![]() |
|
[Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +---- Dział: Knieja Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=31) +---- Wątek: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE (/showthread.php?tid=1118) |
RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Stanley Andrew Borgin - 22.03.2023 Jak wytresować smoka? Trochę tak, lecz nie do końca. W końcu Borgin nie był żadną bestią. - Jacqueline... - powtórzył za Jackie - Jacqueline...? - zjeżył brwi, a następnie zaczął rozglądać się wokół nerwowo oczami. Z twarzy Stanleya można było wyczytać nagły atak paniki. W końcu nie miał pojęcia co tu się właśnie działo. Jacqueline nie brzmi jak Lucy... - Ja... Ja... - rozpoczął z lekkim zająknięciem w głosie. Czuł, że jest winny wyjaśnienia dla rudowłosej - Ja nie wiem co mi się stało. Przepraszam za nagabywanie... - zreflektował się - Naprawdę nie chciałem. Nie wiem co we mnie wstąpiło... - starał się wytłumaczyć całą sprawę, jednak szło mu to dosyć mizernie. Teraz kiedy doszedł do siebie, zrozumiał, że wygląda to bardzo źle, jeżeli nie tragicznie. Musiał coś wykombinować. Może powinienem się również przedstawić na sam początek? Tak naprawdę nie była to zła myśl. - Borgin - rzekł wystawiając rękę przed siebie w kierunku Jackie - Stanley Andrew Borgin - przedstawił się - Raz jeszcze najmocniej przepraszam za swoje czyny... Ta cała herbata musiała mi jakoś zaszkodzić... - zaczął drugie podejście do wyjaśnienia całej sprawy. Tym razem był już jednak bardziej opanowany i rozmawiał dużo spokojniej, bez paniki w głosie. Niedaleko za sobą usłyszał znajomy głos. Rozpoznałby go chyba wszędzie. To musiała być Danielle. Zawsze kiedy ją słyszał, budziły się w nim najgorsze wspomnienia kiedy to ona, próbowała go cokolwiek nauczyć z tych przeklętych nauk przyrodniczych. - Danielle? - odwrócił się w kierunku z którego nadszedł ten dźwięk, a następnie przyjrzał się swojej znajomej i Samuelowi. A więc oni też to widzieli... RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Nora Figg - 22.03.2023 Nora była szczęśliwa. Tak po prostu, cieszyła się z tego, że przyszło jej spędzić ten zmierzch własnie w takim towarzystwie, po dosyć pracowitym dniu to był naprawdę potrzebny odpoczynek. Była zadowolona, Erik wyglądał na szczęśliwego, a na tym jej przede wszystkim zależało. Elliott, który znalazł się tutaj z nimi również sprawiał wrażenie zadowolonego. Figg czuła, że to jest początek czegoś większego. Faktycznie udało jej się dostrzec w Malfoyu wiele pozytywów, o których wspominał jej Erik. Kiedy Longbottom uścisnął ją i podniósł nad ziemię roześmiała się, wszystkie czarne myśli, które ostatnio jej towarzyszyły odeszły w niepamięć, a zastąpiła je beztroska. Ten wieczór mógłby trwać wiecznie. Nie chciała im przeszkadzać w tej magicznej chwili, jednak Elliott i ją złapał za rękę i pociągnął z nimi. Przyszło im więc celebrować te wydarzenie razem - za co była wdzięczna. Kiedy tak na nich spoglądała, trochę im nawet zazdrościła, że mają siebie nawzajem - Norka wyczuła, zresztą już wcześniej miała wrażenie, że to może być coś silniejszego niż zwykła przyjaźń. Zrobiło jej się ciepło na sercu, że nie chcieli jej wykluczyć. Znaleźli się przy stoisku w winami. Norka również się poczęstowała, jednak w przeciwieństwie do Erika upiła jedynie mały łyk. - Tak, nie możemy stracić czujności. - Słowa Longbottoma spowodowały, że myśli wróciły już do problemów życia codziennego, a nastrój Beltane zaczął się oddalać. RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Jackie Carrow - 22.03.2023 Jackie się uśmiechnęła, tym razem szczerze. Wyglądało na to, że sytuacja została zażegnana. Wiedziała, że Sam pewnie nie będzie pałał do Stanleya sympatią, bo takim rozpoczęciu ich znajomości, ale z drugiej strony wcale mu się nie dziwiła. Sama nie czuła się przy nim do końca komfortowo, i