![]() |
|
[Litha 1972] Krąg ognisk - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Stonehenge (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=149) +---- Wątek: [Litha 1972] Krąg ognisk (/showthread.php?tid=2316) |
RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Heather Wood - 05.12.2023 Zawiesiła na Effie spojrzenie nieco dłużej niż powinna. Będzie musiała pamiętać o tym, że zainteresowała się ona jakimś typem spod ciemnej gwiazdy, gdyby tylko wiedziała, że był to Billy... to bardzo szybko by jej powiedziała, że to zły pomysł. Znaczy był całkiem uroczy, miło było spędzać z nim czas w szkole, tylko dosyć szybko się przywiązywał. Na samą myśl o tym, że oświadczył jej się jeszcze w szkole dostawała mdłości. Zdecydowanie nie była na to wtedy gotowa. - Jakby coś, to daj znać, gdybyś potrzebowała wsparcia. - Jakiegokolwiek. Wiedziała, że serce nie sługa i czasem nie dało się inaczej. Chciała mieć pewność, że Eff przyjdzie do niej ze wszystkim, co będzie ją męczyło. - Chłodna niczym lód, cała ja. - Rzadko kiedy była taka zdystansowana, jednak nie umiała w tej sytuacji zareagować inaczej. Obudziły się w niej wspomnienia z tego czasu, kiedy przepadł, gdy zastanawiała się, co u niego słychać, czy żyje, czy ma się dobrze, czy nie biega gdzieś po lesie i morduje ludzi. Wiele miała baw związanych ze zniknięciem Charlesa. Nigdy jednak się nie odezwał, nie opowiedział, co u niego słychać, jakby ich przyjaźń wcale nie istniała. Najwyraźniej bolało ją to nadal, czego nie zamierzała ukrywać. - Czy to jakaś sugestia na temat tego, że przytyłam? - Może nie latała już teraz tyle, co kiedyś, jednak nadal sporo czasu spędzała dbając o formę. Spędziła ten miesiąc po Beltane w domu, jednak nie wydawało jej się, żeby to było po niej widać, a teraz ten zasugerował, że może spodziewać się dziecka. Ukłuło to w jej dumę. Wtedy pojawił się obok nich mężczyzna. Wood go nie znała, najwyraźniej był jakimś znajomym jej przyjaciółki. - Heather Wood. - Rzuciła jedynie w powietrzu, chociaż pewnie nie było to potrzebne, większość czarodziejów kojarzyła jej twarz, zapracowała sobie przez te ostatnie kilka lat na sławę. Spojrzała na Charlesa i wzruszyła bezradnie ramionami, najwyraźniej się spóźnił i został tutaj sam bez żadnej panny, co za niefart, nie, żeby jej to nawet trochę nie bawiło. Zasłużył sobie, ba, zdaniem Rudej zasłużył sobie na całe zło tego świata, a wszystko przez to, że się do niej nie odezwał. Cameron zaczął komplementowanie Fletchera, co nieco zdziwiło Rudą. Przyglądała się mu bardzo uważnie, aż do niej dotarło, co siedziało teraz w jego głowie. Pomylił go z ich Charliem. Nie chciała mu przerywać, żeby nie wyglądało to głupio, miała jednak nadzieję, że szybko się połapie, że to nie jest Rookwood. Miała świadomość z czego to wynika, jednak tożsamość, którą stworzyła dla niego Brenna się nie zmieniła, póki co, a przynajmniej ona o tym nie wiedziała, więc na pewno tak nie było, bo Longbottom by jej szybko przekazała informacje. Co za kraksa. - Według gazet? - Powtórzyła jeszcze po Lupinie nieco zmieszana. Skoro tak stawiał sprawę... - Nie mamy żadnych dzieci, i nie