nerwy. Mógłby w nich pływać, nawet jeśli by utonął. Nie potrafił oderwać wzroku od jego spojrzenia, zamierając na moment, jakby transmutowało go w kamienną rzeźbę. Czy marmur mógł się rozsypać od zaledwie jednego uderzenia? Pewnie tak, jeśli był odpowiednio przeżarty czasem. Wciąż ciągnęło go do Castiela, pomimo ich starcia i tego, że obwiniali się nawzajem o całe zło, które dotknęło ich obu. Tylko czy sama cielesność uczucia była wystarczająca? - Przeraża mnie to, Cas - zaczął, odsuwając się od niego, bo czuł się zbyt rozproszony, by zdania miały ułożyć się w jakikolwiek głębszy sens. - Boję się, do czego to doprowadziło. Wszystko wokół zdaje się wręcz krzyczeć, że powinniśmy odpuścić! - Nieświadomie zaczął chodzić w tę i z powrotem, szukając też jakiegoś zajęcia dla dłoni. Zginał palce, przeczesywał skołtunione włosy. Wszystko, byle na niego nie patrzeć. - Nie potrafię tego zrobić. Powiedziałem ci, że nie będę potrafił dać ci spokoju. I taka jest prawda. Nie wiem, co do ciebie czuję. Zatrzymał się, wciąż obawiając spotkać jego wzrok. Gdyby w tym momencie wyszedł, wszystko by zaprzepaścił. Fergus nie skończył jeszcze tego, co chciał mu przekazać. Nie potrafił tego ubrać w słowa, przytłaczało go to. Musiał na chwilę zwolnić, zastanawiając się, ale nie miał na to czasu. - Co rozumiesz przez to, że jesteś zakochany? Bo jeśli to, że nie mogę przestać o tobie myśleć. Że czekałem, aż przejdziesz przez te durne drzwi oddziału ratunkowego, a kiedy tego nie zrobiłeś, bolało bardziej niż ugryzienie. Że nie mogę się skupić, kiedy na ciebie patrzę i że tęsknię za twoim uśmiechem… to ja chyba w tobie też. Kurwa, czemu to było tak trudne? Wszyscy zawsze powtarzali, że miłość to najwspanialsze uczucie na świecie. Nikt nie wspominał o bólu, cierpieniu i szczerości, której wymagało. Wszystko miało się ułożyć? Samo się nie dokona, trzeba było na to zapracować. A to wymagało też zastanowienia, czy w ogóle warto. Gdyby stracił teraz Castiela, to tak jakby coś rozerwało mu duszę na pół. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Castiel Flint - 15.01.2023 Jeszcze na wielu płaszczyznach mieli się poróżnić. Nie było to nic złego, to pokazywało, że pomimo dzielących ich różnic potrafią stworzyć coś co ich obu uszczęśliwia. Teraz przechodzili solidny kryzys choć było zdecydowanie za wcześnie na testowanie ich związku. Ledwie się zaczęło, ledwo dotarli do drugiego pocałunku a już musieli sprawdzać czy przetrwają. Pospieszne zaangażowanie i wspólne wpadanie w kłopoty może ich zbliżyć. Sęk w tym, że nie znali się na tyle mocno aby ich relacja została dostatecznie wzmocniona. Musieli na to zapracować i ratować to, co się właśnie sypało. Przede wszystkim obaj musieli mieć pewność, że nie kieruje nimi zwykłe pożądanie. Ze swojej strony był pewien, że ciągnie go nie tylko fizycznie ale i idealnie wpasowuje się w jego pragnienia emocjonalne. Dotyk jego dłoni, ciepłe spojrzenie koiło ból. Jego krzyk i złość łamało serce. Czy gdyby tylko chciał się z nim przespać to przejmowałby się tak bardzo jego samopoczuciem? Powinien być bardziej empatyczny i nie wylewać na niego oskarżeń. Nie tutaj, nie kiedy wciąż był słaby. - Znów nie odpowiadasz mi na pytanie. Nie mogę ci powiedzieć czy masz się poddać bo to twoja