Secrets of London
[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa (/showthread.php?tid=398)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Eden Lestrange - 12.12.2022

Ich brwi poruszyły się w tym samym momencie, jakby w jeden takt, choć zupełnie w innych kierunkach. Kiedy jego zeszły się ze sobą, jej powędrowały w górę; przyjęła zdziwienie z lekkością ducha, gdy poczuła stanowczy uścisk palców wokół swojej dłoni. Wielu powiedziałoby, że ktoś pokroju Alastora niegodzien był takiego spoufalenia, a w zwyczajniej sytuacji Lestrange pewnie zawtórowałaby tej opinii. Wyrwałaby dłoń, posłałaby to pełne pogardy spojrzenie spode łba, okraszając całą wymianę nieprzyjemną uwagą, która zabodłaby tam, gdzie najbardziej boli.
Teraz jednak stała wpatrzona w niego niczym w obrazek, który zmieniał się na jej oczach z każdym oddechem, przybierając coraz to nowy wyraz twarzy. Uśmiechnęła się mimowolnie, słysząc zakłopotanie w głosie starego przyjaciela; dałaby wiele, by dowiedzieć się, jakie myśli przemknęły przez głowę Alka od momentu, kiedy zdecydowała się go powstrzymać. Prawdopodobnie zapłaciłaby za to znacznie więcej niż za jakąkolwiek kolację z Longbottomem.
- Tragedia - powtórzyła za Moodym, brzmiąc nieco, jakby próbowała walczyć z pierwotną pokusą naśmiewania się z niego. Powiodła spojrzeniem tam, gdzie i on; omiotła wzrokiem wyprowadzaną Norę, oceniając kobietę od stóp do głów. Oczywiście była łaskawym sędzią, biorąc pod uwagę obecny stan kobiety. Wypuściła powietrze nosem, jakby próbowała się zaśmiać, lecz na próżno było doszukiwać się w tym zwyczajowej dla Eden kpiny. Raczej wyglądała tak, jakby wezbrała w niej dziwaczna nostalgia. - Czyżbyś wciąż, po tylu latach, nadal miewał słabość do blondynek? - zapytała, z wolna obnażając zęby w uśmiechu. Nie mogła się powstrzymać, a więc po chwili śmiała się w pełnej krasie.
Ta uwaga nie była dla niej niczym więcej niż żartem. Droczyła się z nim jak za starych dobrych czasów, i tak jak wtedy, nie oczekiwała od niego niczego w zamian. Nigdy nie należał do tego rodzaju mężczyzn, którym chciała złamać serce, był po prostu dobrym człowiekiem. Wiedziała, że na tej płaszczyźnie zawsze będą zgrzytać, w drogę zawsze będzie wchodzić ich rozbieżna moralność. Ale przecież nikt nie zabroni jej chwili rozmowy bez poruszania nieprzyjemnych tematów z kimś, kto niebawem przypomni sobie, czemu ich przyjaźń podszyta jest już tylko młodzieńczym sentymentem. 
Gdy kolejne słowa padły ze strony Alastora, śmiały się już tylko usta Eden. Blask w oczach zgasł wraz z tym zadanym felernym pytaniem, które dla normalniej osoby nie byłyby niczym innym niż tylko wyrazem troski. Niestety dla niej były również przypomnieniem, że nie potrafi zbudować żadnej zdrowej relacji i wszystko w jej życiu się sypie, bo przecież nic nie było okej.
Uśmiech spadł z twarzy. Przełknęła nerwowo ślinę, po czym znowu podjęła próbę uśmiechu, lecz w kościach poczuła, jak nieszczere to było. Jeśli miała kogokolwiek tym oszukać, to nie Alastora. Toteż poddała się i nie wymuszała już na kącikach ust ani drgnięcia.
- Nie chcę cię okłamywać - odparła niejasno, odwzajemniając uścisk jego dłoni. W miarę możliwości odwróciła swoją rękę na tyle, by również móc go chwycić, spleść ze sobą ich palce.
- Jakoś dziwnie mi cię widzieć z czystymi rękami - rzuciła, zmieniając zręcznie temat, obracając wierzch jego dłoni ku swoim oczom, jakby faktycznie w tym momencie interesował ją byt lub niebyt brudu za paznokciami Alastora. - Można by rzec, że jestem pod wrażeniem. - Ponownie się uśmiechnęła, tym razem enigmatycznie; na próżno było szukać w jej twarzy wcześniejszej radości na jego widok. Niestety to uczucie zeszło na dalszy plan, bo na pierwszy wysunął się William; jego głos, jego słowa, które, choć wcale nie mijały się z prawdą, wciąż paliły serce Eden żywym ogniem.
Niemniej po chwili znów odniosła wrażenie dziwacznego deja vu, bo wraz z kolejnym pytaniem Alka jej brwi znów powędrowały ku górze, a kilka oddechów później głupi uśmiech mimowolnie zaczął wykwitać na twarzy Eden, choć była święcie przekonana, że na niego nie zasługiwała. Przez moment miała mętlik w głowie, ni stąd, ni zowąd widząc się jako zbyt okrutną, by dać sobie chwilę wytchnienia po tym, jak potraktowała własnego męża. Poczuła ukłucie niesprawiedliwości, lecz sugestia Alastora najwyraźniej była silniejsza od potrzeby pokuty, skoro z piersi Eden wyrwały się niebawem następujące słowa:
- Myślałam, że nigdy nie zapytasz.
Odpowiedziała zuchwale, lecz, prawdę mówiąc, nigdy wcześniej nie liczyła na to, że będą ze sobą tańczyć. Już nawet nie chodziło o to, że nie miała Alastora za tancerza - zwyczajnie sądziła, że nie będzie chciał mieć nic wspólnego z osobą jej pokroju poza relacją zawodową. Byli od siebie zupełnie różni, byli z dwóch różnych światów.
- Tylko nie depcz mi po palcach - ostrzegła, zbliżając się do mężczyzny i kładąc wolną dłoń na jego ramieniu, najwyraźniej gotowa być poprowadzoną w tańcu. A może nie tylko w nim? W końcu ostatnimi czasy okazywało się, że chyba potrzebowała tego również w życiu.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Heather Wood - 12.12.2022

