![]() |
|
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele (/showthread.php?tid=3340) |
RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Lorraine Malfoy - 09.06.2024 Na parkiecie, Anthony odchodzi w tajemniczej misji, tańczymy z Jonathanem Na sugestię Anthony'ego, Lorraine ze skupieniem odmalowanym na twarzy wsłuchała się w grę orkiestry, próbując wyłapać niuanse, których wcześniej nie wychwyciło jej ucho. Język muzyki nie stanowił dla niego większej tajemnicy niż brzmienie obcych narzeczy, choć nigdy nie wydawał się do końca usatysfakcjonowany, kiedy grali razem. Nie może być idealnie, wzruszała ramionami Lorraine, nigdy nie wiedząc, czy dalej rozmawiają o pianinie, czy o czymś więcej. - To obój? - jęknęła cicho, zapominając nawet o tym, by z iście teatralną dramaturgią przewrócić oczami. Czuła się bezpieczna w objęciach Anthony'ego: czuła się dumna, że zaśmiał się z jej żartu, dumna, że udało jej się dotrzymać mu kroku w tańcu, dumna, że chociaż dalej postępowała w życiu na przekór jego woli, miała się dobrze i była dzisiaj tutaj... Ach, Lorraine lubiła błyszczeć, a dzisiaj aż sypały się z niej iskry. Cieszyła się, że był obok niej Anthony, który nigdy żadnej z jej iskier nie zdeptał. Shafiq zawsze taki był: dostrzegał to, co ulotne, a dla wielu wręcz mało znaczące - to, co nadawało znaczenie chwilom - niewiele kryło się przed spojrzeniem jego stalowych oczu, jeszcze mniej przed jego zdolnościami dedukcji. Te najcenniejsze chwile zamykał w eleganckich butelkach, opatrywał starannymi etykietkami, i przechowywał latami w piwniczce swojego serca, strzegąc ich zazdrośnie, jak smok swego skarbca. Czasem zaś - tylko czasem - kiedy egzystencja na wonnych oparach afektu stawała się nieznośną, raczył się tym zakazanym trunkiem w samotności, nigdy jednak nie ważąc się wychylić więcej niż kieliszka czy dwóch. Lorraine podejrzewała, że taka była cena, jaką Shafiq musiał płacić za swe opanowanie. W córce wiły czaiła się czasem chęć, by porzucić znane figury taneczne, i podążyć do zaklętych kręgów, gdzie białe zjawy kręciły się w swoich dzikich korowodach. Czy Anthony pragnął czasem upić się tym zakorkowanym szczęściem? Czy też musiał nauczyć się je smakować, powoli, próbując zachować butelkę jak najdłużej? Kiedy przerwano im taniec, nie odezwała się na początku ani słowem: tylko przyglądała się twarzom obu mężczyzn, obserwując ich krótką wymianę spojrzeń, i czekając na reakcję Anthony'ego. Kiedy ten nachylił się, by musnąć ustami jej dłoń, przyjęła szarmancki gest, uśmiechając się delikatnie. - "Krzywdzim tę postać tak majestatyczną, chcąc ją przemocą zatrzymać" - odpowiedziała z lekką figlarnością w głosie. Nie wątpiła, że potomek Selwynów rozpozna słowa najpopularniejszej z angielskich sztuk - może nawet z pewnym wyrachowaniem zdecydowała się pożegnać w taki, a nie inny sposób, by go po trosze wybadać, ciekawa jego osoby - te słowa jednak, znaczyły dla niej i dla Tony'ego o wiele więcej, niż ktokolwiek ze zgromadzonych mógłby przypuszczać. Często tak robili, kiedy rozmawiali przy ludziach - grzecznie, ze stosownym dystansem, tylko w zawoalowanych uwagach można się było dopatrzeć pewnej poufałości - ale czy nieśmiałej panny z dobrego domu i poważanego dyplomaty nie mogła połączyć niewinna miłość do sztuki? Odprowadziła wzrokiem znikającą w oddali postać Anthony'ego, zaraz skupiając spojrzenie na intensywnych, ciemnych oczach stojącego obok Jonathana Selwyna. Intensywny - tak, to było dobre słowo - jakże różne wrażenie sprawiał jej w oczach w kontraście z wyważonym Anthonym! - niczym obsydian obsadzony w stali. Nie wątpiła, że on również porozumiał się z Shafiqiem w ich prywatnym