szczerze powiedziawszy chętnie zakończyła by już tą całą sytuację. Mimo to trochę Stanleyowi współczuła. Była już pewna, że jego wcześniejsze zachowanie było wynikiem spożycia jakiegoś eliksiru, najprawdopodobniej Amortencji a ze słów mężczyzny wynikało, że nie była to nawet konsumpcja świadoma. Potrafiła sobie wyobrazić jak to jest - nie kontrolować własnych czynów i słów - więc nie była na niego zła. - Miło cię poznać Stanley. Mamy Beltane, dzisiaj ze wszystkich dni, czarodzieje mogą robić rzeczy, których zwykle nie powinni. Więc to co się zdarzyło na Beltane, zostawmy na Beltane. - zaproponowała, próbując uspokoić Borgina, że nie ma do niego żalu. Żeby to jeszcze scementować, zdjęła z głowy wianek i wyciągnęła w jego stronę. - Proszę, jeśli uda ci się go zarzucić, uznam, że wszystkie winy są wybaczone. - Zaproponowała. Tak naprawdę, po części, chciała się go odrobinę pozbyć, tak żeby odszedł od nich i dał jej nieco przestrzeni. Z drugiej strony, wiedziała jaka jest tradycja, a swoją brawurą i tym jak bronił ją przed jej własnym bratem, w jej oczach zasłużył na nagrodę. Następnie odwróciła się w stronę Danielle i Sama. - Pięknie tańczyliście. Wybaczcie, że wam przerwałam. - powiedziała do nich, przyglądając się obojgu bystrym spojrzeniem, a jednocześnie bawiąc się splecionymi palcami. Wiedziała, że pewnie winna jest im wyjaśnienia, w szczególności Samuelowi. Pojawiła się na święcie niezapowiedziana, po tym jak nie było jej w domu prawie przez rok. A wieści, które miała mu niedługo przekazać, nie należały do tych wesołych. To jutro, Jackie. Widzisz jaki jest szczęśliwy z Dani. Daj mu być szczęśliwym dziś wieczorem. Pomyślała. RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Danielle Longbottom - 22.03.2023 Była gotowa osłaniać Stanleya własnym ciałem - dlatego ani na moment nie ruszyła się z miejsca, nie spuszczając wzroku z Sama. Nie dlatego, że nie wierzyła w zdolności bojowe Brygadzisty lub Carrowa - właśnie dlatego, że obawiała się jak krwawo może zakończyć się bójka. Zdarzało jej się opatrywać stłuczony nos Samiego, wiedziała do czego jest zdolny gdy chodziło o swoją siostrę, i zdecydowanie było to ostatnie, na co miała ochotę tego wieczoru. Nie wtrącała się w rozmowę Stanleya i Jackie, całą swoją uwagę skupiając na próbie opanowania wściekłego Sama. Babska współpraca pozwoliła w miarę sprawnie ogarnąć temat - przynajmniej miała taką nadzieję. - Na pewno? Obiecujesz? - posłała mu krótki uśmiech. Dodatkowo ujęła go za dłonie i lekko je ścisnęła, jakby tym gestem miała nadzieję, że odwróci jego uwagę od Borgina i chęci rozszarpania go. Nie puszczając go, gdzieś z tyłu usłyszała swoje imię - odwróciła głowę, posyłając Borginowi spojrzenie przez ramię. - Cześć, Stan. Witamy w świecie żywych. - skomentowała. Odetchnęła w duchu, gdy uświadomiła sobie, że Borgin zaczął kontaktować. Trzeźwy na umyśle Stanley nie nagabywał niewinnych czarownic, a z jego słów wynikało, że wcześniejsze zachowanie było wynikiem... Czegoś. Niewiadomo czego. - Mówiłam? Wszystko jest okej. Zaufaj mi czasem. - mrugnęła do Samiego. Jej również zależało na bezpieczeństwu rudowłosej - gdyby sytuacja faktycznie byłaby niebezpieczna, ramię w ramię z Carrowem byłaby skłonna skopać nagabywaczowi tyłek. Ale to był Stanley. Jeden z fajniejszych Ślizgonów z jej roku. Nie mogła wiedzieć, że to kwestia czasu, gdy będą zmuszeni walczyć po przeciwnych stronach. Obserwowała, jak Jackie wręcza Stanowi wianek. To był dobry ruch. - Powodzenia, Stan! - odezwała się entuzjastycznie, zamierzając kibicować mu we wspinaczce. W tym samym czasie Sami będzie mógł ochłonąć, a ona postara się nakłonić ich do w miarę szybkiej ewakuacji z sabatu. Kiedy usłyszała słowa Jackie, uświadomiła sobie, że wciąż trzyma Sama za dłonie. Szybko je puściła. - Nie przepraszaj słońce. - powiedziała szybko. Wszak to oni podeszli