Heather miała wrażenie, że Cameron nie do końca docenia swoje umiejętności. Wszak, gdyby nie on, to ona i Charlie musieliby chyba wykupić jakiś pakiet na wizyty u jakiegoś obcego medyka, a tak to mieli go zawsze pod ręką. W sumie było to dobre dla obu stron, bo Lupin miał na kim ćwiczyć swoje umiejętności, a oni mogli po cichu, bez zbędnego zamieszania radzić sobie ze swoimi urazami. Jak dla niej, każdy wygrywał w tej sytuacji.

Na policzku Heather pojawiły się rumieńce, zazwyczaj nie reagowała w ten sposób, jednak ta atmosfera... - Cameron, przez Ciebie się rumienię! Co Ty dzisiaj ze mną robisz...- W sumie to była nawet zadowolona, że poprosiła go o to, aby się z nią tutaj dzisiaj pojawił. Nawet nie sądziła, że będzie się z nim aż tak wyśmienicie bawić. - Starzy się ucieszą, jak Was zobaczą, nie wiem, mam wrażenie, że bardziej Was lubią ode mnie.- Rodzice Wood byli przyzwyczajeni do tego, że Rookwood i Lupin bywali u niej dość często, podchodzili do tego całkiem przyzwoicie, nie wnikali w to, jakie relacje łączą ją z przyjaciółmi. Nie wtrącali się w jej życie, a woleli, żeby spędzali czas pod ich dachem, tam przynajmniej nikt nie zrobi jej nieodpowiednich zdjęć, a cały Londyn nie będzie miał możliwości czytać o jej burzliwym życiu osobistym.

- Bronić jak najbardziej, dobrze, że nie chcesz zakopać tego skarbu...- Zaśmiała się w głos. Kiedy Cameron zarzucił ramię na jej rękę, pozwoliła sobie oprzeć o nie głowę. Spoglądała na niego, a oczy jej błyszczały. - Czyli mówisz, że wszystko dzisiaj w moich rękach?- Zamierzała przyjąć wyzwanie, bo była ciekawa, jak może zakończyć się ten wieczór.