języku, dyskretnie uświadomiając przyjaciela o tajemniczej sprawie niecierpiącej zwłoki. Zaśmiała się lekko, słysząc jakże oficjalną deklarację mężczyzny. - Panie Selwyn, obawiam się, że to śmiałe stwierdzenie wymaga niezwłocznej ekspertyzy partnerki. Postaram się osądzić was sprawiedliwie na parkiecie - odpowiedziała jednak poważnie, obrzucając mężczyznę przenikliwym spojrzeniem niebieskich oczu. Pewnie ujęła jego dłoń i pozwoliła mu poprowadzić przerwany taniec. - Skoro do obowiązków zastępcy szefa należy także, jak mniemam, zabawianie dręczących go dam... Jak pan znajduje dzisiejszy ślub, panie Selwyn? Najbardziej kontrowersyjnym elementem są, póki co, wszechobecne kapibary i tiul przy żyrandolach, więc przypuszczam, że musi się pan się szalenie nudzić w obliczu takiej amatorszczyzny. - Uśmiechnęła się dobrotliwie do Selwyna, którego nazwisko od przeszło chyba dwudziestu lat przywoływane było w związku z matrymonialnym skandalem, i to ze skandaliczną ucieczką panny młodej spod ołtarza w roli głównej: trudno przebić takie wydarzenie, pomyślała z rozbawieniem Lorraine, przypominając sobie oburzenie ciotek kręcących głową nad głupotą kawalera. Cóż, tańczył wyśmienicie, więc powinien sobie wyprawić kolejne weselisko: może tylko tym razem takie, które by się rzeczywiście odbyło. - Mam nadzieję, że nie wysłał pan Anthony'ego na jakąś groźną misję dyplomatyczną bez wsparcia tylko dlatego, by zapewnić mi rozrywkę. Czy Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów jest też może potrzebny do rozwiązywania sporów na linii między rodzinami pana młodego i panny młodej? - Udała lekkie przerażenie, rozbawiona. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Isaac Bagshot - 09.06.2024 Drink był całkiem dobry, ale efekt jego wypicia przerósł najśmielsze oczekiwania Bagshota. To było lepsze niż halucynogeny które kiedyś próbował. Być zwierzęciem i... i nic, bo zaraz znowu był sobą. Isaac złapał się baru żeby nie upaść i spojrzał na Geraldine, chyba nadal nieco w szoku. - Gerry, to... to było dziwne, ale świat przybrał różnych odcieni i... - Wzruszył ramionami, jakby nie do końca wiedząc jak to wyjaśnić. Czując suchość w ustach, sięgnął po kolejnego drinka. Zwilży gardło i wróci do pracy. !weselnedrinki RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Pan Losu - 09.06.2024 Widziałeś nogi panny młodej? Sięgają chyba samego nieba. A te usta? Stworzone do pocałunków poduszeczki z niebiańskich chmur. Rzęsy jej jak tajemnicza kurtyna chowająca zwierciadła duszy. Jesteś absolutnie zauroczony panną młodą. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Alexander Mulciber - 09.06.2024 Ogrody z Eden, podchodzi do nas Perseus TW: wybiórcza mizoginia?? Alex Mulciber??? Nawet nie zdajesz sobie sprawy, w jak chorą psychicznie rodzinę się wżeniłeś. - Chyba jesteśmy siebie warci. - Uśmiechnął się lekko na nieoczekiwaną uwagę Eden, a w jego głosie rozbrzmiał ten sam, tchnący ostatecznością ton, który towarzyszył mu, gdy dzielił się z ludźmi treścią wcześniej wypowiedzianych przez siebie przepowiedni. Tylko tutaj nie było żadnej przepowiedni. To on wybrał, i musiał żyć z konsekwencjami swoich wyborów. Moja żona. Pierwszy raz wypowiedział tę deklarację publicznie, niepomny prośby Loretty by zachować ich związek w tajemnicy: pozostawała przecież narzeczoną innego gdy zawierali przysięgę. Moja żona, mówił Mulciber, ale czuł tylko pustkę. "Ciekawie to brzmi, zupełnie jakbyś znaczył dla niej więcej niż jakieś pokurwiałe szczenię". Miał ochotę zaśmiać się Dolohovowi w twarz. Miał też ochotę utopić go w kadzi wódki i dokonać iniekcji z trupiego jadu do swej ulubionej żyły - jak indiański szaman posilający