będziemy mieć, przynajmniej nie w najbliższym czasie. - Postanowiła rozwiać ten temat raz na dobre, bo nie do końca podobało jej się do czego zmierza ta rozmowa. Zauważyła, że Lupin zaczyna się denerwować, więc złapała jego dłoń, żeby poczuł się pewniej. - Nie, to nie jest nasz Charlie. - Dobrze, że to do niego dotarło. Powiedziała to bardzo cicho, licząc na to, że nikt nie zauważy, że szepcze Cameronowi na ucho, bo przecież w towarzystwie nie wypadało. RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Hjalmar Nordgersim - 05.12.2023 Hjalmar w porównaniu do ojca, nie miał żadnych rozterek odnośnie do tego czy powinni pójść czy też nie. Odpowiedź była jedna i bardzo prosta - oczywiście, że tak. Przede wszystkim było to święto i grzech było nie wziąć w nim udziału. Po drugie była to wymówka, aby chociaż raz skończyć wcześniej pracę, wszak musieli zdążyć dotrzeć na samą Lithę, a jako, że nie odbywała się w Dolinie to mieli kawałek drogi. Młodszy z Nordgersimów zdecydował się na taką samą stylówkę co jego starszy. Przywdział koszulę kratę ale dla odmiany zieloną, co by się trochę od Dagura wyróżniać. Nie to, żeby byli całkowicie innego wzrostu, co samo w sobie było wystarczającym wskaźnikiem, który pozwalał zdecydować, który z nich to Hjalmar, a który to nie. Nie wziął także własnego rogu, wszak bał się, że może go zgubić. Nie wiedział ile alkoholu dzisiaj spożyją, a utrata takiego niemal artefaktu, nie była mu na rękę. Nie dziwił też się swojemu tacie - ten był po prostu monstrualny, a kufle z których oni korzystali, były śmiesznie małe... oczywiście dla niego. - Na brodę Merlina... Nie chcesz chyba dzisiaj podróżować jeszcze do Akranes? - spojrzał na ojca, bacznie mu się przyglądając przez moment. Staruszek był szalony - to było wiadome od zawsze - ale nigdy nie sądził, że aż tak - Jak jeden rok Cię nie będzie w świątyni to nic się nie stanie... - dodał z lekkim wzruszeniem ramion - Ale za to wianek na pewno sprawi, że w jakimś stopniu to sobie zrekompensujesz - zaśmiał się pod nosem. Już to widział jak ten trzymetrowy olbrzym paraduje w wianku z kwiatów. No coś wspaniałego - Skoro wymaga tego tradycja... To i ja się skuszę - przyznał, kiwając na zgodę kiedy Dagur wybierał swój szczęśliwy wianek. Dostrzegł w tłumie tych wszystkich osób kogoś znajomego - Chwila, poczekaj - klepnął starszego po ramieniu, przesuwając się kilka kroków do przodu, aby po chwili unieść dłoń, którą pomachał w kierunku dobrze znanej sobie kobiecie - Pandora! - zawołał, starając się zwrócić jej uwagę na siebie. Widząc, że jego działania przyniosły skutki, sięgnął po swój wianek. Hjalmar był bardzo ciekaw co mu się przytrafi, wszak Dagur trafił na paprotkę. To dopiero robiło z niego grecką muzę czy coś ten deseń... a może kolosa? !wianki RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Pan Losu - 05.12.2023 WerbenaGdy tylko purpurowe kwiaty werbeny znalazły się na twojej głowie, poczułeś wszechogarniające poczucie bezpieczeństwa. Jesteś przekonany, że tej nocy złe moce się ciebie nie imają; wypełnia cię radość i spoglądasz w przyszłość z przekonaniem, że wszystko jakoś się ułoży.
RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Leta Crouch - 05.12.2023 - A proszę cię bardzo, morduj – rzuciła, nieszczególnie przejęta groźbą, w zasadzie wcale – Tylko pamiętaj, że wtedy się ode mnie nie uwolnisz, bo chyba nie sądzisz, że zaznasz wtedy spokoju? – zakpiła. Właściwie to na dwoje babka wróżyła – wszak Leta nie mogła mieć pewności, iż faktycznie jej duch nie trafi do Limbo, tylko pozostanie tu, na ziemi, żeby gnębić Shafiqa. Szczegół, naprawdę szczegół, że istniały na to środki zaradcze. Ewentualnie zawsze mogła sprokurować jakąś podstępną klątwę… prawda? Godną wręcz faraonów, którzy rzekomo (a może jednak kryło się w tym coś więcej) uprzykrzali życie długo po własnej śmierci. A nawet nie tyle uprzykrzali, co całkiem odbierali. Ach, nie ma to jak przyjacielskie przekomarzanki w duchu wzajemnego zrozumienia, mhm… I może by nawet coś jeszcze wypaliła, paplala swoim zwyczajem, gdyby nie to, że ich trio właśnie się powiększyło. - Cześć, Danielle – zaświergotała, wyciągając dłoń w jej stronę – Również bardzo mi miło. I wiesz co? Masz całkowitą rację, o wiele lepiej wygląda z wiankiem na głowie – dodała z błyskiem w oku. Longbottom chyba właśnie zdobyła całkiem dużo punktów u Crouch, która to zaraz uniosła brwi – Psa? Jakiego psa? Ej, Cal, chwila, nie sądzę, żeby Nell uciekła... – zaoponowała, najwyraźniej nie wyłapując pewnej oczywistej oczywistości, ewentualnie udawała, że nie widzi? Nieświadoma, co ją zaraz czekało... RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Chester Rookwood - 06.12.2023 Postanawiając się przychylić do zdania kobiety, nie zamierzał oferować jej w tym momencie papierosa. W towarzystwie rozważnej kobiety zawsze przyjemniej się przebywało, niż w obecności kobiety będącej jej przeciwieństwem. Chester należał do osób, na których rozsądnie było nie wywierać jakichkolwiek nacisków czy wyrażać swojego niezadowolenia pod jego adresem. Po niedawnych zajściach naprawdę nie był w nastroju do spierania się z przypadkowymi ludźmi. — Rozsądnie. — Pochwalił takie podejście swojej towarzyszki, na której twarzy odmalowało się szczere zaskoczenie za sprawą przekazanej jej szczerej informacji. — Nie ma pani za co przepraszać. To pierwsze skojarzenie. — Nie dostrzegał powodu do tego, aby go przepraszać. Łatwo było ulec takiemu złudzeniu podczas spoglądania na mężczyznę z małymi dziećmi. Kobieta nie wchodziła z butami w jego życie i nie zapytała w pierwszej kolejności o jego żonę, która nie mogła mu towarzyszyć w tym dniu z tego odeszła z tego świata dziesięć lat temu. Do nadejścia rodziców chłopców powinien wytrzymać bez sięgnięcia po papierosa. Oby tylko nie kazali mu długo na to czekać. Chester zdołał przekonać się na własnej skórze, że rozdawane przez Mirabellę Abott wianki posiadają magiczne właściwości. Potrafiły wpływać na postrzeganie rzeczywistości i na odczuwane emocje, zaburzając trzeźwość osądu. Doglądanie wnuków pochłaniało większość jego uwagi. Nie uważał aby swobodna rozmowa z kimkolwiek kolidowała z tym, dopóki nie zatraci się w niej do końca i nie straci z oczu chłopców. Ostatnie czego potrzebował to ich zniknięcie, szukanie ich po całym Stonehenge i angażowanie do tego Brygadzistów. Ta, którą właśnie prowadził z Camille, wydawała mu się... przyjemna. To nie tak, że z powodu swojego zatracania się w czarnej magii i licznych morderstw, jakich dokonał, pozostawał niewrażliwy na piękno świata. Postrzegałby go jako znacznie piękniejszy, gdyby po tym padole nie chodziło pośród czystokrwistych czarodziejów tyle szlam, które powinny jedynie służyć tym pierwszym. Jeśli nie to powinni zostać wykończeni. Wszyscy świętujący tutaj ludzie zdawali się bawić tutaj w najlepsze, jakby