Wood była naprawdę zadowolona z tego, w jaki sposób potoczyła się rozmowa z dziennikarką. Wszystko szło po jej myśli, miała jedynie nadzieję, że matka jej wybaczy te wszystkie słowa, które padły podczas tej rozmowy, czuła bowiem, że artykuł, który zostanie z tego wszystkiego złożony może być naprawdę kontrowersyjny, ale w końcu o to jej chodziło. Rozmowę z dziennikarką przerwało zamieszanie z bobrem, całe szczęście, bo Heather miała ochotę się jeszcze trochę dzisiaj zabawić.

Komuś udało się przywrócić bobra do ludzkiej postaci, Wood stała zbyt daleko, żeby wiedzieć co właściwie się wydarzyło, zapewne nadrobi to jutro, coś czuła, że gazety będą się o tym wszystkim rozpisywać. - Oczywiście, że potrzebuję zajęć dodatkowych, czekam aż wreszcie dasz mi te prywatne lekcje.- Odprowadziła Lupina wzrokiem, kiedy wyruszył po przekąski, sama zaś zaczęła się rozglądać za alkoholem. Wypatrzyła bar, gdy tylko Cameron wróci, powinni się tam udać.

Wood wsadziła sobie do paszczy kawałek tortu, a pod zębem poczuła coś twardego. - Kurde, chyba wygrałam!- krzyknęła z entuzjazmem, to chyba był jej wieczór. Nie zamierzała jednak marnować czasu, mieli zamiar jeszcze skorzystać z tego wieczoru, więc ruszyła przed siebie, odwracała się, co chwilę sprawdzając, czy Cameron idzie za nią. Złapała jeszcze butelkę szampana, kiedy mijali bar i szli w stronę drzwi.




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Fernah Slughorn - 12.12.2022

— Dora nie masz za co przepraszać. — odparła natychmiast, kręcąc głową. — I w żadnym razie nie psujesz mi przyjęcia, dobrze wiesz, jakie mam nastawienie do tego typu rozrywek. Już wolałabym po raz kolejny zdawać OWUTemy z eliksirów.

Uśmiechnęła się lekko, nadal spoglądając na przyjaciółkę z troską w oczach. W tymże momencie dla Ferny najważniejsze było, żeby być przy Dorze i upewnić się, że wszystko z nią w porządku.

— Borginów? — zmarszczyła brwi, nie łącząc jeszcze faktów lub też po prostu nie wiedziała o problemach rodzinnych, z którymi borykała się Menodora.

Odebrała od skrzata drugą szklankę wody, ale od razu odstawiła ją na kuchenny blat. Po tym splotła ramiona na piersi i spytała pannę Crawley.

— Co Borgini mają do Twojej osoby? Nie mów, że pomyliłaś składniki maści i któremuś z nich wyskoczyły królicze uszy albo szczurzy nos?

Zaśmiała się, bo podobne rzeczy spotykały Camerona podczas wspólnych eksperymentów z eliksirami w Hogwarcie. Zaraz jednak spoważniała, bo Menodora w żadnym razie nie podzielała jej wesołości.

— Dora, co się stało?

Pytanie było ciche i podkreślone przez natarczywe, ale zmartwione spojrzenie Paprotki.




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Cameron Lupin - 13.12.2022

Twoi rodzice mało o nas wiedzą, co? — spytał, wyszczerzając zęby w rozbrajającym uśmiechu. Jeśli faktycznie tak było, to było to trochę naiwne podejście. Bądź co bądź, gdy już zebrali się w trójkę, zmieniali się w istne diabły. — Chyba będę musiał im wysłać kartkę z pozdrowieniami. I informacją, że wcale cię nie deprawujemy.