się mózgami zmarłych przodków - a potem iść do domu, i zerżnąć Lorettę ze szprycą magicznej esencji jasnowidza we krwi, tak, żeby duch Vasilija mógł posłuchać jak głośno potrafi wyć ta suka - jego pieprzona żona, jego słodka, mała Loretta - do której tak się łasił. Może poślubił złą siostrę? Może oboje źle wybrali? Tamta blondynka o kwaśnej minie była bardziej w jego typie, choć musiała cierpieć na podobny deficyt atencji, co młodsza Lestrange, skoro ośmieliła się wtrącić do jego rozmowy z Dolohovem ze swoimi nudnymi pretensjami. Alexander nawet na nią wtedy nie spojrzał. Nie tak wyobrażał sobie małżeństwo. Skoro nie mógł mieć Ambrosii, wziął sobie za żonę Lorettę, choć słowo "żona" szybko stało mu się obmierzłe, kiedy dotarło do niego, że sypia obok obcej kobiety. Nigdy nie ukrywał przed Lorettą, po co z nią jest. Nawet na pierwszym spotkaniu - kiedy wyciągnęła go z rezydencji, niby po to, żeby romantycznie popatrzyć razem na gwiazdy, choć wcześniej flirtowała z nim bezwstydnie - spytał ją wprost, w jakim miejscu ogrodu chce, żeby ją zerżnął najpierw. Ale po ślubie próbował: zalał ją swoją popieprzoną miłością - stał się jebanym wzorem mężowskich cnót, nie ćpał, nie ruchał żadnej na boku, nie bił jej - chciał zrobić z Loretty porządną kobietę, taką, którą byłby w stanie szanować. Taką, która odpowiadałaby jego wyobrażeniu żony. Ale z obsydianowej kurewki o oczach brązowych jak heroina nie dało się się zrobić kobiety godnej szacunku, Arcykapłanki z jego snów, a ze zdezelowanego ćpuna, który dawno oddał serce innej - nie dało się zrobić świętego. Jak wiele można było zawrzeć w tak prostym stwierdzeniu: Loretta i on byli siebie warci. - Nie no... Weź, Eden... Nie trzeba... - wyburczał cicho pod nosem, ale ostatecznie przyjął zaproszenie, i schował je dyskretnie do wewnętrznej kieszeni marynarki. Nie był do końca pewien, co powinien powiedzieć. - Dziękuję - rzucił szybko, bo blondynka pognała zaraz dalej, a on, oczywiście, ruszył za nią: przeciskając się przez tłum, stuknął niechcący barkiem jednego z kelnerów - wyraźnie podchmielonego - i zabrał mu z tacy nienapoczętą butelkę wódki, ratując ją przed rychłym stłuczeniem na podłodze sali bankietowej. Parę razy rzeczywiście zdarzyło mu się zostać pomylonym z Williamem Lestrangem, choć nie do końca rozumiał, dlaczego: obaj obracali się, co prawda, w środowisku naukowym, kreując wokół siebie pewną aurę nieprzystępności, ale pochylali się nad skrajnie różnymi dziedzinami. Obaj mieli ciemne włosy, byli wysocy, to prawda, i często widywani byli w towarzystwie pewnej blondwłosej damy, ale na tym podobieństwa się kończyły. Alexander patrzył jak blond włosy Eden spływają gładką taflą na jej szczupłe plecy, na to, jak targa nimi łagodny wiatr, kiedy szybkim krokiem szła przed siebie; kontemplował kształt jej czaszki, zastanawiając się: co też może kryć się głowie tej kobiety? Co w ogóle powinien sądzić o jej interakcji z Dolohovem i jego świtą? Czy naprawdę powinien podążać teraz za nią? Czy powinien zatrzymać się i wywróżyć jej, co przyniesie przyszłość, by uspokoić tę wieczną burzę, jaką była Eden Malfoy, bo kto mógł zmienić wyroki przyszłości, jeżeli nie ona i ta jej pierdolona duma? Czy po prostu zaproponować, by urżnęła się razem z nim najdroższą wódką ze stołu Blacka, i zapomniała o problemach? Czwórka mieczy, którą wyciągał nieustannie ze swej talii od początku sierpnia, przypominała Mulciberowi o konieczności kontemplacji. Może wspólne chlanie nie było najlepszą opcją, ale był przecież jebanym alkoholikiem, więc nie wydawało się też najgorszą. Skrzywił się na pytanie o Louvaina. Kiedy wreszcie się zatrzymali, odstawił wódkę na ławkę, kupując