pierwsi. - To Sami tak prowadził, ja tylko podążałam za nim. - dodała, bardziej w celu połechtania ego blondyna. Nie chciała, by źle wspominał końcówkę spotkania. - Cieszę się, że Cię widzę! Długo tu jesteś? Szkoda, że dopiero teraz Cię zobaczyliśmy... RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Victoria Lestrange - 22.03.2023 Gdyby nie wiedziała, jak bardzo promienie słońca są dla Sauriela zabójcze, to może i by się przejęła tym, że ten taniec był znacznie spokojniejszy niż poprzedni jaki odbyli i od tych, jakie ludzie odtańcowywali obok nich. Ale wiedziała. Wiedziała i tym bardziej doceniała, że zjawił się tu jeszcze nim całkiem zapadł zmierzch. Nie przeszkadzało jej, że to nie był żaden konkretny taniec, hah, że to nie był ten walc (za którym też niekoniecznie przepadała, ale kiedy nie masz nic innego do wyboru na jakimś balu to dobre i to). Wystarczało jej, że po prostu byli obok siebie, bardziej na siebie otwarci niż zwykle. Nie sądziła, że ten pierścionek na jej palcu, którego nawet sam nie wybrał, zmieni tak wiele. A może właśnie nie zmienił zupełnie nic? Przecież i bez niego się dogadywali ze sobą. A może raczej: pomimo niego. Może też to nie chodziło o pierścionek, a o czar Beltane, o którym wiele się mówiło ale sporo ludzi nie wierzyło. Zwłaszcza tych, którzy siłą byli wciskani w związek i ramiona ludzi, których normalnie by nie wybrali. Ale do plecenia wianków nikt nie zmuszał. Victoria sama wybrała, że chce go dla niego zrobić, Sauriel sam wybrał, że wespnie się na pal by go tam zawiesić, a później… sami wybrali że chcą spędzić ze sobą dzisiaj jeszcze chwilkę czasu pomimo tego, że Viki za chwilę musiała wracać do swoich obowiązków. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze mieli swoją chwilę, by po swojemu spędzić tak wyjątkowy dla nich dzień, w którym już oficjalnie byli razem. - Mi z tobą też – a najlepsze w tym było to, że Sauriel w ogóle nie sprawiał wrażenia mężczyzny, który potrafi tańczyć. A potrafił! Policzki Tori były teraz lekko zaróżowione od ruchu, od śmiechu i od emocji, które czuła. - Cieszę się, że mogłam pomóc – jakkolwiek ten dzień miał być dla niego beznadziejny i nie wiedziała czy mówił o całokształcie, w tym bardzo kameralnych zaręczynach u niej w domu, czy o tym, że coś zawalił i że spodziewa się… wpierdolu. Od swojego ojca? Tyle wiedziała, że ta relacja jest zajebiście napięta i toksyczna. Uśmiechnęła się do niego ciepło, gdy tak stali w tym cieniu. Jakoś ten dystans, który do siebie zwykle zachowywali, dzisiaj po prostu zaniknął. - A ja dziękuję, że jednak przyszedłeś – i że szukał rozproszenia i poprawy nastroju tutaj, przy niej, a nie w swoich klasycznych mordowniach na Nokturnie. - Mam jeszcze kilka minut, ale za chwilę będę musiała wracać na patrol – westchnęła, ale nie mogła zaprzeczyć, że podziękowania Sauriela dużo dla niej znaczyły i że w sercu wylewały sporo ciepła. RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Theodore Lovegood - 22.03.2023 Chciał być pierwszy na szczycie, najlepszy i najwspanialszy, zaimponować nie tylko Avelinie, ale każdemu wokół. Niestety ręce i nogi nie podołały wyzwaniu i musiał zadowolić się trochę mniej spektakularnym sukcesem. Zmęczony i mimo wszystko wciąż zadowolony z siebie, gdyż samo dotarcie na szczyt nie było oczywistością, spuścił się po palu na ziemię, a następnie obrócił się w stronę swojej wybranki. Widząc jej radość, nie mógł powstrzymać się przed szerokim uśmiechem, który powiększył się jeszcze bardziej gdy otrzymał buziaka w policzek. Zachichotał cicho, niczym skrzat domowy, który dostał część garderoby. - To twoja zasługa. Myśl o tobie niosła mnie w górę – zapewnił ją wesoło i chwycił ją za dłoń. Magia tego specjalnego i wyjątkowego dnia uderzała mu coraz bardziej do głowy. Pragnął wyciągnąć jak najwięcej się dało z tej nocy. - Chodź zatańczyć – Nie dając jej czas na protest, pociągnął dziewczynę w stronę ognisk, gdzie pary tańczyły na cześć wiosny. Wmieszali się w tłum tańczących ciał i nim się zorientował, sam zaczął się poruszać się tanecznym krokiem. Przyciągnął do siebie dziewczynę i zaczął coś, co było bardziej dzikim podskakiwaniem i obracaniem się niż tańcem. Jego ruchy były nieprzewidywalne, szalone, niedające się do niczego porównać i po wskroś przepełnione szczęściem, tak jak miłość, której święto celebrowali. Chłopak pląsał się, śmiejąc się i szczerząc zęby do partnerki, jakby miało nie być jutra. Oddawał się temu coraz bardziej i bardziej, aż rytm magii ich nie pochłonie. RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Philip Nott - 22.03.2023 Ta róża miała kolce, chociaż może bardziej właściwe byłoby przyr ównanie tej kobiety do jadowitej tentakuli. Któregoś dnia otruje się własnym jadem. — Jak zawsze czarująca — Skomentował skierowane do niego słowa z subtelną złośliwością. To nie był pierwszy raz, kiedy Lestrange pokazywała mu się od tej właśnie strony. Nie tylko nie spadł z tego słupa na swój głupi ryj, ale również dopiął swego zarzucając ten wieniec na tę konstrukcję. Pozostawał zadowolony ze swojego wyniku i poddał się tej euforii wywołanej tym dokonaniem. Spostrzegł tańczące kobiety wokół pala i buchające płomienie. To była najlepsza część tego Sabatu, oferująca najwięcej interesujących go doznań. Chciał teraz trochę potańczyć, pić wino i skończyć z drugą osobą pomiędzy drzewami. — Powiedz mi jedno Loretto... czy nie znalazł się nikt, na kogo mogłabyś liczyć jeśli chodzi o tę część Sabatu? Jeśli ktoś nie rzucił na ciebie jakiegoś uroku to wręczyłaś mi tę wiązankę z własnej woli, co prawda okraszoną życzeniami rychłego upadku, czy jednak temu zaprzeczysz? Czyżby to była desperacja? — Zwracając się do niej ponownie sięgnął po ten mruczący ton głosu, unosząc oba kąciki ust w niepasującym do toku ich rozmowy delikatnym uśmiechu, zaistniałym bez włożenia ogromnego wysiłku w zmuszenie mięśni twarzy w jego powstanie. Powracająca złośliwość stała się nieco dosadniejsza, kiedy wypowiadał każde z tych słów. Nie odrywał błękitnego spojrzenia od twarzy artystki, śledząc zachodzące na niej zmiany. Może w tym momencie niebezpiecznie przeciągał strunę. Zamierzał do końca trzymać fason, nie zamierzając narażać na szwank swojej starannie pielęgnowanej reputacji. Nie musiał przecież jej wyzywać od najgorszych, by pokazać się od tej strony. Już ten substytut pocałunku mogła sobie darować. — Dla mnie ten wieczór dopiero się zaczyna, idę się bawić — Po wypowiedzeniu tych słów zamierzał po prostu odejść i poszukać lepszego towarzystwa do zabawy, zostawiając samą Lorettę. RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Perseus Black - 22.03.2023 Dla osoby przyglądającej się sytuacji z boku podanie Vesperze narkotyku z własnej krwi mogło wyglądać jak próba osłabienia jej woli, lecz Perseus nie musiał posuwać się do tak tanich sztuczek, aby zdobyć zainteresowanie kobiety; nie należał bowiem do posiadaczy, ludzi pragnących mieć inną osobę na wyłączność, posuwając się przy tym do najobrzydliwszych podstępów. Zależało mu natomiast na tym, aby jego towarzyszka się rozluźniła i cieszyła się w pełni magią Beltane - zresztą sądząc po ilości podanej jej toksyny, to efekt nie utrzyma się ani długo, ani szczególnie mocno. — O tak — pokiwał głową z tajemniczym uśmiechem — Większość straganów się pozamykała, ale możemy sprawdzić, czy coś zostało. A jeśli się nie uda... — błysk w jego oczach świadczył o tym, że myśli o czymś nieobyczajnemu — Piłaś kiedyś bimber, Vespero? Zanim jednak zdążyli rozejrzeć się za alkoholem, znaleźli się przy jednym z nielicznych otwartych straganów z alkoholem, gdzie od razu wypatrzył Elliotta (poznał go nawet od tyłu po jasnych włosach, ubraniu i ruchach teraz tak swobodnych) i