Czy byłoby to kłamstwo? Ciężko stwierdzić. Wprawdzie nie angażowali się w nielegalne interesy i działalność przestępczą, jednak niektórzy mogliby uznać, że wpływ, jaki mieli na siebie nawzajem, nie był w stu procentach zdrowy. Przygoda w parku mogłaby posłużyć za całkiem niezły przykład. Czy im to przeszkadzało? Cóż, każde z nich mogło trafić dużo gorzej, a tak przynajmniej mieli w sobie stuprocentowe oparcie. A to było coś, co raczej mało kto mógł powiedzieć o swoich najbliższych. Najważniejsze, że mieli siebie.

Czasami mam ochotę — odpowiedział, jednak po chwili parsknął śmiechem. Objął ją z niemałym rozczuleniem, widząc blask w jej oczach. Chyba faktycznie nieźle się tutaj bawiła. — Napoiłaś mnie, nakarmiłaś mnie, przyprowadziłaś mnie tutaj... Tak. Wszystko jest w Twoich rękach.

Ani trochę nie zaskoczyło go to, że Heather udało się zgarnąć główną nagrodę. Zawsze uśmiechał się do niej los, więc nie pozostało mu nic innego jak tylko cieszyć się jej wygraną. Bądź co bądź, skoro byli tu razem, to prawie tak, jakby razem odnieśli zwycięstwo, co nie? Poza tym wolał już, żeby zgarnęła rzadkie wydanie opowiadań Barda Beedle'a, które będzie leżeć nieprzeczytane na półce przez najbliższe pięć lat, niż proponowała wspólne wyjście staremu Longbottomowi. Obecny układ o wiele bardziej mu pasował.

Chłopak wbił widelczyk w swój kawałek ciasta i wpakował go sobie do ust. Nie spodziewał się, że fart Rudej przejdzie także i na niego, więc wgryzł się ze smakiem w swój deser, niczym się nie przejmując. W końcu, jakie były szanse, że i on trafi na monetę? Cóż, najwidoczniej całkiem wysokie, ponieważ nagle poczuł w zębach coś twardego i momentalnie spanikował, a talerzyk prawie wypadł mu z ręki. Przyłożył dłoń do ust i wyciągnął z nich srebrnego sykla.

Chyba przynosisz mi szczęście — zażartował, wycierając serwetką monetę i obracając ją w palcach. — Mówili, że co za to dają? Jakąś specjalną kartę z czekoladowych żab?

Wolałbym gotówkę, pomyślał z zawodem, ale nie miał zamiaru narzekać. W najgorszym razie będzie to dobra pamiątka po tej niezapomnianej nocy, a w najlepszym, jeśli powinie mu się noga, to będzie mógł spieniężyć fant na jakimś targu lub u jakiegoś kolekcjonera. Zawsze to parę dodatkowych galeonów do przodu.

Nie wiedział, kiedy właściwie powinien odebrać podarek od Longbottomów, więc po prostu wsunął dowód wygranej do kieszeni marynarki. Jak będą wychodzić, to najwyżej zaczepi jakiegoś kelnera lub kogoś z rodziny. Ewentualnie za parę dni upomni się listownie o swoją własność. O albo poprosi Heather, aby zrobiła to za niego. W końcu pracowała w jednym departamencie z Brenną Longbottom, więc może dzięki temu to pójdzie jakoś szybciej?

A więc do ogrodu! — rzucił z podekscytowaniem, gdy przebijali się w stronę baru, a po zgarnięciu stamtąd szampana, zniknęli za drzwiami prowadzącymi na zewnątrz. Tam na pewno będzie nieco spokojniej i kameralnie niż na tej wielkiej sali pełnej roztańczonych ludzi i tych przebrzydłych reporterów.


Cameron Lupin & Heather Wood
Postacie opuszczają sesję



RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Theseus Fletcher - 16.12.2022

- Dziękuję. – powiedział. – Bez was bym sobie nie poradził. – Gio co prawda praktycznie upuścił go na podłogę, ale jego zachowanie jakiś czas później było bardzo miłe. Fletcher faktycznie był mu za to wdzięczny.