dokonany przez niego i pozostałych popleczników Czarnego Pana atak podczas Beltane nie miał miejsca albo właśnie dlatego, że miał miejsce. — Z tego względu zdecydowałem się zabrać wnuki na ten sabat. — W wypowiedzianych przez niego słowach była jedynie część prawdy. Jego zamiary były głównie podyktowane poczuciem obowiązku, tym, że jako dziadek powinien spędzać czas z wnukami i w ten sposób mógł się wykazać. Dla nich to mogła być ostatnia taka Litha, gdyż świat czarodziejów już nigdy nie będzie taki sam. Z trudem wywalczony przez niego spokój nie trwał długo, gdyż jakiś mężczyzna postanowił ni stąd, ni zowąd pokropić wodą dotrzymującą mu towarzystwa kobietę. Pierwszą myślą, jaką miał, była ta, że nie potrafi wskazać do którego kowenu należy ten mężczyzna. O ile w ogóle do jakiegoś należał. Mógł być kapłanem w takowym. Drugą myślą była z kolei ta, czy Lazarusowi nie wymknął się jeden z pacjentów Lecznicy Dusz. W pierwszej chwili spojrzał na niego sceptycznie. Gdy się ośmielił zabrać głos i skłonił się przed Camille, odebrał to jako próbę narzucania się kobiecie i zarazem przeszkadzanie im w rozmowie. Posłane ku niemu ostrzegawcze spojrzenie nacechowane było bezwzględnością. Nie miał ochoty na kolejne spotkania z dziwnymi ludźmi, którzy rosili innych wodą. Wykonał krok w stronę tego człowieka, co w jakimś stopniu powinno ostudzić jego zapędy i powstrzymać go od zachowywania się w ten sposób. — Jeśli uważa pani, że ten odszczepieniec się pani narzuca, mogę nauczyć go moresu. — Zwrócił się do samej Camille, do której ten dziwak zagadnął jako jego pierwszy, tym samym przerywając im rozmowę. Przeszkadzanie innym w dyskusji nie należało do grzecznych. Nie podobało mu się też to, w jaki sposób ten mężczyzna na niego patrzył. Rozmówiłby się z nim na osobności. — W jednym jednak miał rację. Jest pani piękną kobietą. — Przyznał po tym, jak został tak specyficznie pożegnany przez oddalającego się mężczyznę, mruczącego pod nosem niezrozumiałe dla niego słowa. Wygłoszony przez niego komplement pozostawał szczery. Nie chciał aby został on uznany za przejaw impertynencji z jego strony. W przeciwieństwie do tamtego dziwadła nie chciał się narzucać kobiecie. Siedmiolatek i pięciolatek uśmiechnęli się szeroko do swojego wujka, gdy ten do nich podszedł. Chester przeniósł na niego spojrzenie, uśmiechając się delikatnie. — Camille, to mój brat Eryk. — Przedstawił swojej pięknej towarzyszce jednego ze swoich braci. RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Sebastian Macmillan - 06.12.2023 Nawet najmniejsza iskra wiary może zapoczątkować płomień, które ogrzeje cały naród. Sebastian szczerze wierzył w potęgę religii i powierzenie swych trosk i nadziei Matce. Nawet on sądził, że po poprzedniej wpadce, jaką był atak Śmierciożerców, kowen nie podniesie się zbyt szybko. Ba, wymieniając uprzejmości z paroma kapłankami w kwaterze głównej, miał czasem wrażenie, że Litha mogła zostać odwołana. Wytłumaczenia nie trzeba by było szukać daleko: chęć uszanowania pamięci ofiar, zadbanie o dodatkowe środki bezpieczeństwa, aby jesienne sabaty mogły odbyć się bez nieprzyjemnych niespodzianek. Wystarczyło tylko ubrać wymówkę w odpowiednie słowa. Tylko tyle by wystarczyło, aby rozgonić tłum i sprawić, aby wszyscy zapomnieli o zbiorowych obchodach.