sobie jeszcze kilka chwil milczenia, kiedy obracał butelką tak, by zobaczyć etykietę. Bez sensu. - Dowiem się tego, gdy go zobaczę. Zaoferował jej papierosa, zanim odpalił swojego. Przez chwilę po prostu milczał, wsłuchując się w dochodzącą z oddali muzykę, odgłosy rozmów i świerszczy. Nie do końca wiedział, w jaki sposób zadać pytanie, które od pewnego czasu międlił w myślach: on i Eden nigdy nie byli wylewni, nie potrzebowali tego, by móc się ze sobą porozumieć. Byli podobni w swojej oschłości i zdystansowaniu, zaś z emocji uznawali chyba tylko gniew - raz ognisty, raz lodowaty - choć u niego był to częściej gniew niszczący, niż budujący do działania na wzór jej ambicji. Może dlatego Alex traktował Eden trochę inaczej niż większość kobiet. Zastanowiła go jednak jej uwaga na temat rodziny Lestrange. Oczywiście, w rozmowach zdarzyło im się napomykać o swoich związkach, ale nie w taki sposób. Ten William... W sumie go nie znał, choć mijali się często spojrzeniami w bibliotece i pokoju wspólnym, wiedział o nkm tyle, że jest naukowcem i rzadko opuszcza swoje laboratorium w piwnicy. Ale był Lestrange, a Lestrange'om nie należy ufać. Nie chciało mu się wierzyć, że jakiś byle skundlony skurwysyn mógłby zagiąć Eden Malfoy, którą znał tyle lat, ale co on, kurwa, wiedział o ich małżeństwie? Tyle co inni o jego własnym, czyli absolutnie nic. - On dobrze cię traktuje? - zagadnął zdawkowym tonem, nieśpiesznie strzepując popiół z papierosa. Popatrzył uważnie na kobietę, mrużąc lekko oczy. na jasnowidzenie bo jesteśmy autystyczni i się nie porozumiemy wprost [roll=PO] Głos za jego plecami. Obrócił się - za szybko, przyzwyczajenie nie tyle jasnowidza, co kogoś nawykłego do pojedynkowania się, na pewno niepasujące do spokojnego naukowca pochłoniętego badaniami antropologicznymi - i wpił spojrzenie w pana młodego w pełnej krasie. Przez chwilę rozważał, czy nie poklepać go po plecach, gratulując ożenku, może rzucić jakąś męską radą, jak to utrzymać mir małżeńskiego pożycia - jakkolwiek na samą myśl miał ochotę rzygnąć - ale Black wydawał się nie mieć pojęcia, że do jakiegokolwiek ślubu doszło, a ty bardziej, że to on związał się węzłem przysięgi z Vesperą Rookwood. - Tak. Ładny wieczór - odpowiedział cicho Alex, lekko zezując w stronę Eden. Miał nadzieję, że jego przykrywka zadziała. na jasnowidzenie, aby wyczuć intencje Perseusa [roll=PO] RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Bard Beedle - 09.06.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/03/c9/5b/03c95b70643b47415cf734ec2fb5d8ce.jpg[/inny avek] Z Laurencem, kierują się w stronę ogrodów
Camille umoczyła pomalowane na czerwono usta w alkoholu. Ona, w przeciwieństwie do większości gości (jeśli nie wszystkich) mogła pić bez obawy o to, że alkohol będzie miał na nią jakiekolwiek negatywny skutki. Czy jednak ochroniłby ją przed staniem się kapibarą? Nie była pewna, dlatego wolała poprzestać na zwykłym, klasycznym trunku. Nie krzywiła się również, gdy wino spłynęło wzdłuż jej przełyku. Było dobre, odpowiednio cierpkie, z bogatym bukietem smakowym i zapachowym. Trzeba było przyznać, że Blackowie i Rookwoodowie się postarali, jeśli chodzi o wybór alkoholi. Przynajmniej tych niemagicznych. - Możemy, oczywiście - odpowiedziała, delikatnie wsuwając dłoń pod przedramię Lestrange'a. Uśmiechnęła się lekko, przesuwając wzrok po obecnych tu gościach. - Vespera Rookwood... To nie jest przypadkiem córka Chestera Rookwooda? Zapytała niby od niechcenia, nie dając Laurencowi żadnych podejrzeń, że z ojcem panny młodej mogło ją łączyć kiedykolwiek coś więcej. Nie widziała go tutaj, co było dość... Osobliwe. Kto normalny nie przychodził na ślub i