- Nie pożegnam się z Brenną, ale myślę, że to chyba czas na zebranie się do domu. – wypuścił z siebie, siadając na schodkach przed posiadłością Longbottomów. Pasował tam jak pięść do nosa. Taka była prawda. Cieszył się jedynie z zapewnienia, że jego niedoszłej partnerce w niedoli nie stało się nic ponad kilka zadrapań na społecznej drabinie, po której chyba nie chciała się jakoś ochoczo wspinać. Zresztą, po co od razu zakładać coś, czego nie jest się pewnym.

Niezależnie od tego, czy Geraldine chciała, czy Gio poszedł za ich przykładem, bal dla Fletchera już się skończył.

Theseus Fletcher i Geraldine Yaxley
Postacie opuszczają sesję



RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Alastor Moody - 19.12.2022

Tragedia? To chyba… była już tragedia, niezależnie od tego, co postanowił i co zrobił. Nora zniknęła z pola jego widzenia już całkowicie, więc dzisiaj już pewnie nie otrze jej łez, nie zapyta o dziwne, posłane mu jakiś czas temu spojrzenie, nie dowie się, jak minął jej czas po tym, jak ich drogi się rozeszły. Tak pewnie było lepiej.

Lepiej dla Nory.

Dla Moody’ego absolutnie nic, co miało tu miejsce, nie było dobre. Niektórych emocji nie powinno się rozpalać po tak długim czasie, nie powinno się też wchodzić drugi raz do tej samej rzeki. Nie rozumiał więc do końca, dlaczego przyszło mu przyjąć uśmiech Eden Lestrange z taką łatwością - jakby ich wcale nie dzieliło wiele lat milczenia, pięć garści niezrozumienia i jakiś taki nieopisany ból, co go niby przełknął, ale gdzieś w głowie to nadal siedziało - świadomość porażki, jaką było niewykonanie żadnego ruchu w czasie, w którym mógł mieć jakikolwiek większy wpływ na ich przyszłość. Dzisiaj pani Lestrange, chociaż wciąż tak podobna do siebie z przeszłości, była trochę jak nieuchwytna mgła, jak duch, jak słodkie wspomnienie i w pierwszej chwili nawet nie pomyślał o tym, że to wciąż mogłoby być coś więcej. Może dlatego tak nierozważnie jej dotknął, rzucał odważnymi propozycjami… Bo to przecież było trochę jak sen, z którego obudzi się o wiele szybciej, niż by chciał.

Pytasz dla koleżanki zamienionej w bobra, czy dla siebie?

Żart zabrzmiał w jego ustach trochę gorzko. Nie był już jednak aż tak młody, żeby dać po sobie poznać narastające w środku zmieszanie. Uśmiech utrzymał się na jego wargach aż do teraz - do momentu, w którym oczy Eden zgasły.

Nie musisz mnie okłamywać, ale nie musisz też milczeć.

Chciał w tych słowach zawrzeć wiele. Zachętę do zaufania mu, bo mógłby zostać całkiem niezłym ramieniem do wypłakania się w chwili kryzysu lub zwykłego zwątpienia, ale nie umiał ująć tego w bardziej bezpośredni sposób. Ostatecznie niewiele ich kiedyś łączyło poza pracą. Czas utkał pomiędzy nimi nić sympatii i zainteresowania, gdzieś na mapie czasu potrafili się tu i ówdzie o coś pokłócić, a później wrócić do dawnego trybu funkcjonowania, co było niejako dowodem ich bliskości – to jednak nigdy nie stało się czymś więcej. Byli sobie jednocześnie bliscy i dalecy, być może dlatego, że oboje lubili wolność, ale ta wolność się stawała naprawdę ciężka do zniesienia, kiedy się nie miało o kogo oprzeć, kiedy rzeczywistość stawała się szorstka. Ubóstwiana cisza stawała się niczym kajdany wokół nóg, trzymające w miejscu.

Alastor nie poszukiwał Williama wzrokiem. Właściwie, to nawet o nim nie pomyślał, a może powinien? Jego oczy pognały tam, gdzie myśli – do jej nieoczekiwanej reakcji, do oczu, w których chyba wrócił blask, do twarzy nabierającej kolorytu.

Westchnął.