A jednak władze kowenu miały inne zdanie. Litha nie tylko miała się odbyć, ale być świętowana z pompą. To jednak nie była zasługa kapłanów i kapłanek. Przynajmniej nie w pełni. Mogli sprzedawać wianki, tańczyć pośród ognisk i wznosić modły ku wielkim bóstwom, jednak bez udziału społeczności czarodziejów i czarownic nic z tego nie miałoby dużego sensu. A jednak ludzie się pojawiali. I to tłumnie. I to napawało Macmillana dumą. Skoro jedna decyzja mogła wywołać taki efekt, to jak mogłoby to wyglądać, gdyby udało im w pełni zadbać o bezpieczeństwo gości w nadchodzących miesiącach, współpracując ramię w ramię z Ministerstwem Magii. Nie licząc Longbottomówny, bo ta zawsze wyciągnie z kieszeni jakiegoś czarnoksiężnika albo opętańca, skomentował w myślach z kwaśną miną. W tej chwili nie pogardziłby jednak towarzystwem Brenny. Działała mu na nerwy, to prawda. Nie znosił tego, że rzucała się na łeb na szyję w morze kłopotów, a po wypłynięciu na powierzchnię, nawoływała do tego, aby i on zaczął się w nich taplać. Inna sprawa, że te problemy zazwyczaj były powiązane z funkcjami, które pełnili na co dzień w Ministerstwie Magii. A mimo to... Mimo to wolał, aby świergotała mu do ucha, niż słuchać tego pyszałkowatego Raphaela, który stał tuż obok niego i od blisko trzydziestu minut zagadywał bandę emerytowanych czarownic, chwaląc się wszystkimi swoimi przywilejami i obowiązkami. Sebastian wiedział naturalnie, że starszy stopnień kapłan rozkoszował się i popisywał swoim autorytetem. Musiał chyba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że z chwilą powrotu jeszcze wyższych rangą kapłanek kowenu utraci przewagę, którą w swoim pełnym arogancji mniemaniu posiadał. Ja bym na pewno z nimi nie dyskutował, pomyślał, poprawiając nieco napuszone niedawnym myciem włosy. Dzisiaj postanowił przywdziać szaty pomniejszego kapłana kowenu Whitecroft, a w dłoniach ściskał swój osobisty modlitewnik, z którego wystawała garść ruchomych zakładek z różnymi wizerunkami Matki. Miał nadzieję rozdać tego dnia przynajmniej połowę. Tu i ówdzie przemykały mu mniej lub bardziej znajome twarze. Niektóre kojarzył z pracy, inne z poprzednich sabatów, a jeszcze inne z prywatnego życia. Dawni znajomi, które co roku ściągali cały rodzinami na sabaty i nawet Śmierciożercy nie byli w stanie ich powstrzymać. Miał nawet wrażenie, że gdzieś w tłumie wręcz mignął mu Patrick Steward, jednak ten zjawił się równie szybko, jak i prędko zniknął z pola widzenia. Oczy Sebastiana mimowolnie skierowała się ku pobliskim ogniskom, gdzie tańczyły kapłanki. Każdy wyrażał uwielbienie Matki w inny sposób. Chociaż spektakl był niczego sobie, tak Macmillan nie mógł odwrócić wzroku od ognia. Nie mógł jednak stać z wykrzywioną głową w nieskończoność, toteż uniósł spojrzenie, a to skrzyżowało się ze wzrokiem innego mężczyzny. Sebastian wstrzymał na moment oddech, a jego mięśnie twarzy stężały, gdy zdał sobie sprawę, kto znajdował się zaledwie parę metrów dalej. Anielskie błogosławieństwo lub diabelskie przekleństwo. Alastor Moody we własnej osobie. Wpatrywał się w aurora przez dłuższą chwilę z nieukrywaną ciekawością, aż po chwili się uśmiechnął w jego stronę. Miał nadzieję, że tego nie zauważył. Dopiero poklepanie po ramieniu przez kapłana Raphaela sprawiło, że wydał z siebie ciche „hmm” i dołączył do arcynieciekawej rozmowy ze starszymi czarownicami. Ograniczał się jednak do afirmujących mruknięć i uprzejmych, dobrotliwych uśmiechów. Na lepsze towarzystwo raczej i tak nie miał co liczyć tego dnia. Lepiej się było cieszyć tym, co się ma Po prostu trzeba się uśmiechać i machać ręką. Uśmiechać i machać, a wszystko będzie w jak... najlepszym... porządku. !płomienie RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Pan Losu - 06.12.2023 Sebastian MacmillanKiedy zbliżasz się do ognia, płomienie nieco przygasają - tylko jeden wznosi się ku górze, rozjaśniając na końcu niewielkim punktem. Gwiazda. Ogarnia cię spokój, być może nawet lekkie ukłucie rozczarowania, gdy zdajesz sobie sprawę z tego, że w najbliższym czasie nie powinno wydarzyć się nic nadzwyczajnego.
RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Lucky Luke - 06.12.2023 - Chłodna niczym lód, cała ja. Zapamiętał ją jako tę temperamentną, wrzącą i swoją postawą udowadniała mu, że pomimo upływu lat w tej materii nie wiele się zmieniło. To było całkiem miłe odkrycie. Była cięta i niezadowolona. Wcale tego nie skrywała. Zabawnie kontrastowała z zachowaniem Effie. Chciał coś powiedzieć więcej by poruszyć złośliwie kilka napiętych strun. Przyszedł jednak mężczyzna. Jego gesty i poczynania były jednoznaczne. Cameron. Podniósł wyżej brwi słysząc komplement. - Dzięki? - rzucił nieco niepewny tego, czy powinien mimo wszystko kojarzyć człowieka ale jednak... nie, miał totalną pustkę. Uśmiechnął się jednak życzliwie. - Czytasz mi w myślach - kierowany niepokorą przyznał się do postawionego przez Heat zarzutu. Pomyślał jednak o tym dopiero teraz i w sumie od ostatniego razu kiedy ją widział na żywo to faktycznie przytyła. Nie żeby było to jednak coś złego. - A więc, jak piszą gazety - powtórzył entuzjastycznie po Cameronie. Oczywiście, że czuł iż atmosfera stała się nieco gęstsza więc on sam nie tracił na werwie i zachowywał się jak gdyby wcale nie był światkiem, że para przed nim poddaje w wątpliwość swój związek. A właściwie narzeczeństwo. Ugh... - Ach, rozumiem.... - nie było więc żadnych juniorów w drodze - ...jednak sam zauważyłeś, związki teraz szybko się rozwijają więc kto wie, może następnym razem jak się spotkamy będę mógł wysunąć swoją propozycję na ojca chrzestnego. Dzieciaki mnie uwielbiają - zwieńczył myśl pozytywnym akcentem zerkając to na Camerona, to na Heat. Robiąc dobra minę do złej gry przyglądał się Effie będącej zaobsorbowaną nowo wyłonionym z ziemi mężczyzną. - Najwyraźniej tak miało być, nie przejmuj się Eff - machnął niedbale ręką, jakby to nie było coś co mogło by go w jakiś sposób urazić - Nie będę wam piątym kołem. Bawcie się dobrze. Udanego świętowania. Fajnie było was zobaczyć dziewczyny po latach. Dla odmiany to ja się może odezwę. Do zobaczenia kiedyś - teatralnie zasalutował by zaraz potem odwrócić się i odejść. Jeżeli zostanie dłużej był niemal przekonany, że atmosfera stanie się jeszcze dziwniejsza, a on sam będzie odstawał jeszcze bardziej. Nie lubił tego uczucia wyobcowania. Czego jednak się spodziewał po tylu latach...? Westchnął zatrzymując się w środku tłumu. No nic, wychodzi na to, że trzeba się upić. Co zrobić. Uśmiechnął się do siebie w myślach wzruszając ramionami. Jak pomyślał, tak zamierzał zrobić. *
Nie zajęło mu długo znalezienie miejsca w którym mógłby się napić. W zasadzie jakiś czas temu był tu ze znajomymi i wychodziło na to, że jako jedyny w tym momencie wrócił do punktu zbiórki. Nie zniechęciło go to. Potrzebował sobie do czasu ich powrotu po prostu zwęszyć jakieś towarzystwo i w sumie, kto by pomyślał ale to też faktycznie zrobił! Stojąc w kolejce zmarszczył mimowolnie nos. Dziwna, przywodząca na myśl port mieszanka uchodziła z osoby przed nim. Przesunął spojrzeniem od dołu do góry by ostatecznie przekrzywić głowę o czterdzieści pięć stopni w bok. Blondynka nosząca skórę. Odważnie. Ciekawie. - Ponoć prawdziwego wilka morskiego przed wypłynięciem na szerokie wody nic nie jest w stanie odstraszyć. Co jednak takiego może go skusić by postawić stopę na stałym lądzie tak daleko od wody...? - zaczął mówić głośno, niby do siebie. Pytanie zakończyło się retorycznym pytaniem rzuconym w próżnię. Po chwili wychylił się do przodu na prawo by spojrzeć na profil Geraldine stojącej przed nim - Raczej nie piwo, a na pewno nie jedno... Co taka czarownica jak ty powie więc na dwa w odpowiednim towarzystwie? - posłał czarujący uśmiech niewątpliwie chcąc narzucić kobiecie swoje towarzystwo. Oczywiście patrzył z dołu