decyzja. - przytrzymał jego dłoń mocno widząc po twarzy, że lekko musiało zakręcić mu się w głowie. Gdyby nie świadomość, że są w dostępnym dla innych miejscu być może utrudniłby mu udzielanie odpowiedzi poprzez zmniejszenie bliskości. - Tak, chcę. - odpowiadał podobnym spojrzeniem choć nie przychodziło mu to łatwo. Obserwował brąz jego tęczówek, zachowanie źrenicy, mikroskopijne ruchy brwi. Nie pospieszał go więcej tylko trwał, czując na palcach resztki ciepła po dotyku jego dłoni. - Tak, wiem. Też to widzę. - czyż kilka chwil temu nie wspominał, że wszystkie znaki na niebie i ziemi próbują dać im do zrozumienia, że ich zażyła relacja nie ma prawa istnieć? Będą skończeni jeśli ich rodziny odkryją tak nieakceptowalne preferencje. To hańba, którą zmaże tylko ustawione małżeństwo z płcią przeciwną. Mogli siebie wzajemnie jeszcze bardziej unieszczęśliwić gdyby wyszło na jaw co do siebie czują. Mimo wszystko rozważali czy warto ryzykować i pozwolić sobie żyć w zakochaniu, czy chcą być wolni. To trudna decyzja bo jednak na szali stało wiele do stracenia. Nie dziwił mu się, że jest przerażony. Strach zaglądał i jemu do oczu na równi z pragnieniem dotknięcia jego czerwonego policzka i wywołania na jego ustach uśmiechu. - Więc nie dawaj mi spokoju. - zastygł odkrywając, że Fergus nie wie co do niego czuje. To komplikowało sytuację. Dzielnie powstrzymał drgającą pod skórą panikę i słuchał go do końca. Dobrze, że nie przerywał. Usłyszenie takiego wyznania wywołało w nim falę trudnej do powstrzymania ekscytacji, która aż wylewała się z jego oczu. Czuł ciężar tego wyznania na barkach i o zgrozo, podobało mu się to. Chciał się cieszyć, całować go, obejmować, tworzyć miłe wspomnienia - tak dużo aby wymazać gorycz dzisiejszej kłótni. Ponownie zmniejszył dystans i podszedł do niego, sięgając dłonią do jego biodra. Przysunął ich do siebie, objął go, wsuwając dłoń w poplątane włosy, ogrzewał się gorącą skórą jego karku. Wdychał zapach zmącony gryzącym aromatem eliksirów i płynu do dezynfekcji. - Mniej więcej miałem to na myśli. - odparł z opóźnieniem, pozwalając im na bliskość przez całe dwie minuty. Dźwięki dobiegające z korytarza zmuszały go do zrobienia pół kroku w tył. Czuł niedosyt, cholerny niedosyt lecz nie mogli czuć się swobodnie. Schował ręce do kieszeni spodni. - Potrzebuję twojej buntowniczej natury, Fergus. To mi przypomina, że mogę być wolny. Dlatego jestem w stanie zaryzykować choć cena może być wysoka. - przeniósł wzrok na jego dłonie. Całe życie był posłusznym synem i ułożonym bratem traktującym poważnie zalecenia rodzinne. Poznał Sophie, która dla wolności uciekła z domu i najwyraźniej było jej z tym dobrze. Chciała żyć na własny rachunek. Teraz i Castiel tego pragnął. Nie chciał wracać do sztywnych ram wychowania i znudzenia rutyną skoro zasmakował już chaosu tworzonego przez Fergusa. Owszem, żywił wobec niego żal lecz nie znaczyło to, że go nienawidzi. Uprzedzał go przecież, że nie jest definicją spokoju. Mogą to przetrwać ale... razem. Osobno nie da sobie rady. - Nigdy nie będzie już tak jak kiedyś. Nigdy nie wrócimy do punktu wyjściowego gdzie nie było między nami pocałunku. Obaj będziemy to pamiętać do końca życia i nie wiem jak ty, ale ja nie chcę żałować, że zrezygnowałem na samym