wesele własnej córki? A może po prostu krążył wokół jak cień, starając się weń wtopić, żeby nikt go nie zaczepiał? I chociaż to nie pasowało do Chestera, którego zdążyła poznać, to istniało takie prawdopodobieństwo. Nie zamierzała jednak drążyć specjalnie tego tematu - nie, gdy przechodzili razem z Laurencem do ogrodu, mijając dwie sędziwe damy, które przy kieliszku brandy rozmawiały tak głośno, że nie sposób było nie usłyszeć tego, o czym mówią. !ciotkaRenata RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Pan Losu - 09.06.2024 — Vespera jako dziecko miała wybujałą wyobraźnię — śmieje się Celestyna, strzepując popiół z papierosa do eleganckiej popielniczki. — Pamiętasz jej szalone teorie o jednorożcach? — Och, jakże mogłabym zapomnieć! Jako sześciolatka usilnie próbowała wmówić wszystkim wokół, że buchorożec to samiec jednorożca. Większość przytakiwała jej z grzeczności, ale jeden z jej kuzynów... Och, on chyba uwierzył. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Victoria Lestrange - 09.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=VSYykxr.png[/inny avek] Sala bankietowa – fontanna z czekoladą
Rozmawiam z Bellą Czasami nie miało się wpływu na plotki. Po prostu powstawały, bez naszego udziału, cokolwiek byśmy nie robili… Tym większy impakt miały, kiedy człowiek bardzo się od nich wzbraniał. Ale Bellatrix… Póki co było wokół niej cicho. Pojawiła się w gazecie, w rankingu czarownicy, ale poza tym – cisza. Victoria… to zupełnie inna historia. O niej pisali sporo i nawet specjalnie się nie kryła od tego, wręcz sama zgodziła się na jeden z wywiadów, ekskluzywnie dla Proroka Codziennego i od tamtego czasu… Cóż. Jedyne, o co dbała, to żeby przy okazji nie oberwali jej bliscy i zdaje się, że na przykład Saurielowi darowano wystąpienie w plotkarskich mediach. To o Victorii gadali to i tamto, spekulowano, wyciągnięto skądś stare historie. One i tak nie były jakieś bardzo kolorowe, bo zawsze o swoją prywatność dbała i nie angażowała się w żadne skandale obyczajowe. Była czysta… zbyt czysta może nawet. Czekolada przede wszystkim potrafiła nieźle zadziałać na nastrój, poprawić humor – to też magia, ale zupełnie innego rodzaju, niż kilka kropel amortencji w drinku. – Z drugiej strony jak wiesz, że to drinki i jak ludzie też wiedzą, że to drinki… To niektórzy pewnie pozwolą sobie dzięki temu na więcej – bale i bankiety… Niektórzy dbali o pozory, a z niektórych, zwłaszcza pod wpływem alkoholu, wychodziły prawdziwe bestie i demony w ludzkiej skórze. – Pytanie na ile to świadome działanie państwa młodych, a na ile samowolka obsługi? – Victoria odrobinę przekrzywiła głowę, pozwalając, by długie kolczyki oparły się na jej szyi. – Żeby to była jeszcze popularność przez moje zasługi, a nie jakiś… błąd rzeczywistości – Victoria przymrużyła oczy i zaśmiała się cicho, ale taka była prawda: ona nawet nie wiedziała, że wchodzi do Limbo, wszystko, co się wydarzyło… nie zrobiła tego całkowicie świadomie i z rozmysłem. A teraz była tutaj i płaciła cenę. – Ale masz rację. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ – a Matka jej świadkiem, że Victoria bardzo tym razem świadomie wyciskała wszystko, co się dało z tej chwilowej popularności, by jak najwięcej ugrać dla siebie, głównie prywatnie, ale nie zamierzała o tym mówić. Kiwnęła do Isaaca, kiedy ten już zrobił to swoje zdjęcie, na podziękowanie – widać mężczyzna był wynajętym fotografem, który robił zdjęcia na pamiątkę dla państwa młodych, a przy okazji do gazety… Miała tylko nadzieję, że jednak te prywatne sprawy i zabawy tutaj nie zostaną opisane w gazecie, bo to dopiero będzie skandal… Chyba mówił coś o Czarownicy wcześniej, tak? No