Jestem w tym lepszy, niż myślisz – ale pewnie wciąż gorszy od ciebie.

Była to prawda.

Kiedy poprowadził ją do tego tańca, w jego krokach dało się zauważyć dobre poczucie rytmu. Moody nie był głuchy na muzykę, ale bale nie były czymś, z czym miał wcześniej dużo styczności. Jego ruchy były ciężkie i silne tak jak i on – miały w sobie jednak jakąś nutę miękkości, wyczuwalną nawet mimo szorstkiej ręki ujmującej o wiele bardziej delikatną dłoń. To nie było jego miejsce. Czułby się lepiej w którymś ze śmierdzących papierosami barów, gdzie wszyscy bujali się w rytmie o wiele mniej idealnej kapeli i nie zwracali na nikogo uwagi. Gdzieś, gdzie nie trzeba było być aż tak perfekcyjnym, gdzie nie było błysków fleszy, krzywych spojrzeń i nikt nie znał takiego słowa jak konwenanse.

Ale tej jeden raz. Jeden, jedyny raz. Mógł zrobić wyjątek. Dla niej.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Brenna Longbottom - 20.12.2022

Zagrano najpierw jedną, potem drugą i trzecią piosenkę. Kelnerzy w międzyczasie dyskretnie odbierali i donosili naczynia, usuwając z sali resztki niedojedzonych potraw i dbając o to, aby na stołach niczego nie zabrakło.
Elise Longbottom krążyła pomiędzy znajomymi, zamieniając z niektórymi parę słów. Po pewnym czasie z góry zeszła także ponownie Brenna – i dołączyła do matki, starając się każdemu poświęcić chociaż pięć minut, niezależnie od tego, czy przybył tu coś wylicytować, czy został zaproszony jako znajomy jednego z młodszych Longbottomów. Przy okazji starała się też dyskretnie zamienić parę słów z większością fotografów, wybadując, czy komuś udało się zrobić zdjęcia Nory po tym, jak już zmieniła się z bobra w człowieka… i jeżeli tak, to je odzyskać. Mniej więcej w okolicach północy sala zaczęła powoli pustoszeć: na szczęście obyło się już bez większych wpadek. Ten i ów może nadużył trochę alkoholu, ktoś inny pokłócił się z żoną albo kolegą z pracy, obyło się jednak bez ogromnych katastrof, które miałyby zostać zapamiętane na długo. Każdy, kto wylicytował lub wygrał jakiś przedmiot, mógł podpisać papiery i zabrać go od razu. Jeżeli tego nie zrobił – ten miał zostać mu dostarczony w najbliższych dniach, po dokonaniu przelewu do właściwej skrytki, wraz z wszystkimi dokumentami (potwierdzającymi kwotę, zawierającą specyfikację wygranego przedmiotu oraz dowód darowizny). Jeśli Brenna wypatrzyła, że jacyś znajomi wychodzą, na odchodne zwykle obdarowywała kawałkiem tortu, jakimś alkoholem albo ciasteczkami.
Nawet w takiej chwili nie zapominała o tym, aby do pudełeczek dorzucać karteczkę z informacją, że tort pochodził z Nory Nory. Reklama w końcu dźwignią handlu, prawda?
Gdy wszyscy znikli, gospodynię (i ewentualnie kogoś, kto zdecydował się pomóc), czekało jeszcze sprawdzanie pod stołami i na tarasie, czy przypadkiem nigdzie nie ostał się ktoś pijany, nieprzytomny albo trafiony jakimś zaklęciem. (Brenna tak na wszelki wypadek użyła nawet paru zaklęć odczarowujących, ta przemiana w bobra musiała wzbudzić w niej pewną podejrzliwość.) I czy na sali nie ostało się nic podejrzanego.
Świt miał przynieść ze sobą nowe wyzwania, ale bal Longbottomów się zakończył. Jakiś czas pewnie będzie jeszcze źródłem plotek, ale przynajmniej w najbliższych dniach sierociniec i przyszli absolwenci Hogwartu mieli otrzymać środki na sfinansowanie edukacji, a do schroniska trafił ładny datek.

Koniec sesji