początku. Chcę sprawdzić jak daleko możemy dojść... - podniósł na niego spojrzenie, tym razem już go o nic nie oskarżał. - Może pomimo tego całego bagna uda nam się być szczęśliwym...? Jak sądzisz? - czy była nadzieja, że choć trochę im się uda? Musieli sprawdzić ale jeśli się rozstaną to będą do końca życia zastanawiać się czy warto było z siebie rezygnować. - Jeśli tylko więcej nie będziesz przy mnie umierać jestem w stanie obiecać, że nie będę narzekał jeśli nie będziesz chciał dać mi spokoju. - dodał jeszcze pospiesznie i pierwszy raz od tygodnia uśmiech lekko ozdobił jego usta. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Fergus Ollivander - 15.01.2023 Ten kryzys miał się później odbijać Fergusowi czkawką. Wrzucił całą tę relację do morza i patrzył, jak tonie, licząc na to, że samoistnie wypłynie na powierzchnię, bo on sam nie potrafił nic z tym zrobić. Dawno nie był tak skołowany. Wspomnienia o niedawnym wypadku zacierały mu się w głowie, nie miał pojęcia, co działo się z Castielem, dopóki się tutaj nie pojawił, ani do czego to wszystko doprowadzi. Niepewność przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, a wszystko to skupiało się wokół jednej osoby. Kręcił się po orbicie wokół Flinta, zatracając poczucie własnej niezależności. Artefakt namieszał mu w głowie nie tylko wtedy, gdy odnalazł jego słabość. Efekty jego działania wciąż w nim pozostawały, wprowadzając niepewność w każdej chwili, w której chciał kierować się instynktem. Jak gdyby chciał zabić te impulsy, które składały się na całość tego, jaki Fergus był. Musiał wrócić do siebie, do stanu sprzed kataklizmu w gabinecie Castiela, a żeby tak się stało, potrzebował dokładnego określenia, na czym stał. Niewiedza była najgorszą przypadłością, jaka go spotykała już od dzieciństwa. Jak widać, miał rację, twierdząc kiedyś, że odkryje coś, co mogło go przerazić. Tym faktem najwyraźniej było to, że Flint był w stanie w jakiś sposób mu wybaczyć. A Fergus znał siebie, wiedział, że brak precyzyjnie zarysowanych granic go nie powstrzyma. I chociaż się starał, porywczość wygrywała dość często nad rozsądkiem. Gdyby tak nie było, nigdy nie pocałowałby Castiela, pomimo braku jakiejkolwiek wizji na jego reakcję. Skoro bał się, że mógł go skrzywdzić jeszcze bardziej swoim nieokiełznanym zachowaniem, oznaczało to, że zależało mu bardziej, niż mógł się tego po sobie spodziewać. Przepadł dość gwałtownie, za szybko, widząc zainteresowanie płynące z drugiej strony. Skoro poszło tak łatwo, oczywistym było, że w końcu coś się zepsuje. Tak działała karma, za dobre wspomnienia trzeba płacić koszmarami. - Ale nie potrafię podjąć jej sam - przyznał mu całkiem szczerze. Ułatwiłoby mu, gdyby potrafił wyczytać cokolwiek z twarzy Casa. Ale sam to wszystko zaczął i nie mógł odpuścić, choć naprawdę to jedyna bezpieczna dla nich opcja. Jakakolwiek przerwa nie wchodziła w rachubę, bo długo by na niej nie przetrwał. Jedynie rozstanie odstraszyłoby go na dobre, jednak tej opcji nawet nie zamierzał rozważać. Może przez chwilę przeszła mu przez myśl, kiedy na siebie krzyczeli, ale gdy emocje opadły… Wygadał się, nawet aż za bardzo. Kiedy słowa odbijały się echem od pustych ścian, dopiero docierało do niego ich znaczenie. We własnym umyśle się wahał, ale