zadzierając głowę. Był od niej niższy właściwie o co najmniej 3 cale. Naturalnie z powodu spektakularnej sylwetki i zapachu wziął ją za marynarza lub pirata. Nie było lepszego towarzystwa - wszyscy byli w końcu z natury wytwornymi alkoholikami. RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Bard Beedle - 06.12.2023 Camille uśmiechnęła się do Chestera, a jej rysy twarzy stały się trochę mniej napięte, bardziej miękkie i ciepłe. Było w tym coś rozczulającego, że tak troszczył się o rodzinę - ona tego nie doświadczyła, a przynajmniej nie w taki sposób. Oczywiście kochała swoich rodziców i rodzeństwo, lecz byli... Toksyczni. Nie bała się używać tego słowa. Gdyby nie starszy brat i siostra, to pewnie Camille nigdy nie mogłaby po ukończeniu Akademii wyjechać do Londynu. A tak jej rodzina miała dwójkę osób, które mogła pchnąć w zaaranżowane małżeństwa, a w razie czego była jeszcze jej młodsza siostra, która została we Francji. Tylko dzięki temu mogła rozpocząć staż, a potem pracę w Mungu. Rodzice zadbali o jej wygląd, o wykształcenie, o obycie... Ale czy zabraliby ją na sabat tylko dlatego, że jest tam pięknie, a oni chcą z nią spędzić czas? Wątpiła. Ich wspólne spędzanie czasu polegało na nieustannym kształceniu, wytykaniu kolejnych błędów w postawie i z pewnością nie pochwaliliby tego, że poszła na Lithe sama. Bo przecież nie godziło się przychodzić w takie miejsca w pojedynkę. Otworzyła usta i już chciała mu odpowiedzieć, gdy poczuła na twarzy coś mokrego. Drgnęła, zaskoczona, unosząc dłoń do twarzy. Spojrzała z niejakim zaskoczeniem na Jima, który obdarzył ją uśmiechem tak pięknym i niewinnym, a komplementem tak wyszukanym, że przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Patrzyła skonsternowana na mężczyznę, słuchała kolejnych wypowiadanych przez niego słów i już po chwili go nie było, ulotnił się jak sen nad ranem. Ale to nie był sen, wciąż czuła na twarzy wodę. Zmarszczyła nieco brwi, ostrożnie zbierając krople opuszkami palców, szczególnie z kącików oczu. Zerknęła, czy nie rozmazał jej makijażu - bo gdyby to zrobił, to z pewnością zmieniłby zdanie o Camille i z pięknego anioła zesłanego przez boga zmieniłaby się w prawdziwego anioła zemsty, który z delikatnością i dobrocią nie miał wiele wspólnego. Na jego szczęście nic takiego się nie stało, to nie był kubeł wody, a zaledwie kilka kropel. - Nie trzeba, nic się nie stało, a i nie wyrządził szkód - posłała Chesterowi nieco nerwowy uśmiech. Bo i owszem, pracowała w Mungu więc siłą rzeczy widziała różnych ludzi, lecz w zupełnie innym otoczeniu. Nie w otoczeniu śpiewów, gwaru, tłumu i świętowania. Ludzie pokroju Jima zwykle byli zapięci w pasy, unieruchomieni, i nie mogli oblewać wodą przypadkowych osób. Nierzadko też nie mogli mówić, zakneblowani - z tym, że z ich ust wydobywały się przekleństwa, nie słodkie słowa. Na kolejny komplement zareagowała już rumieńcem na policzkach i ucieczką wzrokiem gdzieś w bok. Oczywiście że była przyzwyczajona do komplementów, nie po to o siebie dbała, żeby płonić się jak nastolatka, lecz trzeba było przyznać, że sytuacja nieco zbiła ją z tropu, sprawiła że miast powłóczystego spojrzenia i uśmiechu po prostu skapitulowała, zawstydzona. Nie bez znaczenia był też wianek, który może i działał kojąco, ale i sprawiał, że odczuwała wszystkie emocje nieco inaczej, mocniej. Dodatkowo wszyscy kandydaci, którzy byli popychani w jej stronę przez rodzinę, zjawiali się w nieodpowiednim momencie. Albo wtedy, kiedy musiała się uczyć, albo gdy pracowała. Albo gdy po prostu chciała odpocząć i na ten dzień miała dość ludzi. Wtedy jednak przemawiała przez nią irytacja, bo bardzo nie lubiła, gdy ktoś jej się narzucał - zwłaszcza, gdy był kolejnym pionkiem na planszy