cóż… Oby się obyło bez ekscesów. – Wzajemnie – odpowiedziała mężczyźnie, odprowadzając go wzrokiem, póki nie zniknął jej za jakimiś ludźmi, po czym odwróciła wzrok, ponownie szukając Sauriela – i upewniwszy się, że nadal rozmawia ze swoim ojcem (co stawało się coraz dziwniejsze), uśmiechnęła się do Belli. – Państwo młodzi chyba gdzieś zniknęli już jakiś czas temu. A może chcesz zatańczyć ze mną, hm? Nie zrobimy tym większego szumu niż kilka biegających pod nogami kapibar – Victoria uwielbiała tańczyć i uważała, że wychodzi jej to zajebiście, więc jeśli Bella nie czuła się tak pewnie, to zawsze mogła ją poprowadzić, to nie był żaden problem, a fakt, że poprzedniego wieczoru udało jej się z Atreusem wygrać taneczny konkurs też chyba mówił za siebie. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Erik Longbottom - 10.06.2024 Przy barze z Geraldine i Isaaciem. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=6bggVVD.png[/inny avek]
Jeszcze parę miesięcy temu mógł silić się na podobny sentyment; do niedawna nie musiał przejmować się tym, co o nim piszą i mówią, a jedynie tolerować fakt, że spora ilość informacji na temat jego prywatnego i zawodowego życia krąży po nieznanych mu ustach. Gdyby nie to, że zobowiązał się w obecności Brenny do tego, aby odciągnąć uwagę prasy od niej i innych krewnych, pewnie dalej lekceważyłby prasę. Teraz jednak niezbyt mógł sobie na to pozwolić. Nawet jeśli najchętniej nic nie zdradzałby dziennikarzom, tak musiał dbać o swój wizerunek. I bronić tej małej sfery prywatności, jaką liczył utrzymać pod kontrolą. — Dobrze, że nie mordują — odparł z nutką sarkazmu w głosie. — Jeszcze mógłbym pomylić to z prawdziwym wezwaniem i dokonać zbiorowego aresztowania. Wyobrażasz sobie ich wszystkich zamkniętych w areszcie? — Uśmiechnął się lekko, wodząc wzrokiem po otaczających ich gościach. — Jeszcze jakby powsadzać do celi osoby, które za sobą nie przepadają... To dopiero byłoby wybuchowe wesele. W duchu miał nadzieję, że nawet jeśli ktoś da sobie po mordzie na imprezie nowożeńców to krewni Perseusza i Vespery zadbają o to, aby te osoby zostały odsunięte od uroczystości i doszły do siebie w odizolowanych salach po drugiej stronie rezydencji. Z tyłu głowy Erik dalej miał wspomnienia z niedawnego Lammas, kiedy to przy jednym stoisku ze świeczkami doszło do dosyć intensywnego zderzenia charakterów. Ugh, jak ja się cieszę, że stamtąd uciekłem, pomyślał, po raz kolejny doceniając, że był wówczas na służbie. — Coraz dziwniejsze zwierzęta? — Uniósł wymownie brew. — I mówi to nieposkromiona łowczyni potworów, która na pewno widziała nie raz dużo groźniejsze i wyróżniające się bydlęta. Taki bóbr nie wydaje się zbyt groźny. Jako normalne zwierzę. W przypadku zmiany... Cóż, to pewnie zależy od człowieka. Znał parę osób, które bardzo chętnie wykorzystałyby tę okazję, aby spłatać kilka żartów w postaci zwierzęcia. Pokręcił głową, przyglądając się z boku tej scenie. Powinien chłonąć każdy jej szczegół, aby potem opowiedzieć wszystko rodzicom i dziadkowi przy jakiejś weekendowej kolacji. Kolejny argument co do tego, że wesele i szukanie drugiej połówki może skończyć się małą katastrofą. Stary Godryk raczej nie chciałby zobaczyć takiego burdelu w swojej rodzinnej posiadłości, o którą od lat dbał i doglądał z wielką pieczołowitością. — Mówisz? — Zerknął na drinka, którego obracała w dłoniach panna Yaxley, po czym sięgnął po szkło. Zamiast napić się, przyglądał się jednak ciekawsko płynowi. Na potańcówce w Dolinie już doświadczył efektów jednego drinka... Ciekawe, czy i tutaj Blackowie zapłacili za jakiś specjalny składnik. Już miał przyłożyć drinka do swych ust, gdy niespodziewanie