na głos okazywało się, że rzeczywiście coś do Castiela czuł i uczucie to bez problemu dało się nazwać. Zakochanie. Wtulił się w niego, opierając głowę na ramieniu Flinta i czując, że drży. Ogarnął go znajomy zapach, który przez moment przypomniał mu o szkatułce, ale przecież to był Castiel. Tylko Castiel. Żadne czarnomagiczne moce, które chciałyby go zabić. Napięcie opadało i miał ochotę się rozpłakać, gdy stali tak blisko siebie i czuł dłoń blondyna wplątaną w jego włosy. Nie mógł jednak tego zrobić, uczono go, by nie okazywał takiej dziewczęcej słabości. I chociaż nie wpisywał się we wzorce prawidłowych zachowań, uraza w głowie pozostała. Znów instynktownie przygryzł usta, niemalże do krwi, by powstrzymać niepożądane emocje. I byłby tak trwał, gdyby nie hałas dochodzący z korytarza, który sprawił, że poderwał głowę w kierunku drzwi, podczas gdy Castiel się od niego odsunął. Ogarnęło go przejmujące uczucie zimna i nie wiedział już, czy spróbować go ponownie przytulić, czy sięgnąć po koc, który został na podłodze. Odpowiedź znalazł w geście mężczyzny, gdy ten wcisnął dłonie do kieszeni, więc schylił się po okrycie i narzucił je sobie na plecy, szukając nowego, mniej satysfakcjonującego źródła ciepła. - Co to za wolność, kiedy musisz się ukrywać? - jęknął, znów mimochodem spoglądając w kierunku drzwi. Jaki był z niego buntownik? Od kilku dni karmił się jedynie strachem i to nie dawało mu spokoju. Objął się ramionami, ciągnąc koc, by lepiej go oplatał. Wyglądał przy tym jak chodzące nieszczęście z kołtunami i kosmykami opadającymi mu na twarz. - Żeby wrócić do tego, co było wcześniej, potrzebowałbym amnezjatora - mruknął, niechętnie o tym wspominając. Nie chciał wymazania pamięci, utraty tych wspomnień i uczuć, nawet jeśli w pewnym momencie miałyby mu się kojarzyć z bólem. Składały się na jego osobowość, na to kim był. Sprawiały, że w jego życiu zapanował jeszcze większy chaos, a tym się właśnie kierował. Zamętem. - Nie mam zamiaru z ciebie rezygnować, Cas - wtrącił mu w pół słowa, wciąż oplatając się narzutą i uśmiechnął się do niego lekko. Żeby tylko pocałunku. Ale nie powiedział tego na głos, czując, że jego twarz uderza kolejna fala ciepła. - Czym jest szczęście? - zaśmiał się, nie rozumiejąc swojego melancholijnego nastroju. Chyba eliksiry, które zażywał przez ostatnie dni, namieszały mu w głowie. Ulga mieszała się wciąż ze strachem, radość z niepokojem. Przestąpił krok do przodu i znów oparł głowę na ramieniu Castiela, stojąc tak przed nim opleciony kocem i nie wiedząc, co począć. Potrzebował tej bliskości bardziej niż powietrza. - Skąd mam wiedzieć, czy jeśli stąd wyjdę, nie zaatakuje mnie gigantyczna meduza pragnąca podbić cały świat i dzierżąca w swojej macce miecz? - spytał, nagle przypominając sobie wizję inteligentnego parzydełkowca, którą wymyślił podczas spaceru z Reginą. W porównaniu z tą straszną szkatułką zdawała się ledwie zabawą dla małych dzieci. - Dziękuję, że tu jesteś - dodał w końcu, bardzo cicho, bo glos tłumiła bliskość jego ust względem ciała Castiela. Wysunął ramiona spod koca, oplatajac nimi mężczyznę, tak że obaj znaleźli się częściowo pod nakryciem. W dupie miał to, że mógł tu wejść jakiś uzdrowiciel. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Castiel Flint - 15.01.2023 - Nikt nie może jej za ciebie podjąć. Nie będzie nam łatwo ale o tym wiedzieliśmy od samego początku. - to było wpisane w fundamenty ich relacji. Nie mieli innego scenariusza niż wieczne ukrywanie swoich preferencji. Widział po jego postawie, że to go męczy a są wszak dopiero na samym początku drogi. Jeśli zdecydują się ruszyć razem to tak, będzie ciężko. Czuł w kościach, że może mu się udać. Wiedział już jakich błędów unikać i Merlin mu świadkiem, nigdy w życiu nie zapomni już narzucić na Fergusa zaklęcia ochronnego. Poćwiczy jeśli tylko kupi różdżkę. Wyrobi w sobie odruch zasłaniania go niewidzialną powłoką odpychającą działanie zaklęć. Oczywiście nie będzie mile widziany w jego towarzystwie lecz gotów był to zignorować i pomimo wymownych spojrzeć pokazywać się w jego okolicy regularnie. Niech się inni przyzwyczajają, że pomimo sytuacji z gabinetu będą się przyjaźnić… bardziej niż dotychczas. - Nic na to nie poradzę.- odparł smutno. Nie wiedział co na to powiedzieć. Świat nie akceptował odmienności, zwłaszcza w kręgach czystokrwistych. Nie miał sił ponownie myśleć o konsekwencjach swojego postępowania. Cokolwiek zrobi - ktoś będzie skrzywdzony. Nie było bezbolesnego wyjścia bo choć ich relacja była świeża to po pierwszym pocałunku pobiegła za daleko. Nie ma odwrotu. Mogą udawać i zapomnieć ale unieszczęśliwianie się odbije się czkawką na ich osobowości. Nabrał już pewności, że Fergus go potrzebuje. On jego równie mocno. Sytuacja w gabinecie była trudna do rozpracowania ale przecież mu wybaczy. Tak naprawdę nie mógł obwiniać nikogo poza sobą. Potrzeba czasu aż przyzna na głos przed jego obliczem, że był jedynie niewinną ofiarą i nie miał w sobie winy. Wybuchł emocjami bo sobie nie radził z sumieniem i notorycznym wytykaniem błędu. - Nie gadaj głupot. Nie chcemy amnezjatora.- przesunął dłonią po jego ramieniu zakrytym kocem. Gdyby mógł to położyliby się razem i zasnęli na całą noc, obok siebie, żeby mieć podobne sny. Uśmiechnął się nieco dłużej gdy zapewnił, że nie chciał z niego zrezygnować. - To jest odpowiedź na którą czekałem.- mówił, że nie umie podjąć decyzji a właśnie to na wpół świadomie zrobił, obiecując, że go nie porzuci i tak jak on, nie posłucha rozsądku. Ponownie go objął choć był po części spięty, że bliskość ta jest w miejscu nie do końca wskazanym. Zgarnął skołtunioną grzywkę z jego czoła i ucałował je czule. - Brzmi niepokojąco. Może się położysz? - zmartwił się opisem niemożliwej przygody i przypisał to zmęczeniu. Nie zaśmiał się bo odebrał to za objaw osłabienia. Wystarczająco mocno go męczył, niejako zmuszając do konfrontacji. Żałował, że się na niego wydarł. Było mu z tego wstyd. Podrapał go po plecach gdy osłonił ich kocem. - Przepraszam, że na ciebie krzyczałem. Połóż się, posiedzę obok. A gdy już stąd wyjdziesz… - odsunął się lekko kładąc dłoń na jego policzku. ... to zapraszam cię na jacht. Zróbmy sobie randkę. Zamówię te obiecane pączki, wypłyniemy daleko od lądu żebyśmy byli sami. Zero magicznych przedmiotów i eliksirów miłości.- nachylił się do jego ucha z szeptem. - Zastąpię ten koc.- obiecał bardzo cicho i obrócił Fergusa plecami do siebie, prowadząc go z powrotem do łóżka i pilnując aby wpakował się pod pościel. Przysiadł na brzegu łóżka i położył dłoń na jego udzie, ot przypadkiem. - Poczekam aż zaśniesz.