stojącego obok niego Erika (bo z jakim innym wysokim mężczyzną w mundurze mógłby tu być?). Zagadką pozostawała dla niego jasnowłosa kobieta, która po chwili okazała się panną Figg. — Tak, to przyjaciele — powiedział radośnie — Chodź, będzie miło — wciąż trzymając Vesperę za rękę podszedł od tyłu do całej trójki. Zatrzymali się tuż obok Longbottoma, ustawiając się w jednej linii z zebraną przed kramikiem gromadką. — Czego się boicie? — zapytał z szelmowskim uśmiechem, szturchając łokciem Erika i kiwając głową w stronę słupów majowych — Że szaty się wygnitą, że nie przystoi wam na waszych stanowiskach, czy że jesteście za starzy? RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Sauriel Rookwood - 22.03.2023 Coś się zmieniło, a wystarczyło tylko zrobić wianek i wejść na pal. Gdyby mugole wiedzieli, że to przepis na udany związek to inaczej by sobie życie układali. Tylko że to uczucie było przemijające. Co jednak nie przemijało to to, że widok Victorii... po prostu wywoływał uśmiech. Że nie była już obcym, niechcianym elementem jego życia, a te zaręczyny to nie było już najgorsze wydarzenie wpisane w jego biografię. Nie, to nie mogło się zmienić. Bo nie było sztucznie wepchniętym zastrzykiem endorfiny do żył. Albo raczej jakimś mistycznym zajściem w mózgu, bo procesy chemiczno-biologiczne w ciele wampira szwankowały. Nic dziwnego, że tak trudno było im zachować człowieczeństwo. - Ale słodka narzeczona. - Uśmiechnął się i złapał ją za policzek, trochę pociągając, jak taka babcia, co chce ci zrobić puci-puci. Ale on to zrobił jedną ręką i nie porozciągał jej skóry na wszystkie strony świata, żeby to bolało. - Nie sądziłem, że złapię cię offguard. To znaczy - niekoniecznie służbowo. To nie pasuje do twojego kija w tyłku. - Uśmiechnął się złośliwie, ale ta złośliwość była przytłumiona przez zmęczenie słońcem. - Taa, czaje. Ja się chyba ulotnię do swojej jaskini. - Rozejrzał się po Beltane. Jeszcze trochę czasu zostało do zachodu. Ale z tym ulotnieniem się do jaskini kłamał. Tragizm tego, co miało nadejść, przekładało się na tragizm chwili. Fatum odwleczone w czasie. - Uważaj na siebie, co? - Powiedział poważnie, spoglądając znowu w jej oczy. RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Louvain Lestrange - 22.03.2023 Przeliczył się jeśli chodzi o wyzwanie ze wspinaczką na słup. Już w połowie wysokości poczuł, że jego ramiona są na wyczerpaniu, ale nie zamierzał się poddawać. Walczył dalej, mimo że jego konkurenci zostawili go w tyle. Zacisnął zęby, żeby resztkami sił wdrapać się na szczyt i zostawić na nim wianek Cynthii. Zsunął się na ziemię, oplatając ciasno udami słup. - Oby... A może już mam? - odparł mrużąc oczy z rosnącym uśmiechem na twarzy. Poczuł napływającą błogość, a ciepło bijące z ogniska rozgrzało jego myśli. Również zbliżył się ku niej, czując wewnętrzną radość z jej bliskości. Nawet karcący wzrok Loretty nic tutaj nie zdziałał, chwila ta była zbyt kojąca jego zmysły, by przejmować się tym teraz. Pozwolił by jej usta dotknęły jego, choć tak subtelnie, tak delikatnie. Jego dłonie znalazły się na jej biodrach, zaciskając lekko palce na jej sylwetce. I chwila ta mogłaby trwać jeszcze dłużej, gdyby na moment nie odwrócił od Cynthii wzroku i spojrzał w kierunku siostry. To co widział niezbyt mu się podobało, delikatnie mówiąc. Cierpiąca mina bliźniaczki i Nott w postawie zdecydowanie wywyższającej się. Nie słyszał co mówią, ale mowa ciała i ich twarze wyraźnie sugerowały mu, że pan-rycerzyk za dużo sobie pozwolił, godząc w dumę jego siostry. Drugi raz mu tego nie odpuści. Oderwał się od swojej partnerki i wściekłym krokiem ruszył w kierunku Philipa. - Nott, Ty śmieciu! - wrzasnął na niego. Zamachnął się z zaciśniętą pięścią, wyprowadzając atak sierpowy na jego parszywą facjatę. rzucam na aktywność fizyczną, próbując uderzyć Philipa w twarz [roll=Z] |