szachów, ustawionych przez jej rodzinę. Nie pozwalali o sobie zapomnieć, bo przecież to wstyd, by kobieta prawie czterdziestoletnia, z dobrego domu, nie miała męża i co najmniej dwójki dzieci. Miała jednak wrażenie, że rodzina odpuściła, lecz po prostu zaznaczała teren i swoją pozycję przez te niespodziewane wizyty w szpitalu czy w miejscach, w których bywała. Na jej szczęście żaden z nich nie przychodził do jej domu - o rodzinie Delacour można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że agresywnie przekraczali granice, które rozrysowała. - Dziękuję. Zdążyła tylko szepnąć, notując w myślach, że to był chyba dobry czas na ewakuację. Z tych rozważań jednak wyrwał ją Eryk, który pojawił się u boku Chestera niespodziewanie. Camille krążyła spojrzeniem od jednego Rockwooda, do drugiego. Posłała mu kolejny uśmiech, nieco delikatniejszy, gdy zauważyła uśmiech skierowany do wnuków Chestera. Był sztywny, nieco wyuczony, niezgrabny. Jakby wymuszony? Ale coś się za nim kryło. Smutek może? Tęsknota? A może po prostu nie lubił dzieci i nie do końca wiedział, jak się w ich towarzystwie zachować? Nie potrafiła go odcyfrować, zwłaszcza że pojawił się na ułamek sekundy, a potem znikł. - Dzień dobry. Pozwolicie, że jeszcze przez chwilę tu zostanę? Nie chcę przeszkadzać wam w rozmowie, ale wolałabym chwilę odczekać, żeby nie wpaść na tę uroczą osobę, która lubuje się w oblewaniu innych wodą - przeniosła wzrok z powrotem na Chestera. To nie tak, że by sobie z nim nie poradziła, lecz doświadczenie nauczyło ją, żeby nie ryzykować niepotrzebnie. Jeszcze by na niego wpadła i musiała wysłuchać wykładów o aniołach, bogu i ogniu piekielnym, w akompaniamencie kolejnych kropel roszących jej twarz. Zniknął już w tłumie, lecz kto wie, czy nie wróci? A wtedy wolałaby mieć przy sobie kogokolwiek, kto chociaż na chwilę odwróci od niej uwagę, by mogła się ulotnić. RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Bellatrix Black - 06.12.2023 - Zielony, szklany wazon. - Powtórzyła jeszcze, bo Rolph chyba nie do końca zrozumiał, o czym do niego mówiła. Ten, który tak zaciekle oglądała, gdy się tutaj pojawili. Zdawała sobie sprawę, z czego wynika jego reakcja, jednak udawała, że nie wie. - Mogą być świeże, ale nigdy bym ci tego nie zrobiła, nie kolorowe, bardziej może coś bordowego? - Nie będzie się w końcu, aż tak nad nim znęcać. Wiedziała, że tego nie znosił, a nie miała powodu, aby aż tak, specjalnie go denerwować takimi pierdołami. Przywykła nawet do tych jego dziwnych przyzwyczajeń, szanowała je, no ale czasem lubiła wprowadzić trochę życia. - To co, najpierw wazon, później kwiaty i mamy cały zestaw? - Wydawało jej się to idealnym pomysłem. Liczyła na to, że go zaakceptuje. - Czy to jakaś sugestia, że powinnam się do ciebie przeprowadzić? - Uśmiechnęła się jeszcze do niego. Właściwie to mieszkali osobno, Bella nie opuściła jeszcze rodzinnego domu, nie spieszyło jej się do takich poważnych kroków, w końcu skoro byli zaręczeni to nie powinna się już martwić o to, że Rolph jej ucieknie. Mieli jeszcze czas na takie poważne kroki. Ona w przeciwieństwie do niego miała bardzo ograniczone pole widzenia, musiała więc zaufać, że zaprowadzi ją w odpowiednie miejsca. Czekolada brzmiała dobrze, chyba każdy lubił czekoladę? Przynajmniej tak się wydawało pannie Black. - Może być czekolada, chociaż później lody? - Bo było gorąco i chętnie zjadła by coś dla ochłody. Faktycznie kram z czekoladą okazał się być strzałem w dziesiątkę. Dawno nie widziała tak bardzo dopracowanych słodyczy. Każdy mógł tu znaleźć coś dla siebie, figurki zadziwiały swoimi kształtami. - Ciekawe, czy mają węża. - Mruknęła cicho do narzeczonego rozglądając się uważnie w poszukiwaniu właśnie miniaturowego węża z czekolady. |