spomiędzy innych gości wyłonił się Isaac. Longbottom automatycznie odstawił kolorowy napitek na stolik. Nie miał zamiaru ryzykować, że zaraz wyrosną mu bawole rogi albo zacznie unosić się w powietrzu. Nie przy prasie. — A jakbym powiedział, że... — Zamknął usta, bo w tym momencie Geraldine mu przerwała, akceptując tę mini sesję zdjęciową. Uśmiechnął się kwaśno i już ustawiał się do zdjęcia i przygotowywał do serii następujących po sobie błysków fleszy, gdy Bagshot przed sięgnięciem po aparat postanowił się jeszcze napić i... Zmienił się w to samo zwierzę, w które przekształcił się Atreus. Erik zamrugał zdziwiony i zerknął na swojego nienapoczętego drinka. Dobra Matko, dobrze, że Merlin miał go w swojej opiece. Zdecydowanie nie chciał tak skończyć. — Mhmm... Widzieliśmy te odcienie. I łapy. I zwierzęce ślepia — stwierdził, uśmiechając się minimalnie, gdy Ger udało się odczarować Isaaca i przywrócić go do ludzkiej postaci. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.06.2024 Zabieram Isaaka do ogrodu [inny avek]https://64.media.tumblr.com/25a00cc4ea42fa20c836961fb2748ac8/73d888c07df5dfde-db/s500x750/5d8ee362c4a85c28e66fd10e1eb4e3ef867c4777.pnj[/inny avek] - To wcale nie taki głupi pomysł, można by sprzedawać bilety i zarobić na tym sporo kasy dla biednych dzieci, to byłoby lepsze niż to przedstawienie, na którym ostatnio byliśmy. - Sama chętnie usiadłaby w pierwszym rzędzie i oglądała skłóconych ze sobą czarodziejów siedzących w jednej celi. - Pewnie tak, ale to chyba jakiś trend, że gryzonie przejmują te przyjęcia, ciekawe, co będzie następne. - Wolałaby jednak, żeby nie były to węże, czy jakieś magiczne istoty, bo to mogłoby przynieść więcej złego niż dobrego, a kto wie, czy ktoś nie będzie chciał przebić tych nieszkodliwych gryzoni. Niestety do zdjęcia nie doszło, bo Isaac zamienił się w kapibarę na ich oczach. Powinni do tego przywyknąć, jednak nadal ją to dziwiło. Naprawdę dla kogoś zabawne wydawało się zmienianie gości w zwierzęta? Ona nie była do końca zrównoważona, a jednak podchodziła do tego z lekkim zniesmaczeniem, nie wydawało jej się to niczym przyjemnym, szczególnie dla poszkodowanego. Czy powinni sprawdzać każdego drinka, nim go wypiją? Nigdzie nie było już bezpiecznie. To już lepiej raczyć się tymi szczynami w Wiwernie, przynajmniej można być pewnym, że nie skończy się jako przerośnięty szczur. Udało jej się jednym sprawnym ruchem różdżki odczarować przyjaciela z formy kapibary - na szczęście. Wolałaby się nie zbłaźnić przed tymi wszystkimi osobami, które były tutaj obecne. Miała sporo na głowie, wolała nie dokładać kolejnych problemów. - Nieee... - Mruknęła cicho, gdy Bagshtot sięgał po kolejnego drinka. Co to był za dzban, że po tym pierwszym postanowił sobie dołożyć. Nie wiadomo, co mu tym razem strzeli do łba. - Erik, pozwolisz, że go ogarnę, za chwilę wrócę. - Wiedziała, że nie powinna pozostawiać Longbottoma samego, w końcu przyszli tu razem, miała jednak nadzieję, że zrozumie powagę sytuacji. Sama zaś pociągnęła Isaaka za sobą na dwór, świeże powietrze powinno mu dobrze zrobić. - Ani mi się waż dyskutować. - Powiedziała jeszcze bardzo rozkazującym tonem. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Sauriel Rookwood - 10.