- obiecał cicho i zamierzał dotrzymać słowa. RE: Kwiecień 1972 | Castiel & Fergus - Fergus Ollivander - 17.01.2023 Frustrował się, gdy ktoś wymagał od niego wysiłku, choć sam często przekraczał granice komfortu innych ludzi. Ukrywanie się go przerastało i czuł w kościach, że w końcu się złamie, nawet jeśli dokona tego całkiem przypadkowo. Kłamstwo miało krótkie nogi i choć był w nim specjalistą, nie potrafił ukrywać swoich uczuć. Jeśli ktoś przyjrzał mu się dostatecznie dobrze, mógł dostrzec zmarszczkę między brwiami, gdy się złościł, drganie kącika ust, gdy próbował stłumić śmiech. Bywały jednak emocje, których nie mógł zatuszować, choćby się starał. Gdy się bal, drżały mu dłonie, gdy się wściekał, unosił mu się głos. Kiedy patrzył na Castiela, zwłaszcza teraz, gdy przestał się złościć, pozbycie się rozmarzonego spojrzenia było wręcz niemożliwe. Świat był przeciwko nim od samego początku. Może więc jedynym wyjściem było spalić go w cholerę? - A chociaż myślodsiewnię? - zapytał z nadzieją, myśląc o tym, czy z jej pomocą nie dałoby się pozbyć niektórych wspomnień na stałe. Tego bólu, strachu o własne życie i inną osobę. Był świadomy tego, że będzie miało to ogromny wpływ nie tylko na jego własną osobę, ale również na postrzeganie Castiela. Będą musieli nauczyć się ufać sobie na nowo. - Naprawdę? - dopytał, wyraźnie zaskoczony. Najwyraźniej podświadomość sama podsuwała mu odpowiedzi na to, czego potrzebował. Wydawało się to zbyt proste, ale w gruncie rzeczy było jak z rzutem monety: uświadamiasz sobie, którego rozwiązania pragnąłeś w chwili, gdy wypadnie to drugie. - Musisz się przyzwyczaić, to nie są najgłupsze z moich pomysłów - zażartował, chociaż Castiel mógł się już raczej przekonać, że Fergus był niespełna rozumu. Zwłaszcza w chwilach stresu czy przemęczenia. Nic dziwnego, że w lesie powstała historia meduzy podbijającej świat, skoro wcześniej walczyli z upierdliwymi stworzeniami, a później natrafili na kości jednorożca. Jakoś musiał sobie radzić z niepokojem spływającym mu zimnym potem po karku. - Masz jacht, a kazałeś mi wiosłować? - jęknął z wyrzutem, wspominając palenie w mięśniach na następny dzień, gdy próbował otrząsnąć się po tamtych wydarzeniach i wysiłku. W żołądku obudziło mu się stado chochlików na myśl, że Castiel proponował mu randkę. Ale że taką prawdziwą, jak w tych durnych pismach dla czarownic, które czytał dla zabicia nudy? Pozwolił się zaprowadzić do łóżka, choć niezbyt chętnie, bo gdy Castiel się od niego odsunął, zrobiło mu się na powrót nieprzyjemnie chłodno. Nie podobało mu się w tym szpitalu, chciał już wrócić do domu, a musiał spędzić tu jeszcze trochę czasu, tłumacząc się przyjaciołom i spowiadając uzdrowicielem. Jedna z medyczek aż nazbyt go przerażała swoją starannością i nieskalanym wyglądem. Zaczynał się przy niej wstydzić swojego niechlujstwa. - Ale że tutaj? - zapytał w końcu, zaskoczony wizją zastąpienia koca. Chyba był już nazbyt wycieńczony, bo majaczył. Oczywiste, że nie położy się z nim w szpitalnej sali, to wręcz logiczne. - Zdajesz sobie sprawę, że nie zasnę, jak będziesz się na mnie gapił? - zauważył, ale przeciągające się ziewnięcie wyraźnie temu przeczyło. Koniec sesji
|