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DP8zuR8.png[/inny avek] Ciężko się porozumiewało, kiedy dwie osoby mimo wykazania chęci kontaktu na jakiejś równej płaszczyźnie miały w sobie te kły stworzone do gryzienia. Sauriel bardzo dosłowne, ale nie o nie teraz chodziło. Stroszył się i spinał, bo przecież ten kontakt nigdy nie był normalny. Komunikacja na poziomie spokojnej pogawędki równała się niemal z abstrakcją, ale czy w tym wypadku uważał Eryka za winnego? Byli siebie warci, a Sauriel dopiero teraz zdawał sobie sprawę, kiedy patrzył na marniejącego ojca, że może wygladałoby to wszystko zupełnie inaczej, gdyby Eryk nie miał ambicji wychować wspaniałego dziedzica swojej linii rodu, a Sauriel nie był rasowym kotem, który zwyczajnie musiał mieć swoje ścieżki. Nie ważne, czy coś było dla niego dobre, a może złe. Ważne, że było zrobione na przekór. Skręt na prawo może i był wygodniejszą drogą, ale i tak skręcił w lewo, bo to w prawo kazali mu iść. Rookwoodowie byli bardzo konserwatywną rodziną, a on się w tę konserwatywność wpasowywał tylko swoim oślim uporem. Kiedy taki osioł spotykał osła to ciężko było dojść do porozumienia. Właściwie dopiero teraz, kiedy Eryk odpowiedział, dotarło do niego, że tak, to chyba miał być z jego strony komplement. Komplement, którego on nie wyłapał, a poza tym jak miałby na niego odpowiedzieć? Fajnie, dzięki? A może - "jasne, że tak!" Sauriel miał paskudny zwyczaj flirtowania z panienkami, bo sprawiało mu to frajdę, ale to był flirt niezobowiązujący, bo i do czego miałby chcieć zobowiązywać? Nie był zainteresowany związkami, bo jaki miały sens? Zresztą... gdyby miał tworzyć jakiś dziwny, popierdolony związek to z Victorią. Z nią zaś nie chciał, bo co by z tego było? Albo właśnie: nie było. Ludzie mieli swoje potrzeby fizyczne, których on nie chciał nawet za bardzo spełniać. Owszem, dotyk był przyjemny, ale dla niego był już tylko dotykiem nie zawierającym seksualnej przyjemności. - Heh... - Lekko powędrował mu kącik ust ku górze. Zapił to kolejny shotem. Chociaż przez chwilę zrobiło mu się miło i cieplutko. Przez alkohol, a nie przez... no przecież nie przez ojca? - Ay... dobrze prawisz, staruszku... - Mruknął, myśląc o tych wszystkich ludziach z kijami w dupie... Victoria na początku też się taka wydawała. I dlatego się tak żarli ze sobą. - Nie ma takiego dnia, w którym napierdolenie się byłoby złe. - Odstawił kolejny pusty kieliszek, ale na razie zatrzymał mężczyznę przed dolaniem kolejnego. Już trochę nadrobił proces nietrzeźwości, wystarczy. A może jednak nie wystarczy? Przygasł momentalnie, kiedy usłyszał o tym, że powodem struchlałości Anny jest nikt inny jak on sam. Nie. Mentalnie poklepał się po policzkach. Przecież nie mógł tak reagować i rezonować z tym, co Eryk sam krytykował - jakże nieszlachetnym samobiczowaniem się. On by jej nie skrzywdził... ciekawe. Ugryzł się jednak w język, bo właściwie nie miał ochoty psuć sobie humoru i obsypywać się teraz gównem, kto kogo bardziej skrzywdził. - Niezła próba zrzucenia odpowiedzialności. - To mu musiał przyznać, ale nie pociągnął już tematu. Nie chciał się zacząć użalać nad tym wszystkim. I dobrze, bo temat szybko przeszedł na coś milszego, co wykrzywiło wargi Sauriela w aroganckim uśmieszku. - Nie znasz dnia ani godziny. - Prychnął, ale nie złośliwie, tylko z rozbawieniem. - O tak, jestem na misji. Misji zrobienia zdjęć wszystkim puchatym kotkom i puchatym pieskom. I wiewiórkom. Wiesz, ile wiewiórek jest w parkach? Pojebane. - Wyciągnął sobie fajkę i zapalił. - Wiesz, na urodziny dostaje się prezenty. To ona mi dała prezent urodzinowy WCZEŚNIEJ, żeby... żebym się czymś zajął. - Bo ostatnio nie miał jakoś serca do gitary, a jego czas to był marazm leżenia w bezruchu, tak fantastycznie się to prezentowało. - Poza tym... - Zerknął na prawo, na lewo, czy barman był zajęty. - Otworzyłem melinę w Podziemnych Ścieżkach. Całkiem zabawnie jest. - Można prać ludzi po mordach i jeszcze ci przyklasną. Nie dodał, że ze Stanleyem i w sumie to Stanley otworzył, bo gość był jakby poszukiwany listem gończym. Lepiej nie zapeszać. |